Chciałbym się podzielić pewną żenującą, a jednocześnie przyjemną historią.
Jakieś dwa lata temu, czekając na pociąg, który miał mieć półgodzinne opóźnienie, wstąpiłem do kiosku po paluszki i kawę. Następnie usiadłem sobie na ławce koło jakiegoś gościa, na oko 20-25 lat, czyli nieco młodszego ode mnie, i zacząłem czytać książkę i pić swoją kawę. Po pewnym czasie zauważyłem, że ten koleś zaczął mi podbierać paluszki. Myślę OK, nie będę się spinać o paluszki, ale też je zacząłem jeść, biorąc po kilka naraz. Gość, gdy się o tym zorientował, powiedział, że reszta jest dla mnie i odszedł na swój pociąg. Dopiero wtedy zorientowałem się, że... to nie były moje paluszki. Gość cały czas jadł swoje, podczas gdy moje leżały nierozpakowane pod ławką, a gdy to ja zacząłem mu garściami wybierać jego paluszki, to dobrowolnie oddał mi całą paczkę.
Gościu, jeżeli to czytasz, to sorry! I dzięki za resztę Twoich paluszków.
Związane z bieżącymi wydarzeniami hasło "nie kłam medyka" - pomimo swojej zasadności - wywołuje u mnie bardzo negatywne emocje.
We wczesnym dzieciństwie miałam wątpliwą przyjemność częstego goszczenia w gabinetach lekarskich, szpitalach. Wówczas lekarze byli jeszcze gloryfikowani i, co za tym idzie - bardzo charakterni; a rodzice przymykali oko na pewne sprawy, ponieważ zależało im na uzyskaniu niezbędnej pomocy. Medycy podczas wykonywania zabiegów chcieli mieć spokój, więc notorycznie mnie okłamywali - "nie będzie bolało", "środek dezynfekujący (przed pobraniem krwi) ma działanie znieczulające", "to potrwa tylko chwilkę" itp. Nikt mi nigdy niczego nie tłumaczył, nie informował o przebiegu badania. Na poziomie dziennym było traktowanie mnie jak przedmiot i teksty "proszę uspokoić dzieciaka albo wyjść, bo ja w takich warunkach nie będę pracować!" oraz stosowanie przewagi fizycznej. Czarę goryczy przelało ściąganie szwów po niewielkim zabiegu operacyjnym. Miałam wtedy 6 lat, przebywałam na oddziale jednego z najlepszych polskich szpitali dziecięcych, rodzicie umówili się z lekarzem, że wykona zabieg dopiero o godzinie 15, ponieważ żadne z nich nie mogło pozwolić sobie na wzięcie urlopu (wszystkie dni szły na bieganie ze mną po lekarzach) i dopiero o tej porze mama była w stanie przyjechać do szpitala. Niestety chirurgowi się spieszyło, zaczął ściągać mi szwy o 14:45. Szkoda mu było pieprzonych 15 minut. Leżałam na plecach na kozetce, jedna pielęgniarka trzymała mnie za ramiona i strofowała, że mam się nie drzeć, druga trzymała mnie za nogi, a chirurg powarkiwał pod nosem, że mam się uspokoić, bo mama czeka już na mnie za drzwiami, ale nie mogą jej wpuścić "z powodu procedur". Bolało - prawdopodobnie dlatego, że się szarpałam. Zziajana mama wpadła na oddział o 14:55, by zobaczyć jak pielęgniarka odprowadza trzęsącą się mnie na salę.
Pomimo że od dawna jestem dorosłą kobietą i w pełni kontroluję przebieg każdego działania medycznego, to po przekroczeniu progu gabinetu wciąż powraca mała, przerażona dziewczynka. Nawet głupie, rutynowe EKG mam wykonywane po 2-3 razy, ponieważ nie każda pielęgniarka rozumie, że potrzebuję chwilę poleżeć z całym tym oprzyrządowaniem, żeby moja podświadomość zarejestrowała, że nic mi nie zagraża; a zapis wykonany zbyt szybko - pomimo absolutnego braku problemów kardiologicznych - wykazuje coś w rodzaju stanu przedzawałowego.
Tak że medyku - nie kłam pacjenta, a zwłaszcza dziecka.
Blizny po takich błędach NIGDY się nie goją.
Zawsze bardzo pilnuję swoich rzeczy, portfel chowam w torebce jak najgłębiej, kładę na to kilka rzeczy, a samą torebkę zamykam. Gdy gdzieś idę, staram się mieć ją przewieszoną z przodu.
