#Kr2UV
Podczas jednego z rodzinnych spotkań ciotka jak zwykłe zaczęła mamrotać coś, że źle się czuje. Oczywiście nikt nie zareagował, wiedzieliśmy, że to się jej tylko wydaje, jak było za każdym razem. Poddenerwowana już kuzynka powiedziała, że skoro ciotka się aż tak źle czuje, to nie powinna iść z nami na spacer. Nikt nie zaprzeczał. Kazaliśmy ciotce posiedzieć przed TV i zadzwonić, gdy już "poczuje się lepiej". My w tym czasie wyszliśmy z domu. Wróciliśmy jakieś 3-4h później i zastaliśmy ciotkę martwą na ziemi. Miała zawał.
Teoretycznie możemy się usprawiedliwiać, że przez zaburzenie ciotki naturalne było ignorowanie jej objawów, ale cała rodzina ciągle czuje się winna. Ja wciąż nie mogę się po tym otrząsnąć.
Nie dziwię się. To jak z tą bajką o chłopcu co krzyczał "wilk".
moje pierwsze skojarzenie, wyprzedzilas mnie
A że jakiś chłopczyk robił sobie jaja i krzyczał, żeby to ratować bo wilk to atakuje, i robił to co chwila a kiedy inni mieszkańcy przychodzili by mu pomóc to okazywało się że to głupi żart. A kiedy pewnego razu wilk naprawdę przyszedł, nikt na krzyki chłopca nie reagował i wilk go wszamał. Tak mi się coś kojarzy, jeśli źle piszę to niech ktoś skoryguje.
Ja znam wersję, w której chłopiec był pasterzem owiec. Parę razy przybiegł do wioski że wilk mu owce zjada, wieśniacy chcieli mu pomóc a na miejscu on mówił że żartował i że się nabrali. A za którymś razem wilk faktycznie przyszedł. Chłopiec pobiegł do wioski że tym razem na prawdę wilk mu zjada owce, ale już nikt mu nie uwierzył. I wilk zjadł jego owce
Aha, faktycznie tak było, dzięki:)
Doskonale Was rozumiem. Ja mam teściową hipochondryczkę. "Umiera" co najmniej trzy razy w tygodniu. Też byśmy pewnie olali kolejne jęki.
Cała żeńska strona rodziny mojego męża to były hipochondryczki.
Jak przyjeżdzałam z wizytą to dopadały mnie we trzy i nadawały o swoich chorobach.
Babcia(nieżyjąca już) stała i opowiadała o swoim wiszącym w powietrzu?? żołądku
Teściowa o ropnych migdałkach i otwierała usta żeby mi je pokazać
Szwagierka z kolei o zatokach i spływającej ropy do ust.
I stałam tak pomiędzy nimi a one nadawały nie patrząc że w tym momencie inna mówi.
Mąż na szczęście nie odziedziczył tej przypadłości.
To samo dotyczy się staruszek, które przychodzą co tydzień do lekarza ogólnego z nową choroba. Z czasem lekarz lekceważy ich objawy i niestety nie zauważają symptomów prawdziwej choroby.
W tym wypadku choroba była prawdziwa i źle się skończyło ale na takie hipohondryczki jest bardzo skuteczny choć paskudny sposób. Cała rodzina powinna ją namawiać na wizytę u ginekologa bo w tym miejscu jest źródło wszelkich problemow. Jeśli macie jakiegoś zaprzyjaźnionego to nawet jej podajcie " konkretny " termin. Zwykle opowieści o chorobach od razu się kończą.
Co takiego?
No to może jednak nie była hipochondryczką. Może po prostu swoje prawdziwe objawy przypisywała różnym chorobom, bo nie była dobrze zdiagnozowana. Zdrowy człowiek ot tak nie dostaje sobie zawału
Powinnaś pogadać z moją mamą, wtedy zmieniłabyś zdanie.
Mmpp00, przecież wiem, że są hipochondrycy. Natomiast ta kobieta była chora. Serio, całkiem zdrowy człowiek, ot tak nie dostaje sobie zawału.
Przecież w historii jest napisane, że "mimo setek badań wszystko wykazywało, że jest zdrowa i nic jej nie dolega"
Jeśli ktoś jak moja babcia umiera od 20 lat, a wszystkie badania były w normie, to mogła to być po prostu choroba która pojawiła się miesiąc temu. Choroba jest, ale który lekarz czy członek rodziny będzie zlecał komplet badań i jeszcze parę co miesiąc lub częściej. Rozumiem, że płacimy podatki, no ale są poważniejsze przypadki.