Nienawidzę życia w tym kraju.
Nie mam żadnych długów, żadnych nałogów, pracuję legalnie na pełnym etacie, płacę podatki, a na nic mnie nie stać. Dosłownie 90% pieniędzy idzie na rachunki, zdarza się, że nie ma nawet na jedzenie, które jest tak cholernie drogie. Jest mi strasznie przykro z tego powodu, że jestem niewolnikiem, tak bardzo bym chciał normalnie żyć. Naprawdę nie jestem wymagającym człowiekiem, ale chciałbym, żeby od wypłaty do wypłaty starczało na jedzenie, żebym raz w miesiącu mógł sobie kupić buty, grę na konsolę czy wyjść do kina.
Czy tu kiedyś będzie lepiej? Zmiana pracy niczego tu zmieni, nie jestem super inteligentny, ale pracuję, nie leżę i uważam, że należy mi się trochę więcej od życia.
W końcu po kilku latach przeglądania anonimowych i ja zdecydowałam się wyznać moją tajemnice. Uwaga, będzie niesmacznie.
Jestem picowcem. Uwielbiam jeść kurz. Mowa tu o kurzu, który zbiera się na meblach, drzwiach, podłodze. Nie przeszkadza mi nawet, że są w nim włosy. Kocham jego zapach, konsystencję. Najlepszy jest taki z pomieszczeń, gdzie jest położona wykładzina dywanowa. Wtedy kurz jest puchaty i nie ma drobinek piasku, które zgrzytają między zębami. Uwielbiam też przebywać w zakurzonych pomieszczeniach oraz wąchać powietrze wydobywające się z odkurzacza.
Nie wiem skąd mi się to wzięło. Po prostu jako dziecko nie mogłam się pohamować by tego nie skosztować i tak mi już zostało. Teraz mam 30 lat i muszę skrupulatnie to ukrywać przed mężem. Jak jeszcze mieszkałam w rodzinnym domu, to brat mnie przyłapał na moim podjadaniu i powiedział mamie. Oczywiście ja się jakoś wybroniłam mówiąc, że oglądałam Perfekcyjną Panią Domu i robiłam test białej rękawiczki. Na szczęście mama uwierzyła i po tej sytuacji byłam bardziej ostrożna. Do tej pory nikt nie wie, co ja wyprawiam i dlaczego w moim domu jest tak czysto. Wiem, że to trzeba leczyć. ale jakoś nie mam odwagi iść do lekarza. Spaczone łaknienie występuje często i widziałam kilka wyznań o tym. Nigdy jednak nie widziałam wyznania osoby, która jest takim dziwakiem jak ja.
Uff, w końcu to z siebie wyrzuciłam.
Za czasów szkolnych śpiewałam w chórze. Mieliśmy wyjazd na mszę z jakiejś ważnej okazji. Miałam podpaskę i całe szczęście, bo w trakcie śpiewania zesrałam się w majtki. Dupa mnie nie oszukała, nie chciałam wypuszczać żadnych gazów. Jakim cudem, nie wiem. Na szczęście do końca uroczystości niewiele brakowało, więc byłam pierwsza, która kościół opuściła. Mam nadzieję, że nikt nic nie poczuł, bo miejsce gdzie stałyśmy było strasznie ciasne.
Minął prawie miesiąc, odkąd dostałem awans w pracy. Bardzo długo się o niego starałem i przydzielenie mi wyższego stanowiska było jak spełnienie moich marzeń. No właśnie. BYŁO. Dowiedziałem się, że planują mnie zdegradować. Nie chodzi o to, że nie sprawdzam się na swoim stanowisku, ale o to, że nie mogą znaleźć nikogo, kto chciałby przyjąć moją dawną posadę.
Jakiś obcy facet zagadał do mnie na Facebooku z zamiarami, które wydały się dość oczywiste już po pierwszych jego wypowiedziach. Zgodnie z prawdą od razu postanowiłam go spławić, mówiąc, że nie jestem zainteresowana znajomościami z randomami z Facebooka i spotykam się z kimś. W tym momencie gość zaczął być coraz bardziej natarczywy i usilnie namawiać mnie na spotkania, a gdy to nie przyniosło efektu, pojawiły się wyzwiska i oskarżenia, że wprowadzam mężczyzn w błąd, bo nie mam ustawionego statusu mojego związku. Tego było za wiele. Krótko się pożegnałam i zablokowałam profil.