Kiedyś wracałam z pracy do domu. Kupiłam bilet w kiosku, po czym jak zawsze upchnęłam portfel na spód i wsiadłam do autobusu. W domu zorientowałam się, że nie mam portfela, nie było w nim i tak nic cennego, może około 20 zł w drobnych, dowód i prawo jazdy. Od razu wszystko zgłosiłam, byłam pewna, że ktoś musiał mi go jakoś ukraść, bo nie było opcji, żebym przez 15 minut mogła go zgubić. Na policji nie mogli sprawdzić mi nagrań z kamer w autobusie - bo nie i tyle. Nie wiem co mogło się stać, nie było dużo ludzi, czułabym, jakby ktoś grzebał mi w torebce.
Po 2 tygodniach przyszedł do mnie list, w którym pani podała mi swój numer, żebym mogła odzyskać zgubę. Ucieszyłam się, bo jednak miałam w nim zdjęcia bliskich. Kupiłam pudełko najdroższych czekoladek, jedynie na to było mnie wtedy stać. Pani około pięćdziesiątki wygłosiła mi przemowę na temat mojej nieodpowiedzialności i oznajmiła, że jej syn znalazł portfel na ostatnim przystanku trasy mojego autobusu, mimo że wysiadam 6 przystanków przed nim. Wręczyłam czekoladki, podziękowałam jeszcze raz, a pani mówi „Tylko tyle? To to ja sama zjem, synowi też się coś należy”. Uśmiechnęłam się i powiedziałam, że niestety na więcej mnie nie stać - mało zarabiałam, utrzymywałam się sama, do tego studia dzienne. Pani tylko się zaśmiała i powiedziała, że należy jej się znaleźne, bo wyrobienie nowych dokumentów kosztuje więcej niż głupie czekoladki. Lekko przestraszona zabrałam portfel, jeszcze raz podziękowałam i szybko odeszłam na przystanek.
Minął tydzień i dzwoni telefon, numer kojarzyłam, więc odebrałam. Pani od portfela dzwoniła do mnie, aby przekazać mi, że syn cieszy się, że odzyskałam swoją własność i w sumie jesteśmy w podobnym wieku, więc czy nie mogłabym się z nim umówić. Zamurowało mnie, nie wiedziałam co mam jej odpowiedzieć. Powiedziałam tylko, że mój chłopak byłby niezadowolony ze spotkania, niestety jestem w pracy i nie mogę rozmawiać, ale może podać mi numer telefonu syna i wtedy skontaktuję się z nim i osobiście podziękuję. Zaczęła krzyczeć na mnie, że nie doceniam tego co zrobiła dla mnie i będę tego żałować.
Kolejny tydzień później dzwoni znów. Przepraszała za poprzednią sytuację - syn po rozstaniu cierpi i mogłabym go pocieszyć, ale jeśli nie chcę, to wystarczy jak kupię mu jego ulubione wino za 120 zł. Rozłączyłam się i zablokowałam numer.
Podejrzewam, że ukradła mi portfel, a że nie było w nim pieniędzy, to postanowiła je ode mnie wyłudzić. Nigdy nic nie zgubiłam i jestem pewna, że to kradzież. Bezczelność ludzi mnie przeraża.
Moja dziewczyna dała mi wybór - albo ona, albo mój brat.
Jakiś czas temu obiecałem mojemu bratu, że będzie mógł zamieszkać u mnie, żeby mieć bliżej do szkoły. Spowodowane to było również tym, że młody ma... problemy. Dużo problemów. Od rozwodu rodziców skazany jest na bardzo toksyczną matkę, która wywołuje w nim stany lękowe, problemy emocjonalne, problemy z tożsamością... niestety muszę to powiedzieć o własnej mamie - jest niezrównoważona psychicznie. Ja w dzieciństwie byłem katowany, potem mnie wywaliła z domu, kiedy miałem 13 lat. Tata walczył o to, by młody mógł mieszkać z nim, ale sądy w Polsce przyznają dziecko matce. Zawsze. Chyba że by się wykazało patologię - a tego nie udało się zrobić. W każdym razie młody dorósł do wieku, w którym mogłem go ratować - nasz ojciec, mimo chęci, nie był w stanie, mieszka w zupełnie innym mieście i nie zarabia dobrze, w zasadzie po latach dopiero się zebrał w sobie po tym, co z życia zrobiła mu nasza matka. On sam zresztą ma problemy - jego życie niszczyła jego matka, życie mojej matki jej rodzice - tak to sobie idzie.
