#YO2NN

Chciałabym podziękować wszystkim, który na początku wyznania o czymś obrzydliwym ostrzegają o tym. Nie lubię paskudnych historii o kupie, wymiotach czy o czym tam jeszcze można pisać. Zawsze gdy na początku wyznania przeczytam: "uwaga, będzie obrzydliwe!", to po prostu je przewijam.
Jeszcze raz bardzo dziękuję za takie ostrzeżenia.

#Kr2UV

Moja ciotka była hipochondryczką. Co tydzień przychodziła do nas opowiadać o nowej chorobie jaką ma. W jednym tygodniu był rak, w drugim nadczynność tarczycy, a w jeszcze inny gruźlica. Często też symulowała różne objawy. Jednak częściej niż w domu bywała u lekarzy (szczególnie onkologów), mimo setek badań wszystko wykazywało, że jest zdrowa i nic jej nie dolega. Niestety lekarza psychiatry nigdy odwiedzić nie chciała, mimo naszych próśb.

Podczas jednego z rodzinnych spotkań ciotka jak zwykłe zaczęła mamrotać coś, że źle się czuje. Oczywiście nikt nie zareagował, wiedzieliśmy, że to się jej tylko wydaje, jak było za każdym razem. Poddenerwowana już kuzynka powiedziała, że skoro ciotka się aż tak źle czuje, to nie powinna iść z nami na spacer. Nikt nie zaprzeczał. Kazaliśmy ciotce posiedzieć przed TV i zadzwonić, gdy już "poczuje się lepiej". My w tym czasie wyszliśmy z domu. Wróciliśmy jakieś 3-4h później i zastaliśmy ciotkę martwą na ziemi. Miała zawał.

Teoretycznie możemy się usprawiedliwiać, że przez zaburzenie ciotki naturalne było ignorowanie jej objawów, ale cała rodzina ciągle czuje się winna. Ja wciąż nie mogę się po tym otrząsnąć.

#BJdj5

Wychowywanie się w rodzinie fanatyków religijnych to największy koszmar, jaki przeszłam.

Ciągłe straszenie mnie rzekomym końcem świata. Gdy chorowałam, matka jedynie się modliła zamiast zabrać mnie do lekarza. Do tego ku ich zmartwieniu urodziłam się dziewczynką, więc ciągle próbowali mi wmawiać takie rzeczy jak to, że jestem gorsza i nieczysta. Za to mój brat był oczywiście lepszy, rodzice pokładali w nim ogromną nadzieję, że zostanie księdzem.

Nigdy nie zapomnę, jak dostałam pierwszą miesiączkę. Matka zawołała ojca i przez dobrą godzinę tłumaczyli mi, że teraz jestem podwójnie narażona na atak szatana. Serio, to ich słowa.

Gdy tylko skończyłam 18 lat, natychmiast uciekłam. Z początku mieszkałam u mojej ciotki, potem znalazłam jakąś pracę, kawalerkę i życie jakoś zaczęło się układać.

I pewnie jesteście ciekawi, jak potoczyły się losy mojego brata - przyszłego księdza. No cóż, nie udało mu się zdać matury nawet za trzecim podejściem. Obecnie ma 28 lat, nadal mieszka z rodzicami, nie pracuje i wyznaje takie same wartości co oni.

#j2I7K

Dwa lata temu umówiłam się z przyjaciółką i jej kolegą w barze na piwo. Kiedy zamawiałam przy barze trzy piwa, swoje na chwilkę zostawiłam, żeby dwa pozostałe zanieść do stolika. Było to mało odpowiedzialne, ale znałam barmankę, więc nie sądziłam, że coś z tym piwem może się stać. Dosłownie po minucie wróciłam po swoje piwo i poszłam do znajomych.

Tego wieczoru wypiłam tylko trzy piwa i poszłam na nocny autobus. Będąc w autobusie bardzo źle się poczułam, a do mojego przystanku było jeszcze około 40 minut drogi. Niewiele myśląc wygrzebałam z torebki foliowy woreczek i zwróciłam do niego zawartość mojego żołądka. Wszystko byłoby dobrze, gdyby nie fakt, że woreczek był dziurawy... Cała jego zawartość wylądowała więc na podłodze, na mojej torebce oraz trochę na spodniach.

Na tamtą chwilę tak źle się czułam i tak mało kontaktowałam, że nie zwróciłam uwagi na to, czy ktoś to widział czy nie. Natomiast za każdym razem, kiedy o tym pomyślę, jest mi tak wstyd... Bardzo współczuję osobie, która ten autobus sprzątała.

PS. Jestem pewna, że ktoś mógł dosypać mi czegoś do piwa.

#8XANQ

Często narzekam na ból głowy, bardzo często, w ten sposób chociaż trochę jestem w stanie się uspokoić. Ludzie mówią, że przesadzam i robię z siebie ofiarę. Chciałabym, by mieli rację.

