#K8cpI

Pewnie kojarzycie zaciszne miejsca publiczne typu herbaciarnie, gdzie każdy stolik jest oddzielony tak, że każdy ma prywatność i nie spożywa zamówienia na widoku osób wokoło czy przechodniów. Czasem takie stoliki oddzielane są kotarami, czasem zjeść i napić można się w osobnych, małych pokoikach. W niektórych miejscach jest ciemnawa, romantyczna atmosfera, nieraz pachnie olejkami, innym razem puszczana jest orientalna i niemal usypiająca muzyka.
Wiele osób na tej stronie opisywało, że ludzie chodzą do takich miejsc na ukradkowe spotkania. I niestety, ja zaliczam się do tej społeczności.

Miałyśmy po osiemnaście lat i nikt o nas nie wiedział. Ani jej znajomi, ani moi znajomi. Nietolerancyjne otoczenie poniekąd zmusiło nas do pewnego dystansu gdziekolwiek byłyśmy. Nasze rodziny i przyjaciele akceptowali jedyny scenariusz par heteroseksualnych, a my chcąc żyć pod dachem i mieć się do kogo odezwać, zdecydowałyśmy się mieć siebie - tylko dla siebie.

Uchodziłyśmy za najlepsze przyjaciółki, czasem bywałyśmy u siebie w domach, jednak nie za często, aby nikt się nie domyślił. Niestety jej mama odkryła prawdę i kazała mojej partnerce zerwać ze mną kontakt. Całkowicie. Naszym spotkaniom od tego momentu towarzyszyła adrenalina, jej mama bowiem nie kontrolowała swoich emocji i wiele razy pokazała, że potrafi wyrządzić fizyczną krzywdę. A że moja dziewczyna mieszkała z tą wybuchową kobietą, nie chciałyśmy ryzykować.

Kombinowałyśmy na całego. Kryłyśmy nasze spotkania po nieznanych kafejkach i w końcu bardzo zacisznych miejscach, by choć na moment móc popatrzeć na siebie inaczej niż "jak tylko przyjaciółki". Chodziłyśmy w wolnych chwilach do miejsc z odosobnianymi stolikami, by móc siedzieć w przytuleniu czy zwyczajnie się pocałować. Niekiedy dochodziło do czegoś więcej, ale nigdy do tego stopnia, by się rozebrać i robić nie wiadomo co. Parę razy zwrócono nam uwagę, gdy kelnerka "przypadkowo" przeszła koło naszej bazy. Kilka razy kazano nam wyjść, pomimo że nie dokończyłyśmy napoju czy posiłku.

Co najgorsze okazało się, że w jednej kafejce pracował były chłopak mojej dziewczyny. On z nienawiści czy zazdrości rozgadał wszystkim, że jesteśmy razem i nakłamał, że uprawiamy seks w miejscu publicznym. Straciłyśmy znajomych, miejsca do spotkań, a ja prawie wyleciałam z domu pod most.

Przetrwałyśmy kilka miesięcy, potem nasz związek się rozpadł. Ona kogoś znalazła, ja też. Jest z chłopakiem żyjąc "na luzie", a ja znowu bawię się w krycie i kombinowanie.

#EWFtr

Odważyłem się i zaprosiłem koleżankę na kolację. Zaproponowałem wypad do McDonald’s. Odparła, że nie może, bo „ma alergię”. Mówię więc, że jak ma alergię na maka, to możemy pójść do KFC albo Burger Kinga. Taki przedział możliwości, a ona wielce urażona odpowiedziała, że „ma alergię na wieśniaków, którzy zapraszają dziewczyny w takie miejsca”. Po czym poszła sobie obrażona.
O co jej chodzi? To serio takie obraźliwe?