Historia mogłaby skończyć się w tym miejscu, ale chyba nie doceniłam "wytrwałości" tego pana. Zakłada coraz to nowe konta, z których wciąż dostaję nieprzyjemne wiadomości. Czy ktoś może mi wyjaśnić, co trzeba mieć w głowie, żeby tak się zachowywać?
Parę dni temu ukradkiem zabrałem mojej dziewczynie jej sygnecik, aby na jego wzór jubiler mógł dopasować pierścionek zaręczynowy. Niestety, w drodze do salonu jubilerskiego zgubiłem go. Teraz miłość mojego życia płacze, bo jest przekonana, że ktoś ukradł jej najcenniejszą pamiątkę rodzinną, która to - jak się okazało - była przekazywana z matki na córkę od dobrych 150 lat. Ja tymczasem mam dwa problemy – gryzące mnie wyrzuty sumienia oraz fakt, że w dalszym ciągu nie wiem jakiej wielkości pierścionek ma przygotować jubiler...
Nie wiem, czy można być większą ofiarą losu niż ja. Dostałam walentynkę od mojego przyjaciela, w którym kocham się jak idiotka od dwóch lat. Myślałam, że to będzie jakiś przełom, jak zobaczyłam w torbie tę różową kartkę od niego.
Napisał na niej: „Dla mojej kochanej siostry, w podziękowaniu za pomoc przy wyborze dziewczyn na randki. Dzięki Tobie zawsze mam świetne laski na walentynki!”.
Wchodzi do mojego gabinetu baba (taka wredna, roszczeniowa dama) i od wejścia z ryjem do mnie, że jej dzieciaczkowi nie znika wysypka, nie śpi i ciągle płacze. Na spokojnie próbuję jej wytłumaczyć, że to się zdarza i ma mi powiedzieć od kiedy te objawy się utrzymują, czy zaczęła karmić dziecko produktami stałymi, a jeżeli tak, to czym je karmi.
- No jak czym? A co się dziecku podaje? Mówi pani, jakbym głupia jakaś była. No normalnie. Tym, co każdy.
- Proszę pani, proszę o dokładną odpowiedź, to bardzo ważne w takim wypadku. Chłopiec dostaje taki sam posiłek, co reszta domowników?
- No tak. No a jak inaczej. Ja nie będę przecież płaciła za jakieś te... no.,. Gerberki jakieś. Przecież od tego nie urośnie.
- To co chłopiec dostaje do jedzenia?
- No to co każdy. Lubi jak (imię męża) je bigos, to mu podjada. Karkóweczki no, trochę ostatnio mu mąż spaghetti dał, to zjadł. I lubi, lubi bardzo.
- Pani półrocznemu dziecku bigos daje do jedzenia? Nie pomyślała pani, że to od tego ta wysypka?
- No jak no? Przecież takie wysypki to od wirusa są, a nie od jedzenia. Bo jak od jedzenia? Przecież to nie ma drogi na twarz jedzenie. Bo przecież się nim nie smaruje. Pani mi nie wmawia, że ja dziecko krzywdzę. Pani dzieci nie ma, to nie wie jak się zajmować, bo ja dobrze się zajmuję moim i mi pani nie wmówi, że trzeba zaszczepić na jakieś te.
- Proszę się uspokoić, próbuję pani pomóc...
- Ale niech mi pani nie mówi co mam robić! Wy to macie zapłacone, bo mówicie to samo wszyscy! Że od jedzenia! Że co, ja może mam zaszczepić dziecko moje na kapustę?
Nie przedłużając, pani dostała furii i zaczęła krzyczeć, że jestem niepoważna, po czym wyszła z przychodni.
Anonimowe w tym wyznaniu jest to, że nasłałam na panią opiekę społeczną, bo wyczułam od niej alkohol. Dziecko jej odebrali, a ona rozpowiada, że sąsiadka ją podłożyła. Czasami trochę mi głupio, że matka przeze mnie straciła dziecko, ale jak przypomnę sobie te czerwone plamy na twarzy tego chłopca, jego płacz i ból w oczach, to jakoś nie jest mi jej żal. Niektórzy nie powinni mieć dzieci.
