#7bKrO

Kiedy byłem w podstawówce, mieliśmy jakiś występ dla rodziców, którego częścią miał być taniec w parach. Bardzo nie podobał mi się pomysł z tańcem, no bo wiadomo - za rękę z dziewczyną? Fuj. Nie mogłem do tego dopuścić. Przedstawienie trwało w najlepsze i gdy nieuchronnie zbliżała się wiadoma część programu, doskoczyłem szybko do wychowawczyni przy magnetofonie i dramatycznym głosem poinformowałem ją, że muszę skorzystać z toalety. Jak to, teraz? Teraz, teraz, migiem, bo onix puka do wrót. No to idź. I poszedłem. Przesiedziałem tam kilka minut i gdy byłem pewny, że tańce się skończyły, zadowolony z siebie wróciłem. Niestety mama nie była zadowolona i po powrocie do domu dostałem opieprz życia. Podobno moja partnerka, pozostawiona sama sobie, musiała tańczyć sama z rozpostartymi ramionami.

PS 1: Na szczęście obrzydzenie do dziewczyn przeszło z wiekiem :)
PS 2: Jeśli to czytasz, Monika, to przepraszam, młody byłem i głupi :(

#HUNGG

Mam brata. Jako dzieci nie dogadywaliśmy się, a do tego był niesamowicie zdolny, zawsze najlepszy i w ogóle jakoś tak zawsze było po jego myśli. Wiecznie słyszałam: "jesteś dziewczynką, ustąp mu" albo "daj spokój, bądź mądrzejsza". Zawsze jego na wierzchu, a najbardziej bolało, że mógł mnie zwyzywać, przezywać i nikt nie reagował, a jak tylko odpyskowałam mu, to rozpoczynała się wielka afera, bo jak tak mogę się wyrażać. Ogólnie wiele można było powiedzieć. Taki król rodziny. A ja czułam się jak najgorszy śmieć.

W dzieciństwie w brata pokoju stał komputer (tylko on miał swój pokój) i ja nigdy nie mogłam go używać, albo używałam po kryjomu przez godzinę, gdy był na zajęciach dodatkowych z angielskiego. Potrafił wyzywać mnie, bo po powrocie do domu sprawdzał, że komputer jest ciepły i na pewno go używałam. Już nie wspomnę o tym, jak zakładał hasła. Ja nawet do szkoły nic nie mogłam sprawdzić, bo jemu zawsze był potrzebny. Moja frustracja i bunt rosły. No nienawidziłam go. A rodzice nie mieli na jego zachowanie wpływu, bo jak chciał, tak było.

Pamiętam, jak dostał się do liceum. Codziennie dostawał 2 zł (czasem 5 zł) na "bułkę", bo w budynku liceum był sklepik. Ja nie dostawałam, bo byłam w gimnazjum i niby u nas sklepiku nie było (sklep był koło szkoły). Ale co tam, ja mogłam nie mieć "kupnego" śniadania, a on już musiał. Głupie, co? No ale mnie to strasznie bolało, zwłaszcza że w domu jakoś rarytasów się nie jadło.

I miałam tak straszne parcie na to 2 zł, którego mi nikt nie dawał, że zaczęłam podbierać tacie drobniaki z kieszeni. I naprawdę nie umiałam z tym skończyć. Kiedy poszłam do liceum i mi nikt tego gównianego 2 zł na bułki nie dawał, bo mi to po co, miałam jeszcze większe poczucie krzywdy, więc non stop szperałam po kieszeniach w poszukiwaniu jakichś drobnych. Niby dla kogoś śmieszne, a dla mnie stawało się to problemem.

