Rozwiodłem się 10 lat temu. Wtedy, odchodząc od żony, z którą tworzyliśmy parę od czasów gimnazjum, byłem niesamowicie szczęśliwy. Już widziałem to życie, które mnie omija, tabuny dziewczyn, które zaczną walić do moich drzwi, imprezy - oderwanie od szarej, nudnej codzienności...
Od czasu rozwodu każda nowa dziewczyna to był przepis na katastrofę. Jedna wprost przyznała, że mieszkała ze mną, bo na ostatnim roku studiów nie stać jej było na własny kąt, a ostatnia po 3 miesiącach znajomości mnie okradła i zniknęła. Ta, z którą mieszkałem zaraz po rozwodzie pomimo rozstania nie chciała się ode mnie wyprowadzić, więc musiałem zacząć procedurę eksmisji, na szczęście wtedy odpuściła, ale co przeżyłem, to moje. Z imprez też nic nie wyszło, bo praca i kredyt na mieszkanie, większość znajomych zerwało kontakt. Od kilku lat czuję, że to jakaś chora równia pochyła, jest coraz gorzej, a ja zaczynam czuć, że nigdy z żadną normalną kobietą nic mnie nie połączy. Ostatnio nowe relacje są suche, a ja nic nie czuję, chemia zniknęła.
Tak było do wczoraj. Jechałem samochodem i zobaczyłem jak po chodniku, w dość dużej odległości, idzie piękna kobieta. Trzymała za rękę jakieś małe dziecko, ale i tak wydała mi się jak w bajki, od razu zauważyłem długie brązowe włosy, zgrabną sylwetkę i ładny uśmiech, którym obdarzała małą. Takie były moje spostrzeżenia na pierwszy rzut oka, ale i tak wystarczające, by serce podeszło mi do gardła, a w brzuchu pojawiły się motyle. To wszystko zmieniło się w dół czarnej depresji, gdy się zorientowałem, że to moja była.
Dziś rzuciłem każdą używkę. Mam wspaniałą żonę, która wybaczyła mi wiele krzywych akcji. Mam dwójkę wspaniałych dzieci. Ale jestem ćpunem. Piję, palę zioło, walę po nosie i nie odmawiam innych eksperymentów. Dzieci w sumie nie widują mnie pod wpływem, ale jednak czasem jestem krzykliwy, kłócę się bez powodu. Rzucam pracę bardzo często, przez to nie możemy się ustabilizować finansowo. Jednak od zawsze dom, w którym są moje dzieci ma być czysty od używek (chociaż tyle rozumu mi zostało), więc żona nie jest świadoma tego, że ćpam, nie zna nikogo z mojego towarzystwa od odlotu. Moje używanie powoduje więcej kłótni między nami, bo jednak się zmieniłem przez ten syf. Dziś to właśnie do mnie dotarło. Uczucie takie, jakby ktoś dał mi w łeb od tyłu znienacka. 12 godzin temu powiedziałem sobie, że koniec z tym, jeśli podejdę do tego tak jak potrafiłem kombinować siano na ćpanie, to muszę dać radę. Od dziś więcej wyjść na kolację z żoną, z dziećmi do parku, wycieczek. Jutro szukam pracy, i choćbym miał pole na ziemniaki przekopywać saperką, nie zrezygnuję z niej. Zero ćpania, picia, trochę zdrowej diety (bez przesady, zjeść lubiłem od dziecka jestem żarłokiem), trochę boiska dla ruchu. Wracam do tego, kim byłem 11 lat temu.
Miało być krótko, tylko tak, żebyście kciuki trzymali, bo tak naprawdę nie mam komu o tym powiedzieć.
I w ramach motywacji powiem, że czuję się dumny, w końcu to pierwszy krok, w dodatku podjęty przeze mnie z własnej woli. I tak dodatkowo do tych, którzy mnie pocisną w komentarzach: nieważne, co napiszecie, jestem świadom, że każdy pocisk będzie słuszny i w sumie będzie niczym przy tym, co pomyślałem o sobie gdy dotarło do mnie, co odpier....em.
Tak więc ludzie trzymajcie te kciuki. Przyda się.
Lata temu, chyba końcówka komuny to była, mój wujek przyjechał z Niemiec z pracy i przywiózł nam przeróżne prezenty, również kosmetyki, z których jeden przypadł mi, młodemu wówczas chłopakowi. Mówił, że on i jego koledzy to tylko tego używają.
Kilka dni później wujek wpadł z wizytą i pyta, czy jestem zadowolony. Zgodnie z prawdą powiedziałem mu, że ten żel do rąk jest super i całkiem ładnie pachnie, tylko trzeba na ubrania uważać, bo zostawia ślady. Zrobił wielkie oczy i kazał zademonstrować, jak ja tego używam. No to nałożyłem trochę tego żelu na rękę i rozsmarowałem...
Jego śmiech i swoje zawstydzenie pamiętam do dzisiaj. Wyjaśnił mi, że to antyperspirant i do czego służy. Na szczęście rozumiał moje zażenowanie i nikomu się nie wygadał, ale na mój widok przez lata "smarował" dłonie i wybuchał śmiechem.