W każdym razie obiecałem młodemu pomoc. I jakoś tak się stało, że jakiś czas temu wpadłem w związek. Związek moich marzeń, szczerze mówiąc. Moja dziewczyna szybko się do mnie wprowadziła - polubiła młodego bardzo. Problem polega na tym, że młody ma... problemy. W wieku 18 lat nie sprząta po sobie (chyba że się go poprosi), żyje w brudzie, dodatkowo wygląda na to, że możliwe, że nie zda kolejnego (trzeciego już z rzędu) roku w szkole. Ma spore problemy, musi zacząć terapię u psychologa. Przez pandemię koronawirusa wszystko stanęło, ostatnie dwa miesiące mieszkaliśmy ze sobą i non stop byliśmy w trójkę na siebie skazani. Ja musiałem się zająć pracą, ponieważ nagle odcięło mi dopływ gotówki (bo koronawirus), więc dopływ kasy był ze strony moich rodziców i od mojej dziewczyny.
Nie mogę jej więc nie zrozumieć - nie ma obowiązku wychowywać mojego brata. Nie ma obowiązku żyć w "trójkącie" z "toksycznym" młodym człowiekiem z problemami. Nie ma obowiązku uczyć go, jak żyć i przypominać mu ciągle, by umył coś po sobie. I tak wytrzymała długo, zanim się nie wyprowadziła.
A wyprowadziła się, bo stwierdziła, że ona nie potraf tak dłużej żyć. Postawiła mnie w zasadzie między wyborem - albo mieszkam z nią, albo wyrzucam brata, to znaczy wraca on do toksycznej matki. Nie zrywa ze mną, po prostu nie umie tak mieszkać. Najgorsze jest to, że nie mogę jej winić - nie dziwię jej się ani trochę.
Chociaż mam przeświadczenie, że ja nigdy nie stawiłbym drugiej osoby przed takim wyborem, a teraz moje życie to piekło - nie mogę pracować, nie mogę spać. Czuję, że jestem między młotem a kowadłem, w sytuacji bez wyjścia.
O dręczeniu w szkole i jak sobie z tym poradziłem.
Pochodzę z biednej rodziny. Ojciec bił i wyżywał się na mnie, bo chciał mieć swoją córeczkę, a wyszedł kolejny chłopak. W szkole normalka. Biedne ubrania, okulary, chudy. Materiał do wyśmiewania się. Ja się nie dawałem, jako drobny dzieciak nie bałem się pogonić chłopaków o trzy lata starszych od siebie (w podstawówce to duża różnica). Często też lądowałem u dyrektorki za bójki. Nikt nie patrzył, że szło pięciu na jednego i ja się broniłem. Zeznanie pięciu chłopaków + ich kolegów kontra zeznanie jednego chłopaka, któremu nikt nie potwierdzi jego wersji. Przez takie uwagi od nauczycieli w domu dostawałem jeszcze bardziej, aby mnie "wychować".
W starszej klasie, jak szła na mnie grupa, powiedziałem, że mogę się bić z najsilniejszym czy też z szefem jeden na jednego. Biliśmy się za szkołą i wygrałem. Nagle z biednego dzieciaczka zrobiłem się "swój", a z kolesiem się zakumplowaliśmy.
Na początku szkoły zaczepiali mnie różni ludzie, ale nigdy nie byłem bezbronny i nie okazywałem słabości i szybko nudzili się kimś, kto się nie boi. Jak ktoś był dużo większy i wiedziałem, że nie mam szans, wyśmiewałem, że musi być super męski, skoro startuje do takiego chuderlaka jak ja. Sarkastycznie "podziwiałem" jaki musi być silny i odważny, atakując kogoś takiego. W wielu przypadkach taki ktoś odpuszczał, widząc konsternację kolegów.
Jak miałem 14 lat, oddałem ojcu. Może byłem mały i chudy, ale okazało się, że jestem jak na swój wiek bardzo silny, albo też zwinny. Trzymając dźwignię na ręce zagroziłem, że następnym razem mu złamię rękę jeżeli tknie mnie, brata, lub mamę. Nikogo już nie bił.
Wiem, że nie każdy jest silny, albo się boi, ale okazanie strachu i pozwolenie na bicie siebie to najgorsze co możecie zrobić sobie. Skarżenie też nic nie daje. Dla oprawców liczy się jedynie siła. Fizyczna i charakteru. Jak się nie dajecie, nie pokazujecie słabości, to nie mają się czym "żywić" .
