#lsPp5
- Jestem na uczelni technicznej, a najczęściej i najbardziej konsekwentnie sprawdzanym kursem jest... język angielski. Od początku kwarantanny trzy różne grupy piszą multum wypracowań, robią po kilka stron zadań, czasami są zajęcia online na Skypie w ramach prowadzenia dyskusji. Jest to czwarty semestr j. angielskiego, a robimy online więcej niż przez ostatnie trzy semestry razem wzięte.
- Jeden ze starszych profesorów, po którym byśmy się tego w życiu nie spodziewali, bo miał nawet problemy z włączeniem projektora (a co dopiero kurs online), prowadzi sumiennie od miesiąca wykłady oraz zajęcia rachunkowe, bardzo udane swoją drogą.
- Z innego przedmiotu, którego pierwotnie zaliczenie zakładało wykonanie sporego projektu (przewidziany na cały semestr, wieloetapowy), nagle okazuje się, że poza dużym projektem, mamy też zrobić drugi (każdy wybierał swój temat, teraz narzucili wszystkim dodatkowy), a poza tym to jeszcze kilka pobocznych zadań, które nijak mają się do dużego projektu i nie są sprawdzane od już 2 tygodni.
- Jeden z profesorów dopiero na wzmiankę o obcinaniu wypłaty w wypadku gdy nie prowadzi e-zajęć (mamy jedną osobę w samorządzie studenckim - stąd wiemy), bez żadnego informowania nas zaplanował na platformie trzy wykłady, dzień po dniu. Gdyby ktoś nie sprawdził zakładki z tym przedmiotem, to byśmy dalej o tym nie wiedzieli (wcześniej była ona pusta, dosłownie).
- Inny, poważany profesor, nie odzywa się od początku kwarantanny. Nie prowadzi wykładów, bo nie.
- Po dwóch pierwszych tygodniach pisaliśmy do innego profesora, który wysłał cztery prezentacje w PDF-ie i więcej od niego nie słyszeliśmy.
- Zaliczeń póki co się nie przewiduje (poza jednym przedmiotem, gdzie prowadzący zebrał się w sobie i zorganizował ostatnio kolokwium online), a zamiast tego będziemy odrabiać zajęcia blokowo w lipcu, bo przecież NIE DAŁO się ich zrobić na platformie. Blokowo oznacza tyle, że przez tydzień będziemy nadrabiać miesiąc.
Gdy słyszę gdzieś, że uczelnie są/były przygotowane na kwarantannę, to rzygać mi się chce. Tyle razy ile musieliśmy się prosić, by łaskawie spróbowali nam zorganizować jakieś zajęcia (za które cały ten czas dostawali wypłatę!!), to poza paroma wyjątkami jest po prostu żenua.
Szkoda mi jedynie tego, że o mojej uczelni mówi się jaka to nie jest wielce zaradna w dobie kryzysu, podczas gdy prawie nic nie działa, nic nie wiadomo, a ci prowadzący, którzy chcą, to muszą kombinować jak koń pod górę, bo platforma e-learningowa leży i nie wstaje. A ta uczelnia dodatkowo charakteryzuje się tym, że nie-anonimowe (cóż, nie da się inaczej) doniesienie na prowadzącego często równa się z większą szkodą dla studenta aniżeli dla prowadzącego.
Mnie, szczerze mówiąc, też mocno ubodło to nauczanie online. Robię masę niepotrzebnych rzeczy, dosłownie całymi dniami, które nie wliczają się do oceny, bo są dla prowadzących jedynie dowodem, że otworzyłam prezentację i zapoznałam się z jej treścią, co z kolei wynika z faktu, że prowadzący nie umieją w videokonferencje. Ba, niektóre z tych codziennych kilkustronicowych referatów nie są nawet sprawdzane - ot, są, bo być muszą. O kolokwiach niektórzy z wykładowców nic nie mówią (czekają na oficjalne rozporządzenie rektora), a inni planują egzaminy i wyznaczają ich daty. Do tego dochodzą różne pomniejsze ćwiczonka, jakieś niespodziewane zadania, większe projekty, raporty, protokoły i w ten sposób ledwie mam czas, żeby pójść spać. A połowę robię zupełnie na marne i to chyba najbardziej boli.
Powiem szczerze, że jak słucham o e-wykładach i e-lekcjach w Polsce to słabo mi się robi.
Generalnie nikt nie był przygotowany na taką zmianę, ale z drugiej strony już trochę czasu minęło... Ogólnie mam wrażenie, że w naszym kraju naprawdę słabo sobie poradzili, bo organizacja na zagranicznych uczelniach jest o wiele lepsza - dali tydzień przerwy dla studentów, a sami przenosili wszystko online. Wszelkie egzaminy zamieniono na długoterminowe projekty, a deadline'y przesunięto, żeby dać więcej czasu.
Jest o wiele więcej zrozumienia od profesorów, którzy też są przecież ludźmi i wiedzą, jak ta cała sytuacja wpływa na innych.