Bardzo podoba mi się pewien chłopak z mojej uczelni. Planowałam do niego napisać, ale jakoś nie mogłam się przełamać. Ale po wczorajszej sytuacji to już chyba nie mam nic do stracenia.
Nie spodziewałam się, że kiedykolwiek spotkam go pod swoim blokiem. Wyszłam wieczorem z psem i jak zwykle gadałam do Maksa jak nienormalna. Potem mój pies się załatwił, no a ja… szukałam okazu zdrowia, który zostawił gdzieś w ciemnościach, by go zebrać do woreczka na psie odchody. Nie mogłam znaleźć i przyglądałam się trawie, aż nagle usłyszałam zza pleców: „Pomóc ci?”. Koło mnie stał właśnie on i zaświecił mi telefonem, bym mogła znaleźć psią kupę w gąszczu trawy.
Naprawdę, bardziej romantycznego spotkania nie mogłam sobie wyobrazić.
Moja sąsiadka poprosiła mnie, żebym zaopiekowała się jej synem. Chłopiec był bardzo nieposłuszny, ale przy tym nieszkodliwie wesoły i pełen energii. Spędziłam prawie dwie godziny, uganiając się po całym domu za rozbrykanym sześciolatkiem. W trakcie tych naszych gonitw młody przewrócił lampę w salonie. Upewniłam się, że nic mu się nie stało, a po powrocie jego matki poinformowałam o stłuczonym kloszu. Kazała mi oddać za niego pieniądze.
Mam lekką paranoję na punkcie bezpieczeństwa. Zanim wyjdę z domu, potrafię kilkukrotnie sprawdzić, czy zamknąłem wszystkie okna, odłączyłem żelazko, a czasem nawet kilka razy cofam się, żeby sprawdzić, czy na pewno zamknąłem drzwi od mieszkania. To samo tyczy się mojego samochodu i portfela.
W zeszłym tygodniu zaspałem do pracy. W pośpiechu się ubrałem, skontrolowałem wszystko biegając po domu z kanapką w zębach. Pomimo braku czasu nie potrafiłem odpuścić sobie dwukrotnego sprawdzenia, czy zamknąłem samochód. Wbiegłem do biura, szef przymknął oko na moje spóźnienie i zacząłem całkiem zwyczajny dzień pracy.
Po powrocie do mieszkania okazało się, że zostałem okradziony, a na kuchennym stole spoczywał klucz do drzwi, których nie zamknąłem.
Odkąd pamiętam po naszym osiedlu kręciło się sporo żuli, którzy zawsze pod sklepami chlali piwo. Oczywiście w standardzie było żebranie o hajs każdego przechodnia "kierowniku poratuj złotówką". Tak poza tym byli raczej nieszkodliwi, jedynie bił od nich okropny smród i mocno przeklinali, więc omijaliśmy ich z daleka.
Był jednak jeden taki żul, który użebraną kasę oddawał nam, dzieciakom. Zawsze kiedy bawiliśmy się na ulicy, on podchodził do nas chwiejnym, pijackim krokiem i dawał każdemu po 5 zł, bo "fajne z was dzieciaki". I nie, nie było żadnych podtekstów, w zamian chciał żebyśmy mu tylko pokazali jakieś nowe sztuczki na rolkach czy desce albo jak się wspinamy na trzepak, czy na drzewa, czy też jak gramy w piłkę. Czasami też prosił, żebyśmy mu opowiedzieli jak było w szkole. Czasem sam nam kupował słodycze. To były jeszcze czasy, kiedy rodzice nie dawali tak często kieszonkowego, bo niewiele zarabiali, więc dzieci, nawet te powyżej 10 lat, cieszyły się każdą złotówką.
Pewnego dnia zrobiliśmy dla niego laurki, popisaliśmy na nich życzenia, porobiliśmy rysunki i daliśmy mu je. Jak on się bardzo cieszył, że coś od nas dostał... Niestety krótko po tym zmarł na marskość wątroby.
Mama później mi powiedziała, że ten pijaczek miał córkę i syna, którzy wyjechali za granicę i nie utrzymywali z nim kontaktu. Nigdy nie widział swoich wnuków, wiedział tylko, że je ma, więc traktował dzieci z osiedla jak swoje wnuki.
Mam 18 lat. Potrafię sobie poradzić niemal w każdych warunkach. Mógłbym powiedzieć, że wychowywałem się właściwie sam, walcząc z rodziną, bo życiowe "rady" i "ostrzeżenia", które dostawałem od mojej chorej na schizofrenię rodzicielki (mieszkaliśmy odkąd pamiętam tylko we dwoje) musiałem wybijać sobie z głowy, bo już w wieku 6-8 lat widziałem, że coś jest nie tak ("Nie myj się tak często. Raz na tydzień wystarczy, bo ci się warstwa ochronna zedrze"). Również niezliczone ilości zabobonów, o których myślałem, że tak po prostu jest - czarne koty, lustra, po trzy obrazy na jednej ścianie z Maryją i Jezusem itp. Do kościoła co niedziela i o 5 nad ranem różaniec. Do szkoły szedłem zmęczony, ale zadowolony, że mogę porozmawiać z kimś normalnym i się pobawić, pośmiać się i pograć w piłkę. Z ubraniami też było ciekawie.