#FLPKK

Mam wymarzoną figurę. Znacie ten typ - silne nogi, okrągła pupa, bardzo wąska talia. Znajomi chwalą i wciąż pytają o dietę, jak ćwiczyć, ile ćwiczyć, jak rozciągać, żeby osiągnąć taki efekt. Prawda jest taka że wszystko to zawdzięczam genom, a w sporcie jestem... totalnie denna. Tak totalnie.
Nie żebym nie próbowała być aktywna. Próbowałam wszystkiego. Dwa lata tańczyłam w zespole tylko po to, by kisnąć ze zmęczenia po każdym treningu. Całe liceum biegania zeszło na tym, że krótki dystans i tak kończyłam ostatnia. Rower? Tylko na pełnym chillu po płaskim. Nie tonę, ale pływanie na długą metę też sprawia, że ze zmęczenia mam ochotę się zatrzymać i opaść na dno jak na kreskówkach. Sporty, które mi pasują to łucznictwo i kajaki, bo nie trzeba dupy nosić za daleko. Jak spróbowałam turystki górskiej, to na górę weszłam, z niej mnie już znosili, bo reanimowanie czekoladą i płynami nie pomogło.
Byłam nawet u lekarza. Nic mi nie jest, podsumował mnie, że po prostu nie mam kondycji. Próbowałam jeść więcej warzyw, więcej owoców, więcej mięsa lub mniej mięsa przed ćwiczeniami. Czuję się tak samo, a jak kondycji nie było, tak nie ma. To już drugi rok prób.
Cienias ze mnie.

#tO7TZ

Miałam ciężkie dzieciństwo,
Wychowywałam się w bardzo religijnej i bardzo wymagającej rodzinie. Rodziców mało obchodziłam ja, a bardziej co o nas myślą inni.
W domu nie brakowało przemocy, fizycznej i psychicznej, szczególnie od strony matki.
Z domu odeszłam jak najszybciej dałam radę, w małżeństwo. Z rodzicami zbudowałam zdrowszą relację, a nawet przyjaźń. Niestety jak często w przypadkach młodego małżeństwa-ucieczki bywa, to był błąd i trafiłam z deszczu pod rynnę. Mąż znęcał się nade mną przez dwa lata, aż złożyłam wniosek o rozwód.
Moi rodzice uwielbiają mojego byłego męża, więc gdy zdecydowałam się na rozwód, odcięli się ode mnie zupełnie. Minął rok i do tej pory jak widzą mnie na ulicy udają, że mnie nie znają.

I tu anonimowe:
Nigdy nie było mi w życiu aż tak dobrze. Choć z rodzicami było lepiej, dalej mieli wpływ na moje poglądy i samoocenę. Teraz wreszcie jestem wolna i jestem im bardzo wdzięczna za to, że są uparci i fanatyczni.

#q7BJV

Alert *historia o kupie*

Przyjechałam kilka dni temu do rodzinnego domu. Zawsze jak przyjeżdżam, to mam problemy żołądkowe (zmiana klimatu, wody itp.) i ogólnie często chodzę do toalety.

Siedzę sobie na kanapie i czekam na transport na imprezę. Zabulgotało mi w brzuchu i puściłam bąka, ale poczułam, że idzie kolejny. No to spięłam się i do dzieła... To był duży błąd. Pierwszy raz w moim dwudziestokilkuletnim życiu oszukała mnie moja własna dupa. Poczułam ciepło w spodniach i wystrzeliłam jak z procy. Biegnę do toalety i krzyczę do taty, który akurat w niej był, że musi natychmiast wyjść, bo mam kryzys. Jak otworzył drzwi i zrozumiał co się właśnie wydarzyło, popłakał się ze śmiechu.
Oporządziłam się w miarę sprawnie, przebrałam, wszystko OK. Napisałam do mojego chłopaka, żeby opowiedzieć co mi się przytrafiło, bo sama nie mogłam dalej w to uwierzyć.
Odpisał mi siedząc na kibelku, że u niego wydarzyło się dokładnie to samo chwilę wcześniej.
Posraliśmy się w gacie dokładnie w tym samym momencie.

Myślę, że jesteśmy dla siebie stworzeni :’)

#S32kB

Czasem czytam wasze jęki za pierwszą miłością i rozważanie powrotu do niej, rzucając wszystko co dobre w diabły - odradzam, ja zrobiłam ten błąd.

