Mam 21 lat i jakiś czas temu zakończyłam roczny związek. To była ta pierwsza miłość. Ta najpiękniejsza. Rozeszliśmy się bardzo spokojnie, bez kłótni, krzyku i agresji. Jedno drugie mocno wspierało cały czas. Obiecałam, że jeśli kiedykolwiek będzie potrzebował pomocy... JESTEM. I zawsze będę po jego stronie.
Czułam się wspaniale! Znów wolna! Imprezy, kluby, wódka! Mogłam wszystko. Tylko przez chwilę. Po miesiącu mnie dopadło uczucie, którego nie potrafię opisać słowami. Żal, smutek, tęsknota za ukochanym i ta rozpacz. Nie potrafiłam sobie z tym poradzić. Zakochałam się i nie wiedziałam co mam z tym faktem zrobić. On miał kolejną. O mnie zapomniał. 8 tygodni nie spałam, nie jadłam, nie rozmawiałam z koleżankami, rodzicami. Umierałam na miłość.
Teraz minął ponad rok. Potrzebował mnie, więc zgodnie z obietnicą zrobiłam wszystko co w mojej mocy, żeby pomóc. I wiecie co?
Wynajmuje pokój (tak jak ja i jeszcze jedna osoba) w tym samym mieszkaniu co ja. Mieszkamy pod jednym dachem, dzieli nas ściana. Oczywiście wszystko wróciło. Staram się, naprawdę się staram nie myśleć o nim. Ale kiedy się uśmiechnie mijając mnie w kuchni, kiedy poczuję moje ulubione męskie perfumy... znów mam szklanki w oczach. Noce nieprzespane. Wódka wypita.
Myślałam - Dam radę!! To tylko facet.
Nie.
Poszliśmy do łóżka. Nie było to dobrym pomysłem. Raz, drugi... w sumie fajnie. Bez zobowiązań. Czysta korzyść dla obojga. Świetnie! Znowu - do czasu.
Boję się.
Boję się, że pewnego dnia przyjedzie tu jakaś ładna i z talią osy. A ja będę musiała na to patrzeć. I znów czuć się jak skończona idiotka (tak, jestem nią, bo która chodzi do łóżka z byłym?). Nie wytrzymam tego po raz kolejny.
Kilka lat temu miałam operację - nowotwór. Skutek? Bezpłodność.
Mam blisko 30 lat. Nie umiem sobie z tym poradzić. Zerwałam kontakt ze znajomymi i nie odnawiam nawet jak ktoś się odezwie. Zostałam sama i niezależnie co bym nie zrobiła czuję, że już nic dobrego mnie nie czeka i że już zawsze będzie jak teraz... Każdego dnia się zastanawiam jak by wyglądało mogę dziecko i czemu tak się stało. I czy warto było przeżyć taki ból fizyczny, żeby czuć jeszcze gorszy psychiczny.
Uczestniczyłam w wypadku samochodowym. Straciłam obie nogi. Do końca życia będę na wózku, a do tego kilka moich organów również jest nieodwracalnie uszkodzonych. Sprawcą wypadku był 19-latek. Doprowadził do zderzenia czołowego, bo ścigał się nocą na mało uczęszczanej drodze z kolegą. Ja jechałam zgodnie z przepisami, ale nawet nie zdążyłabym niczego zrobić, widząc jak zza zakrętu wyjeżdża mi na wprost rozpędzony samochód.
Stan tego chłopaka był o wiele lepszy. Ma tylko uszkodzoną nogę i amputowano mu dwa palce.
Ogólnie sąd orzekł winę chłopaka, dostałam odszkodowanie.
Ale co robi rodzina dzieciaka?
Biega po sądach próbując udowodnić, że wypadek to moja wina, bo ich syn był jakimś znanym w Polsce sportowcem, a teraz nie może trenować przez niesprawną nogę.
W związku z epidemią działają liczne grupy pomocowe typu Widzialna Ręka. Chcę pomóc, więc oferuję możliwość zrobienia zakupów starszym sąsiadom (mieszkam w bloku, gdzie średnia wieku to 60-70+). Ktoś chyba zbyt mocno wziął sobie tę ofiarność do serca, bo sąsiadka przyniosła listę zakupów, ale na prośbę o pieniądze na nie ciężko się zdziwiła, bo przecież to miało być zrobienie jej zakupów, za darmo i z dobrego serca...
Część anonimowa - zapał pomocowy znikł, zastąpiło go życzenie zarażenia się tego typu osób, świat będzie bez nich lepszy :(
Kiedyś śmiałam się i patrzyłam z pogardą na kobiety, które nie są ambitne, tylko wszystko zdobywają tzw. oddawaniem swojego ciała. Jedyne co robią, to trochę ładnie wyglądają (bo nie wszystkie są tak naprawdę ładne) i nie mają problemu z posiadaniem sponsora czy byciem z facetem dla kasy.