PS
Bałem się, bardzo się bałem, ale płakałem jak nikt nie widział, a strachu starałem się nie okazywać. Nie dawałem też satysfakcji płacząc, gdy mnie ktoś bił.
Mam 28 lat, jestem zdawałoby się dorosłym facetem.
Pochodzę z pełnej rodziny, poniekąd uważanej za udaną. Poniekąd.
Odkąd tylko pamiętam w moim życiu istniała tylko matka. Ojciec ciągle zajęty pracą/kolegami/chodzeniem po pracy do baru z kolegami, żeby się upić (no bo musi odreagować, pracuje w wojsku itp.). Kilka dni temu, rozmawiając z moją mamą, doszedłem ku jej wielkiemu oburzeniu do wniosku, że tak właściwie nasza rodzina jest patologią. I to nie taką, że alkohol, bijatyki, znęcanie się. Między nami nie ma żadnych więzi rodzinnych.
Mam dwóch braci, starszego ode mnie o 4 lata i młodszego o 11.
Ze starszym bratem nie mam żadnego tematu od dziecka. Gdyby któryś z nas płonął, drugi polewałby go jeszcze benzyną. Nasz kontakt polega tylko na tym, że przekazujemy sobie informacje kiedy coś złego dzieje się z mamą (jakiś szpital, cokolwiek). Z młodszym nie mam o czym rozmawiać, bo nawet jak próbuję cokolwiek z nim zrobić (basen, kino, pojechać na wycieczkę rowerową, zabrać go gdziekolwiek, żeby jakoś nawiązać z nim braterską relację) ciągle słyszę „gram”, „nie chce mi się”, „daj mi spokój”. Młodszy brat ze starszym ma kontakt podobny do mojego. Jako rodzeństwo jesteśmy po prostu dysfunkcyjni. Ojciec nigdy żadnego z nas nie zabierał nigdzie. Na plażę, na wakacje, na boisko, do garażu pogrzebać przy samochodzie. Zero jakiegokolwiek spędzenia czasu z własnymi dziećmi. Matka w pracy, po pracy szybko obiad, bo ojciec wróci z pracy, więc musi być podane ciepłe. Jej nie wini oę nic. Sama w tym wszystkim jest zagubiona. Doszliśmy do wniosku, że tak naprawdę to tylko ona trzyma ten dom w ryzach. Jak jej zabraknie, nasza pseudo „rodzina” się rozpadnie. Z rodzeństwem nie będziemy mieli kontaktu między sobą, od ojca każde z nas się odwróci, bo tak naprawdę my go nie znamy nawet. Dla mnie jest to obcy człowiek, do którego po prostu kazali mi mówić „tato”.
Przez całe to zaniedbanie stałem się strasznym introwertykiem. Stworzyłem sobie swój świat, nie potrafię rozmawiać z ludźmi, bo nie mam o czym. Wychodząc z domu zakładam maskę, a tak naprawdę w środku skrywam całe swoje emocje.
W wieku 24 lat byłem tak psychicznie słaby, z depresją, że próbowałem popełnić samobójstwo. Nie udało mi się, bo znalazła mnie matka; na moich rękach są piękne blizny od łokcia do nadgarstka. Rok później kolejna próba. Tym razem z tabletkami. Też się nie udało. Psychiatra w obu przypadkach, dobór odpowiednich leków. Dopiero po drugim razie udało mi się stanąć w miarę na nogach. Z psychoterapeutą doszliśmy do wniosku, że cały ten stan, z którym borykam się do dzisiaj, pochodzi od tego, że jako dziecko nie miałem ciepła ojcowskiego, wsparcia z jego strony, poczucia bezpieczeństwa, jakie może zapewnić ojciec.
Tak że patologia to nie tylko alkohol, znęcanie się, narkomania. Z pozoru dobra rodzina też może nią być.
No to się wygadałem.
Aktualnie jestem na 3 roku dosyć mocno szanowanej uczelni technicznej. Siedzę w domu już prawie 2 miesiące, a póki co sytuacja z e-zajęciami ma się następująco:
- Jestem na uczelni technicznej, a najczęściej i najbardziej konsekwentnie sprawdzanym kursem jest... język angielski. Od początku kwarantanny trzy różne grupy piszą multum wypracowań, robią po kilka stron zadań, czasami są zajęcia online na Skypie w ramach prowadzenia dyskusji. Jest to czwarty semestr j. angielskiego, a robimy online więcej niż przez ostatnie trzy semestry razem wzięte.
