#dV4e8

W zeszłym roku postanowiliśmy z kumplem wybrać się do Niemiec. Ani ja, ani on nigdy tam nie byliśmy, żaden z nas nie znał języka. Po kilku dniach zabrakło nam kilku produktów, więc postanowiliśmy udać się do marketu. Niestety pech chciał, że nie umieliśmy znaleźć wielu z nich, a z językiem u nas słabo. Kumpel rozejrzał się i zobaczył na kasie kobietę. Powiedział coś w stylu "Ta jest ładniejsza od pozostałych, stawiam dychę, że jest z Polski" i podszedł do niej. Powiedział grzecznie "Dzień dobry", zapytał o produkty, a kobieta uśmiechnęła się i w naszym ojczystym języku powiedziała gdzie co leży.

#Ewv7v

Byłam na wakacjach w małym miasteczku. Szłam chodnikiem i minął mnie nieduży pies z foliowym workiem w pysku. Po chwili przeszedł przez ulicę na przejściu dla pieszych. Zaintrygował mnie. 

Byłam ciekawa po co mu ten worek, więc poszłam za nim. Śledziłam go tak może 200 metrów, gdy nagle wszedł do sklepu. Sprzedawca wziął worek z pyska psa, wyjął z niego monety i dał mu gazetę. Pies z gazetą w pysku wyszedł ze sklepu i pobiegł z powrotem tą samą drogą. Spytałam sprzedawcę co to za pies, odpowiedział, że codziennie tak przychodzi po gazetę dla swojej 85-letniej pani. 

Wcześniej bałam się psów, ale od tego dnia patrzę na nie inaczej.

#boZ1L

Pochodzę z małej miejscowości. Nigdy mi to nie przeszkadzało, bo i tak jestem odludkiem i nie potrzebuję towarzystwa. Gdy przeprowadziłem się na studia do dużego miasta to była to dla mnie wielka zmiana. Uznałem, że czas trochę się otworzyć na ludzi.

Ta przygoda zdarzyła mi się zaraz w pierwszym tygodniu studiów, czyli 7 lat temu. Padał deszcz, a mi jak na złość akurat uciekł autobus. Stałem na przystanku z wizją czekania 15 minut na następny, gdy zagadał do mnie starszy facet, tak ok. 50 lat. Że pogoda kiepska, że też nie zdążył na autobus itp. Na koniec zaproponował “Może zamiast stać w deszczu skoczymy na kawę, o tu zaraz obok, do kawiarni?”. Pomyślałem, że to pewnie taki wielkomiejski zwyczaj i zgodnie ze swoim postanowieniem otwierania się na ludzi zgodziłem się.

Poszliśmy zatem do tej kawiarni, usiedliśmy przy stoliku. Kawa była tam droga, ale ku mojemu zdziwieniu facet spytał, czy może za mnie zapłacić. Co za miła niespodzianka, miasto akademickie to widać ludzie wspierają studentów. Chętnie się zgodziłem, każdy grosz się liczy.

Siedzieliśmy z tą kawą, facet opowiadał mi o sobie, jaką ma pracę, że się rozwiódł, że mieszka sam. Jednak gdy zaczął opowiadać, że ma w mieszkaniu dużą wygodną wannę, to trochę poczułem się nieswojo. No ale wytłumaczyłem to sobie, że pewnie miły starszy pan bardzo dba o higienę. Dokończyliśmy kawę i powiedziałem, że muszę już iść, a on na to, że mnie odprowadzi.

Gdy wyszliśmy z kawiarni po paru metrach chwycił mnie za ramię. W tym momencie nie miałem już wątpliwości, że coś tu jest poważnie nie tak, nawet jak na duże miasto. Szedłem jak sparaliżowany, nie wiedziałem jak tu zareagować. Wtedy facet wypalił “Mógłbym cię podotykać? Może wpadniesz na kąpiel do mnie?”. Odpowiedziałem tylko “Nie!”, co on chyba uznał za odpowiedź na tylko drugie pytanie, bo złapał mnie za tyłek! Wyrwałem mu się i jak sprinter pomknąłem na przystanek, gdzie akurat stał autobus. Wskoczyłem do środka i z ulgą zobaczyłem, jak drzwi zamykają się za mną. To że to nie był mój autobus, to był już nieistotny szczegół.

#WxEqI

Postaram się w skrócie, wpis będzie dotyczył w sumie oklepanego tematu - samotności. Od podstawówki do gimnazjum nie byłem lubianą osobą, więc sobie żyłem własnym światem. Natomiast w liceum trafili mi się spoko ludzie, ale ja nie byłem chętny do integracji (totalny brak zaufania do ludzi). Po szkole średniej motałem się tu i ówdzie, jeśli chodzi o edukację, w końcu znalazłem swoją życiową ścieżkę po 4 latach. Przez ten czas poznałem wielu ludzi, poszedłem do pracy, nabrałem śmiałości, zmieniłem się.

