Kilka miesięcy temu brałem udział w popularnym teleturnieju. W każdym z odcinków prowadzący prowadzi krótką rozmowę z uczestnikami, najczęściej pyta, czym dana osoba się zajmuje, jakie ma zainteresowania i na co planuje przeznaczyć ewentualną wygraną. Chciałem opowiedzieć o sobie zgodnie z prawdą, jednak kiedy usłyszałem jakie to hobby i plany mają moi rywale, mina mi zrzedła.
Pierwszy opowiadał o swoim nurkowaniu na rafie koralowej w Egipcie i o tym, w jakich innych miejscach chciałby rozwijać swoją pasję dzięki wygranej.
Drugi to właściciel firmy transportowej, skaczący ze spadochronu i na bungee.
Na koniec zostałem ja - ochroniarz pracujący w markecie z kredytem na głowie. W obliczu takich ciekawych opowieści musiałem mocno podkoloryzować informacje na swój temat. Powiedziałem, że jestem wiernym kibicem FC Barcelony (co jest akurat prawdą), a za pieniądze z wygranej pojedziemy z żoną na wycieczkę do Hiszpanii, gdzie na Camp Nou na żywo chciałbym obejrzeć swoją ukochaną drużynę.
Udało mi się wygrać sporą sumę, oczywiście o wyjeździe za te pieniądze nie było nawet mowy. Dzięki wygranej spłaciliśmy z żoną długi, naprawiliśmy auto i kupiliśmy nową pralkę.
Jestem bardzo zżyty ze swoimi rodzicami. Zawsze darzyliśmy się wzajemnym zaufaniem. Nigdy nie robili mi problemów o późne powroty z imprez, pozwalali jeździć na wakacje ze znajomymi odkąd skończyłem gimnazjum, zachęcali do podejmowania prac dorywczych, wspierali w nauce - uważam, że fajnie wychowywali.
Z tatą dalej jest świetnie, ale w relacjach z mamą pojawiły się zgrzyty. Chodzi o moją narzeczoną, Magdę. Tak ma na imię, tak jej dali rodzice na chrzcie, tak ma wpisane w dokumentach. Natomiast moja mama uparcie twierdzi, że to zdrobnienie od Magdalena. Żadne próby jej przekonania nie przyniosły efektu, łącznie z próbami obracania tego w żart.
Za pół roku bierzemy ślub, zaprojektowaliśmy zaproszenia. Miała je wydrukować znajoma rodziców. Przysłała gotowy projekt do zatwierdzenia, obejrzeliśmy szczegółowo, sprawdziliśmy daty, godziny i inne drobiazgi. Wszystko się zgadzało. Po tygodniu odebraliśmy pudło z zaproszeniami. Otworzyliśmy i na samym wierzchu leżał egzemplarz z napisem Magdalena i Paweł... Pomyśleliśmy, że to żart, ale wszystkie były w ten sposób zrobione. Mocno wkurzony zadzwoniłem do znajomej i pytam co jest grane. A ona odpowiada, że w ostatniej chwili mama zadzwoniła do niej, że jest błąd w imieniu i powinno być Magdalena zamiast Magda.
Jest mi za mamę wstyd. Znajoma za darmo, w wolnym czasie drukowała zaproszenia, dołożyła wielu starań, a teraz trzeba je wszystkie wyrzucić. To się da załatwić, ale zupełnie nie rozumiem mamy, tym bardziej że generalnie lubi Magdę i dobrze się z nią dogaduje.
Jestem w ciąży, rodzę pod koniec czerwca. Jestem pracowitym i sumiennym człowiekiem, od początku planowałam nie brać żadnego niepotrzebnego L4 i pracować tak długo, jak będę w stanie. W trakcie ciąży okazało się, że dopadło mnie parę nadprogramowych dolegliwości zdrowotnych. Ale na szczęście, pomijając moje marne samopoczucie, ciąża nie jest zagrożona i wszystko idzie ku dobremu.
Pracuję już 8 miesiąc (ostatnio zdalnie) i nie mam już siły. Przez cały ten czas nie brałam wolnego. Chciałabym po prostu odpocząć i pozwolić sobie na rozkoszowanie się macierzyństwem. Powiedziałam szefowej, że chcę wziąć wolne na te ostatnie tygodnie ciąży, bo został mi do wykorzystania urlop. A szefowa na to, że ona mi urlopu nie da. Bo ona pracowała do samego rozwiązania i dała radę, więc ja też powinnam.
