#NjLR1

Czym charakteryzują się ludzie profesjonalnie uprawiający sztukę "dej"? Większość odpowiedziałaby zapewne: słabością do alkoholu, chronicznym brakiem pieniędzy rzutującym negatywnie na jakość życia, niskim poziomem higieny i liczbą dzieci od czterech wzwyż. I chociaż obraz ten pasuje do wielu polskich rodzin, nie każdą osobę utrzymującą się z "co łaski" można łatwo rozpoznać na podstawie tych cech.

Moja matka poślubiła tatę chcąc położyć łapę na jego pieniądzach, a gdy prowadzona przez niego firma popadła w tarapaty, jak gdyby nigdy nic kopnęła go w tylną część ciała. Pobiera od niego alimenty na mnie, swoją jedyną córkę, przy okazji spotykając się z bogatszymi mężczyznami i raz za razem wyciągając od nich prezenty i kolacje w ekskluzywnych restauracjach.

Matka kala się pracą sporadycznie, dorywczo i wyłącznie "na czarno", głównie po to, by wesprzeć którąś ze swoich licznych "sponsorek". Jest niezwykle wprawną manipulatorką i z zaskakującą dla mnie łatwością zjednuje sobie rzesze ludzi. Przymila się, doradza, prowadzi wielogodzinne rozmowy, udaje najlepszą przyjaciółkę, jednocześnie za plecami obgadując ich że aż miło. Wszystko po to, by powołując się na swoją rzekomo fatalną sytuację materialną pozyskiwać od nich pieniądze i różnorakie przedmioty. Jest bardzo aktywna w życiu parafii i robiąc maślane oczka do zawartych tam znajomości błaga o chrześcijańską pomoc. Nie żeby jej naprawdę potrzebowała. Na szczęście nie wydaje pieniędzy na alkohol (który pojawia się u nas rzadko i w małej ilości, jak u normalnej rodziny). Jest za to zakupoholiczką, uzależnioną od wyjść do galerii i znoszenia do domu masy niepotrzebnego badziewia, lądującego gdzieś w kącie po jednym czy dwóch użyciach. Przybory kuchenne muszą leżeć na blatach, a jej ubrania zajmują aż dwie wielkie szafy. Ciuchy uznaje wyłącznie nowe i najlepszych marek, szeptem naśmiewa się z osób o mniej eleganckim wyglądzie. Zapytana o wszystkie te rzeczy odpowiada, że dostała po kimś tam.

Już jako dziecko musiałam pisać pochlebne wierszyki o jej znajomych, by mogła łatwiej wkupić się w ich łaski. Gdy po przyjęciu u mojego znajomego zostało dużo jedzenia, a on pozwolił gościom zabrać część do domu, matka rozanielona pokazywała swoim darczyńcom opakowania słodyczy mówiąc, że zakwalifikowałam się do odebrania paczki z jakiejś fundacji na rzecz biednych dzieci. Zbuntowałam się, gdy kazała mi charytatywnie zatrudnić się w firmie jej przyjaciółki, bo "wy młodzi i tak nic pożytecznego nie robicie, a ona MOŻE ci się kiedyś odwdzięczyć". Nie pójdę na studia, które dla mnie wybrała i nie podaruję jej złamanego grosza. Obawiam się tylko pozwu o alimenty.

#VIhWE

Mam 25 lat i naprawdę prawie niczym nie wyróżniam się spośród innych ludzi, jest jednak jedno "ale". Od dziesiątego roku życia jestem ABD (Adult Baby Diaper Lover).

