#5vujC

Będzie obrzydliwie, uprzedzam.

Przeczytałam wyznanie o śmierdzącej siostrze (#f2kMF) i przypomniała mi się historia z bratem mojego kumpla.

Nie mył się, śmierdział, a zęby porastały mu glonami (dosłownie miał zielony osad. Opowiadać o tym, co robił można godzinami, od kupy na ubraniach, po sztywne z brudu skarpety. Któregoś razu przyszłam do nich, a on siedział przed tv i jadł chipsy... Nigdy nie zapomnę tego obrzydliwego widoku, jak wsadził rękę do spodni, pogmerał, powąchał, następnie tą samą ręką wziął chipsy do ust, a potem oblizał palce.

Dzień wcześniej byłam na imprezie i dokuczał mi kac. I cóż, zwymiotowałam na niego. Po prostu zrzygałam się jakąś sałatką, resztką alkoholu i tym wszystkim co jadłam. To był tak obfity paw, jakiego w życiu nie widziałam. Kumpel wszedł do pokoju i go zamurowało. Pyta co jest, a ja szczerze, że jego brat jest tak obleśny i śmierdzi, że nie wytrzymałam.

Ta obrzydliwa terapia szokowa jednak zadziałała, chłopak wziął się za siebie, schudł, zaczął dbać o higienę i ciało. Wygląda milion razy lepiej niż wcześniej. I, o zgrozo, do tej pory dziękuje mi za tego pawia, bo jak twierdzi to było coś, czego potrzebował. No i wstyd mi, ale przynajmniej mój rzyg nie poszedł na marne.

#jdDXO

W czasach gimnazjum, gdy wszystkie koleżanki zaczęły się interesować modą, makijażem i chłopakami, ja miałam swoje własne dziwactwo. Prowadziłam "przytułek" dla uszkodzonych i pokrzywdzonych przyborów szkolnych. Nosiłam do szkoły piórnik z idealnie naostrzonymi ołówkami, wyczyszczonymi długopisami, kolorowymi cienkopisami i pudełko kredek świecowych. Każda z moich rzeczy była podpisana pełnym imieniem i nazwiskiem, na wypadek gdyby mi ktoś coś ukradł lub dana rzecz zaginęła. Pochodziłam z ubogiej rodziny, dlatego z wdzięcznością dbałam o każdą rzecz jaką miałam. Nie byłam w stanie pojąć, jak inni poniewierali swoimi przyborami.

Co w tym anonimowego? Ano to, że wykradałam przedmioty innym dzieciakom, jeśli uznawałam, że dana osoba nie jest w pełni się nimi zaopiekować.

Moim celem zawsze były przybory chłopaków, którzy rzucali w siebie poćwiartowanymi kawałkami ołówka lub kredki, rozkręcali swoje długopisy i przy użyciu powstałej rurki opluwali siebie kulkami z papieru. W trakcie przerwy zbierałam te kawałki kredek, ołówka czy innego przedmiotu, zabierałam do domu i sklejałam, po czym dołączałam do kolekcji moich przyborów.

Szczytem wszystkiego było jednak to, jak pani od chemii, w celu przedstawienia eksperymentu, przy użyciu denaturatu podpaliła ołówek. Ze łzami w oczach obserwowałam jak ogień pochłania połowę tego ołówka. Na przerwie wykradłam ten ołówek z szafki nauczycielki, w domu odkroiłam spaloną połowę, przemalowałam ołówek na inny kolor przy użyciu farby do drewna i dołączyłam jak pozostałe rzeczy do swojej kolekcji.
Takich przypadków było więcej :)

Dzisiaj mam 25 lat, jestem pielęgniarką, dalej dbam o swoje rzeczy, ale już nic nikomu nie kradnę. Moje dziwactwo przekształciłam w miłość do pacjenta i opiekę nad nim.

#lAiZf

Do dziś myślałam, że aby młody człowiek załapał podstawy znajomości obsługi komputera (i to takich naprawdę podstawowych, typu napisanie prostego tekstu, policzenie czy wysłanie maila) nie potrzebuje jakichś specjalnych kursów czy pytania wszystkich po kolei jak to zrobić. Wystarczy mu odrobina chęci i sprzęt, aby metodą prób i błędów dojść co i jak. A już zwłaszcza taki, który spędza zarówno przed kompem, jak i przed konsolą minimum 4 godziny dziennie.