Mój ojciec tak bardzo nie umie się przyznać do błędu, że woli zmyślać niż ponieść za coś winę.
Gdy podczas wyrejestrowania samochodu okazało się, że źle spisał numer VIN, oskarżył mnie o dopisanie dodatkowych cyfr. Dlaczego miałbym to zrobić? A dlatego, żeby go ośmieszyć w Wydziale Komunikacji...
Jakieś 7 lat temu zmęczony pracą w korporacji dałem się namówić kumplowi z Anglii, żeby przyjechać do niego na 3 miesiące i szybko zarobić trochę kasy. Zarejestrowałem się w agencji pracy i dostawałem zlecenia głównie w małych fabrykach. W jeden ze słabszych pod względem zleceń tygodni zgodziłem się nagiąć swoje zasady i iść jednorazowo na nockę do fabryki produkującej żywność (choć wszyscy mi mówili - nie idź do jedzenia!).
Zjawiłem się w fabryce produkującej wegetariańskie produkty mięsopodobne i ustawiono mnie z grupką facetów (Polak, Anglik i Węgier powtarzający w kółko "gut dżob, izi") przy półeczce z pasztetami skręconymi w folijkę (jak grubaśne parówki). Naszym wielce prestiżowym zadaniem było czyszczenie końcówek pasztetów z zalegającego tam "mięsa". Powtarzałem sobie wtedy, że żadna praca nie hańbi, czułem się jednak jakbym znalazł się w piekle i musiał czyścić diabłom rzyć za pomocą papierowych ręczniczków. Po paru godzinach pewna starsza Angielka wychyliła się z okienka w ścianie i poprosiła mnie, bym przekazał jakąś informację do kuchni. Gdy otworzyły się przede mną jej wrota, uderzyła we mnie para gęsta i obrzydliwa jak zupa z pomyj i ujrzałem kucharza wyglądającego jak Kuba Rozpruwacz w ohydnym, tłustym fartuchu. Przekazałem co miałem przekazać i uciekłem, rozpaczliwie łapiąc oddech.
Wtedy też wystąpił problem - nie mogłem dłużej czyścić pasztecików, gdyż nabrałem silnego odruchu wymiotnego. Zdesperowany postanowiłem zrobić jedyną dostępną rzecz i podejść z propozycją pomocy do 2-metrowego Roma, którego wszyscy unikali, a który zajmował się pakowaniem tych pasztetów do kolorowych, tekturowych pudełeczek z norweskimi napisami i rysunkiem świni całującej małpę pod choinką.
Rom wcale nie był Romem, a Pakistańczykiem z Kaszmiru. Przedstawił się jako Kudir i zagadał do mnie czystą polszczyzną: "Jak się masz?". Zaszokowany zacząłem wypytywać go o związki z Polską. Okazało się, że Kudir gra dużo na wyścigach konnych, zakładach itp. i gdy za dużo przegrywa, idzie pracować na parę dni/nocy. Kiedyś z 50 tysiakami zł przyjechał do Krakowa, by otworzyć jakiś biznes. Tam miał fajne mieszkanko i miłego gospodarza, z którym szybko się zakumplował. Zamiast pracować więcej jednak imprezował. Gwoździem jednak jego historyjki było to, że jego landlordem okazał się być Kuba Wojewódzki, o czym powiedzieli mu inni jego polscy znajomi i imprezując z nim poznał masę polskich celebrytów, których jednak nie kojarząc traktował jak zwykłych ludzi, czym zaskarbił sobie ich wielką przyjaźń.
Pół nocy słuchałem przeróżnych anegdotek, np. o pijanej Iksińskiej leżącej pod stołem.
Rano pochwaliłem się kumplowi, jaką postać spotkałem. Odpowiedział tylko, że to nie Kudir, lecz Gudir. Jego żona jest Polką, przegrywa głównie jej pieniądze i jest strasznym kłamczuszkiem.
Dodaj anonimowe wyznanie