Kiedy ja byłam w tym liceum, brat był na studiach. Wracał do domu, rzucał kwotę "Trzeba mi 600 zł" i dostawał. Nikt się nie pytał, ile rachunki, na co, po co. Mówi - ma i to od ręki. Trzeba mi na książki - pach pieniądze! Kiedy ja poszłam na studia, to musiałam co do grosza przedstawiać po co i na co, czemu tyle, a nie mniej itp. i przypominać 50 razy, że tak, to na teraz. Dawali mi na studia, wygoda jakiej nie każdy doświadcza, ale mnie tak strasznie wkurzało jak traktowany jest brat, a jak ja. Czułam się upokorzona. Całe studia miałam silną potrzebę podbierania drobniaków. Ale... No właśnie, kiedy widziałam większą ilość pieniędzy i wiedziałam, że nikt się nie doliczy, sięgałam po większe kwoty. Umiem nazwać rzeczy po imieniu - kradłam.

Jestem dorosła. Kiedy piętrzą się wydatki i stresuję się, czy mi wystarczy na wszystko, mam potrzebę powrotu do domu i szperania po kieszeniach. Przeważnie się powstrzymuję. Nikt mnie nigdy nie złapał. Nikt nie wie.

#Imbim

Jak zrobić największą głupotę na świecie?

Dałam się oszukać na BLIK-a. Napisała koleżanka, czy nie pomogę jej z przelewem i bezmyślnie podałam BLIK i zostałam okradziona na 1000 zł. Koleżance włamali się na konto Messenger, a pieniądze wybrane były w bankomacie na drugim końcu Polski przez oszusta.

Ku przestrodze! To serio się dzieje, pieniędzy się odzyskać nie da. Zanim zrobicie coś tak głupiego albo ktoś was poprosi o taką pomoc, zdzwońcie i skontaktujcie się wpierw z tą proszącą o pomoc osobą...

#TMdlF

Moja współlokatorka i (jak myślałam) przyjaciółka w tym roku zaczęła się zachowywać wobec mnie mocno nie w porządku. Np. żądała kasy, jeśli chciałabym zjeść mrożonkę, którą kupiła - mimo że to ja częściej pichciłam/kupowałam (a bywały to rzeczy drogie, typu łosoś) i nigdy nie żądałam od niej żadnego wyrównania, uważałam, że się przyjaźnimy, więc mogę się podzielić. Zarzucała mi, że myślę tylko o swoich problemach. Cóż, kilka ostatnich miesięcy było dla mnie bardzo ciężkie: mój ukochany pies prawie umarł, objęłam kilka ważnych funkcji, które wiążą się ze stresującymi obowiązkami, miałam nieprzyjemne kłopoty na studiach... Przez te pół roku pożaliłam się jej może trzy razy, bo dawała mi do zrozumienia, że nie chce tego słuchać. Wyszło też, że oszukała mnie przy rozliczeniu rachunków za media. Stwierdziła, że to pomyłka, ale niestety nie może mi teraz oddać i się popłakała... Pogadałam z nią poważnie i wybaczyłam w imię naszej długiej relacji. Stwierdziłam, że skoro ja mam ciężki okres, to ona też może mieć, pewnie też nie jestem bez winy. Chciałam jeszcze ratować naszą relację.

Nie było mi to dane. Miałyśmy przedłużać umowę wynajmu, gdy nagle, bez uprzedzenia, oznajmiła mi, że znalazła sobie "tańsze" mieszkanie i się wyprowadza. Fajnie, że miałam kilka dni na ogarnięcie czegoś dla siebie, cudem znalazłam kogoś na jej zastępstwo.
No więc ja zostaję w mieszkaniu, ona się wyprowadza. ALE JAK ONA SIĘ WYPROWADZA! Proszę państwa, z przytupem!

Miała przyjść wczoraj spakować swoje rzeczy. Wracam sobie z uczelni, a tam sajgon w kuchni... Przeszukała dokładnie każdy kąt, przegrzebała pojemnik z przyprawami, żeby nie zostawić mi czasem na wpół zużytej paczki papryki za 1.30 zł, którą ONA KUPIŁA. Przesypała sobie do woreczka dwie łyżki płatków ryżowych, bo tyle zostało z paczki, którą ONA KUPIŁA. Przy okazji zakosiła sporo moich produktów, no ale szanujmy się, ja mam równo pod sufitem, nie będę walczyć o puszkę kukurydzy i makaron spaghetti, to nie Fallout. Poszła, uznałam, że coś z nią nie tak, ale już powinnam mieć spokój.

