#Es5dk

Nienawidzę matek...
Nie chodzi mi o ''sławne'' maDki, nie chodzi o to, że uważam je za kobiety bez ambicji, nie chodzi o to, że nie lubię dzieci.
Przez większość życia temat był dla mnie obojętny. Właściwie nawet nie spieszyło mi się do dzieci. Jednak i mnie kilka dobrych lat temu dopadł instynkt macierzyński...
Ani z wcześniejszym partnerem, ani teraz z mężem niestety nie doczekałam się potomstwa.
Mimo wyników, które są wręcz książkowe, brania witamin, specjalnych środków na płodność, ziół i monitoringu do owulacji, nadal nie udało mi się zostać matką.

Zaczęło się niewinnie, lekka zazdrość i ukucie w sercu, kiedy przechodziła obok kobieta w ciąży. Z czasem nawet wiadomość o ciąży celebrytki zaczynała mnie irytować... Kiedy dalsze znajome zachodziły w ciąże, przeklinałam je w duchu, ale robiłam dobrą minę do złej gry. Później jedna z bliższych koleżanek, już po 40., po 2 miesiącach starań zaszła w ciążę, ot tak... To chyba był moment kulminacyjny. Jak się o tym dowiedziałam, zaczęłam rozwalać w domu meble, tłuc talerze. Płakałam chyba całą noc. Odcięłam się od niej. Nie odbierałam jej telefonów, nie odpisywałam. Jak dowiadywałam się o ciąży znajomej, to źle jej życzyłam. Chciałam, żeby choć w części poczuła mój ból. Ostatnio okazało się, że moja szwagierka jest w ciąży. Byłam wtedy w amoku, nie dość, że chciałam skrzywdzić siebie, to i rzuciłam butelką w męża. Nie pamiętam tego, to są jego opowieści. Od tamtej pory ją też ignoruję. Nie chodzimy do teściowej na święta, bo wiem, że ona tam będzie. Ta pieprzona, szczęśliwa mamuśka.
I na dodatek słyszę co chwilę ''no a kiedy wy się postaracie?'' . Odpowiadam tylko ''nigdy''. Może przestali by pytać, gdybym powiedziała prawdę. Ale ja nie chcę. Nieważne z jakich przyczyn, jak mówię, że nigdy, to powinni to uszanować!

Dlatego nie mam znajomych. Zmieniłam pracę. Pracuję tylko z mężczyznami i w większości wolnymi, aby nie słyszeć co chwilę ''o jeju, będziemy mieli dziecko''. Zawieram jakieś znajomości, głównie z dziewczynami 20-letnimi, z którymi mogę wyjść na piwo albo które opowiadają mi, jak to nienawidzą dzieci.

Wiem, że nie jest to normalne. Wiem, że to sobie marnuję życie i relacje takim zachowaniem, ale już tego nie kontroluję. Dwa lata temu przechodziłam ciężko depresję między innymi z tego powodu, ale także z powodu rozstania. Nie chcę więcej terapii ani antydepresantów. Wiem, że nie ja pierwsza i nie ostatnia nie mogę mieć dzieci. Wiem, że inni mają gorzej... Ja wszystko doskonale wiem, przerabiałam to już na terapii. Jednak nie potrafię się wyleczyć z tej chorej zazdrości. To mnie niszczy od środka. Moje życie nie istnieje. Ja egzystuję z miesiąca na miesiąc czekając na coś, co nigdy się nie stanie.

#iwxRC

Była już miłość w czasach zarazy, czas na studia w czasach zarazy.

Mam w tym semestrze przedmiot o dumniej nazwie Psychologia z elementami komunikacji społecznej. Typowa zapchajdziura, na szczęście prowadząca nie ma poczucia misji i próbuje nam przekazać wiedzę bardziej w formie ciekawostek i rzeczy naprawdę przydatnych w życiu niż czegoś, co dla nas jest bardziej bełkotem niż normalnym tekstem. Przepraszam, jeśli kogoś uraziłam. Przedmiot zaliczamy tak, że co tydzień mamy wysłać opracowanie zadanej koncepcji psychologicznej i nasze przemyślenia na ten temat. Podzieliła nas alfabetycznie na trójki i w tych grupach ma dostać nasze "dzieła".