Kiedyś było ważne dla mnie, żeby coś osiągnąć w życiu — zdobyć dobre wykształcenie, świetną pracę, być w czymś naprawdę dobrym i mieć sukcesy itp. (tak zostałam wychowana). Obecnie jak patrzę się na ich konta na FB czy insta to im zazdroszczę. Kilka razy w roku wyjeżdżają na luksusowe wakacje. Kupują dobrej jakości ubrania, mogą realizować jakieś swoje "hobby". Dostają od swoich "partnerów" luksusowe auta, drogą biżuterię. A ja 8 godzin siedzę w pracy, po pracy chodzę na kursy, bo dalej brakuje mi dodatkowych kwalifikacji, żeby naleźć lepszą robotę. Mimo że dodatkowo zarabiam, to i tak często wiążę koniec z końcem. Mimo że oszczędzam na wszystkim, to co chwila wszystko drożeje.
Nie czuję się szczęśliwa. Jestem przemęczona, nie stać mnie na żaden wyjazd. Jak raz w miesiącu wyjdę gdzieś ze znajomymi, to dla mnie już dużo. Mam depresję, bo nie widzę sensu tego wszystkiego. Tyle lat uczenia się, bycia ambitną i tak dalej. Nie stać mnie ani na własne mieszkanie, nawet na posiadanie dzieci nie mogę sobie pozwolić. Zawsze byłam uczciwa i ciężko pracowałam na wszystko. Nigdy nie liczyłam na niczyją pomoc. Pracowałam jeszcze zanim poszłam na studia, chciałam zawsze sama się dorobić. I zabrzmi to naprawdę płytko, ale żałuję obecnie, że nie byłam taka jak te koleżanki, z których tak kiedyś się śmiałam.
Wracam z moim rocznym synkiem w wózku do domu od mojej mamy. Do pociągu mamy 20 minut, a mały jest głodny, więc postanowiłam go nakarmić na ławce.
Przed dworcem (a także galerią) pełno ławek i mnóstwo palących ludzi. Z radością zauważam jednak ławkę oddaloną od nich, gdzie nikt nie pali, i tam daję mu jeść.
Po kilku minutach dosiadają się dwie panie około po 30 lat. I zaczynają wyciągać fajki,
więc ja grzecznie pytam z taką prośbą w głosie, czy panie zamierzają tutaj palić, bo jestem z małym dzieckiem i długo szukałam miejsca, gdzie nikt nie palił, a nie chcę, by moje dziecko to wdychało. Kobiety na to oburzone, że - cytuję - "to miejsce publiczne i ogólnodostępne dla wszystkich i ja sobie mogę palić gdzie chcę", a ja odpowiadam, że jednak przy innych ławkach też jest miejsce, gdzie ludzie palą, a co ważniejsze, nie ma tam dzieci, a ja tutaj usiadłam w oddalonym miejscu właśnie po to, by nikt przy nas nie palił, a panie na miejsce by sobie zapalić wybrały akurat jedyną ławkę, na której siedzi dziecko...
Coś tam pod nosem powiedziały, że bezczelna baba ze mnie i usiadły specjalnie bliżej nas i odpaliły papierosy. No cóż innego mogłam zrobić, jak zabrać stamtąd synka. Szkoda słów na takich ludzi. Przykre.
Gdy byłam na wczasach, zobaczyłam, jak jakiś mężczyzna próbuje zrobić mi zdjęcie, trochę się zdenerwowałam i warknęłam coś w stylu "Czy powiedziałam, że możesz zrobić mi zdjęcie?!". Odpowiedział "Nie, ale czy mogłabyś łaskawie wypi**dalać z kadru, żebym mógł zrobić jedno mojej żonie i dzieciom?!". Odwróciłam się. Stali tuż obok mnie.
Od zawsze chciałam opisać swoją historię, lecz jakoś nie miałam odwagi.
Pomógł mi ostatnio czytany anonim o mężu impotencie.
Moja historia jest nieco inna. Poznałam kiedyś na portalu www chłopaka, teraz to już narzeczony, a zaraz mąż.
Chłopak całkiem przystojny, myślę, że mocne 7/10, 185 cm wzrostu, fajnie zbudowany, ale nie jakiś paker.
Od samego początku był szarmancki itd.
Jeden minus u niego... zbyt duże przyrodzenie. Że tak to ujmę... taka porządna krakowska w spodniach. Wyjazdy ze znajomymi, plaża itd. - bardzo rzuca się w oczy.
Nie raz koleżanki mówiły, że z takim to mi dobrze, że im większy, tym lepszy... że pewnie mam tyle orgazmów, że hej.
Jednak tu nie mogę się zgodzić. Często unikam zbliżeń ze względu na ból. Nie jest to zbyt przyjemne.
Niestety nie możemy z tym nic zrobić.
Co w tym takiego anonimowego?
Jak mam bardzo duże parcie na seks, to mam swoje przyrządy odpowiednich rozmiarów, he, he.