Marek, lat 25. Moja pierwsza miłość, pierwszy facet, pierwszy seks - bez pieszczot, mechaniczny, bolesny pierwszy raz, ale dla 18-letniej niedoświadczonej mnie szał ciał, bo kocha. Oszalałam z "miłości" do Marka. Po tym, jak mnie rozdziewiczył zniknął, napisał, że to koniec i tyle go widziałam. Poczułam się jak szmata z przerobionym na tatar sercem.
Jak miałam 28 lat, a on 35, spotkaliśmy się w centrum handlowym. Trochę się wyrobiłam z charakteru i wyglądu, on nadal był przystojny, tylko kaloryfer zamienił na bojler. Znowu to poczułam, ból, ale i radość. Zaprosił mnie na kolację, pomyślałam - raz się żyje, w końcu moja pierwsza miłość! Zerwałam dla niego z kimś, z kim się spotykałam, raniąc tego mężczyznę. Zgodziłam się na propozycję Marka i tak zaczęliśmy się na nowo spotykać.

Problem w tym, że w pewnym momencie odczułam, że to nie jest jednak to co kiedyś, że otrząsnęłam się, że facet, za którym tak tęskniłam, okazał się chamem patrzącym tylko na to, aby to jemu było dobrze. Miał kompleks małego, bo faktycznie miał małego, i miałam robić tak, aby on czuł satysfakcję. A ja i moje potrzeby duchowe i cielesne? Nie było tego. Syndrom dużego dziecka, czyli zrób to, idź tam, zaopiekujsiekurwamną - to widziałam w jego spojrzeniu, jego zachowanie, cynizm i narcyzm w jednym, zimny prysznic na ten mój durny łeb! Jaka ja byłam głupia i ślepa... Zechciało mi się miłości sprzed dekady. Problemem było to, że kiedy ja z nim zrywałam, tłumacząc, że jednak nie potrafię z nim być, ten zaczął mi wyznawać miłość i że nie pozwoli mi odejść, że zakochał się jak wariat - skąd ja to znałam? Mimo to wręcz uciekłam od niego.

Od tego momentu minęły 3 lata, niedawno zakończyła się sprawa o nękanie, stalking, groźby karalne, do których się posunął po tym, jak odeszłam. Było warto? Stanowczo nie.

Kiedyś rządziły nami hormony, teraz na szczęście rozum i serce. Może durna historia, ale może da komuś to do myślenia. Czy warto? Ta osoba sprzed kilku lat nie sprawi, że wrócimy do lat pierwszej miłości. To nierealne. Pozdrawiam.

#KjAvB

Mam 23 lata, jestem jedynaczką, studiuję farmację. Mieszkam z mamą 60 l. i babcią 80 l. Obydwie schorowane, bez nałogów, wierzące, zdziwaczałe, nie wychodzą do ludzi. Tata nie żyje.
Z zewnątrz to normalna rodzina. Jednak nasze relacje są toksyczne i nie potrafimy spojrzeć sobie w oczy bez pretensji.

Moja babcia jest leniwa, roszczeniowa, cyniczna, pyskata, przeklina i robi awantury. Ledwo powłóczy nogami, ale podczas kłótni nabiera tyle siły, że na zewnątrz bloku ją słychać. Gdy nie jest ugotowane, potrafi całe życie przeżyć na kanapkach. Mieszkanie należy do niej i (oprócz mojego pokoju) wygląda jak rodem z PRL-u. Remonty surowo zabronione, żadnego mebla nie wolno wyrzucić, bo ona ciężko na niego pracowała i to "ją zabije". Ma manię, że chcę zniszczyć jej dorobek życia przez remont. Nie dba o higienę.
Najgorsze jest to, że ona ŻYJE MOIM ŻYCIEM, bo nie ma własnego. Wtrąca się we wszystko i bardzo chciałaby rządzić. Jeśli się nie udaje, to zaczyna płakać i idzie do swojego pokoju, potrafi tam siedzieć trzy dni, dopóki jej się nie przeprosi. Taktyka świetna i skuteczna, bo wzbudza to we mnie i w mamie potężne wyrzuty sumienia. Obraża się nawet o bzdury "nie kupiłaś mi chrzanu - jestem niepotrzebna i chcesz żebym umarła".
Ciągle słyszę, że: za często się myję, marnuję wodę, robię pranie i zużywam dużo proszku; niepotrzebnie myję zęby; spuszczam wodę po sikaniu. Na każdym kroku patrzy mi na ręce. Dodam, że pokrywam rachunki i połowę czynszu. Chciałaby wybierać mi znajomych i dokonywać za mnie wyborów. Nie ufa nikomu, bo każdy człowiek chce nas tylko wykorzystać. Dlatego ona nie miała przyjaciół i ja mam ich nie mieć. Uważa, że mężczyźni to śmiecie, nie ma wśród nich uczciwych i wiernych. Nie szanuje nikogo. Chciałaby zamknąć mnie w czterech ścianach.