Niestety trafiłam na bliźniaczki, które są znane ze swojej olewczości wobec studiów. Są przy forsie, popularne, trzymają się z im podobnymi - zawsze ktoś wycyganił sprawozdanie albo notatki i tak kolebały się od jednego zaliczenia do drugiego. Wraz z kwarantanną nie mają komu fundować drinków i działek, więc automatycznie ich wartość spadła. Jedna z nich napisała do mnie, że one palcem nie kiwną, bo mają lepsze rzeczy do roboty, wiedzą, że mi zależy na dobrych ocenach (stypendium), więc będę robiła to za nie. Bez żadnego "proszę", po prostu stwierdzenie faktu.

Co to, to nie. Długo się nad tym głowiłam, aż po prostu napisałam do prowadzącej, dołączając screena. Miałam nadzieję, że nie odpowie czegoś w rodzaju "jesteście dorosłe, załatwcie to między sobą". Udało się, przejęła się tym i kazała podpisywać się tylko swoim nazwiskiem. Co więcej, wprowadziła zmianę, że każda praca musi zawierać podpisy odręczne, na końcu, inaczej nie będzie przyjęta. Nie było to takie upierdliwe, bo wystarczy podpisać się raz, a potem wkleja się zdjęcie do dokumentu. Bez tego praca zaliczana jest tylko osobie, która ten podpis umieściła.

Mijały tygodnie, ja pisałam kolejne prace, wklejałam zdjęcia mojego podpisu, ba! nawet wysyłałam im je, żeby sobie obejrzały, jak mi idzie. Dziewczyny były jednak na tyle leniwe, że nie otwierały dokumentu albo nie zjeżdżały na sam dół, gdzie - oczywiście - ich podpisów nie było.

Niedługo kończy się kurs. Przedsiębiorcze inaczej bliźniaczki nie wiedzą jeszcze, że w najbliższy poniedziałek prowadząca wyśle listę osób, które nie oddały jakiejś pracy, i że czekają je do napisania te wszystkie protokoły w tydzień...

#DHtct

Mieszkam w kamienicy, w której znajdują się cztery mieszkania. Nade mną od niedawna żyje samotna kobieta z niemowlakiem. Jest nauczycielką śpiewu. Od kiedy się wprowadziła, nie mogę funkcjonować. Dlaczego?

Dziewczyna co wieczór śpiewa synkowi kołysanki. Ma tak anielski głos, że można dosłownie rzucić wszystko, otworzyć drzwi i okna od mieszkania, a potem zwyczajnie słuchać. Śpiewa stare, słowiańskie utwory, które dodają uroku już i tak pięknemu głosowi. Normalnie jak kilka minut nieba. Myślałem, że jestem twardym gościem, którego nie rusza sztuka, a tymczasem znam każdą jej kołysankę na pamięć i często nucę je sobie sam przed snem. Moim marzeniem jest zobaczyć ją "w akcji", a nie tylko słuchać. Doszło do tego, że codziennie czekam tylko aż zacznie śpiewać. Ona nie wie, jak beznadziejnie jestem zakochany. Ma synka, ciężkie życie, bo jej narzeczony uciekł na wieść o dziecku i musi radzić sobie sama. A ja? Nie mogę jeść, nie mogę spać, ciągle o niej myślę. Chciałbym ją uszczęśliwiać i rozśmieszać. Chyba zwariowałem. Dorosły chłop, a siedzi w oknie niczym Roszpunka, słuchając kołysanki i marząc o sąsiadce... Mam w planach zaprosić ją na kawę, ale boję się, że weźmie mnie za dziwaka, który ją podsłuchuje. W dodatku jest jedną z najmilszych osób jakie znam i nie chcę jej wystraszyć. Może nie jest jeszcze gotowa?

Ostatnio zaniosłem jej zakupy do mieszkania. Serce biło mi jak szalone, kiedy uśmiechnęła się do mnie w podziękowaniu. Wracając do siebie czułem się dumny jak paw, a przez resztę dnia nie mogłem się skupić.

Wczoraj to przebiłem samego siebie. Postanowiłem przestać żyć marzeniami. Gdyby wyszło, to nie pisałbym tego wyznania, bo skończyło się tak, że nadal jestem anonimowym adoratorem. Tak więc zaczepiłem ją na korytarzu:
- Hej!
- Kuba, cześć! Jak się masz?
- A no wiesz, w porządku, czas leci... Lubisz włoskie jedzenie? Makarony i te sprawy?
- Makarony? Lubię, a co?
- Ach... Bo nie wiem jak zrobić...
- Makaron? Chcesz robić makaron? Mogę ci pomóc jeżeli chcesz.
- No, nie no, nie musisz, ja tylko tak pytam...
- A... okej.