Zaraz po weekendzie majowym biorę od lekarza L4 i mam gdzieś pracę. Żałuję, że tak długo się na to nie zdecydowałam, bo teraz czuję się tylko wykorzystana - harowałam dla dobra zakładu, żeby być przykładnym pracownikiem, zamiast cieszyć się przyszłym macierzyństwem. A i tak nikt tego nie docenia. Przy następnej ciąży nie popełnię tego błędu, od razu wezmę wolne i chociaż to społecznie naganne, nie mam z tego powodu wyrzutów sumienia.
Oddałam 50 cm włosów.
Tak naprawdę to je sprzedałam, anonimowe jest to, że tylko tutaj się przyznaję.
Chciałam dostać te głupie 300 zł za moje piękne, długie włosy, które były dla mnie męką, o które dbałam, pielęgnowałam, czesałam i gdyby nie motywacja pieniężna, ścięłabym je już dawno temu.
Ludzie wyzywają mnie od najgorszych, przeklinają i życzą białaczki, gdy mówię, że zamiast na Rak&Roll oddałam je jakimś fryzjerom w Warszawie na peruki.
Mówiłam niech oddadzą swoje, a nie rządzą się moimi, ale każdy wiedział najlepiej co z MOIMI włosami powinnam zrobić.
Sprzedałam, ale się nie przyznaję przez publiczny lincz, a jeżeli są tu jedni z "tych", to nie pozdrawiam :)
Czytałem ostatnio wyznanie o ludziach z miasta sprowadzających się na wieś i o ich niedogadywaniu się z "tubylcami". Napiszę też coś od siebie w tym temacie, jako ten "tubylec".
Mieszkam na przedmieściach większego miasta i w ciągu ostatnich kilku lat przybyło mi dużo sąsiadów. Nie chcę się czepiać i wyjść na człowieka, któremu przeszkadzają nowi sąsiedzi, ale jest kilka irytujących spraw, z którymi jest problem tylko z "miastowymi". Ludzie mieszkający tu od lat też potrafią zdenerwować, ale opisane sytuacje tyczą się niemal wyłącznie tych pierwszych.
1. Śmieci. Przy budowie domu zawsze zostaje dużo odpadów i te zamiast wywieźć albo chociaż składować u siebie na podwórku, zawsze leżą za płotem. Zazwyczaj na jeszcze niezagospodarowanej działce obok albo na wolnej ziemi pomiędzy działkami tworzą się takie składowiska pobudowlanych odpadów, które zalegają nieraz latami i są regularnie powiększane.
2. Podbieranie warzyw i owoców. Regularnie widzę rodzinki wracające ze spaceru i w wózku, na rowerze, czy po prostu w ręku główka kapusty, kilka kolb kukurydzy, buraki, ogórki i nawet ziemniaki. Na zwrócenie uwagi zawsze jest odpowiedź, że to tylko jedna główka, a pan ma całe pole. Tylko że takich podbieraczy jest znacznie więcej i robią to regularnie. Ja osobiście mam przy domu mały sad z drzewkami owocowymi, który nie jest ogrodzony, tylko dookoła obsadzony tujami. Nie mam problemu, kiedy dzieciaki przecisną się przez drzewka i zjedzą kilka czereśni czy jabłko, ale w sytuacji kiedy dorośli ludzie przychodzą z kobiałkami i ładują ile się da jest to wkurzające.
3. Dewastacje upraw. To tyczy się bardziej dzieciaków/nastolatków, które mają bardzo popularne ostatnio quady. Jest to plaga. O ile z miejscowymi rodzicami można porozmawiać, by to oni zwrócili uwagę swoim dzieciakom, o tyle nowi sąsiedzi zawsze stają za swoimi dziećmi murem i nie widzą nic złego w jeździe po świeżo obsianym polu. Z reguły po zwróceniu uwagi by "uciekali" z czyjegoś pola specjalnie wjeżdżają na nie ponownie.
Żebyście tylko nie pomyśleli, że do każdego człowieka sprowadzającego się na moją wioskę jestem nastawiony negatywnie, bo często są to bardziej pomocni i mniej konfliktowi ludzie niż starzy sąsiedzi, ale te trzy punkty to zdecydowanie ich grzechy główne.
