Nie znoszę obrazków na paczkach papierosów.
Nie znam żadnego palacza, który spojrzał na te obrzydliwe obrazki z martwicą palca u stopy, czarnymi zębami, pluciem krwią czy dziurą w tchawicy i powiedział sobie "No tak, oni mają rację. Już nie będę palił".
Absurd!
Natomiast ja (niepalący) pracując w sklepie patrzę na te obrazki prawie cały czas i często mam aż napady mdłości.
Czasem odnoszę wrażenie, że te obrazki są tylko po to, żeby uprzykrzyć życie niepalaczy.
Palacze i tak mają je gdzieś.
Facet, z którym wiązałam przyszłość, wyznał mi, że chodził na dziwki. Ponadto dodał, że w ogóle tego nie żałuje, bo dzięki temu nie mam kaleki w łóżku.
No cóż, wychodzi na to, że chłopaka też już nie mam.
Dlaczego facet nie może decydować o losach swoich i swojej rodziny? Dlaczego to kobieta w ciąży ma władzę? Historia mojego kuzyna przyprawia mnie o mdłości, a podzielić się nią publicznie nie mogę, bo ludzie uznają moje zdanie za sprzeczne z naturą kobiety. Trochę pozmieniałam szczegóły, bez wpływu na całokształt.
Kuzyn miał żonę i 2 dzieci, mały domek na przedmieściach, dobrą pracę. Drugie dziecko urodziło się niepełnosprawne. Wydali kupę kasy na leczenie, rehabilitację i dostosowanie domu. No i trafia się ciąża numer 3, jednak tu jest dużo gorzej, dziecko bardzo mocno upośledzone, jak przeżyje, to praktycznie stan wegetatywny do końca swych dni. Lekarz przy tak dużych wadach zaleca aborcję. Żona kategorycznie odmawia, kuzyn jest za. Praktycznie cała rodzina, mimo że w większości ludzie wierzący, staje po jego stronie, bo to głównie oni opiekują się starszą zdrową córką, bo im już brakuje sił, a co dopiero przy następnym niepełnosprawnym dziecku. Ona się upiera, bo to jej dziecko i to ona decyduje. Zaczyna się kłótnia między nimi, padają z jego strony argumenty, że już jest problem, że zaniedbują starszą i gdyby nie pomoc dziadków, to młoda nie osiągnęłaby tego co teraz, bo brakuje im czasu (dziecko bardzo uzdolnione). Nie i już, to jej dziecko, nie jego!
Im ciąża wyżej, tym bardziej wiadomo, że będzie gorzej z dzieckiem, do tego dochodzi, że ciąża jest zagrożona, więc żona leży na zmianę w szpitalu/ w domu i praktycznie nie wstaje. W tym czasie kuzyn ogarnia (stara się z pomocą rodziny) pracę, dom i dzieci. W pewnym momencie ma dość, bo dochodzi do niego, że po prostu nie da rady, bo przecież po narodzinach będzie jeszcze gorzej. Już teraz praktycznie nie bywa w domu, bo po pracy młodszą musi zawieźć do lekarza/ na rehabilitację, starszą na zajęcia dodatkowe, zakupy, posprzątaj, ugotuj, pomóż dziewczynom w lekcjach itd. A jak będzie kolejne, to pomóż przy nim, bo ja muszę odpocząć... I tak dożywotnio, bo biorąc pod uwagę fakt, że druga córka mimo ich wysiłku najprawdopodobniej nigdy samodzielna nie będzie, to jeszcze jedno dziecko z takimi problemami... po prostu żyć się odechciewa.
Tuż przed porodem kuzyn już jako psychiczny wrak człowieka powiedział basta. Złożył pozew o rozwód. Ustalili, że dziewczyny zostają z kuzynem w domu (bo dostosowany), a żona zamieszka w mieszkaniu po rodzicach. No i zaczęła się sądowa walka, bo jak doszło do rozprawy, to żona oczywiście zdanie zmieniła. Dziecko oczywiście urodziło się bardzo chore, absorbujące cały czas i energię, ale mimo to sąd przyznaje opiekę nad całą trójką żonie i oczywiście alimenty niemałe, bo dwoje dzieci niepełnosprawnych.