Zaczęło się to, jak już wspomniałem, w dziesiątym roku życia. Mojej siostrze urodziło się dziecko, mieszkaliśmy wtedy wszyscy w jednym domu i podczas jej nieobecności, jak to każdy dziesięciolatek, wchodziłem po kryjomu do ich pokoju i podbierałem sobie słodycze. Pewnego razu jednak w szafce oprócz upragnionych słodyczy znalazłem także kilka dziecięcych pieluch. Wziąłem dwie sztuki z ciekawości, aby sprawdzić "jakie to jest uczucie". Spodobało mi się to. Ta miękkość i jakieś bardzo dziwne uczucie przyjemności, nie mające podłoża seksualnego (u mnie nie miało to podłoża seksualnego ani nie ma go dziś). Podbierałem coraz więcej pieluszek, aż w końcu jej dziecko z tego wyrosło. Do 13 roku życia byłem odcięty od pieluch, aż urodziło jej się drugie dziecko. Poczułem znów chęć założenia pampersa, z samego faktu, że to pampers. Znów zacząłem podbieranie. Jak jej kolejne dziecko wyrosło z pieluch, to próbowałem je szyć samemu z ceraty, szmat itd. Dopiero po ukończeniu 17 roku życia odważyłem się pójść do apteki i kupić pierwszą paczkę pieluch dla dorosłych. Kupowałem ich coraz więcej, nosiłem coraz częściej. Dziś noszę je 24/7, nie robię w nie dwójki broń Boże. Piszę ten post, ponieważ nigdy nikomu z tego się nie zwierzyłem, nikt o tym nie wie, może to wyznanie przyniesie mi ulgę.

#Smcaz

Chodziłam do żeńskiej szkoły prowadzonej przez zakonnice. W II klasie LO byłyśmy na dosyć długiej wycieczce we Włoszech, gdzie 5 dni mieszkałyśmy w Rzymie, zwiedzając dokładnie wszystkie muzea. Zatrzymałyśmy się w Domu Pielgrzyma prowadzonym przez jakieś siostry. Do kolacji serwowane było wino stołowe z wodą (miałyśmy 16-17 lat, to jeszcze okres starego trybu nauki).

Jednego wieczora kilka dziewczyn łącznie ze mną postanowiło zrobić imprezę w pokoju - podebrałyśmy wino z wózka i dopiłyśmy je w pokoju. Potem, aby nie wyrzucać w pokoju butelek, owinęłyśmy je w jakieś torby foliowe i wsadziłyśmy do plecaków, aby następnego dnia wywalić na mieście.

Wszystko świetnie, plan był doskonały, ale ja zapomniałam o tym, że miałam wywalić moją butelkę.

Wchodzimy do jakiegoś muzeum z zabezpieczeniami jak na lotnisku - gdzie każdy musiał położyć swój plecak do przeskanowania. Zaglądam panu z ochrony z ciekawością w monitor, gdy mój plecak jedzie na taśmie i nagle czuję jak cała krew odpływa mi z twarzy. Pan zerka na monitor, potem na mnie i znowu na monitor i pyta po angielsku: "Czy masz w plecaku dużą szklaną butelkę?".

Nagle sobie uświadomiłam co się stało. Przestałam oddychać. Czas się zatrzymał i tylko moje serce waliło jak oszalałe. Gdzieś trzy osoby za mną w kolejce stały siostra wychowawczyni i siostra dyrektor. W szkole i tak już miałam nieco przerąbane, a teraz jeszcze taka akcja!

Powiedziałam "Tak" przez zaciśnięte ze strachu gardło.

Ochroniarz zmarszczył brwi i zajrzał do mojego plecaka. Zobaczył pustą butelkę po winie w torbie foliowej, podrapał się po głowie.
Osoby z kolejki już wyciągały szyje aby zobaczyć, co się stało - czemu nagle płynność wchodzenia została zatrzymana. Koleżanka za mną zakryła ręką usta i otworzyła szeroko oczy. A ja miałam poczucie, że zaraz zemdleję.
Mężczyzna popatrzył w moje spanikowane, błagalne oczy i rzekł: "Wywal to" - wskazując wymownie na najbliższy kosz na śmieci. Wyjąkałam tylko "tak, dziękuję".
Dyskretnie wywaliłam butelkę.

Chwilę później siostra wychowawczyni kazała otwierać plecak i do niego zaglądała.
Miałabym przerąbane jakby się dowiedziała, co chwilę wcześniej było w tym plecaku.