Jednak ostatnio uświadomiłem sobie, że tak naprawdę cały swój wolny czas spędzam samotnie. Sam sobie organizuję czas, czasami próbuję kogoś zaprosić chociażby na rolki albo rower, jednakże ciągle jestem zbywany. Czasami ogarnia mnie niemoc w rozwijaniu więzi społecznych; staram się, podtrzymuję kontakt - nie otrzymuję tego od nikogo, a uwierzcie mi, że nawet krótkie "jak się czujesz, jak tam twoje samopoczucie?" uszczęśliwiłoby mnie mocno.

Jeśli chodzi o czyjeś problemy, to zawsze ja jestem na miejscu. Jeśli chodzi o moje problemy, to nikogo nie obchodzę. Z jednej strony gdy ktoś się dzieli ze mną swoimi rozterkami, to widzę, że ta osoba mi ufa, a ja czuję się potrzebny. Jednakże gdy dojdzie do zażegnania kłopotu, to ta osoba rozmywa się. Więcej kontaktu nie podtrzymuje.

A piszę to, bo ostatnio poznałem pewną osobę. Przyjaźniliśmy się, spędzaliśmy fajnie czas, dopóki ta osoba nie postanowiła wejść w związek. Stałem się w sumie niepotrzebny, mieliśmy razem iść pozwiedzać sklepy, a tu dupa zimna. Ktoś inny jest ważniejszy i zmiana planów, a ta osoba nawet nie raczy się do mnie odezwać.

Mam 23 lata i boję się, że w moim życiu nic się nie zmieni. Nie mam żadnych znajomych z dzieciństwa, a im człowiek starszy, tym ciężej jest kogoś poznać na stałe. O paczce znajomych nawet nie marzę, bo nie mam na to szans.
Jeśli chodzi o kwestie miłosne - ciężko mi się przebić na portalach randkowych, nie jestem osobą nachalną, nie wiem czym trafić.

#RYutH

Jakiś czas temu pojawiło się tu wyznanie kobiety, że dzieci jej męża nie są z nim spokrewnione...

Mojego męża poznałam, będąc w ciąży. Zdecydowaliśmy, że dziecko wychowamy razem jako nasze. Córka ma pewne schorzenie, przez które musi mieć specjalna dietę. Początki były trudne, ale już sobie z tym radzimy.
Syn jest adoptowany, nieco inne schorzenie, ale wymaga tej samej diety. Szybko podjęliśmy decyzję o adopcji.
Na kolejne dziecko szanse mamy marne, cudem jest, że urodziłam jedno. Chyba że kolejna adopcja.

Obydwie nasze rodziny wiedzą o sytuacji. Uwielbiają dzieciaki i traktują normalnie.
Mąż uważa, że dzięki mnie ma swoją wymarzoną rodzinę, nasza trójka jest dla niego najważniejsza.

Czytając tamto wyznanie myślałam o tym, że jeśli coś mi się stanie i mąż się z kimś zwiąże, to będzie to samo. Brak pokrewieństwa. U nas wiedzą wszyscy, ale to nie ma znaczenia, więc nie porusza się tego tematu.

Taki psikus.
Życie potrafi pisać zaskakujące scenariusze :)

#OI0tQ

Czytam często komentarze w internecie. Ludzie myślą, że w Polsce nie ma agresji w stosunku do osób innego koloru skóry czy orientacji. Niestety sama doświadczyłam agresji kilkukrotnie, głównie na imprezach w klubach. Nachalni, pijani faceci próbują cię zaciągnąć siłą na parkiet, stoją na czatach przy toalecie. Naprawdę agresywnie zaczyna być, gdy widzą cię w towarzystwie kobiet i patrzą jak dobrze się bawicie. Wtedy podchodzi taki jeden czy dwóch i zaczyna zaczepiać. Gdy mówisz, że nie jesteś zainteresowana, wyzywa od lesb, popycha, szarpie. Wykrzykuje, że zaraz cię wyleczy i trzyma się za krocze w naprawdę obrzydliwy sposób. Moja znajoma skończyła raz z podbitym okiem, bo odmówiła nachalnemu dresikowi. Ja straciłam przytomność po duszeniu przez ochroniarza. A tylko dobrze bawiłyśmy się w swoim towarzystwie (zwykłe tańce, picie drinków). Co nas zdradziło? Tęczowy pasek koleżanki i malutka naszywka na mojej marynarce. Innym razem miałam przyłożony do twarzy kastet. Cudem uciekłam.

Takich historii było dużo więcej. Gdy ktoś mówi, że w Polsce nie ma nietolerancji, gdy ktoś mówi, że nie ma żadnej agresji w stosunku do mniejszości - kłamie. Nigdy nie był taki jak my i nie przeżył tego co my, nie znalazł się w takiej sytuacji.

#yYRqE

O tym, jak czytanie anonimowych może być szkodliwe dla związku :).

W mojej rodzinie od kiedy pamiętam były wspólne ręczniki. Gdy po kolei braliśmy kąpiel, to potem wycieraliśmy się tym samym ręcznikiem. I jakoś nigdy nie brzydziło mnie, że używam ręcznika wciąż mokrego po tym, jak wycierali się rodzice i rodzeństwo - dla mnie to było tak oczywiste jak to, że wszyscy używamy tego samego szamponu czy tej samej kostki mydła. Ot, wisiał jeden, to się brało.