Tak było 5 lat temu.
Sytuacja obecnie? Kuzyn jest wrakiem człowieka, leczy się psychiatrycznie. Dziadkowie poumierali. Najstarsza dokładnie rok temu popełniła samobójstwo, a żona... żebrze na zbiórkach w internecie na leczenie dzieci, bo mąż ją zostawił i ona taka biedna matka.
Kilka lat temu wyszłam za mąż. Byliśmy szczęśliwi i nic nie zapowiadało okropieństw, które miały mnie wkrótce spotkać. Zgwałcono mnie (nie chcę się tu nad tym rozwodzić) i zaszłam w ciążę, którą zdecydowałam się donosić. I tu zaczyna się prawdziwe piekło, które zgotował mi mój własny mąż. Zaczął mnie dręczyć i upokarzać. Mówił, że to nie jego dziecko i nie będzie go wychowywał. Na porządku dziennym była przemoc wobec mnie (zarówno psychiczna, jak i fizyczna). Raz prawie zrzucił mnie ze schodów. Groził, że jeśli nie usunę dziecka, przyjdzie do mnie w nocy i wykroi mi je nożem z brzucha. Po tej ostatniej, przerażającej groźbie wzięłam najpotrzebniejsze rzeczy i uciekłam w nocy z domu.
Zamieszkałam u rodziców. Mąż często wystawał pod domem, nękał mnie i rodziców. Horror. Urodziłam dziecko (2 miesiące przed terminem przez ciągły stres, który nie dawał mi żyć) i oddałam do adopcji, ale mąż nadal nie daje mi spokoju. Ciągle się do mnie dobija, wysyła wiadomości z coraz to nowych numerów: że znajdzie mnie i dziecko i pozbawi nas życia. Chciałabym wziąć z nim rozwód, zrobić cokolwiek, ale od kilku miesięcy siedzę w domu i boje się gdziekolwiek ruszyć. Wiele razy żałowałam i żałuję tego, że jednak nie dokonałam aborcji mając możliwość, by to zrobić. Wszystko byłoby jak dawniej i miałabym przy sobie męża. On nigdy nie tknął mnie nawet palcem przed tym wszystkim. Dopiero gdy dowiedział się, że noszę w sobie dziecko tego potwora, odebrał to chyba jako jakiś atak na jego męskość, bo ciągle powtarzał, że to nie jego i wyzywał mnie, sugerował, że to ja sprowokowałam gwałciciela i że jeśli urodziłam dziecko, to tak naprawdę tego chciałam i mi się podobało. Chcę się obudzić z tego koszmaru.
Moi rodzice nigdy nie zwracali na mnie uwagi. Klasyczny przykład, kiedy jedno z dzieci zmaga się z chorobą. Tak było w moim przypadku - w związku z chorobą siostry, byli pochłonięci tylko tym faktem. Muszę jednak dodać, że nie wymagała ona większej opieki czy troski niż przeciętne dziecko, a choroba nie zagrażała jej życiu i w żaden sposób jej nie ograniczała. Jednak cała uwaga moich rodziców skupiała się tylko na niej, problemy moje i mojego brata nie miały dla nich dużego znaczenia. Był tylko jeden aspekt naszego życia, który ich interesował - religia. Pod tym względem kontrolowali nas cały czas - musiałam się koniecznie modlić rano, wieczorem, odmawiać z babcią koronki, chodzić w każdą niedzielę do kościoła. Nienawidziłam tego. Jako dziecko było mi po prostu przykro, kiedy moi rówieśnicy grali w piłkę, a ja musiałam iść do kościoła na kolejne nabożeństwa. Z czasem nienawidziłam tego jeszcze bardziej. Im więcej wiedziałam o kościele, tym bardziej chciałam się z niego wydostać.