W zeszłym tygodniu musiałam zakładać mojemu 17-letniemu bratu konto na Facebooku, bo on nie wiedział jak to zrobić, a póki nie otworzą szkoły, część materiałów ma dostawać tą drogą. Gdy powiedziałam, że w takim razie będę potrzebowała dostępu do jego maila, by potwierdzić rejestrację, był wielce zdziwiony. Przede wszystkim tym, że w ogóle potrzebuje adresu mailowego ("bo po co mu jakieś $%#*&, a w ogóle to to też mu jest na $%#*& potrzebne i ma to w $%#*&"). Po nieudanej próbie wyjaśnienia, że w dzisiejszych czasach bez tego to jak bez ręki olałam temat.

Dziś po kolejnej nie do końca udanej przygodnie z technologią i narzekaniach jego i mojej rodzicielki zirytowana całą sytuacją zapytałam jej, czy on umie cokolwiek zrobić na komputerze oprócz uruchomienia gry. Dowiedziałam się, że niewiele, ale to wina szkoły, bo na informatyce nic nie robią. Jak zapytałam dlaczego w takim razie sam (jak wielu przed nim i jeszcze wielu po nim) nie próbował nauczyć się podstaw (Word, Excel, poczta, kalkulator, cokolwiek) usłyszałam, że czepiam się nie wiadomo czego, gadam jak 50-latka i nie każdy jest tak doskonały jak ja, a poza tym to mnie czegoś w szkole nauczyli.

Teraz siedzę przed jednym z tych mrocznych wynalazków i zastanawiam się, czy faktycznie jestem aż taką alfą i omegą (choć wcale się nią nie czuję), bo liznęłam co nieco z informatyki ;-)

#DIYib

Chciałabym podzielić się moja historią. Nie jest ona wesoła, choć tak zapewne na początku pomyślicie.

Jestem mamą, a przynajmniej tak sądzą wszyscy moi bliscy oraz papiery ze szpitala. Tylko sądzą, bo od urodzenia dziecka się nią nie czuję. Pomyślicie dlaczego?! A to dlatego, że mojego Maluszka nie ma... Ale może od początku.

O ciąży dowiedziałam się 2 września 2019 roku, czy się cieszyłam? Sama nie wiem... Ciąża przewróciła mi świat do góry nogami.
Kiedy pierwszy raz (6 tydzień ciąży) zobaczyłam go na USG, od razu wiedziałam, że będzie to największy skarb mojego życia. I jest nim cały czas. Wybraliśmy lekarza prowadzącego, chodziliśmy na badania, pozmienialiśmy całe mieszkanie, żeby miał swoje miejsce. Lekarka zawsze mówiła nam, że wszytko jest OK. To nic, że w trakcie 5 miesięcy ciąży byłam trzy razy w szpitalu z powodu krwawień. Ale najważniejsze, że lekarz mówi, że jest OK, ufałam jej. Z dnia na dzień zaczęłam czuć ruchy, zobaczyłam wystawiającą się co wieczór z brzucha dużą kulę (najprawdopodobniej głowę). Aż do 22 stycznia 2020 roku, gdy poczułam, jak coś wypływa ze mnie niczym ogromna potrzeba, której nie zdążyłam załatwić na WC. Niestety to nie potrzeba, a wody płodowe.... I się zaczęło, dwa dni leżenia na porodówce w innym województwie. Strach, płacz i ciągła myśl "dlaczego ja?". Cały czas pielęgniarki sprawdzały, czy jest bicie serduszka, a ja modliłam się, by je usłyszeć. Słyszałam. 24 stycznia, po dwóch dniach leżenia na porodówce, urodził się. Nasz największy na świecie skarb. Malutki jak laleczka, cichutki jak myszka. Moja połowa serca urodziła się. Żył, chciał walczyć... 25 stycznia, godzina 7 rano, przychodzą i oznajmiają mi, że przegrał walkę. Moje największe szczęście, moja połowa serca ODESZŁA... Mój synuś...

Powiedzcie mi, jak mam żyć? Jak patrzeć na innych, wiedząc, że oni mogą mieć to szczęście, a ja nie. Dlaczego właśnie ja?
No i to tyle mojej historii...

#URW7V

W pewnym miasteczku mieszka pewna młoda instamadka. Oczywiście wpadka, szybki ślub, drugie dziecko (akurat gdy nadszedł czas, że wypadałoby w końcu iść do swojej pierwszej pracy). Generalnie powielany model i styl życia przodków. Na insta kreuje piękne życie, diety pudełeczkowe, siłownie, spersonalizowane treningi i efekty. A tak naprawdę nikt nie wie, że jej mąż haruje całymi dniami i ma zakaz oddawania się swojej pasji, ona pobiera swoje 1000+ i inne dodatki i oddaje się swoim przyjemnościom. Dzieci na zdjęciach mają najdroższe zabawki (od dziadków), a kiedy zapytasz najstarsze dziecko co dostało od rodziców na urodziny odpowie „rodzice przecież nie kupują prezentów swoim dzieciom”. Matka i żona to psychiczna sadystka. Aż chciałoby się taka osobę skompromitować. A ludzie we wszytko wierzą, komentują, zachwycają się i popychają ten jej zakłamany świat do przodu.

