Mam współlokatora, który regularnie używa mojego szamponu. Aby „zatrzeć po sobie ślady”, po skorzystaniu z niego, uzupełnia braki wodą. Robi to tak długo, aż ciecz w butelce jest już całkiem rozwodniona i do niczego się nie nadaje.
Straszliwie mnie to wkurza, bo gość nawet nie zadaje sobie trudu, aby czasem samemu kupić brakujące płyny i zawsze liczy na to, że ja to zrobię. Wówczas kontynuuje swój proceder.
Jakiś czas temu miarka się przebrała. Zorientowałem się, że zużył ponad połowę szamponu, który niedawno kupiłem. Wpadł mi do głowy pewien paskudny pomysł, który postanowiłem zrealizować. Wylałem z butelki większość rozcieńczonego płynu i uzupełniłem go… Ordynarnie naszczałem do środka.
Od dwóch tygodni mój współlokator myje swoją czuprynę mieszanką rozwodnionego szamponu i mojego moczu. Standardowo dolewa wody, abym się nie zorientował. Ja tymczasem równie regularnie wylewam trochę tej mikstury i dodaję „coś od siebie”. Ciekaw jestem kiedy się zorientuje, że coś jest nie tak…
Jakiś czas temu moi rodzice po kilku latach w końcu ukończyli budowę naszego nowego domu. Mieszkamy tu mniej więcej od kilku miesięcy. Z początku byłam przeszczęśliwa, w końcu po latach życia w małym mieszkaniu w bloku miałam piętrowy dom pod lasem, ładnie urządzony i nowoczesny. Szybko jednak stwierdziłam, że coś tu jest nie tak.
Często wieczorem, gdy już zapadała cisza, zdarzało mi słyszeć jakieś pukanie, szurania, jakby kroki. Raz pode mną, raz gdzieś ze ścian. Było to dziwne, bo mój pokój mieści się na strychu, a obok jest jedynie łazienka. Z początku nie zwracałam na to aż takiej uwagi, przecież to mogły być jakieś rury albo po prostu hałas z parteru jakoś dociera na moje piętro i wydaje się, jakby powstawał tam. Mimo tego z czasem nie mogłam już spać, potrafiłam leżeć prawie do rana i nasłuchiwać dziwnych dźwięków. Zaczęły mnie coraz bardziej niepokoić, więc powiedziałam w końcu o tym rodzicom. Niestety są bardzo wierzący i od razu stwierdzili, że to mogą być duchy, po czym tata oznajmił, że skontaktuje się zaraz ze znajomym księdzem. Ksiądz faktycznie przyjechał, mówiąc, że czuje tu jakąś złą energię. Poświęcił dom i kazał nam się wszystkim codziennie modlić. Ja tego nie robiłam, nie jestem wierząca. Poza tym poświęcenie w niczym nie pomogło, wciąż słyszałam te dziwne szmery i hałasy. I to tylko na strychu, u rodziców na parterze było cicho.
Pewnej nocy miałam wręcz wrażenie, że te dźwięki dochodzą z jakiegoś miejsca obok mnie i spanikowana pobiegłam zapalić światło. No i przyłapałam duchy na gorącym uczynku. A raczej myszy. Nikt nie podejrzewał, że mogą zalęgnąć się w świeżo wybudowanym domu. A jednak. Stukanie i pukanie, które słyszałam, wcale nie było stukaniem i pukaniem, a dźwiękami ich poruszania się po pokoju. Były też w łazience, stąd wydawało mi się, że słyszę coś ze ścian. Myszy to zwierzęta nocne, więc za dnia gdzieś się chowały, a w nocy wychodziły. Gdy nagle zapaliłam światło, udało mi się zauważyć dwie z nich wbiegające za komodę. I okazało się, że mogłam na to wszystko wpaść o wiele wcześniej. Kompletnie nie zauważyłam, że kilka rzeczy nosiło ślady pogryzienia, np. kartony z jeszcze niewypakowanymi rzeczami. Pod wanną natomiast znalazłam mysie odchody, a jakaś stara paczka krakersów leżąca na półce pod biurkiem została wyraźnie napoczęta.
Ciekawe, co na to ksiądz...