Po żadnym treningu nie byłem tak zgrzany jak wtedy - ze wstydu. Teraz rozmawiam sam ze sobą przed lustrem i myślę w jaki sposób zaprosić ją na randkę, tym razem bez wtopy z makaronami :( Wstyd mi, jestem sierotą.

#NqygX

Wychowałam się w domu, w którym zawsze były psy, więc po zamieszkaniu z narzeczonym, wspólnie zaczęliśmy się zastanawiać jaka rasa psa byłaby dla nas odpowiednia. Kiedy udało nam się zdecydować, musieliśmy się wstrzymać, ponieważ moja koleżanka poprosiła mnie o opiekę nad jej szczurami. Nie chciałam, aby mały szczeniak biegał wokół klatki i stresował ogoniaste.

Miała spore stadko, 6 sztuk kolorowych gryzoni w przeogromnej klatce. Zawsze bałam się szczurów, jednak stwierdziłam, że dam radę przez miesiąc je karmić, sprzątać i brać na ręce, żeby nie z tęskniły za człowiekiem.

Koleżanka wyjechała do chłopaka za granicę, a jej wyjazd z miesiąca zaczął się przeciągać do dwóch, trzech. Aż w końcu napisała, że nie wraca i szczury są moje.
Polubiłam je, ale nie chciałam ich na zawsze, marzyłam o psie. Wspólnie z narzeczonym uznaliśmy, że mieć szczury, psa i rybki (on jest wielki fanem akwarystyki) to za dużo. Znajdziemy im nowy dom albo poczekamy aż umrą ze starości i wtedy weźmiemy psa. Pisałam ogłoszenia, pisałam do znalezionych w internecie fundacji, byłam w sklepach zoologicznych - nikt ich nie chciał. Minęło kolejne pół roku, a szczury nadal cieszyły się zdrowiem i nie było chętnych, żeby je przygarnąć.
Miałam dość. Przed całodniowym wyjazdem wrzuciłam trochę trutki do klatki. Kiedy wróciliśmy wieczorem do domu, szczury spały już w domku. Rano wszystkie były już sztywne...

Mam psa od ponad 3 lat. Strasznie mi żal tych szczurów, nie zasłużyły na taki los. Jednak w dniu, w którym wyrzuciłam klatkę po nich, ogromny ciężar spadł mi z serca. Narzeczony nie wie, co zrobiłam.

#NtpYT

Jestem w trakcie rozwodu spowodowanego wielokrotnymi zdradami mojego eks.

Byliśmy całkiem nieźle prosperującą parą. To samo poczucie humoru, podobne zainteresowania, zgrywaliśmy się w codziennych obowiązkach. Jest to typ faceta, który, co prawda, groszem nie śmierdzi (zarobić, byleby się nie narobić), ale potrafi owinąć sobie kobietę wokół palca swoją osobowością, humorem i całkiem niezłym flirtem. I tak sobie owijał te babeczki, aż w końcu gnojka zostawiłam. Jego ówczesna kochanka (a obecna partnerka) ochoczo wprowadziła się do "naszego" mieszkania chwilę po mojej wyprowadzce.

Cierpiałam bardzo i właściwie cierpię nadal, ponieważ związek był długoletni (są też dzieci), a nie jestem typem kobiety, która ładuje się w związki dla samej idei bycia w związku. Nigdy nie sądziłam, że coś takiego mnie spotka. Nie chcę się bardzo rozpisywać na ten temat, dlatego ujmę to w skrócie: niesamowity stres, uspokajacze, alkohol wieczorami, obowiązki domowe, zawodowe, dodatkowe moje i dodatkowe obowiązki dzieci plus on, znęcający się psychicznie opowiadający mi o tym, jak to świetnie dogaduje się z kochanką i że "to jest to". Po co mi to wszystko mówił? Nie wiem.

Nie zrozumcie źle, to był wspaniały facet, który osiągnął co nieco (dzięki temu, że pokazałam mu, że można żyć inaczej, lepiej), jednak w pewnym momencie mu odbiło i niestety nic nie mogłam z tym zrobić. Nie pomagała rozmowa, krzyki, płacz. Nie chciał wyjaśniać ani naprawiać. Nie mówiąc już o jakiejkolwiek terapii. Podjął decyzję.

