Mam taką dziwną przypadłość, której się wstydzę. Nikt o tym nie wie.
Otóż czasami wyjmuję sobie gluty z nosa palcami, a potem wycieram je o wszystko - fotel, stół, łóżko, poduszkę. Zdarzyło mi się nawet to u znajomych, gdy wyszli na chwilę z pokoju.
Naprawdę nie wiem dlaczego to robię, mogę równie dobrze użyć chusteczki, ale jakoś nie potrafię.
Znajomy jest hodowcą drobiu ozdobnego, głownie małych kurek. Tak zwanych rajek. Niestety miał problem bo część inwentarza mu znikała i nie były to lisy, bo przed tym ma zabezpieczoną całą posesje. Padło na łasicowate i bezdomne koty.
Nie chciałem mu się chwalić, ale za młodu dziadek nauczył mnie kłusować na drobną zwierzynę głownie ptactwo, bażanty, przepiórki. Różne rodzaje pułapek, od najprostszych na wnyki, po takie gdzie bażant wchodził do specjalnie zbudowanego "domku" i już z niego nie potrafił wyjść, żadnych zapadni czy innych rzeczy, zwykła chatka z patyków i posypane ziarno. Także pułapki na drapieżne ptaki, np przywiązana kura, obok wbite naostrzone szprychy i jastrząb jak pikował do ofiary to się nadziewał.
Po kolejnej masakrze, gdy żalił się na grillu, postanowiłem mu pomóc i rozstawić najprostsze wnyki z miedzianej linki. Wiedząc że drapieżniki to oportuniści, zrobiłem dwa wejścia w siatce i ustawiłem pułapki. Pierwsza ofiarą był kot sąsiada, który mieszkał 500m obok, po dwóch dniach kolejny, wyglądał na bezpańskiego. W ciągu 3 tygodni złapały się 4 koty, z czego 3 się udusiły. Atakowały w dzień jak nikogo nie było na posesji, jeden miał szczęście bo znajomy akurat przyjechał i oddał go do schroniska.
Teraz jest w miarę względny spokój, nic nie ginie. Ale przyda się parę słów wyjaśnienia. Kurki były atakowane w dzień, nie w nocy kiedy były zamykane w pomieszczeniu. Kurki muszą mieć wybieg jako ptactwo ozdobne, inaczej upierzenie im się zmarnuje, musi grzebać w ziemi i się wybiegać. A kot poza domostwem to zwykły szkodnik niszczący drobną zwierzynę.
Mój ojciec jest alkoholikiem, odkąd pamiętam pił, robił awantury, stosował przemoc fizyczną wobec mojej matki i psychiczną wobec nas wszystkich (mam 3 rodzeństwa jeszcze). Moja matka nigdy nie pomyślała żeby iść z nami do psychologa czy jakoś zainteresować się naszą psychiką.
Niedawno dowiedziała się, że jej znajoma z dziećmi też przechodzi przez taki cyrk jak my, nagle stwierdziła że jej dzieci muszą leczyć się psychiatrycznie, bo mają zniszczoną psychikę. Strasznie mnie to zabolało, bo jak my byliśmy w takiej sytuacji to nie przejmowała się tym i nic nie zrobiła, a teraz taka mądra i wszystko wie najlepiej.
Od wielu lat dość mocno się maluję. Zawsze miałam duże kompleksy, ponadto jestem bladym rudzielcem o białych rzęsach i jaśniutkich brwiach. Makijaż dodawał mi pewności siebie, pazura, był dość charakterystyczny i stał się częścią mojego image'u.
Ponadto zmagałam się z bardzo delikatną cerą i uporczywym trądzikiem, którego przyczyny nie dało się niestety do dzisiaj ustalić i z którym walka bywała mocno nierówna. Umiałam jednak zamaskować swoje niedoskonałości tak, że nikt się nie orientował jak źle bywało z moją cerą.
Od dwóch miesięcy chodzę albo tylko z lekkim kremem BB na twarzy, albo całkowicie bez makijażu. U kosmetyczki zrobiłam lifting rzęs (przyciemnienie+delikatne podkręcenie) i hennę brwi. Ponadto moja cera zaczęła wreszcie się poprawiać. Ludzie nie przestają się rozpływać nad tym, jaka jestem piękna. Dostaję stosy komplementów od wielu osób, które wyrażają swoje zdziwienie, jak to nie spodziewali się iż mam taką delikatną, dziewczęca urodę i że efekt jest oszałamiający.
Wiele dziewczyn dziękuję mi, mówią, iż same nabierają siły aby wyjść trochę lżej pomalowane i walczą z głęboko zakorzenionymi kompleksami które sprawiały, że miały trudności z pokazaniem się saute choćby idąc po bułki.