PS Tata się zmieszał i powiedział, że nie będzie do niego dzwonić, żeby powiedzieć, że sprawa duchów już się wyjaśniła.
Długo zastanawiałam się, dlaczego mam lekko skośne oczy i ogólnie częściowo azjatycki typ urody (w rodzinie sami Polacy). Dzisiaj być może znalazłam przyczynę - zdałam sobie sprawę, że moja babcia urodziła się prawie dokładnie 9 miesięcy po "wyzwoleniu" Polski przez Rosjan.
Pracowałem przez parę lat w jednej firmie IT. Mniejsza o to gdzie i czym dokładnie się zajmowała. Najważniejsze jest to, że zarząd firmy bardzo dbał o pracowników i byli bardzo wyrozumiali wobec wszystkich, niezależnie od formy umowy (kontrahent, śmieciówka, UoP). Chciałeś pracować z domu, bo masz dziecko chore? Nie ma problemu. Zachorowałeś i będziesz hospitalizowany przez kwartał bez UoP? Nie ma sprawy, będziesz miał wynagrodzenie. Spartoliłeś projekt? Nie ma problemu, wyjdziemy z tego razem. Ogólnie rzecz biorąc, firma wyjdzie z siebie, abyś czuł się dobrze w jej murach.
Pewnego razu zostałem przedstawiony, powiedzmy Kasi, miała dołączyć do któregoś projektu i pomóc przy jego realizacji. Pewien czas później przestała się pojawiać w biurze, a do projektu przydzielono kogoś innego.
Czas mijał, a ja się zorientowałem, że od dobrego roku nie widziałem jej w biurze. Już trochę w firmie byłem, więc pewne informacje do mnie przeciekały. Jak się okazało, Kaśka została dotknięta ciężką chorobą. Walczyła z przypadłością na różne sposoby, a z powodu zabiegów miała problemy z mówieniem, ogólne osłabienie organizmu, wylądowała na wózku i wyglądała źle.
Firma nadal pozwoliła jej pracować na różnych wymiarach etatu. Nie dostawała również niczego angażującego lub wymagającego presji czasowej. Po prostu spokojnie sobie zarabiała na podobnych warunkach, chociaż firma mogła po prostu zaprzestać współpracy, bo nie była na UoP, a czasem pracowała ledwie godzinę dziennie.
Rok później byłem na spotkaniu branżowym parędziesiąt kilometrów od firmy. Nudziłem się przez większość prezentacji, głowa opadała mi z nudów, aż w końcu wybudziłem się, ponieważ na scenie zobaczyłem Kaśkę. Mówiła bardzo wyraźnie, nie zdradzała oznak żadnej choroby. Zdziwiło mnie to, bo z tego co mi było wiadomo, nadal cierpiała i nie przebywała w biurze. Nie wypytywałem ją o przebieg choroby, ponieważ teoretycznie nic nie wiedziałem.
Po spotkaniu zrobiłem rekonesans w internecie i okazało się, że od momentu "choroby" Kaśka pracowała na pełnym etacie dla innej firmy, a z poprzedniej firmy ciągnęła drugą wypłatę na "frajera". Może by nie wpadła, gdyby nie fakt, że była na zdjęciach integracyjnych z nowej firmy, które miały wyraźną datę i miejscowość opisaną. Choroba była kłamstwem.
Zarząd wkrótce się dowiedział o wybryku i poprosił o wyjaśnienie. Wyjaśnieniem Kasi było przesłanie wypowiedzenia umowy z "wyfrajerowaną" firmą. Nie było mowy o zwrocie wynagrodzenia. Firma po prostu sobie darowała kontakty z taką osobą.
Do dziś nie mogę wyjść z podziwu, jak można tak wykorzystywać serdecznych ludzi i żyć w takim kłamstwie. Świat IT na szczęście jest mały i podejrzewam, że ta plama w jej historii się nie zmyje.
Miałam znajomą, która narobiła wielu osobom długów.
Jak?
Zacznijmy od tego, że sama od wielu lat jest zadłużona, ale że pracowała zawsze na czarno i co jakiś czas zmienia miejsce zamieszkania, komornik nie miał jak ściągać od niej zadłużenia. Jej dług na ten moment wynosi jakieś 30 tys. i z tego co wiem ona zadeklarowała, że nie zamierza tego spłacać. Rozumiałabym gdyby próbowała chociaż spłacić, ale nie...