#9dIXR

Każdy z nas zna obecną sytuację na świecie z COVID-19. Mam 30 lat, nie mam męża ani dzieci, bo tak po prostu wyszło. Teraz tak sobie myślę, że może to nie jest złe. Nie jestem jasnowidzem, ale jak teraz się tak dzieje na świecie, to kiedyś będzie jeszcze gorzej. Jaką przyszłość miałyby moje dzieci? Pomyślałam, że no cóż zostało mi jakoś przeżyć swoje życie i na tym skończę.

#M3nOm

Znacie to uczucie, gdy ktoś wam o czymś opowiada, a w głowie pojawia się myśl "Och, ale ci dobrze, też bym tak chciał/a"? A znacie to uczucie, gdy ktoś wam mówi o śmierci członka rodziny i w głowie jest właśnie ta myśl? "Och, dlaczego to nie mógł być mój ojciec"... Jestem złym człowiekiem?

#wFmgR

Nie będzie to anonimowe wyznanie, a raczej apel do każdego z Was. Zachowanie Polaków po prostu mnie przeraża. Ta bezmyślność i głupota jest nie do pojęcia. Ale może od początku.

Racjonalne myślenie, brak paniki i wychodzenie z domu tylko w konieczności to podstawa w mojej rodzinie podczas epidemii. Niestety w końcu i my zmuszone byłyśmy zrobić zakupy w pobliskim sklepie, bo papieru toaletowego, makaronu, kaszy i mydła nie wykupiłyśmy w ilościach hurtowych. Weszłyśmy do sklepu - nikt nic nie pilnuje, nikt nic nie dezynfekuje. Od wejścia strach i przerażenie w oczach ludzką głupotą - łącznie ok. 20 osób, każdy uwieszony na plecach drugiej osoby, mijający się bez odstępu, dotykający pieczywa, owoców i warzyw bez rękawiczek, kilkukrotne wracający się do tej samej alejki. Beztroskie zakupy całą rodziną. W obawie o zdrowie zaczynamy zwracać uwagę ludziom, aby trzymali chociaż ten 1,5 m odstęp. Reakcja? Patrzą na nas jak na idiotki, a my podejmujemy szybką decyzję - kończymy zakupy i z tym co udało nam się wziąć z pierwszych półek idziemy do kasy, bo przejść bezpiecznie w głąb sklepu się nie da. Tutaj oczywiście kolejna przeszkoda - ludzie tłoczą się przy kasach, a w mojej mamie po prostu coś pękło. „Proszę państwa, niech zachowają państwo odstęp. Niech się pani odsunie od dziewczyny. Szanujmy się nawzajem, nasze zdrowie i pracowników sklepu. Jestem lekarzem, zdają sobie państwo sprawę, że za chwilę nie będzie dla was już miejsca w szpitalach? Chcecie umierać przez swoją głupotę?” Reakcja? Szyderczy uśmiech na twarzy stojącego w kolejce robotnika i odpowiedź „W szpitalu powinna pani siedzieć, a nie zakupy robić”. Nikt się nie posłuchał. Starsza pani nadal wisi nad młodą dziewczyną, która usilnie próbuje utrzymać od niej odstęp, i mówi „Ja muszę szybko zrobić zakupy, bo w hipermarkecie nic nie było”. Wiecie gdzie jest hipermarket u mnie w mieście? Kobieta przyjechała autobusem z DRUGIEGO KOŃCA MIASTA, żeby zrobić zakupy!

Powiedzcie mi - i jak ma być dobrze? Chcecie powtórkę z Włoch? Zastanówcie się, działania zapobiegawcze są tak banalnie proste, a nikt nie chce się do nich stosować. Jeśli macie przekonanie, że jesteście młodzi i Was to nie dotyczy, to jesteście cholernymi ignorantami. Jeśli chcecie umierać przez swoją głupotę - proszę bardzo, ale uszanujcie ludzi, którzy chcą być zdrowi i stosują się do zaleceń. Nie narażajcie innych, a przede wszystkim lekarzy, którzy robią teraz co mogą, ryzykując swoim zdrowiem i życiem. Jeśli pomyślę sobie, że moja mama może umrzeć, bo w Twoim przekonaniu jej obowiązkiem jest siedzenie w szpitalu i ratowanie Cię, bo zakaziłeś się przez własną głupotę, to nóż w kieszeni mi się otwiera. Żyjcie albo i nie, jak chcecie, ale dajcie żyć innym, którzy nie chcą za wcześnie opuszczać tego świata przez ludzki egoizm i ignorancję.