Wieczorem - po powrocie z miasta - siostry z domu pielgrzyma zrobiły awanturę, bo przeliczyły wina i wyszło, że brakuje 6 (otwartych) butelek. Miałyśmy rewizję w pokojach. W jednym znaleziono dwie puste butelki (bo dziewczyny jednak nie były zbyt bystre).

Po latach dalej czuję wdzięczność do tego gościa, mógł zrujnować moją reputację do cna, a tego nie zrobił :D
Dzięki niemu mogłam tamtego wieczora robić oburzoną minę i mówić jak to sobie nie wyobrażam podobnego zachowania ;)

#AcZXn

Przez większość mojego życia zamiast podpasek używałam złożonego papieru toaletowego (czasy nastoletnie) albo pociętej, złożonej szmatki (miałam ich cały zapas), które tworzyły coś na kształt modnej ostatnimi czasy podpaski wielorazowej. Szmatki oczywiście prałam i suszyłam, aby ponownie użyć je w czasie okresu. Po namoczeniu w zimniej wodzie, zazwyczaj tą krwistą odżywką podlewałam kwiaty. Miałam jakieś epizody z tradycyjnymi podpaskami, jednak uważam, że szkoda pieniędzy i środowiska na te wynalazki. Ponad rok temu zainwestowałam w kubeczek menstruacyjny. Czasami rozcieńczam jego zawartość z wodą i powstałym roztworem także podlewam kwiatki. Nigdy nie przyznałam się nikomu ani do używania srajtaśmy, ani szmatek podczas miesiączki. A tym bardziej nie powiem nikomu o moim nawozie do domowych roślinek.



Przysięgam, że to wyznanie nie jest prowokacją, a w tym roku planuję wspomóc trochę przydomowy ogródek. Gnojówka z pokrzywy nie wystarczy.

#JimXu

Jestem osobą w wieku nastoletnim i mieszkam z rodzicami. Moja rodzina jest dość religijna i jakiekolwiek sprzeciwianie się temu nie jest dobrym pomysłem. Efekty takiego buntu bardzo źle odbiłyby się na moim życiu.

Od ponad roku okłamuję rodziców, że chodzę do kościoła. Kiedy w niedzielę mówię, że idę na wieczorną mszę, tak naprawdę w ogóle tam nie docieram. Wolę przez godzinę spacerować po okolicy niż tam siedzieć. Nie chcę słuchać proboszcza, który nieraz mówi ludziom, na kogo mają głosować, albo rozgłasza różne teorie spiskowe.

Wiem, że niektórzy mogą mnie za to źle ocenić albo zarzucić mi tchórzostwo i niedojrzałość. Jednak ja uważam, że po prostu nie mam innego wyboru.

#iMSSy

Moja matka jest psychofanką Enrique Iglesiasa. Odkąd pamiętam, zawsze mogliśmy słuchać w domu tylko jego muzyki. Ja mam na drugie imię Henryk, próbowała mnie zmusić do nauki hiszpańskiego, a nawet zabierać na koncerty swojego idola, abym podzielał jej pasję.

Jej zachowanie jest bardzo specyficzne. Jest w fanklubie na fejsie, pełnym podobnie nawiedzonych kobiet. Już pominę to, że jeździ za nim po całej Europie, a zdjęciami jego rodziny chwali się wszystkim częściej niż zdjęciami swojej własnej. Wszędzie w mieszkaniu są rozstawione zdjęcia Enrique i jego dzieci. Na lodówce, na komodzie w ramkach, a jej sypialnia przypomina jeden wielki ołtarz ofiarny poświęcony Iglesiasowi.
Wstydzę się zapraszać do siebie znajomych, ponieważ boję się, że znowu moja mama wyskoczy z "Bajlandoo", poza tym, kurczę, która normalna 40-latka ma obwieszone mieszkanie zdjęciami wokalisty?
Mój ojciec już dawno przestał próbować ingerować w jej miłość do Enrique, a ja już nie wiem co robić.