Rodzice palili papierosy odkąd pamiętam. Wprawdzie maksymalnie kilka dziennie i nigdy nie robili tego w domu, jednak mimo wszystko miałam bierny kontakt z dymem. Jako nastolatka zauważyłam stopniowe pogarszanie się słuchu. Miałam problemy ze zrozumieniem słów, zwłaszcza gdy ktoś stał do mnie tyłem. Był to kłopot szczególnie na lekcjach u nauczycielek, które miały nieco delikatniejszy głos.
Okazało się, że moje problemy wynikają właśnie z tego, że jestem biernym palaczem.
Na początku nie mogłam uwierzyć, że kontakt z osobą palącą może mi uszkodzić słuch. Gdy mama się o tym dowiedziała, od razu zaczęła rzucać palenie, tata starał się ograniczyć przynajmniej wtedy, gdy byłam w domu. Po mojej wyprowadzce wrócili do nałogu.
Gdy urodziłam dziecko, chcieli się z nim widywać jak najczęściej. Postawiłam warunek, że w dniu odwiedzin nie mogą palić. Zgodzili się. Potem chcieli, żebym przyjechała z synem do nich na wieś na wakacje. Jednak gdy powiedziałam, że podczas naszej wizyty mają nie palić, to stwierdzili, że to tylko 2 tygodnie i przesadzam. Do dziś mają do mnie pretensje, że odmówiłam przyjazdu. A ja po prostu nie chcę narażać syna na problemy zdrowotne, z którymi sama muszę się mierzyć.
Seksizm, ignorowanie równych szans oraz wpływ płci, wieku i urody w kontekście aplikacji na stanowisko pracy.
Pracowałem kiedyś w małej firmie, która zaczęła się rozrastać. Wraz ze wzrostem obrotów (i zysków) przybywało pracowników, którzy w pocie czoła wypracowywali naszemu szefowi fajny, sportowy samochód. Marki nie zdradzę, ale inne są gorsze.
Dział handlowo-księgowy dłubał sobie wesoło, natomiast techniczny przestawał sobie dawać radę z rosnącą ilością napływających zleceń. Parafrazując pełną skromności wypowiedź pewnego francuskiego króla, dział techniczny to byłem ja. Problemy narastały, aż w końcu szef sknera zaakceptował konieczność jego podwojenia.
Po anonsie w prasie napłynął spory strumyk teczek z aplikacjami, tworząc wcale zgrabny stosik. Dwie teczki zostały wysortowane na bok. Czujne oko żony szefa wyłowiło dwie aplikantki o ponadprzeciętnej urodzie. Dobrze zrobione fotografie ukazywały zmysłową blondynkę i czarującą brunetkę. Żona szefa wezwała mnie i szefa na dywanik, podniosła obie teczki, po czym oznajmiła głosem, w którym pobrzmiewała stal: "Zapomnijcie o nich".
Po tym dictum szefowi wyraźnie opadł entuzjazm dla procesu rekrutacji i scedował całą resztę w moje ręce. Przestudiowałem więc aplikacje i ułożyłem je według własnych kryteriów, totalnie olewając poprawność polityczną czy też równość szans. Dla panów ustawiłem wyższą poprzeczkę fachowości, panie poniżej trzydziestki w zasadzie od razu do odstrzału. Praca była bardzo specyficzna, a wdrażanie mozolne i pracochłonne. Oczywiście w 100% spadało to na moje barki. Postanowiłem więc ułatwić sobie życie.
Umowę dostała kobieta ok. pięćdziesiątki. Spokojna, bez specjalnych wahań nastrojów, wykonująca polecenia bez sprzeciwów i chętna do nauki.
Na swoją obronę dodam: po ok. roku mogła już pracować całkowicie samodzielnie. Gdy odchodziłem z tamtej firmy, została jej ostoją i miała niejako gwarancję zatrudnienia aż do emerytury.
Jedna z najbardziej żenujących historii w moim życiu.
Miałam wtedy 15 lat, pamiętam, że był ranek wiec rodzice wołali mnie, żebym przyszła na śniadanie. Poszłam w piżamie i samych majtkach, tak jak spałam *majtki były lekko przysłonięte tą bluzką*. Jedliśmy śniadanie i w pewnym momencie poczułam, że brzuch mnie boli. Myślę - okres.