Ponad dekadę od czasów gimnazjum męczę się. Kilku neurologów, rezonanse, tomografie, cuda na kiju. Nic nie znaleźli. Psychologowie, psychiatrzy, terapie. Ziołowe herbatki, zimne okłady, ciepłe okłady, dziwaczne ćwiczenia rozluźniające. Mówili, że to może przez smog, hałas, sąsiadów. Przeprowadzka w inny koniec Polski do odludnego miejsca też nic nie dała.

Moje bóle głowy pojawiają się bez powodu. Czasem już się budzę z bólem głowy, takim, że nie idzie wstać z łóżka, a czasem pojawia się podczas jakiejś spokojnej, nie gwałtownej czy głośnej sytuacji (np. wsypałam herbatę do szklanki, a tu ból głowy jakby ktoś mnie zdzielił kijem w głowę). Czasem trwają kilka dni z rzędu, czasem parę godzin. Średnio 10 miesięcy w roku ból głowy jest nie do zniesienia. Nie zliczę ile razy wymiotowałam z bólu, ile razy ból tak mną wstrząsnął, że straciłam równowagę i upadłam, czy to ile razy wyklinałam swój los. Wiem, ile ludzi ma gorzej ode mnie, wiem, że nie jestem wyjątkiem, jednak nadal nie mogę się z tym pogodzić.
Lekarze zaczęli mnie zbywać, patrząc na nich mogłam stwierdzić od razu co myślą - "symuluje". Przepisywali mi jakieś leki by mnie zbyć, żaden lek nie działał. Czułam się jakby oskarżali mnie o to, że przeze mnie ich diagnoza jest zła i psuję im reputację.
Musiałam przerwać studia, które lubiłam, bo nie dawałam rady się uczyć.

Przez lata wmawiałam sobie, że jeśli będę się uśmiechać, to będę się czuć lepiej, nie wiem skąd wzięłam ten pomysł, może nie chciałam aż tak martwić rodziców? Nie wiem. Mięśnie twarzy mi tak się przyzwyczaiły do uśmiechu, że ciężko mi przybrać grymas, przez co ludzie zaczęli myśleć, że te wszystkie bóle głowy to tylko wymysł, by zwrócić na siebie uwagę. "Nie wyglądasz, jakby coś cię bolało". To prawda, nie wyglądam, ale z każdym dniem coraz bardziej mam ochotę targnąć się na własne życie, żeby tylko ten ból się skończył. Każdy dzień bez bólu to święto, w końcu mogę zjeść to co lubię i nie zwymiotować, mogę wyjść do sklepu nie martwiąc się, że zemdleję (chociaż bywa też tak, że w trakcie drogi nagle zaczyna boleć...).

Dlaczego tu to piszę? Może dlatego, by się pożalić. Nie mam nikogo, komu mogę to powiedzieć poza ojcem, a nawet gdybym miała, nikt mi nie uwierzy lub zwieńczy moje wyznanie słowami "a próbowałaś Ibuprom?". A ojciec chwilami cierpi bardziej ode mnie, gdy widzi jak się męczę. Nie wiem jak będzie wyglądać moja przyszłość, jak znajdę pracę, czy jest taka praca, którą dam radę wykonywać...
Piszę to teraz o 1 w nocy. Ból uderzył znienacka koło 20, gdy już myślałam, że będzie spokojnie...

#99Omf

7 marca 2020, sobota, godzina wieczorna. Wchodzę do wioskowego marketu, robię zakupy, a na końcu zauważam wielkie stoisko z kwiatami, a wokół niego sami faceci. Przeglądam bukiety, biorę jeden i idę do kasy. Przede mną sami faceci z kwiatami i jakimiś słodyczami, jeden z nich po zakupach stanął w miejscu i zaczął rozmawiać z kasjerką. Pakuję swoje zakupy, biorę bukiet i ów pan mówi do mnie "Ładny bukiet pani sama sobie kupiła na Dzień Kobiet, ha, ha", a więc odpowiadam ze smutkiem "To nie dla mnie te kwiaty, tylko na grób siostry z okazji Dnia Kobiet". Pan spuścił głowę na dół, kasjerka znała moją siostrę, więc spojrzała na niego, jakby chciała go zjeść.

Normalnie bym tak nie powiedziała, ale wiedziałam, że siostra byłaby ze mnie dumna za ten tekst i powiedziała "piąteczka, stara". Nienawidziła takich śmieszków.

#3kI6b

Moja mama jest bardzo wierzącą osobą - dla wszystkich dobra, wyrozumiała, przebaczająca. Od zawsze uczyła mnie pokory, ale według mnie robiła to źle, na tyle, że nie umiem sobie z tym poradzić.

Gdy byłam dzieckiem, to jeśli gdzieś rozdawali cukierki, zawsze zatrzymywała mnie żebym nie biegła pierwsza, koniec końców szlam ostatnia i niestety nic już dla mnie nie zostawało. Nigdy też nie chciała mi wierzyć. Mieszkaliśmy na wsi. Jeśli na mój temat poszła jakaś plotka, a to nie było prawdą, nigdy nie chciała uwierzyć mi, że to nieprawda, stawała zawsze za wszystkimi babkami plotkarami spod kościoła. Później, gdy byłam starsza, miałam chłopaka jednego, drugiego, i gdy się rozstawaliśmy, obwiniała mnie, że to na pewno moja wina, że powinnam przepraszać, błagać o litość, bo tak się robi.