#mjtZL

Mieszkam za granicą z moim narzeczonym, ostatnio przeprowadziliśmy się do miasta, w którym mieszka para "naszych przyjaciół". Kamil i Martyna są osobami, które nie szanują zdania innych, liczy się tylko to co powiedzą oni i jest to najmądrzejsze, często lubią narzucać ludziom co mają w życiu robić, jak postępować, kogo kochać, gdzie pracować itp., bo oni wiedzą lepiej. Z "przyjaciółmi" poznałam się jakieś 5 lat temu i Martyna od pierwszego wejrzenia nie przypadła mi do gustu, zresztą z wzajemnością. Ja - skromna, cicha dziewczyna, ona - rozdarta, imprezowa, zarozumiała. Chłopaki od razu to wyczuli i przestraszyli się, że przez nas ich przyjaźń się rozleci. Martyna jako cud wszechświata ogłosiła, że ona chce spróbować się ze mną zaprzyjaźnić mimo wszystko, a ja po namowach narzeczonego niestety się zgodziłam. Spotykaliśmy się w praktycznie każdy weekend, mimo że tego nie chciałam (inaczej ryzykowałam fochem "przyjaciół" i gadaniną mojego, że jak to nie chcę się spotkać, skoro Martynka tak się stara), chłopaki czasami jeździli gdzieś razem, a nas zostawiali same (nie byłyśmy we dwie, ona za każdym razem zapraszała swoje najlepsze przyjaciółki). Nasi faceci się świetnie bawili myśląc, że u nas dzieje się to samo... ale wyglądało to trochę inaczej.
Dziewczyny bardzo lubiły mnie poniżać i ośmieszać, wymyślały jakieś głupie zabawy, w których nikt nie chciał być ze mną w "drużynie" (dodam, że miałam wtedy 22 lata, a one starsze o 5), cały czas schodziły na intymne tematy, o których nie chciałam z nimi rozmawiać i tak całe wieczory spędzałam z dziewczynami siedząc na kanapie, a one w tym czasie zamykały się w łazience czy kuchni i cholera wie zresztą co tam robiły.

Po około 2 latach Martyna zaczęła mnie traktować trochę bardziej jak człowieka i zaczęłam udawać, że się lubimy, chłopaki myśleli, że wszystko jest OK, mimo że ja mojemu mówiłam, że mogę jedynie udawać jej znajomą, bo o przyjaźni nawet nie ma mowy, zgodził się myśląc, że mi się odmieni "jak ją lepiej poznam", jednak to powodowało, że nienawidziłam jej jeszcze bardziej.

TERAZ mieszkając blisko siebie widzimy się 3-4 razy w tygodniu, jest to dla mnie koszmar. Rozmawiałam o tym z narzeczonym przed przeprowadzką i obiecywał mi, że tak nie będzie. Weekendami słuchamy o ich kredytach - jacy to mądrzy są, że je wzięli, że im wszystkiego zazdrościmy, że nie umiemy się ustawić w życiu, nie to co oni, że czemu odmawiamy im niektórych spotkań, że tak nie może być.
Byli u nas wczoraj, bez zapowiedzi, jak się okazało, na chwilę. Te całe 10 minut jak u nas byli ja siedziałam w telefonie i nie odezwałam się ani słowem, wyszli nawet się nie żegnając ze mną i widać było, że Martyna strzeliła fochem.
Po kryjomu trzymam kciuki, żeby się już nigdy do mnie nie odezwała.

#2CQSr

Dziś byłam z mamą na cmentarzu. Ja zapalałam znicze, a ona porządkowała kwiaty. Wyrzucała stare, a te które się jeszcze nadawały zostawiała w wazonie. Zauważyłam, że w jej pęczku starych kwiatów jest mały pączek gerbery (czy jak to się nazywa). Szybko chwyciłam jej dłoń i powiedziałam, by poczekała chwilę. Gdy znalazłam tego biednego małego kwiatka, wyciągnęłam go i włożyłam do wazonu. Mama na mnie spojrzała z uśmiechem, a ja do niej krzyknęłam - Każdy ma prawo by żyć!

No i to by było niezręczne samo w sobie, że jesteśmy na cmentarzu, a ja się drę na matkę z powodu próby zgniecenia małego kwiatka w worku ze starymi, ale to za mało. Otóż jakieś 10 metrów dalej był pogrzeb, właśnie opuszczali trumnę i wszyscy się na mnie gapili.

Mogłam dziś zostać w domu.
Dodaj anonimowe wyznanie