Najpierw standardowo kredyty w bankach, potem w parabankach, później zamawiała jakieś rzeczy z internetu z odroczoną płatnością typu kursy w ESKK, kosmetyki w Avonach itp. Jeździła ciągle bez biletu, więc nazbierał jej się jeszcze dług za mandaty. Ale to nie koniec.
Zaczęła namawiać na kredyty członków rodziny. Bo ona potrzebuje tego czy tamtego. Namówiła tak 3 osoby z rodziny w dość krótkim czasie, na każdego po 1000 zł kredytu. Obiecała że będzie spłacać, oni oczywiście nie wiedzieli o jej skłonnościach do niepłacenia zobowiązań bo skrzętnie to ukrywała. Nikt nie wiedział o jej zadłużeniach, mówiła tylko, że nie ma zdolności kredytowej z powodu pracy na czarno. Tym sposobem narobiła zadłużeń członkom rodziny.
Ale to nadal nie koniec.
Zaczęła w następnej kolejności namawiać na kredyty znajomych. Kierowana zaskakującym sprytem, namawiała na to osoby, które nie znają członków jej rodziny i tym samym była bardzo malutka szansa, że te osoby zostały poinformowane o tym, co zrobiła wcześniej. I tak namówiła matkę mojego kolegi i jeszcze kilka innych osób. Nic nie spłaca, jak nietrudno się domyślić, a te osoby nie mają żadnych dowodów, bo odbyło się to na wizji, nie przez komunikatory.
Później chciała namówić mnie - nie wiedziałam wtedy o jej kombinatorstwie, bo za bardzo nie utrzymywałam z nią kontaktu, ot znajoma jedna z wielu. Moje podejrzenia wzbudziło, gdy zaczęła do mnie ciągle przychodzić, wyciągać mnie na kawę, zapraszać do siebie. Trwało to kilka miesięcy, już wtedy podejrzewałam, że nie chodzi o zwykłe odnowienie znajomości, więc byłam po prostu czujna. W końcu padło zdanie "no bo wiesz, potrzebuję nowej lodówki, ale mam pracę na czarno no i wiesz... mogłabyś...?"
Nie, nie mogłabym. Nie biorę kredytów dla kogoś, po prostu nie i już, nie jestem głupia. Poza tym mam już kilka swoich kredytów i je spłacam, nie dostałabym i tak.
Po mojej odmownej odpowiedzi kontakt się urwał, a ja dopiero wtedy kolejno dowiadywałam się od znajomych, że pozaciągała kredyty na różne osoby i wyglądało to mniej więcej tak samo jak próba ze mną, chwilowe odnowienie znajomości, zapraszanie na kawkę, potem prośba o kredyt i dalej już zero kontaktu.
Uważajcie na takie osoby. Ja wiem, że nie jesteście głupi, ale czasem można naprawdę dać się takiemu komuś omamić i potem mieć problemy.
Urwałam z nią kontakt. Oczywiście wszystkich naszych wspólnych znajomych przed nią ostrzegam.
Jestem odpowiedzialna za śmierć mojej "koleżanki".
Kilka lat temu, jeszcze w starej szkole, do klasy chodziła z nami M. M była z biednej rodziny, ale za to bardzo dobrze się uczyła. Była za to bardzo słaba z wf-u i nie miała telefonu. Jak tylko dołączyła do naszej klasy, klasowa elita, na czele ze mną przyczepiła się do niej i tak dzień w dzień przez ponad rok. Popychanie, kompromitujące zdjęcia, plucie, przezywanie.
Dziewczyna w końcu nie wytrzymała i popełniła samobójstwo. Przez nas. Nawet wskazała moje imię w liście pożegnalnym.
Zmieniłam szkołę, a tutaj do tej pory nie wiedzą, jak okropną osoba byłam, i pewnie wciąż jestem. Mimo, że staram się, nie dokuczam nikomu, pomagam innym w nauce i zawsze upominam dokuczające osoby, to nigdy sobie tego nie wybaczę. Tego, że zniszczyłam życia jej i jej matki.