Tak że dziewczyny pamiętajcie, że rozmiar ma znaczenie, ale nie aż tak wielkie.
Miałem może szesnaście lat (a to znaczy, że minęły już ze cztery dekady).
Lato, gorąco jak w piecu, ojciec w pewnym momencie wstaje z trawy i oświadcza, że idzie się przejść po wsi. Pół godziny później wraca z "wujkiem" i wołają mnie, że trzeba by pustaka przerzucić wujkowi poza teren.
Co prawda wujek żadnego pustaka na terenie nie ma, ale co tam, polazłem.
Idziemy, ale skręcamy pod las, a tam już w przepływającej rzeczce chłodzi się wódka.
No to co tam, przecież trochę napić się można. Wujek wlał w siebie ze trzy butelki i padł, ojciec jakąś jedną, ale dobrze się trzymał, a ja tylko uszczknąłem, ale pamiętam, zrobiło mi się wesoło. Potem z ojcem wujka zostawiliśmy (w cieniu, żeby nie było) i zaczęliśmy wracać. Przechodzimy obok domu innych "wujków", a ci już wołają do nas przez okno. A przecież odmówić nie wypada...
Stamtąd wyszliśmy już uchachani całkowicie. Mi się dwoiło i troiło w oczach, a ojciec aż pogubił buty. W pewnym momencie zaczepił nas jeszcze inny "wujek" i ojciec poszedł z nim, a ja stwierdziłem, że mi wystarczy. Byłem już prawie że pod domem, kiedy zawołała mnie "ciotka" z naprzeciwka, żeby jej drabinę przenieść. A była to drabina taka stara, ciężka i całkowicie metalowa. Oczywiście damie w potrzebie odmówić nie wypada. Tak samo jak nie wypada potem odmówić domowej naleweczki ofiarowanej w podzięce.
Tak więc od ciotki wylazłem już prawie że na czworaka.
Potem film na chwilę się urwał, a następnie byłem już pod jedynym we wsi sklepem i piłem ze swoim kolegą (rówieśnik, jeden z niewielu we wsi) oraz bratem jego ojca.
Ogólnie, z tego co mi wiadomo, odstawili mnie potem pod samą furtkę. Co nie znaczy, że trafiłem do domu, bo nie, nie trafiłem.
Nie wiem co sobie ubzdurałem, ale doczołgałem się z powrotem do lasku i razem z wujkiem, który już nieco się "ostudził", stwierdziliśmy, że pójdziemy na ryby, co skończyło się na tym, że piliśmy wstrętne, ciepłe piwo u niego w szopie.
Potem okazało się, że ojciec mnie po całej wsi szuka i mieliśmy wrócić o domu, ale on stwierdził, że jak nas matula zobaczy, to nam nogi z dup powyrywa (wtedy wydawało się to być dość realną groźbą), więc poszliśmy na stary tartak i tam wykończyliśmy we dwóch jeszcze jedną butelkę już sam nawet nie wiem czego. Potem zasnęliśmy, ja pod stołem, on na wpół siedząc przy ścianie.
Do domu wróciłem dopiero następnego dnia i to wciąż w stanie ubzdryngolenia, po czym walnąłem się na łóżko i przespałem kolejną dobę.
To był ostatni raz, jak piłem cokolwiek z procentami w całym swoim życiu.
A piszę tu o tym, ponieważ ostatnia osoba, która znała tę historię, zmarła dwa dni temu. Synowi tego nie opowiem, bo od dzieciaka był przeciwnikiem jakiegokolwiek picia, a wnuczce nie dość, że nie wypada, to jest jeszcze za mała, by cokolwiek zrozumieć.
Pozdrawiam.
Jako dziecko byłem prostytutką.
Mieszkałem za granicą, w rodzinie mieliśmy problemy finansowe na tyle, że w końcu groziła nam praktycznie bezdomność. Kiedy mój ojciec popełnił samobójstwo, matka zaczęła szukać innych sposobów na zarobek. Najpierw sama została panią do towarzystwa, a kiedy zauważyła, że część jej klientów interesuje się również jej 9-letnim synem, postanowiła zrobić z tego biznes. Przez kilka miesięcy byłem wykorzystywany przez różnych obrzydliwych mężczyzn. Matka wróciła do samodzielnej pracy i koszmar się skończył, później okazjonalnie wracał. W końcu wyszliśmy na prostą, wróciliśmy do Polski i zaczęliśmy normalne życie.
Nie potrafię jej wybaczyć. Przy każdej okazji, każdym rodzinnym spotkaniu opowiada jaką to ona nie jest bohaterką, bo upokarzała się dla własnego dziecka. A ja nie jestem w stanie zawrzeć żadnej romantycznej relacji. Boję się kobiet, boję się mężczyzn. Boję się dotyku.
Moja matka uważa się za bohaterkę, chyba myśli, że przez upływ lat ja tego nie pamiętam, ale ja nie potrafię jej wybaczyć.
Dodaj anonimowe wyznanie