Gdy szedłem do trzeciej klasy, chciałem mieć czarne dżinsy, żeby dobrze wyglądać. Wcześniej za bardzo nie zwracałem uwagi na ubrania, dopóki rówieśnicy nie zaczęli się ze mnie śmiać. Mama powiedziała, że nie mogę chodzić w czarnym, bo to symbol szatana. Pieniądze miałem, dostałem od dziadków po opowiedzeniu co się stało. Decyzji mamy nie rozumiałem. Potrafiłem się dobrze sam ubrać, ubrania wybierałem chodząc po sklepach z babcią, bo mama próbowała ubierać mnie jak dziewczynkę, co wywierało na mnie duży stres.
Raz stałem z mamą w sklepie z ubraniami, rodzice z innymi dziewczynkami obchodzili nas szerokim łukiem, z politowaniem patrząc co mama na mnie zakłada, ale nikt nie zwrócił jej uwagi. Ja w krzyk, darłem się, bo wiedziałem, że lepiej zrobić scenę teraz w sklepie, niż żeby śmiali się w szkole. Krzyczałem zapłakany, wyjąc z nadzieją, że coś się zmieni, wołałem "Co ty robisz! Tak chłopaki przecież nie chodzą! Nie zakładaj mi tego!". Podeszła do nas pani ekspedientka, a ja znów eksplodowałem płaczem. Kobieta nawet nic nie powiedziała, wystarczyło, że przed oczami miałem porównanie mojej matki nie dbającej o wygląd i o wszystko, a obok stał normalny człowiek, o którym marzyłem, żeby był moim rodzicem. W tamtym momencie w mojej głowie kłębiło się bardzo dużo myśli. Nie rozumiałem już nic. Nie rozumiałem skąd takie reklamy w telewizji, że cała rodzina siedzi przy stole i jest szczęśliwa i dlaczego mam tak, a nie inaczej. Mama się zdenerwowała i wyciągnęła mnie ze sklepu za rękę, tak uniknąłem zakupów.
[Kończy mi się miejsce, chętnie dopiszę, jak interesujące]
W drugiej klasie szkoły podstawowej do mojej klasy przyprowadzono grupę pierwszaków. Każdy dostał "swojego pierwszaka". Zadanie polegało na tym, że pierwszak miał połączyć literkę ze zwierzakiem, którego nazwa zaczynała się na ową literkę (R jak ryba), a my mieliśmy pomóc w razie potrzeby. Ochoczo zabrałam się do działania, ale musiałam przedobrzyć z uśmiechaniem się, bo w pewnym momencie podeszła do mnie pani, powiedziała, że to nieładnie wyśmiewać się z młodszych dzieci i postawiła mnie do kąta, gdzie stałam do końca lekcji. Nie pozwolono mi już zajmować się pierwszakami.
Prawda wyglądała tak, że byłam empatycznym dzieckiem i uśmiechałam się, bo chciałam, żeby absolutnie onieśmielony pierwszak trochę się rozluźnił. Niby głupie, ale do dziś jak o tym pomyślę, to jest mi przykro, bo nikt mi wtedy nie uwierzył.
Nienawidzę dzieci.
Moja matka urodziła łącznie 6 dzieci, z których ja jestem najstarsza. Moja 6 lat młodsza siostra Maja choruje na zespół Downa. Pozostała czwórka ma innych ojców. Najmłodsze z mojego rodzeństwa ma 2,5 roku, starsze 6, następne 8, kolejne 12, a Maja ma 16.
Od kiedy opuścił nas mój ojciec, musiałam powoli opiekować się rodzeństwem. Wtedy była to tylko upośledzona Maja, przez którą i tak miałam braki w pracy domowej (w pierwszej klasie!) i inne problemy, na przykład trudności z zasypianiem (musiałam się nią zajmować, kiedy matka szlajała się gdzieś po nocach). Z każdym kolejnym dzieckiem było gorzej, musiałam się nimi zajmować bez względu na mój wiek i szkołę, bo matka miała "pracę", a poza tym hobby w postaci alkoholu. Musiałam powtarzać 6 klasę.
Kiedy w końcu myślałam, że wyjdę na prostą, pójdę do liceum, a potem na wymarzone studia, urodził się Mateusz. Musiałam się nim zajmować, mimo że nienawidzę go równie mocno jak reszty rodzeństwa. Nienawidzę ich tak mocno, że pewnego dnia nawet ich nie nakarmiłam, a te durne dzieci, najstarsze (nie licząc Mai) w wieku jedenastu lat, nie wpadły na to, jak wyjąć płatki z szafki!
Matka wciąż się nimi nie opiekuje, ja powtarzam ostatnią klasę liceum. Chciałabym się wydostać z tej dziury, od tych małych potworów, i zacząć swoje życie, ale wiem, że z moją matką i obecnymi obowiązkami to nie będzie szybko możliwe.
Dodaj anonimowe wyznanie