- Jeden ze starszych profesorów, po którym byśmy się tego w życiu nie spodziewali, bo miał nawet problemy z włączeniem projektora (a co dopiero kurs online), prowadzi sumiennie od miesiąca wykłady oraz zajęcia rachunkowe, bardzo udane swoją drogą.
- Z innego przedmiotu, którego pierwotnie zaliczenie zakładało wykonanie sporego projektu (przewidziany na cały semestr, wieloetapowy), nagle okazuje się, że poza dużym projektem, mamy też zrobić drugi (każdy wybierał swój temat, teraz narzucili wszystkim dodatkowy), a poza tym to jeszcze kilka pobocznych zadań, które nijak mają się do dużego projektu i nie są sprawdzane od już 2 tygodni.
- Jeden z profesorów dopiero na wzmiankę o obcinaniu wypłaty w wypadku gdy nie prowadzi e-zajęć (mamy jedną osobę w samorządzie studenckim - stąd wiemy), bez żadnego informowania nas zaplanował na platformie trzy wykłady, dzień po dniu. Gdyby ktoś nie sprawdził zakładki z tym przedmiotem, to byśmy dalej o tym nie wiedzieli (wcześniej była ona pusta, dosłownie).
- Inny, poważany profesor, nie odzywa się od początku kwarantanny. Nie prowadzi wykładów, bo nie.
- Po dwóch pierwszych tygodniach pisaliśmy do innego profesora, który wysłał cztery prezentacje w PDF-ie i więcej od niego nie słyszeliśmy.
- Zaliczeń póki co się nie przewiduje (poza jednym przedmiotem, gdzie prowadzący zebrał się w sobie i zorganizował ostatnio kolokwium online), a zamiast tego będziemy odrabiać zajęcia blokowo w lipcu, bo przecież NIE DAŁO się ich zrobić na platformie. Blokowo oznacza tyle, że przez tydzień będziemy nadrabiać miesiąc.
Gdy słyszę gdzieś, że uczelnie są/były przygotowane na kwarantannę, to rzygać mi się chce. Tyle razy ile musieliśmy się prosić, by łaskawie spróbowali nam zorganizować jakieś zajęcia (za które cały ten czas dostawali wypłatę!!), to poza paroma wyjątkami jest po prostu żenua.
Szkoda mi jedynie tego, że o mojej uczelni mówi się jaka to nie jest wielce zaradna w dobie kryzysu, podczas gdy prawie nic nie działa, nic nie wiadomo, a ci prowadzący, którzy chcą, to muszą kombinować jak koń pod górę, bo platforma e-learningowa leży i nie wstaje. A ta uczelnia dodatkowo charakteryzuje się tym, że nie-anonimowe (cóż, nie da się inaczej) doniesienie na prowadzącego często równa się z większą szkodą dla studenta aniżeli dla prowadzącego.
Jestem, a może byłam "tą mądrzejszą", która przestała ustępować "głupszym".
I wiecie co?
Może i mam z tego powodu więcej spięć z otoczeniem, ale jestem szczęśliwsza, że nie godzę się na wszelkie bzdury i wymysły w imię idiotycznej zasady, która chyba tylko dla świętego spokoju każe odpuszczać idiotom za ich wymysły.
Moja mama w jednym czasie używała kleju do protez i maści na hemoroidy.
Raz skleiła sobie pośladki.
Oglądałem film z moją dziewczyną. Siedzieliśmy sobie razem, a na moich kolanach dumnie usadowiła się moja kotka, którą mam od kilku miesięcy. Moja dziewczyna obraziła się, bo przez cały film drapałem kota i trzymałem na kolanach, a jej nawet nie tknąłem. Tak, to jest powód dla którego dorosła, 25-letnia kobieta obraża się na swojego partnera.
Teraz moja ukochana szuka pretekstów, by się kota pozbyć. Ostatnio wysłała mnie na testy alergiczne, żeby sprawdzić, czy aby na pewno nie mam alergii na kocią sierść, bo „coś ostatnio sporo kicham”. Ja wiem, że moja dziewczyna od zawsze była zazdrośnicą, ale żeby aż tak? Można być w ogóle zazdrosną o KOTA? Chyba czas poszukać poradni psychologicznej dla mojej drugiej połówki.
Dodaj anonimowe wyznanie