Noszę się jak "rasowy dresiarz Sebastian". Nie dlatego, że nim jestem, tylko dlatego, że denerwują mnie ludzie.
Na co dzień pracuję w biurze. Ubiór? Typowy casual. Nadzoruję pracę 40 ludzi. Staram się być komunikatywny, cierpliwy i pomocny. Chyba mogę powiedzieć, że współpracownicy mnie lubią. Wiedzą, że zawsze mogą na mnie liczyć i "pomogę jak mogę".
Po pracy zmieniam swój wizerunek o 180 stopni. Czochram ułożone wcześniej włosy, wrzucam spodnie dresowe, za dużą bluzę z kapturem i kurtkę "ortalion style" Mimikę również wyćwiczyłem.
To wszystko dlatego, że mega irytują mnie ludzie, którzy chcą zagadać lub zapytać o coś. Ulotkarze, reklamiarze, akwizytorzy, działacze wszelkich: "pomóż pan, daj pan". Sąsiedzi i współtowarzysze podróży komunikacją, którzy "szukają znajomych" i zagadują na siłę. Nie chcę ich, nie chcę z nimi gadać, nie obchodzą mnie ich historie, nie chcę, żeby tracili mój czas.
I właśnie kiedyś jak wracałem z treningu, przypadkowo odkryłem, że stereotypowe postrzeganie innych działa na moją korzyść. Ludzie po prostu "boją się" typowego Sebka. Nie zaczepiają mnie albo nawet omijają. Jestem dla nich niewidzialny.
Od tamtej pory zacząłem korzystać z tego stereotypu.
Coś pozornie szkodzącego (postrzeganie), stało się w moim przypadku ogromnym plusem.
Odcięłam się od rodziców i mówię wszystkim, że nie żyją...
Pochodzę z biednego domu, gdzie nie stać było nas na jedzenia ale na alkohol już tak. W dzieciństwie mieszkałam z rodzicami, starszymi braćmi oraz dziadkami w 3 pokojowym domu na wsi. Łazienka na zewnątrz, woda ze studni. Rodzice i dziadkowie wiecznie pijani, brudni, obsrani. W domu syf. Bracia robili co chcieli - palili i też pili.
W szkole o mnie plotkowano, wytykano palcami - rodzice pijacy, żebrzą pod sklepami w pobliskim mieście. Gdy byłam mniejsza, żebrali na mnie. Strasznie to wspominam. Upodlenie dziecka.
Lubiłam siedzieć w szkole na wszystkich dodatkowych zajęciach, w bibliotece też i nie wracać do tego domu. Może nie byłam najmądrzejsza, ale spędzałam większość czasu ucząc się.
Po technikum poszłam na politechnikę w innym województwie. Dostawałam tam socjal. Prawie nie wracałam do domu ale rodzice i tak domagali się, abym dawała im część tej kasy (załatwili mi w końcu papiery do socjalu...). Nie byli dumni, że dostałam się na studia, liczyła się tylko kasa i używki. Moi bracia ćpali i pili jak rodzice, mieli jeż po kilkoro dzieci i różne partnerki. Stwierdziłam, że muszę się od nich wszystkich odciąć, że muszę uciec, pojechałam więc do pracy do Anglii. Powiedziałam im, że wyjeżdżam do pracy za granicę, ale że jadę na dłużej, chociaż jechałam tylko na wakacje. To była nasza ostatnia rozmowa telefoniczna. Na magisterskie poszłam już na drugi kraniec Polski. Zmieniłam nazwisko. Znalazłam pracę i wszystkim nowym znajomym w nowym mieście mówiłam, że rodzice niedawno zmarli i że nie mam żadnej innej rodziny. I w pewnym momencie naprawdę w to uwierzyłam, byłam szczęśliwa, to był nowy, dobry początek.
Problem pojawił się niedawno, gdy chłopak mi się oświadczył. Znamy się 3 lata i nigdy nie powiedziałam mu prawdy. Nie chcę, żeby ktokolwiek ją znał. Chcę żyć bez nich, bez rozmowy o nich, bez wyznań. Może już się zapili, może to prawda. Dla mnie są martwi.