Jakiś czas temu, gdy byłam w ciąży, mój partner oznajmił mi, że on jednak nie chce już ze mną być i wyszedł sobotnim wieczorem i nie wrócił na noc. Akurat tak się złożyło, że dzwoniła do mnie mama zapytać co słychać i opowiedziałam jej, jak mój luby się zachował. No i jak zwykle się zaczęło... Powiedziała, że mam natychmiast do niego zadzwonić albo go szukać, przeprosić i poprosić, żeby wrócił do domu. Powiedziała jeszcze, że nie powinnam go denerwować i to wszystko na pewno moja wina, że odszedł.

Pamiętajcie, żeby wspierać swoje dzieci. Nie uczcie ich pokory, tak jak moja mama chciała nauczyć jej mnie. Pokory człowiek uczy się sam, bo życie  samo uczy pokory. Mam do niej wielki żal o to, że kazała mi przepraszać osoby, które mnie krzywdziły.

#HSiI2

Mając 20 lat urodziłam dziecko. Ojciec interesował się dzieckiem kilka miesięcy, a następnie nas zostawił. Zaraz złożyłam wniosek o alimenty, których on od początku nie płacił. Kiedy córka miała półtora roku, weszłam w związek z moim kolegą, który mieszkał w tej samej wiosce co ja. Wszyscy ludzie pytali, czemu związałam się z takim biednym nieudacznikiem, mówili, że spadłam z deszczu pod rynnę. Za to jego rodzice zaakceptowali, że mam dziecko z poprzedniego związku i traktują moją córkę jak swoją wnuczkę.

Kilka miesięcy później wzięliśmy ślub. Często wychodziliśmy do znajomych, mój mąż zaczął pracować za granicą i zdarzało nam się stawiać znajomym czy pożyczyć im pieniądze na wieczne nieoddanie. Tylko moja przyjaciółka nigdy nie korzystała z moich zaproszeń, a jak już, to płaciła za siebie.

U nas w kraju nie działo się najlepiej, a mnie dobijała tęsknota za mężem. Jako że biologiczny ojciec miał zabrane prawa do córki, złożyliśmy wniosek o to, aby mąż mógł adoptować moją córkę i wszystko przebiegło pomyślnie.

Parę lat temu wyprowadziliśmy się za granicę. Było mi bardzo ciężko. Kontakt ze mną utrzymywała tylko przyjaciółka, wiedziała jak mi ciężko, że nie znam języka i ciężko idzie mi nauka. Kiedy w miarę nauczyłam się języka, podjęłam pracę dorywczą. Kiedy mąż wracał z pracy, ja szłam pracować w barze, często po powrocie z pracy płakałam, często byłam tak zmęczona, że leciała mi krew z nosa, myślałam nie raz o powrocie. Kiedy dobrze znałam już język, poszłam do pracy w swoim zawodzie i zrobiłam dodatkowe kwalifikacje. Następnie przeprowadziliśmy się do innego państwa, do którego dzisiaj trochę łatwiej się dostać. Ja założyłam swoją firmę w domu, mąż pracował w dobrej firmie, córka chodziła do szkoły, czasami przyjeżdżała do nas moja przyjaciółka, która wyprowadziła się później do Hiszpanii. W międzyczasie córka podrosła, wzięliśmy kredyt na dom, później na wymarzony samochód. Krótko mówiąc - dobrze sobie radzimy.

Pół roku temu pojechaliśmy rodziną do Polski (wcześniej nie jeździliśmy, teście przyjeżdżali do nas raz w roku, a moi rodzice mieszkają obok nas). Spotkałam dawną znajomą, opowiedziałam co u mnie, zaproponowałam pomoc i od tamtej pory się zaczęło. Staliśmy się tematem numer jeden. Znajoma, która po moim wyjeździe za granicę nie zadzwoniła ani razu, nagle się odezwała, niby bezinteresownie, a później zapytała, czy mam kasę pożyczyć. Odezwał się także ojciec córki, że chce ją widywać i ustali kontakty w sądzie (wiem, że to niemożliwe, jednak on wie swoje), bo skoro córka nie chce go poznać, to on ją zmusi. Nawet jego rodzice, którzy nie chcieli nigdy poznać wnuczki, zaczęli mi grozić policją i więzieniem, bo ukradłam ich synowi dziecko. A moja dawna znajoma ze szkoły zaczęła wysyłać mojemu mężowi swoje zdjęcia w bieliźnie i proponowała mu nocleg, jakby chciał przyjechać do Polski.

Dzisiaj cieszę się, że wyjechaliśmy.
Dodaj anonimowe wyznanie