Zamieszkała ze mną dziewczyna i pewnego razu czytaliśmy bardzo stare anonimowe wyznania. W jednym z nich było napisane, że każdy z domowników miał "ręcznik zapasowy". I tak od słowa do słowa i teraz dziewczyna ma focha, że WYCIERAŁEM DUPĘ JEJ RĘCZNIKIEM. I tylko trochę mi głupio, że dopiero teraz zrozumiałem, po co jej w łazience więcej niż jeden.

#vpoJf

Gdy byłem mały, ówczesne „madki” miały w zwyczaju straszyć swe pociechy hasłami w stylu: „Bądź grzeczny, bo przyjdzie pan i cię zabierze!”.

Dziś, stojąc w kolejce przy kasie supermarketu, usłyszałem, jak jakaś Karyna strofuje swego małoletniego Kuentina takimi słowami: „Uspokój się, parchaczu jeden, bo zachorujesz na koronę i się ku#wa skończy!”.

#9R9hg

Pracuję w restauracji w dużym mieście już ponad dwa lata. Praca pod presją jest chlebem powszednim, nowi kelnerzy w stresujących sytuacjach często się gubią - nic dziwnego. Pamiętam swoje pierwsze dni, jako niedoświadczony pracownik starałem się jak najlepiej wykonywać obowiązki, chodź wiedziałem, że starsi stażem koledzy specjalnie mi ich dokładali. Nie byłem o to zły, wiedziałem, że jest to pewnego rodzaju chrzest, który każdy nowy pracownik musi przejść.

Na sezon letni kierownik zawsze zatrudnia nowe osoby (większy ruch = większa kadra). W tym roku przybyły dwie nowe osoby na stanowisko kelnera, wiadomo, trzeba ich przeszkolić, pokazać co, gdzie i kiedy, powoli zapoznawać z regułami panującymi w restauracji.

Pierwszy raz kierownik na miejscu kelnera umieścił kogoś ze swojej rodziny, zapewniając, że dziewczyna będzie traktowana jak każdy inny pracownik. Niestety już po tygodniu współpracy każdy miał jej dość. Dziewczyna nie garnie się do roboty, jak już coś zrobi, to niedokładnie. Często rozkazuje starszym stażem - przynieś, podaj, pozamiataj - bez żadnego proszę, dziękuję. Oczywiście wraz z kolegami zwracamy jej uwagę, wtedy zazwyczaj otrzymujemy odpowiedź zwrotną "przesadzasz, chyba żartujesz, że mam to robić, trzeba sobie ułatwiać życie". Przypominam sobie zawsze w takich momentach moje początki - opierdziel od góry do dołu za najmniejszą niedopatrzoną rzecz.

Wszyscy już boją się podejść do kierownika i powiedzieć cokolwiek o nowej koleżance, bo podjęte próby kończyły się uśmiechem i zwrotem "nauczy się jeszcze, jest nowa", a czasem nawet "skoro nie umiesz okiełznać nowej, to nie powinieneś tyle zarabiać". Gdyby tylko wiedział, co ona wyprawia... nigdy nie przyszedłby do restauracji z taką obsługą.

Próbowaliśmy "wyszkolić" ją tak jak wszystkich, wtedy zazwyczaj kończyło się to wiadomością do kierownika, która opisywała nasze pracownicze żarty, przerwy, czy małe pomyłki. Mamy związane ręce, a ona nie rozumie, że tak naprawdę sama sobie szkodzi. Pracuję tu już tak długo, a czuję się jak żółtodziób bez wykwalifikowania i wpływu na nowych pracowników.

Może wy anonimowi macie jakieś pomysły na okiełznanie tego cwanego nieroba.

Pozdrawiam,
zirytowany niesprawiedliwością Jacuś.

#Z6Roz

Podnieca mnie surowe mięso. Jak patroszę kaczkę na święta, to w połowie muszę przerwać i udać się do łazienki, żeby sobie ulżyć. Piersi z kurczaka, wołowina, schabowe... Za każdym razem, gdy poczuję zapach mięsa jestem "gotowa". Mój mąż o niczym nie wie, bo to dla mnie zbyt wstydliwe i brzydzę się swoich fantazji. Mam też sny, po których cały dzień dochodzę do siebie, gdyż wywołują u mnie zarówno ekscytację, jak i odruch wymiotny. Nie potrafię się zaakceptować. Nie wyobrażam sobie włączyć tego do współżycia z partnerem. Nie powiem mu przecież, żeby wsadził mi filet między nogi. Boję się też infekcji intymnych. Gotowane mięso nie wywołuje już u mnie żadnych emocji. Próbowałam rozmawiać o tym z terapeutą, ale miałam wrażenie, że jego zainteresowanie tematem było mało taktowne. Zmieniłam psychologa na kobietę, ale jeszcze nie odważyłam się jej tego powiedzieć, gdyż boję się podobnej reakcji.
Dodaj anonimowe wyznanie