Poszłam do łazienki po śniadaniu i patrzę - zesrałam się trochę w gacie. No to siup, wkładam majtki zużyte z kosza na bieliznę, a tamte rzucam do środka. Wychodzę wciąż bez spodni z łazienki, spotykam tata, który oczywiście zauważa, ze zmieniłam majtki. Na co ja mu bezczelnie, że nie. On, że tak. Ja, że nie. I prawie by uwierzył, ale wciskają się siostry - że miałam inne spodenki i nie zgłupiał. Ja wciąż uparcie, że miałam te same. No to idę do kosza na bieliznę wyciągam tamte i się pytam czy to o te chodzi. A oni, że tak. Więc zaczynam kłamać, ze wczoraj je miałam i się pomyliło. Wtedy ogarnęli, że coś jest nie tak.
Ja czerwienie się bo nie chce o tym mówić, majtki wrzucam do kosza na pranie i już chce odejść, ale rodzice znowu zaczynają się pytać co się stało. Boże, pamiętam swoje zażenowanie, kiedy po chwili nieodpowiadania moja matka poszła, wyciągnęła te gacie i zobaczyła moją na nich sraczkę... Nie mogłam przez cały dzień spojrzeć im w oczy, nie wiem czy to dlatego, że wiedzieli, że zesrałam się w gacie, czy dlatego, że ich perfidnie oszukałam.
Niedawno urodziłam dziecko. Córka ma już prawie pół roku, a nadal wymaga 100% opieki. Nie jestem w stanie niczego ugotować, żyjemy z partnerem na diecie pudełkowej, sprzątam gdy on zajmuje się córką. Kocham ją i nie wiem jak sprawić, żeby chociaż chwilę pobawiła się sama. Mam powoli dość tego, że nie jestem w stanie nawet umyć zębów bez płaczu, że zostawiłam ją samą na dywanie.
Od podstawówki miałam przyjaciółkę Kasię. Byłyśmy jak papużki nierozłączki- wszędzie razem. Znałyśmy wszystkie swoje tajemnice. Poszłyśmy do jednego liceum, ale Kasia wybrała inny profil, więc byłyśmy w innych klasach. Tam Kasia poznała nowe koleżanki i stopniowo odcinała mnie od siebie. Nowe koleżanki miały lepsze poczucie humoru, wprowadziły ją do świata swoich znajomych, a ja zostałam sama. Czułam się jak piąte koło u wozu, gdy chciałam z nią na przerwie porozmawiać.
Kasia zaczęła się o byle co obrażać, co w pewnym momencie przestałam tolerować i zaczęłam zachowywać się wobec niej tak samo jak ona wobec mnie - ignorancko. Dochodziło do sytuacji, że stałyśmy na jednym przystanku autobusowym 3 metry od siebie i nie zamieniliśmy ani słowa. Do tej pory, gdy były jakieś zgrzyty między nami to zazwyczaj to ja wyciągałam pierwsza rękę. Wtedy obiecałam sobie, że jeśli ona nie wyciągnie pierwsza ręki to będzie po znajomości.
Od tamtej sytuacji minęło ponad 15 lat. Obie skończyłyśmy liceum, potem różne studia, zmieniłyśmy miejsce zamieszkania. Nie rozmawiamy ze sobą do dziś. W duchu nienawidzę jej za to, że to się tak skończyło. Że nie potrafiła ten jeden jedyny raz przeprosić.
Jakiś czas temu Kasia urodziła dziecko. Dowiedziałam się o tym z mediów społecznościowych, ponieważ Kasia rozpowszechniała informacje w sieci o przekazaniu 1% podatku na jej niepełnosprawne dziecko, wymagające skomplikowanych operacji raz na jakiś czas, aby mogło normalnie funkcjonować.
I mimo, że jej nienawidzę to czuję jednocześnie chęć pomocy jej i jej dziecku, co aktualnie uskuteczniam. Pracuję rozliczając mnóstwo Pit-ów i u większości niezdecydowanych klientów wpisuję fundację i cel szczegółowy, aby pieniądze właśnie do nich trafiły. W ten sposób od ok 3 lat na ich konto trafiło już grubo ponad 10 tys. To kropla w morzu ich potrzeb, ale lepsze to niż nic. Kasia nie ma pojęcia, że maczam w tym palce.
Nie potrafię wytłumaczyć swojego zachowania w logiczny sposób. Mam do tej kobiety ogromny żal za utracone chwile, za to że nie miałam osoby obok siebie, bo kolejne „przyjaciółki” w krótkim czasie okazywały się być fałszywe. Za to, że zostawiła mnie samą sobie bez powodu. Dlaczego jej pomagam? Logicznie nie potrafię tego wytłumaczyć, intuicja i serce mi tak nakazuje.
Dodaj anonimowe wyznanie