Ale to nie był koniec. Dzisiaj, godzina 22:10. Ona wpada do mieszkania, ja akurat biorę kąpiel. Gdy wychodzę, pyta mnie wkurzona, gdzie są jakieś pudełka po żarówkach (ja z ręcznikiem na głowie mam rozkminę, że WTF pudełka po żarówkach, na co ci?). Cóż, przyjechała WYKRĘCIĆ DWIE ŻARÓWKI, no bo ONA KUPIŁA. I robi awanturę o pudełka.
Pudełek nie znalazła, wzięła żarówki i pojechała.
Zastanawiam się teraz, czy zawsze była taka walnięta, a ja nie zauważyłam, czy to nowa sprawa.

Ogólnie to chyba już wiem, jak to się rozwodzić, choć ślubu z nikim jeszcze nie brałam.
Bez fanfar. Oby nowa współlokatorka była normalna.

#OWJRR

Kilka lat temu poznałem dziewczynę o 10 lat młodszą ode mnie.
Żeby nie było, że dziewczyna znaczy małolata - no nie, obecnie dobiega czterdziestki.
Było super, ale od stałego związku odstraszyło ją "co powie rodzina, że mój facet jest o 10 lat starszy ode mnie". Wszystko było na miejscu - rozum, wygląd, seks.
Koniec końców nie udało się, nie miała dość odwagi w sobie, byłem za stary dla niej według jej rodziny.

Parę dni temu spotkaliśmy się przypadkiem. Powiem Wam jedno - jak ja się cieszę, że nie zagrało...
Wówczas fajna babka, może kilka kilo za dużo, ale z gatunku tych "fajniutka".
Teraz? Kto żyw, niech ucieka. Wygląda jakby miała 20 lat więcej niż ma. To, że ma już mocno "grube kości" to pikuś, ale cała reszta to czysty armageddon.
Wiem, większość Was powie, że to płytkie, ale serio - nie widzieliście jej.

Mówiąc krótko - czar prysł.

#jiSaX

Pracuję w gabinecie kosmetycznym. Niecałe dwa tygodnie temu koleżanka miała klienta na długi zabieg (siedziała z nim około godziny sama), który dopiero co przyjechał z Chin. Środków bezpieczeństwa jako tako nie było, po prostu wypuścili go z samolotu, bo nie miał objawów.

Po 12 dniach koleżanka zaczęła mieć objawy: bóle mięśni, gorączka, bóle głowy. Z dnia na dzień jej stan zdrowia diametralnie się pogorszył. Skojarzyłyśmy fakty, szybki telefon do szefowej, potem na infolinię w sprawie koronawirusa. Natychmiastowo kazali jej się stawić w szpitalu zakaźnym. Oczywiście do szpitala pojechała tramwajem.

I teraz my, reszta załogi. Przez cały ten czas, nawet po wystąpieniu objawów, przebywało z nią 6 osób + sporo klientów. Dzwoniłyśmy do sanepidu i na tę nieszczęsną infolinię i jedyne, co nam powiedzieli, to żeby czekać 14 dni i mierzyć sobie temperaturę. Kilka razy podkreślałam, że mamy kontakt z klientami, a nie jesteśmy nawet zaopatrzone w maseczki (uprzedzając pytania dlaczego same sobie ich nie kupimy - stacjonarnie nie ma nigdzie, a szefowa już je zamówiła i czekamy). Przecież to ogromne ryzyko. Jeśli jesteśmy zarażone, to możemy też zarazić innych. Jedyne co usłyszałam, to że ani rząd, ani sanepid nie mają jeszcze żadnego rozporządzenia i nie wiadomo co robić w takiej sytuacji. Szefowa oczywiście gabinetu nie zamknie, bo to strata dla firmy.