Myślałam, że tylko nad nami się tak znęcają. Uważam, że powinnio wymagać się od nas 70% tego co normalnie, a to dlatego, że jak wykładowcy wyślą za 1 razem wszystkie prezentacje do końca, to przyswojenie tej "suchej" wiedzy zajmuje znacznie więcej czasu niż jakbyśmy byli normalnie na uczelni a do tego brak wytłumaczenia różnych rzeczy np dotyczących obliczeń. Te projekty no dramat. Zastąpili nam zajęcia terenowe projektami, które są 3x trudniejsze i wymagają o wiele więcej czasu, żeby je zrobić. Hitem ostatnio było to, że do jednego z projektów pewniej prowadzący kazał ściągnąć sobie dane potrzebne do obliczen z pewnej niemieckiej strony, jakby nie mówił wybrać strony angielskiej, żeby każdy rozumiał. Do tego zadania obowiązkowe, zadania w stylu dokończ żeby mieć pewnosć, że każdy spojrzał na prezentację. I w taki sposób jak normalnie musieliśmy zrobić max 3 zadania z jednego przedmiotu to teraz około 8, nie no super, przecież ja nie muszę ani spać ani jeść ani pić tylko będę non stop te zadania robić, fotografować itd. Innych przykladów można bybyło wypisać jeszcze wiele.
U nas (kierunek studiów około medyczny) również znikoma część daje radę prowadzić zajęcia on line. Pozostali wykładowcy ew. łaskawie przesyłają pdf prezentacji. Jest milion prac-pierdół których końca nie widać a nic nie wnoszą przez co na naukę do kolokwiów nie ma czasu. A przecież jest założenie ze wykładowcy normalnie pracują więc dostają normalnie pensje. Koszmar
A tu się z tobą zgodzę, uczelnie są kompletnie nieprzygotowane do nauki online. Co więcej, niektórzy planują zrobić w czerwcu kolokwia na kamerce, a nie mają pojęcie jak się do tego zabrać.
Przecież tego rodzaju egzaminy są idiotyczne i każdy dostanie dobrą ocenę.
Ohlala po tych zaliczeniach wrócę do tego komentarza i ci odpowiem, czy każdy dostał dobrą ocenę.
Ja jestem na uczelni medycznej i miałam już większość egzaminów online. Jest dokładnie tak, jak mówisz @ohlala. Z typowo trudnych przedmiotów, przez które co roku odpadała masa studentów, w tym roku prawie wszyscy zdali w pierwszych terminach.
U mnie hitem jest jeden prowadzący, który w czerwcu zaplanował kolokwium na uczelni a my, studenci, mamy przyjść w maskach i rękawiczkach.
W przypadku egzaminu ustnego nie ma różnicy czy odbędzie się na żywo czy na kamerce.
O mojej uczelni mówi się, że absolutnie nie jest zaradna nawet, gdy kryzysu nie ma, a poza paroma wyjątkami wszystko idzie teraz dosyć sprawnie. Jak widać nie wszystko jest takie, jak się wydaje.
Ciekawi mnie na czym polega ta roznica... Studiuje za granica, zajecia online mamy w sumie od poczatku marca. Mniej wiecej tydzien zajelo ogarniecie wszystkiego na tyle dobrze, ze obylo sie bez prawie jakichkolwiek problemow. Czesc nauczycieli wrzuca juz nagrane wyklady, czesc prowadzi je na zywo. Egzaminy zostaly rowniez zmienione, na przyklad mamy prawo zamiast w grupie robic projekt samemu itd. Komunikacja jest na dobrym poziomie, nauczyciel jest dostepny w tych samych godzinach co wczesniej. Zajecia sie odbywaja, zaliczenia tez.
Naprawde, nie potrafie zrozumiec, gdzie lezy problem. Jesli profesor odmawia wykonania swojej pracy, to chyba logiczne co powinna uczelnia zrobic? Wystarczy odrobina zaangazowania, ktore zreszta jest koniecznie w pracy na codzien i wszystko smiga.
Ja mam to szczęście, że jestem na drugim roku anglistyki, więc kompletnie wszystko da się zrobić online, a wykładowcy wykazują się dużą empatią i nie mają pretensji, jeżeli ktoś "technologicznie niedomaga", przymykają oko na jakieś małe potknięcia, dają dłuższe terminy, o wszystkim na bieżąco informują w mailach. Ale od dłuższego czasu czytam co dzieje się na innych, bardziej skomplikowanych kierunkach albo w szkołach. I jelita się od tego wywracają. Rozumiem, że sytuacja wzięła z zaskoczenia. Rozumiem, że nie każdy jest bardzo obeznany w komputerach, i może mieć problem z prowadzeniem zajęć. Ale wydaje mi się, że część uczących ma wszystko po prostu w nosie, wydaje im się, że nie oni uczą dla kogoś, a ktoś uczy się, żeby oni byli szczęśliwi.
Brak przygotowania do takiej formy nauczania to jedno. Ale brak zaangażowania, narażanie uczących się na jeszcze większy stres i usilne robienie im pod górę? To już trochę inna sprawa.
Też jestem na 3 roku na uczelni technicznej... szkoda strzępić ryja
Brzmi jak AGH xD
Zależy na jakim wydziale i na jakim roku. Z FISia wszyscy są sumienni i stają na wysokości zadania. A przynajmniej na moim kierunku. Choć jakość czasem jest... Lepiej nie mówić
Moj kierunek na imirze też daje radę :) jesteśmy ze wszystkim na bieżąco. I tylko jeden prowadzacy od labow wysyła niejasne instrukcje, a drugi prezentacje w ramach wykladu. Chociaż na jednym przedmiocie nam dowalili trzy projekty zamiast jednego. Ale tak generalnie to nie jest źle. Najbardziej podoba mi się mój obecny plan zajęć bo ten co nam zaproponowali przed kwarantanna to była masakra.