Wszystko pięknie, fajne, więc gdzie anonimowa cześć?
Życie mi się tak kompletnie posypało, że przestałam się malować żeby nie było widać, iż płacze co najmniej 5 razy dziennie. Nauczyłam się wstrzymywać łzy momentalnie (po pobycie u rodziny, kiedy ciągle był ktoś blisko mnie i mógł w każdej chwili zobaczyć mój płacz). Smarki zwalam na alergię, czerwone oczy również a cerę zawsze miałam delikatną i skłonna do podrażnień.
To moja nie pierwsza przygoda z depresją, ale tym razem jest naprawdę źle. Niedługo widzę terapeutę, mam leki, takie nie chodzę i nie beczę czekając na cud. Ale jest naprawdę ciężko.
Dodałam tutaj niedawno wyznanie na temat religii Świadków Jehowy oraz dziwnego fanatyzmu mojego ojca. Dzisiaj muszę coś do tego dodać co mnie smuci i śmieszy :D
Niedawno mój chłopak pierwszy raz miał u mnie nocować. Nie dlatego, że ja chciałam. Był grill rodzinny i on kupił sobie piwo bezalkoholowe. Ojciec (będąc po 1 piwie) zaproponował mu przenocowanie, lecz mój waleczny chłop odmówił. Jednak po 3 piwach mój tato zaczął coraz natrętniej mówić o przenocowaniu i wspólnym piciu piwa. Więc zgodził się i został. Ale po czasie picia, będąc nieźle pijanym, tacie włączyło się religijne myślenie i powiedział że ja śpię na parterze, a mój chłopak na piętrze. Każdy - wujek, kuzyn, chłopak, dziewczyna ojca - uznali to za pijacki żart. Ja też tak pomyślałam. Więc po spotkaniu rodzinnym na oczach ojca poszłam z chłopakiem na górę i po oglądaniu serialu usnęliśmy. Na następny dzień dowiedziałam się od dziewczyny mojego ojca, że jest na mnie obrażony, bo nie spaliśmy osobno. Stwierdził, że go okłamałam. Podobno od rana pokazywał jej religijne filmiki i tłumaczył dlaczego to źle.
Jest to dla mnie wręcz śmieszne :D
Sam z nią śpi co tydzień mimo chęci zerwania z nią. Na samym tym grillu mówił często durne żarty o seksie i rasizmie, w dodatku się upił.
Zaskarżył mojej mamie, od której dostałam ochrzan, bo "znasz zasady" mimo, że odłączyłam się od tej religii.
Co ciekawiej często z chłopakiem jestem sam na sam pół dnia, więc jakbyśmy chcieli coś zrobić to byśmy zrobili.
Po prostu nie wiem co gorsze - ta religia czy ten jego fanatyzm.
Kilka dni temu korzystałyśmy z koleżanką z pięknej pogody, spacerując po parku. Zobaczyłam psa załatwiającego potrzebę obok chodnika. Jako osoba troszcząca się o okoliczne tereny zielone, upomniałam właścicielkę (trochę młodszą ode mnie), że powinna po psie posprzątać. Na co ona odchodząc odpowiedziała mi tylko "Spier*alaj!".
Gdy się zdenerwuję, to odruchowo wpycham ręce do kieszeni. W jednej z nich znalazłam reklamówkę. Podniosłam produkt z ziemi. Koleżanka spojrzała na mnie badawczym wzrokiem, a ja cisnęłam g*wnem, zakreślając piękną trajektorię, kończącą się na karku chamskiej właścicielki psa. Dziewczyna rzuciła parę wyzwisk i poszła dalej w swoją stronę. Bałam się, że koleżanka zesra się ze śmiechu, a drugiej reklamówki już nie miałam.
Sprzątajcie po swoich pupilach, bo miotacz g*wna może być wszędzie!
Mam chłopaka, który mimo 30 lat na karku zachowuje się jak dzieciak. Ma w zwyczaju wykorzystywać fakt, że boję się węży. Średnio raz na tydzień kupuje gdzieś gumową żmiję, aby położyć ją w jakimś widocznym miejscu i cieszyć się z moich wrzasków.