Gdy tylko skończyłam 18 lat, wypisałam się z religii. Te i wiele innych czynników, o których nie chcę się rozpisywać, sprawiło, że mój stan psychiczny przez lata stawał się coraz gorszy. Chodziłam po psychologach, starałam się ogarnąć - udało mi się. Oczywiście, jak łatwo się domyślić, moi rodzice nie wiedzieli o żadnym z moich problemów - próbowałam im powiedzieć nie raz - za każdym razem słyszałam, że mam im nie zawracać głowy, bo oni mają prawdziwe problemy (choroba siostry). Nie interesowało ich to. Postanowiłam więc radzić sobie sama. Wyjechałam na studia na drugi koniec Polski i byłam szczęśliwa.
Ostatnimi czasy moi rodzice weszli na kolejny level fanatyzmu religijnego. Rzadko kiedy ze sobą rozmawiamy, bo każda rozmowa to ich monolog o mojej siostrze. Podczas ostatniej takiej konwersacji zapytali mnie, czy się modlę. Zgodnie z prawdą odpowiedziałam, że nie i to od jakichś 10 lat (mam obecnie 24). Uświadomiłam ich również, że nie chodzę do kościoła, a podczas mojej edukacji zrezygnowałam również z religii. Wiedzieliby to wszystko, gdyby tylko mnie słuchali.
Wpadli w szał, zaczęli mnie nazywać bezbożnicą i krzyczeć, że ja MUSZĘ się modlić, bo oni tak chcą. Moje zdanie, uczucia w tej kwestii i sumienie ich nie interesuje.
Oczywiście to olałam, rozłączyłam się i nie zamierzam nic zmieniać. Ale od kilku dni nękają moją skrzynkę mailową wysyłając mi kolejne płomienne kazania księży o bezbożnikach i nawróceniu.
Po prostu uważam, że to niesamowite, kiedy przez 24 lata nie interesuje cię, że twoje dziecko płacze noc w noc, nie radzi sobie i nienawidzi samego siebie, ale kiedy dowiadujesz się, że się nie modli, to masz oczywiście prawo usiłować je do tego zmusić.
Odstręcza mnie moja dziewczyna.
Jesteśmy z Sylwią razem już ponad 8 lat – praktycznie od technikum, a od 4 lat mieszkamy ze sobą. Układało nam się świetnie, wspieraliśmy się w trudnych momentach. Jednym z takich momentów był jej wypadek, stan był ciężki, potrzebowała między innymi transfuzji krwi. Gdy wydawało się, że z Sylwią jest już lepiej, na jej ciele zaczęły pojawiać się znamiona łuszczycy. Zaczęło się od kilku plamek na udach i rękach. Nie miałem z tym najmniejszego problemu, prawie nie było tego widać, ale ona nie umiała się z tym pogodzić.
Było to dla niej straszne zaskoczenie, zwłaszcza że nikt z jej rodziny nie choruje na łuszczycę. Łuski stopniowo rozrastały się, teraz są wszędzie – na plecach, brzuchu, nogach, dłoniach i skalpie, co powoduje niemałe kompleksy u mojej dziewczyny. Jej dermatolog wciąż próbuje dobrać odpowiednie leki, ale to trwa. Jak mówiłem, wcześniej nie miało to dla mnie znaczenia – kocham ją bez względu na chorobę, jej ciało wciąż mi się podobało.
Dużo rozmawiałem na ten temat z Sylwią, mówiłem jej, że wygląda świetnie, jest zadbana, jednak ona przekonywała mnie, że jest wstrętna, nazywała siebie potworem. Nie pozwoliła mi się dotykać, nie sypiamy ze sobą od ponad miesiąca. Nawet nie śpimy już w jednym łóżku, wstydzi się, że każdego ranka cała pościel jest pokryta martwym naskórkiem ze skalpu. Opowiadała mi jak obrzydliwa się czuje i przedstawiała się w negatywnym świetle. Przez to sam zacząłem postrzegać ją inaczej, jej wygląd zaczął mnie odrzucać.