Znajomi i rodzina bardzo mnie wspierają. W najgorszych momentach ciśniemy po nim: od najbardziej wyszukanych epitetów po choroby psychiczne i nieudolność teściowej w jego wychowaniu. Śmiejemy się, że miał u mnie jak u Pana Boga za piecem, a obecnie płacze, że chciałby cofnąć czas i że ciągle mnie kocha, a z nią mu się nie układa. Nieba bym mu przychyliła, pomagałam finansowo (zarabiam bardzo dobrze) i życiowo (wiara w siebie, kursy, szkoły, podnoszenie kwalifikacji, prawo jazdy (!), ponieważ powyższych umiejętności z domu nie wyniósł.

Mieszkamy więc osobno: ja z dziećmi, on z kochanką.

Anonimowe jest to, że od czasu do czasu (kilka razy w miesiącu) umawiamy się na spotkania kończące się seksem, który (niestety) był jednym z najlepszych elementów naszego związku. Nie mam nadziei na powrót, ale w łóżku jest mi z nim więcej niż dobrze. Najgorsze jest to, że nie mam skrupułów. Totalnie żadnych. Jestem osobą z sercem na dłoni i nigdy nie chciałabym sprawić nikomu przykrości, a tym bardziej wyrządzić krzywdy z premedytacją. A tutaj, proszę, wychodzi ze mnie żmija jadowita.

On najpierw zdradzał mnie z kochanką, teraz zdradza ją z (jeszcze nie) byłą żoną.

#4kHwZ

Ostatnio czytałem tu wyznanie inspirowane innym wyznaniem, a konkretnie - wyznanie o dręczonym chłopaku. Poczułem, że chcę podzielić się swoją historią.

Nie byłem z dobrego domu - mój tata zmarł jak miałem 6 lat, więc zostałem sam z mamą i młodszym bratem. Śmierci ojca nie przeżywałem, ale zamknąłem się w sobie po śmierci brata. Miałem wtedy 12 lat. Wtedy zacząłem być agresywny w stosunku do innych dzieci i do matki, która w domu nie okazywała mi zbyt wiele szacunku i miłości. Nigdy nie wzięła mnie do psychologa, ja sam nie chciałem iść.

Jak poszedłem do technikum, zacząłem być klasycznym dręczycielem. Szczególnie uwziąłem się na jednego chłopaka, który powszechnie był uważany za homo i nikt go nie szanował. Idealny cel.
Zaczęło się od bicia, potem znalazłem innych kolegów, z którymi codziennie musiałem napluć na naszą ofiarę i tak robiliśmy mu codzienne piekło na ziemi.

Pewnego razu lekko upici ja i moi koledzy (szkoła była tak samo patologiczna, nikt nie chodził z alkomatem, a nawet czasem od nauczycieli było czuć) poszliśmy za naszą ofiarą, pobiliśmy go i jeden z naszych kolegów - nie wiem czemu, dlaczego, co mu przyszło do głowy i dlaczego akurat tego nie uznaliśmy za pedalstwo - pomyślał, że każe temu chłopakowi sobie obciągnąć. To my w śmiech, że pedał, pedał będzie ciągnął. No i zrobił to. Dostał potem po ryju, a my po szkole jak zawistne dwunastolatki, że ta oferma to jeszcze homoś, bo chciał ciągnąć jednemu z nas.

Przestał chodzić do szkoły, zauważyliśmy to, bo musieliśmy zmienić obiekt dręczenia, ale nikt nie był taki jak on - biedny, z jakiejś wielkiej patologii i jeszcze pewnie gej. Ja sam byłem uważany za nie wiadomo kogo - mówili, że jestem bogaty, mam fajny dom i dlatego się wyżywam na biednych z patologii, ale ja byłem taki sam. Ja byłem jedną wielką patologią.

Ten chłopak się zabił. Dowiedzieliśmy się w sumie trzy dni po fakcie. Zabił się przez nas i w przeciwieństwie do tamtego wyznania, gdzie w zakończeniu mogliśmy usłyszeć o nowym życiu dręczonego z partnerką i dziećmi, ja nie mam nikogo. Nie mam nikogo i nie będę nikogo miał, bo wciąż mieszkam z matką, nie umiem znaleźć sobie pracy i jestem ćpunem. Wszyscy wiedzą co robiłem. Wszyscy wiedzą co zrobiłem. To już nie technikum, gdzie wszyscy widzą mnie wygórowany ideał. Jestem złą, złą osobą. Złą osobą, która zawsze pozostanie złą osobą.