Rok temu byliśmy na wycieczce w Wietnamie. Wieczorem, gdy wyszłam z łazienki w naszym hotelu, zobaczyłam (a jakżeby inaczej!) żmiję zwiniętą na naszym łóżku. „Bardzo, ku#a, śmieszne! Zaczynasz być już nudny z tymi zabawkami!” - krzyknęłam, chwytając pozostawiony na prześcieradle przez miłość mojego życia, „prezent”. Ku mojemu zaskoczeniu gumowy wąż okazał się całkiem żywy i momentalnie użarł mnie w rękę. Jazgot, którego narobiłam przywołał mojego chłopaka, który siedział na balkonie i delektował się ostatnimi tego dnia promieniami słonecznymi. Czym prędzej pojechaliśmy do szpitala. Podano mi serię zastrzyków i spędziłam tam kolejne dni na obserwacji. Połowę wakacji szlag trafił.
Nic mnie tak nie denerwuje jak tekst "Boooże, jaka ty jesteś chuda". Naprawdę jestem chuda, jak i cała moja rodzina. Taka uroda, jak to lekarz stwierdził. Miałam robione różne badania i jestem zdrowa jak ryba. Zresztą moja rodzina też. Jem bardzo dużo, ale po mnie tego nie widać. I co słyszę? "Ale ci zazdroszczę, jesz ile chcesz, a nie tyjesz". Bardzo mnie to boli, bo słyszę to kilka razy dziennie, mimo tłumaczeń, że po prostu tak wyglądam. Wyobrażacie sobie jak to jest będąc osobą, która ma nadwagę i przychodzi taki jeden i mówi "Booooże, jaka ty jesteś gruba". To już jest brak szacunku, prawda? No bo jak tak można? Zasrane stereotypy. Dlaczego nikt nie pomyśli o tych "szczypiorach" jak na przykład ja. Takie teksty również bolą. Staram się o dietę, w sensie zrobić masę, być może na końcu rzeźbę. Bo ja sobie też się nie podobam. Nie lubię moich wystających kości. Nie lubię zakładać paska do każdych spodni. Mnie to tak samo boli jak ludzi, którzy nie mogą włożyć na siebie ulubionych spodni, bo są "zbyt grubi". Zapisałam się na dietę, ale przez wirusa muszę jeszcze poczekać. Kto wie, może mi się uda. Chciałbym mieć choć trochę "tłuszczu", a nie wyglądać jak anorektyczka.
PS Moi bracia są pod kontrolą dietetyka, ćwiczą, a i tak są bardzo szczupli. Tylko mięśnie widać po treningu. Więc pewnie mnie też to czeka. Nie chcę mięśni, chcę, żeby moje kości "zniknęły".
Jestem 30-letnią kobietą z dwójką dzieci. Moje małżeństwo trwa 8 lat - ja nigdy nie miałam orgazmu... ba, seks mógł by dla mnie nie istnieć - zero chęci. Co w tym anonimowego? Mąż myśli, że mi dobrze podczas seksu, a tymczasem w środku się gotuję, niech skończy i będzie spokój. Teraz, gdy już mam swoje upragnione dzieci, seks jest dla mnie jak przykry obowiązek małżeński. Kocham mojego męża, ale nie wiem jak to zmienić. Boję się rozmowy, bo wtedy bym musiała wyznać, że udawałam tyle czasu, że było mi dobrze.
Mam 30 lat. Kilka lat temu zaszłam w nieplanowaną ciążę... Początkowo byłam przerażona, ale z czasem przywykłam do myśli, że w moim życiu pojawi się ktoś ważny. Po porodzie moje życie wywróciło się do góry nogami. Wszystkie plany musiałam odsunąć i ''poświęcić'' się wychowaniu maleństwa... Początkowo mi to odpowiadało, jednak z czasem zaczęło męczyć. Dotarło do mnie, że wczesna ciąża (urodziłam w wieku 23 lat) tak naprawdę zabrała mi najlepsze lata życia, że straciłam wiele szans, momentów, które nigdy już nie wrócą. Patrzę na ''wolność'', jaką mają moje koleżanki i ściska mnie w środku z zazdrości.
Kocham moje dziecko mimo wszystko. Do siebie jednak mam ogromny żal, że dopuściłam do tej nieplanowanej ciąży, tracąc tym samym kontrolę nad własnym życiem. Czuję, że żyję wbrew sobie - poświęcając się 1. Dziecku, 2. Mężowi - który co rok, dwa musi, z racji wykonywanego zawodu, zmieniać pracę, przez co odczuwam totalny brak stabilności... Nie mogę robić ''kariery'', nawiązać przyjaźni, myśleć o przyszłości - to życie praktycznie z dnia na dzień...
To wszystko i wiele więcej sprawia, że popadam w depresję... Oddałabym wiele, by cofnąć czas i nigdy nie dopuścić do tego, by związać si z mężem, a nawet by urodzić...
Tęsknię za życiem, gdy żyłam sama dla siebie i żałuję wielu, z perspektywy czasu, błędnych wyborów.
Dodaj anonimowe wyznanie