Nigdy jej tego nie okazuję, zawsze wspieram i komplementuję. Czuję się jak potwór, nie chcę tak o niej myśleć, ale nie mogę przestać – sama codziennie mi to wmawia.
Kocham ją. Ludzie nie wiedzą wiele o łuszczycy i boją się, że się od niej zarażą albo myślą, że to ze względu na brak higieny, spotkały ją nieprzyjemne komentarze z tych powodów. Sylwia izoluje się od ludzi, zamiast na siłowni teraz ćwiczy w domu, nie wychodzi nigdzie, jeśli nie jest to absolutnie konieczne. Coraz rzadziej chodzi na wykłady.
Martwię się o nią i wstydzę się tego, jak zacząłem ją postrzegać. Nie wiem jak jej pomóc, myślimy nad zmianą dermatologa i psychologiem. Jednak sam już sobie nie radzę z podnoszeniem jej na duchu, nie potrafię patrzeć jak z pełnej życia dziewczyny zmieniła się we wrak człowieka. Chcę ją wspierać, ale powoli brakuje mi sił. Czuję się największym egoistą, że w tak trudnym dla niej momencie myślę o swoich problemach, choć nie ja tu jestem pokrzywdzony.
Ostatni rok mieszkam z rodzicami. Kiedyś wizja wyprowadzki wydawała mi się tak ponura. Czułam, że jako najmłodsze dziecko jestem bardzo przywiązana do rodziców.
Teraz czekam na to. Czuję, że bardzo się od nich oddaliłam. Na pewne rzeczy zobojętniałam, a na niektóre nie. Oto jedna z rzeczy, która mnie dręczy.
Mój tata jest poważnie chory od ponad roku. Można o nim powiedzieć jako o niepełnosprawnym, bo tak naprawdę stale potrzebuje opieki: trzeba nakarmić, napoić, przewinąć czy nawet rękę przełożyć. Leczenie nie przynosi spektakularnych rezultatów.
Mam poczucie, że znienawidziłam swój dom. Że nienawidzę mojego taty. Za to, że zachorował. Za wcześnie.
Piszę to, bo nikomu nie jestem w stanie tego wyznać, nie może mi to przejść przez gardło i nawet jak sama to czytam, to czuję obrzydzenie do siebie.
I to ciągłe poczucie winy, bo coś odburknęłam zamiast być miłą czy po prostu chcę, żeby to się skończyło.
Mam 23 lata i ani razu w moim życiu nie pamiętałam naraz tych dwóch nazw: "brokuł" i "kalafior". Jeśli pamiętam jak się nazywa brokuł, to nie pamiętam, jak się nazywa kalafior i to samo w drugą stronę. Albo pamiętam jedną nazwę, albo drugą. Nie mam pojęcia, z czego to wynika.
A że lubię jeść te warzywa, to niestety wielokrotnie zdarzało mi się prosić o "te białe drzewka, nie brokuły" w sklepie czy wychwalać "te zielone drzewka, nie kalafiory" na obiadkach u teściowej.
To dzięki temu moja szkolna ksywka to "drzewko", a ludzie przy wchodzeniu w temat jedzenia patrzą na mnie jak na wariatkę.
Informacja dla czepialskich: Do napisania tego wyznania musiałam poszukać w internecie nazwy kalafiora wpisując "warzywa przypominające drzewa". Nie zdziwiłabym się, gdyby wkrótce dzięki mnie stało się to najczęściej wyszukiwanym hasłem kulinarnym...
Rodzina mojej narzeczonej nie przepada za mną, bo... nie jestem z lepszej rodziny.