#cyQpF

Jak byłem mały, byłem świadkiem wielu dziwnych sytuacji.

Raz byłem w domu tylko z rodzicami  i coś oglądaliśmy. Moja matka chciała iść do toalety, ale ta była zamknięta , a zza drzwi mama słyszała szum wody. Zorientowała się, że przecież wszyscy domownicy są poza łazienką, a tej nie dało się zamknąć ani otworzyć od zewnątrz. W końcu ojciec wyważył drzwi, a w środku zastał jedynie multum wody, bo zlew był zatkany, a woda puszczona na maksa.
Innym razem wujek przyjechał do nas na noc. W nocy obudził nas krzyk wujka, niedługo potem zgarnęła go karetka, bo miał zawał serca. Gdy wyszedł ze szpitala, powiedział nam, że obudził się w nocy i nad jego łóżkiem stała biała postać, chciał jej się przyjrzeć i w tym momencie ona się na niego rzuciła, a on zdążył tylko krzyknąć.

Pomijam fakt, że czasem rano znajdowaliśmy krzesła ustawione na ścianach, noże na suficie w kuchni, czuliśmy zapach zgniłej krwi przy zmianie wykładziny w moim pokoju. Dlatego jak miałem 7 lat wyprowadziliśmy się stamtąd, prawie od razu się ktoś inny się tam wprowadził. Z tego co słyszałem mężczyzna, który tam zamieszkał, dwa lata później też miał zawał, później się wyprowadził. W przeciągu 10 następnych lat było sześciu różnych właścicieli, z tego jeden się powiesił, jeden skoczył z okna, dwóch prawie od razu się wyprowadziło, jeden trafił do psychiatryka, a o jednym słuch wszelki zaginął. I może miałbym teraz gdzieś to wszystko, gdyby nie to, że już trzeci miesiąc śni mi się ten dom i bynajmniej nie są to przyjemne sny. Jak tak dalej pójdzie, to albo będę musiał się jak najszybciej dowiedzieć co nieco o tym domu i załatwić jakiegoś egzorcystę, albo trafię do wariatkowa, tak jak niektórzy z jego właścicieli.

#iqtJX

W gimnazjum byłam molestowana na korytarzu szkolnym na oczach kilku uczniów przez ucznia z równoległej klasy. Bardzo mi się to nie spodobało i po przerwie natychmiast poinformowałam o tym fakcie moją wychowawczyni. Ta odpowiedziała, że to normalne i tak chłopcy teraz podrywają dziewczyny. Mam się tym nie przejmować i zignorować to. Miałam wrażenie, że totalnie mnie zbyła i potraktowała tę sprawę jak gdyby nic.

Po tej sytuacji było mi tak strasznie głupio, że nie powiedziałam o tym nikomu więcej, nawet rodzicom. Miałam wrażenie, że jestem skarżypytą, czułam się winna i miałam poczucie, że powinnam była przemilczeć ten temat, zamiast biec do wychowawczyni.

Na szczęście teraz po wielu latach nie mam traumy z tego powodu, ale jestem bardzo zniesmaczona nieprofesjonalną odpowiedzią ze strony wychowawcy.

#wH71H

Po studiach uległam namowom przyjaciół i postanowiłam zostać policjantką. To było moje marzenie od dziecka, lecz nie postrzegałam go jako coś realnego do spełnienia.

Niedawno minęło pięć lat, odkąd skończyłam szkołę policyjną. Mimo że jest to praca bardzo obciążająca psychicznie, ostatnie lata uważam za najlepszy okres w moim życiu. Naprawdę wiele się przez ten czas nauczyłam, dojrzałam, a przede wszystkim, w końcu czuję, że jestem na swoim miejscu.

Marzenia o policji porzuciłam gdzieś w liceum. To właśnie wtedy zdiagnozowano u mnie depresję, w ciągu roku dwa razy odratowali mnie po próbach samobójczych.
Tak więc jestem spełnioną policjantką, zajmującą się między innymi przemocą domową i seksualną, której doświadczyłam na własnej skórze, leczącą się z różnym efektem na dwubiegunówkę, która, jak myślałam, przekreśliła moje szanse na karierę w służbie. Bywa ciężko godzić to w tej pracy, ale świadomość, że pomagam ludziom, którzy przeszli to, co ja, daje mi upór, który pozwala mi walczyć dalej i wstawać po każdym upadku.
Dodaj anonimowe wyznanie