Ostatnio obraziła się na mnie, bo zdradziłem Enrique Iglesiasa słuchając innej muzyki. Muszę ukrywać przed nią swój gust muzyczny.
Za każdym razem kiedy słyszę "Ooooo, Enio ogłasza trasę!" modlę się, aby było to jak najdalej od nas, tak aby nie mogła pojechać.
Wiem, że w jej przypadku już pora na psychiatrę, jednak boję się tego, że stracę mamę.

#br8Q8

Jestem dwudziestotrzyletnią kobietą i regularnie piszę z kilkoma nastolatkami. I zanim osądzicie, że jestem chorym pedofilem, doczytajcie do końca.

Odkąd pamiętam chciałam zostać psychologiem, zwłaszcza dziecięcym. Czułam do tego powołanie, podziwiałam osoby, które się tym zajmowały. Niestety realia są takie a nie inne, w tym zawodzie zarabia się grosze, więc głosem rozsądku poszłam do korpo, gdzie zarobki mam na całkiem okej poziomie.

Posiadam konto na aplikacji dla średnio ambitnych nastolatek, powiem tylko, że jej nazwa zaczyna się na "w" a kończy na "d", to tam właśnie poznaję owe dziewczynki.
Udaję tam o wiele młodszą, abym nie została zgłoszona, dopiero po dłuższej rozmowie ujawniam swój prawdziwy wiek.
Piszę zazwyczaj z dziewczynami w wieku od 11 do 15 lat, większość z nich ma kompleksy i niską samoocenę. Możecie mi zarzucić, że jestem głupia, że to dziwne, ale lubię im pomagać. Często na pierwszy rzut oka wyglądają na "atencjuszki", ale za każdą małą prośbą zdobycia uwagi kryje się inna historia.
Większość z moich koleżanek jest prześladowana, zazwyczaj przez klasę. Nie umiem zliczyć ile razy dostawałam wiadomości, że "ktoś znowu za nią idzie, rzuca w nią papierkami z kosza" lub czymś podobnym. Równie często to rodzice są winni stanu dziecka, bo nie mają dla niego czasu lub wymagają zbyt dużo i człowiek po prostu nie wyrabia. Pisałam z dziewczyną, której materialnie niczego nie brakowało, jednak rodzice całe dnie spędzali w pracy, a ona popołudnia i wieczory spędzała sama w domu, co się na niej odbiło. Na porządku dziennym jest też odrzucenie przez orientację seksualną, ale to raczej w tym wyższym progu wiekowym.

Najbardziej smuci mnie to, że rodzice nic z tym nie robią. Owszem, słuchanie o problemach typu "dostałam 2 z przyrki" może się wydawać nudne i dziecinne, bo kurde, sama mam kredyt, jeżdżę z mamą po lekarzach, pies coś zjadł i zwymiotował itd., ale każdy z nas kiedyś był dzieckiem. Każdy bez wyjątku miał problemy, które kiedyś będąc ogromne dzisiaj nawet nie byłyby nazwane problemami. Wszystko to jest bagatelizowane, bo jest dziecinne, tymczasem wasi synowie i córki potrzebują zrozumienia jak każda inna osoba.
W skrajnych przypadkach przez brak uwagi rodziców to ja jestem ostatnią osobą, do której te nastolatki mogą się zwrócić. Już nie raz dostawałam wiadomość z podziękowaniem za uwagę, z dopiskiem "jesteś jedyną osobą, dla której cokolwiek znaczę".

Co mnie skłoniło do tego wyznania? Jedna z moich koleżanek sprzed kilku lat wczoraj do mnie napisała. Nie miałyśmy kontaktu od bardzo długiego czasu, dlatego byłam zaskoczona, a treść tej wiadomości mnie powaliła. Napisała, że teraz zdała sobie sprawę, że tylko dzięki mnie "się nie zajebała".
Pozostawię to bez komentarza. Miłego dnia wszystkim, którzy dotrwali do końca.
Dodaj anonimowe wyznanie