Poznałem Kasię na studiach, wspaniała, piękna dziewczyna, która w swoim zawodzie poświęca się dla innych. Podziwiam i szanuję ją za wszystko co robi. Jej rodzice mają dużą firmę, prawie cała rodzina tam pracuje (głównie faceci, kobiety ładnie wyglądają...). Stać ich na wszystko - duży dom, kupienie mieszkań dzieciom, ekskluzywne wyjazdy zagraniczne.
Sam pracuję w branży IT. Już od 2 roku studiów zacząłem pracować i studiować jednocześnie, cały czas też szlifowałem różne języki programowania. Moi rodzice nie są wykształceni, ojciec pracuje w handlu, mama jest krawcową, ale nigdy nie czułem się z tego powodu gorszy, wiem jak dużo poświęcili, żebym miał w życiu to co mam, dlatego naprawdę daję z siebie 200%. Mam z nimi super kontakt. Od razu polubili się z Kasią. Za to jej rodzice niespecjalnie polubili mnie. Nasze rozmowy wyglądają tak: "Jak sobie poradzą twoi rodzice na starość? To ciężka praca, pewnie przejdą na rentę"... "Pomogę im, zarabiam coraz lepiej" ..."Ty to nazywasz lepiej? He, he".
Kasi też jest przykro. Rozmawiała z nimi, że to zachowanie nie jest fair wobec niej i mnie. I co zrobił jej ojciec? Zaproponował mi pracę w ich firmie. Grzecznie odmówiłem, gdyż lubię swoją pracę. Wtedy to "nękanie" z jego strony się nasiliło. Nienawidzę się z nimi spotykać, wszystko to robię dla Kasi, chociaż ona też ma już dość. Widzimy się z nimi ze dwa razy w miesiącu chociaż do moich rodziców potrafimy chodzić codziennie (zwłaszcza gdy coś dobrego ugotują ;)).
Zaczęliśmy planować ślub, chcieliśmy, żeby był skromny, przypominał bardziej nowoczesną imprezę. Moi rodzice się nie mieszają, mówią, że to nasza sprawa, jej rodzice bulwers mają, że nie zaprosimy ich znajomych. Moja mama zaczęła szyć Kasi suknię (Kasia zachwycona, moja mama też...), ale moja przyszła teściowa projekt własnej córki zaczęła nazywać szmatą, a umiejętności mojej mamy wyśmiewać. Robi się nieprzyjemnie, ale Kasia jest uparta...
I nagle nadchodzi pandemia. Firma rodziców Kasi zaczyna tracić płynność finansową, wielka panika. Kasia mając swoją własną działalność też nie pracuje do kwietnia. A ja? Bez zmian, pracuję zdalnie. Stać mnie, żeby utrzymać naszą dwójkę i pomagać moim rodzicom. Gdy słyszę zrozpaczony głos przyszłego teścia w słuchawce telefonu, to chce mi się śmiać. Po raz pierwszy od początku naszej znajomości żałuję, że nie możemy do nich pojechać, zobaczyć jego twarzy. Rodzeństwo Kasi jest tak uzależnione finansowo od rodziców, że bez odkręconego kurka sobie nie radzi. Anonimowe? Pocieszam Kasię, że będzie dobrze, ale mam nadzieję, że nie będzie, że ich firma się z tego nie udźwignie.
Dziś po raz wtóry tłumaczę mojej teściowej "Jesteś chora, masz stwardnienie rozsiane. Twoja odporność jest taka, że grypa może cię doprowadzić do grobu". Na nic, nie dociera.
Szwagierka wozi ją po marketach, dyskontach i wszystkich sklepach, gdzie tylko teściowa chce.
Nie pomaga tłumaczenie, proszenie. Mówię, że można zrobić listę, ja to kupię i przywiozę. Nie! Ona musi sama, tak jakby jabłka czy wędliny, które ja kupię, czymś się różniły.
Ludzie starzy są głupi, ale internet uświadamia nam, że w głupocie jest ich znacznie więcej.
Dodaj anonimowe wyznanie