Mama boi się babki. Powoli przejęła jej poglądy i działa wg jej zasad, żeby nie strzeliła focha.
Spiskują przeciwko mnie, bo słyszę ich szepty. Wchodzę do kuchni i rozmowa się urywa... Nie mogę z nimi szczerze porozmawiać, bo później rozmowę rozkładają na czynniki pierwsze i krytykują.

Bronię się. Stawiam granice, udzielam zdawkowych odpowiedzi, przebywam w swoim pokoju. To sprawia, że możemy porozmawiać jedynie o trywialnych sprawach, a nasze rozmowy są pozbawione emocji. Boję się otworzyć - wiem, że zaraz dokonają analizy mojej wypowiedzi i wyciągną jakąś frazę, po czym wpadną do mojego pokoju z krzykiem i pretensjami.

Dlaczego z nimi mieszkam?
Jestem za nie odpowiedzialna i muszę się nimi opiekować, pomimo tego, że nie wiem, czy je jeszcze kocham.

Co by było, gdybym się wyprowadziła?
Zostałabym wyrodną córką i nie wpuściłyby mnie do mieszkania. Przed resztą rodziny i znajomymi oczerniłyby, opowiadając zmyślone historie. A ja do końca życia miałabym poczucie winy, że porzuciłam cierpiące najbliższe osoby.

#6m5ko

Od dzieciaka mam pewien dar/zaburzenie/talent - zależy od opinii. Jednak psychopatologia tutaj zdecydowanie mówi o zaburzeniu.
Otóż widzę aury. Aury ludzi, zwierząt. Są kolorowe, czasem wielokolorowe, czasem jednokolorowe. I nie ma tutaj ograniczenia kolorystycznego. Są bardziej widoczne i mniej widoczne.
Wie o nich tylko mój najlepszy przyjaciel, którego poznałem na studiach, de facto z psychologii, żeby było zabawnie.

Trudno jest mówić komuś, że widzi się coś, czego większość społeczeństwa nie widzi. Jak coś jest inne, ludzie się tego boją. Ale czuję się mega samotny w tym wszystkim, bo czasem chciałoby się podzielić tym, co się widzi, a nawet z przyjacielem nie bardzo mogę o tym rozmawiać.

#IrnMG

Mój partner ma fetysz moich piersi, odkąd jestem mamą karmiącą. I o ile rozumiem, że ludzie mają różne upodobania i nie przeszkadza mi, że podpije trochę podczas seksu, to ostatnio ma chyba jakąś obsesję.
Mam zakaz używania laktatora w domu, bo go to brzydzi, jeśli na cito potrzebuję odciągnąć, bo grozi mi stan zapalny, to on wypije, a dziecko ma dostać sztuczne mleko. A jeżeli i tak biorę laktator, mam wyjść do drugiego pokoju.
Powinnam dawać mu possać między karmieniami i wieczorem, bo potem jest moja wina, jeśli nie starcza pokarmu, a on chce tylko pomóc. Tylko że na mój argument, że stres obniża laktację (mamy problemy przez jego inne zachowania) nie reaguje, więc nie sądzę, by chęć pomocy była szczera.
Hity były dwa. Raz, kiedy wstał z łóżka, spojrzał jak karmię synka i powiedział: zostaw coś dla ojca, mały, mi też się należy. A gdybyś mu czasami dała butlę, a mi cycka, to by mu się nic nie stało.
Drugi, kiedy po ciężkiej nocy kładę się nad ranem, jakieś dwie godziny przed następnym karmieniem. Przytulił się i wyczuł, że mam pokarm. Obraził się, kiedy mu nie dałam.

Ja wiem, cycki mają wielką moc, ale czy fakt bycia w związku uprawnia do tego, by aż tak ingerować w to, co robię ze swoim ciałem? Strasznie mnie to irytuje, ale aż wstyd mi komuś powiedzieć, o co się sprzeczamy. O mleko w piersiach, bo on lubi, a mu syn wypija.
Dodaj anonimowe wyznanie