I tak mierzymy sobie temperaturę po kilka razy dziennie, ale dopiero jest trzeci dzień od wystąpienia objawów u koleżanki i nic nie wiadomo. Ona leży na zakaźnym i czeka na wyniki, a czeka się długo, bo próbki badają tylko w Warszawie. Jestem przerażona tym brakiem profilaktyki, takim olewactwem i biurokracją. Co z tego, że istnieje duże ryzyko tego, że roznosimy to naokoło? Przecież nie ma rozporządzenia. Dramat.

#tyU0n

Bardzo źle wspominam wszelkie zabiegi pielęgnacyjne/higieniczne, wykonywane przez moją matkę w dzieciństwie. Mam tu na myśli np. mycie, czesanie, obcinanie paznokci. Każda z tych czynności była bolesna, matka nie była ani trochę ostrożna - szarpała, wszystko w pośpiechu, nieuważnie, używała za dużo siły itd.

Najgorsze było obcinanie paznokci - pamiętam, że bałam się tego i zawsze błagałam, by zrobił to tata (wtedy nie bolało). Matka jednak upierała się, że ona musi to zrobić i że "wymyślam". Czesanie - szarpała za włosy, wszystkie mniejsze kołtuny ściągała w jedno miejsce, łącząc je w duży kołtun, który następnie szarpała na siłę, jednocześnie krzycząc na mnie, że "co ty robisz z tymi włosami, że masz takie kołtuny". Pamiętam, jak czesała mnie czasem babcia - było OK, więc to raczej nie była kwestia jakiejś mojej nadmiernej delikatności.

Jedynym plusem tego wszystkiego było to, że dość szybko nauczyłam się sama dbać o siebie. Rodzicielka jednak dalej upierała się, że "źle to robię" i chciała robić to za mnie mimo wszystko. Z pomocą ojca udało się ją przekonać, że już umiem i dała mi spokój.

Moja młodsza siostra nie miała tyle szczęścia. Wspomnienia ma podobne co ja - ból. Jednak ją matka chciała myć itd. do 12 roku życia, albo i dłużej. Podejrzewam, że dlatego, że nie miała już kolejnych dzieci, którymi mogłaby się "zająć" po zostawieniu siostry w spokoju.

Ostatecznie pozwoliła jej się samodzielnie myć po ciągłym zwracaniu uwagi przez chyba wszystkich domowników - niestety, nie do końca. Zaczęła zabierać klucz do łazienki i czasem wchodziła tam siostrze. Poza tym dyktowała jej, jak ma się myć, np. kazała jej to robić w prysznicu na siedząco (chociaż siostra była już na tyle duża, że ledwo mogła w tym brodziku wygodnie usiąść). Siostra rozkazu nie posłuchała i myła się normalnie, za co matka na nią krzyczała. Skąd się o tym dowiedziała? Podglądała ją przez takie dziurki na dole drzwi... Siostra potem zaczęła je zasłaniać ręcznikiem, o czym dziwnym trafem matka od razu się dowiedziała już przy pierwszym zasłonięciu. Ciekawe skąd.

O matce pisałam już wcześniej, np. tu: #CyKHv

#7cEiL

Mój brat ma 15 lat i choruje na zespół Downa. Ogólnie to fajny chłopak, ale często zdarza mu się np. "nie trafić" do muszli, przez co cała deska bywa brudna.
Ostatnio w nocy nie zdążył do toalety. Rano rozmawia sobie z mamą o ścieleniu łóżka, itp. i nagle mówi "tam jest coś schowane". Wszyscy zastanawiają się na co wpadł mój braciszek i wymieniają wszystkie możliwości: kot, pies, zabawka, jedzenie itp.
A ja z drugiego pokoju krzyczę: "Chyba g*wno!".

Miałam rację.
Dodaj anonimowe wyznanie