Z jednej strony nie chcę budować związku na kłamstwie, z drugiej chcę być tą osobą, którą jestem teraz. Chłopak ma cudownych, kochających rodziców, którzy traktują mnie jak córkę. Kontakt z nimi dał mi to, czego nigdy nie dała mi moja rodzina. Mam poczucie przynależności, jestem akceptowana.
Swojego faceta prawdziwe kocham. Jest to pierwsza osoba w życiu, którą pokochałam... wiem, że zaakceptowałby to, i że martwiły się tylko o mnie...
Zastanawiam się co robić... Gdy mu powiem, to kłamstwo, które jest dla mnie ucieczką, świetną rzeczywistością, w pewnym sensie się skończy. A ja lubię siebie taką, jaka jestem teraz.
Kojarzycie zdjęcia zmarłych na nagrobkach? Kiedyś wracając z pogrzebu ojca mojej przyjaciółki szłam alejką i częścią cmentarza, po której zazwyczaj nie chodzę, i oglądałam sobie mijane nagrobki.
W pewnym momencie wzrok mi się zatrzymał na zdjęciu pewnej dziewczyny. Po prostu mnie zamurowało, jak ją zobaczyłam. Czułam, jakbym patrzyła na siebie - rysy twarzy, nos, usta, to było żywcem moje zdjęcie. Zupełnie nie wiedziałam co o tym myśleć, dziewczyna miała nawet tę samą datę urodzenia, jedyne co nas różniło to fakt, że ona nie żyła od dwóch lat.
Spisałam jej wszystkie dane i z początku sama nie wiedziałam po co, ale to wszystko nie dawało mi spokoju, szczególnie że wiedziałam, że byłam adoptowana. Po jakimś czasie zaczęłam wypytywać rodziców o moją biologiczną rodzinę (czego nigdy wcześniej nie robiłam, miałam do nich ogromny żal) i zatrudniłam detektywa, żeby dowiedział się o co w tym wszystkim chodzi.
Wiecie co się okazało? Dziewczyna z cmentarza była moją siostrą bliźniaczką. Co lepsze, to nie była moja jedyna siostra. Urodziłyśmy się jako trojaczki, jednak one nigdy nie zostały oddane do adopcji, wychowali je nasi biologiczni rodzice.
Spotkałam się z Leną, moją żyjącą siostrą. Pojechałam do innego miasta, do baru gdzie pracowała, nie miała pojęcia o moim istnieniu. Ciągle powtarzała, że jestem Wiktorią (tą która zmarła), dopiero jak pokazałam jej swój dowód osobisty i dokumenty, jakie udało mi się zdobyć, to mi uwierzyła.
Niedługo minie pięć lat, od kiedy odzyskałam siostrę, a ja wciąż nie mam odwagi pójść do biologicznej rodziny. Lena im nie powiedziała, że mnie spotkała, bo cholernie się boję. Boję się tego, co usłyszę, powodu, dla którego mnie zostawili. Mimo że kocham ludzi, którzy mnie wychowali, to codziennie zadaję sobie pytanie dlaczego zostałam oddana do adopcji. Byłam gorsza? Mniej rozwinięta? Brzydsza? Co sprawiło, że odrzucili tylko mnie...
Jestem z patologicznej rodziny. Mój ojciec alkoholik przynajmniej raz na dwa tygodnie musiał pobić moją matkę i mnie za to, że jej broniłam. Byłam bezsilna na to co się dzieje. Matka nie chciała się z nim rozstać i oboje zakazywali mi mówić o tym, co się dzieje w domu. Nie wiem co się działo w mojej głowie, ale w wieku 12 lat zaczęły pojawiać się w mojej głowie bardzo dziwne pomysły. O samookaleczaniu nawet nie będę się rozpisywać, ale jedno mnie martwi do tej pory. A mianowicie - zaczęłam się znęcać nad naszymi kotami. Raz doszło do tego, że jednego z nich zaczęłam dusić... do momentu, gdy zobaczyłam, że zaraz może umrzeć. Od tamtej pory całkowicie przestałam przejawiać jakiekolwiek agresywne zachowania wobec nich. Bardzo żałuję i jest mi ich żal. Czuję ogromny wstyd.
Dodaj anonimowe wyznanie