#rROWX

Mam 25 lat jestem introwertykiem i mam depresję. Zbyt długie przebywanie czasu ze znajomymi i rodziną mnie męczy, a do tego teraz ta kwarantanna. Kocham, lubię i szanuję ich. Ale oni nie rozumieją mnie, a nawet nie próbują (i tu sytuacja z rodziną) gdy nikogo nie ma w domu. Mówię sama do siebie. Pomaga mi to rozładować swoje emocje i zmniejsza to chęć odebrania sobie życia. A przed rodziną i znajomymi odgrywam oscarową rolę kochającą świat i ludzi pełną radości dziewczyną.

I tak lubię rozmawiać sama ze sobą. Robię to przy każdej możliwej okazji. Stojąc przed lustrem w końcu czuję, że mogę pogadać z kimś kto mnie rozumie.

#X38PN

Mój mąż jest alkoholikiem i fetyszystą, przy czym to drugie by mi nie przeszkadzało, gdyby okazywał to w normalny sposób. Jego pretensje są tak nieracjonalne, że nawet nie mam ochoty zwierzyć się bliskim, ale gryzie mnie to potwornie...

Wstał rano naburmuszony, kiedy ja karmiłam i usypiałam dziecko, on oglądał sobie telewizję. Chciał seksu. Przez chwilę, potem spojrzał na mnie, machnął ręką i powiedział: w sumie wiesz co, nie przychodź do mnie z tymi ochłapami, przyjdź jak będziesz miała pełne piersi.

Serce mi pękło po raz kolejny. Zamykam swoje sprawy w mieście i wypieprzam stąd.

#3ah98

Jak wygląda dzień pracy w kancelarii komorniczej? Odpowiem wam z mojej perspektywy. Oczywiście wydarzenia przedkoronawirusowe.

Przychodzisz rano i zaczynasz od kawy. Na dzień dobry sprawdzasz, czy ludzie, którzy zobowiązali się wpłacić jakąś kwotę do dnia wczorajszego to zrobili. Oczywiście 50% tego nie zrobiło. Wściekasz się i pomstujesz, że to banda (......), która łamie po raz e-nty dane słowo. Zerkasz na biurko i patrzysz, co Ci dołożono. Wychodząc wczoraj o godz. 16:00 zostawiłeś na nim tylko 4 teczki akt. Dzisiaj leżą tam dwa stosy do obrobienia. Włączasz komputer, a sekretarka łączy do Ciebie jakiś drących się ludzi, którzy uważają, że jesteś panem na ch... i k.... Często wykrzykują Ci to w ucho. Tłumaczysz kolejnym rozmówcom ciągle to samo, dlaczego zajęto wynagrodzenie, rachunek bankowy, czy wierzytelność. Padają święte pytania:
- Ale panie komorniku, za co? Jakie długi? Jak powstał ten dług?
- W 90% odpowiadasz, że nie masz pojęcia, bo z tytułu nie wynika czym jest spowodowane zadłużenie.

Jeszcze przed śniadaniem jak wypadnie na Ciebie przyjmowanie interesantów, obrobisz kilku dłużników. Jak masz pecha przyjdzie 1-2 meneli i pora śniadaniowa przesuwa się wprost proporcjonalnie do kwadratu czasu spędzonego na wietrzenie pokoju. W międzyczasie ktoś wpada do twojej kwatery pytając, czy masz takie i siakie akta, bo nigdzie ich nie można znaleźć, a ty 5 dni temu przebywałeś w danej sprawie jako ostatni.

Po śniadaniu przeglądasz zastane teczki, decydujesz co dalej z nimi zrobić. Następnie przypominasz sobie, iż masz XYZ pilnych spraw, bo obiecałeś czynności terenowe na wczoraj. Szykujesz sprawy na teren i przypominasz sobie o tych 50% kłamczuszków, co nie wpłacili umówionej kasy. Dzwonisz bądź zabierasz teczki ze sobą. Ruszasz w teren. W głowie układasz trasę, aby nie krążyć po 20 km. Połowy ludzi nie zastajesz, 25% to meliny i zastanawiasz się, czy przeszły na Ciebie robaki bądź czy pijany domownik będzie się awanturował. Kolejne 25% to w miarę normalne gospodarstwa domowe. W terenie jak to w terenie, jak dłużnicy nie płacą zajmujesz ruchomości (czasami odbierasz). Bywa, że jedna wizyta trwa 1-2 h, kończy się z Policją i awanturą. Wracasz do kancelarii, porządkujesz sprawy lub zostawiasz to na jutro - dzień bez terenu (uzupełnisz papierologię). Znowu telefony, interesanci i czasem ciekawe dziwne przypadki egzekucyjne.

To dzień asesora/aplikanta II rocznego.
Są też pracownicy typowo biurowi oraz asesorzy/aplikanci pracujący tylko w kancelarii. Ich praca jest niezbędna, ale nie zapewnia takich emocji i kontaktu z drugim człowiekiem.
Mimo wszystko - lubię moją pracę.
Oczywiście jest to bardzo uproszczony opis wręcz poetycki, gdyż każdy dzień w kancelarii komorniczej jest inny.

#R8Dkh

Mam prawie 30-tke na karku.
Gdy miałam jakieś 9-11 lat przeżyłam swój "pierwszy raz".

A dokładniej, to nie stosunek, a samą przyjemność.
Otóż, będąc dzieckiem, wraz z kuzynką bawiłam się na trzepaku (tej rurze, na którą zawieszało się dywany do wytrzepania lub kołdry do przewietrzenia).
Zamontowałyśmy sobie jakąś metalową rurkę długości może 40 cm z wylotem z obu stron. Na tę chwilę myślę, że to była jakaś rama pod siodełko od roweru.
Przez nią przewlekłyśmy sznurek bądź cienką linkę i to była nasza 'ala huśtawka.
Któregoś dnia usiadłam na nią w poprzek, że linka umiejscowiła mi się w kroczu.

A dokładniej, to moja łechtaczka znalazła się między podwójnym sznurkiem i przy poruszaniu się w takt lekkiego bujania, poczułam nieziemską przyjemność. Wtedy jeszcze nie wiedziałam dlaczego tak się stało i co to było... Ale spodobało mi się.

Próbowałam potem niejednokrotnie zrobić to samo, lecz bez efektów.
Az wpadłam na pomysł, że może ścisnę sobie moje krocze zeszytem z grubą okładką. Udało się... Doszłam potem już do takiej wprawy, że wystarczyło że będę ściskać udami jakiś przedmiot; typu pilot, kabel, pasek od spodni. Aby tylko dotykało tam...

Robiłam to nawet kilka razy dziennie.
Teraz, gdy o tym myślę, to sama nie wiem czy jakoś to na mnie wpłynęło. Raczej nie.

Po prostu tak mi się przypomniało, że raz gdy ściskałam pilota, to tata widział. Na szczęście może nie zauważył, albo nic nie mówił.

Dodam, że wszystkie sytuacje były zawsze w ubraniach :)
Dopiero, gdy byłam starsza i wiedziałam co to wszystko jest, to naturalnie się masturbowałam nago :)

#HJhkz

Jesteśmy z M. w 4-letnim związku, bardzo mnie kocha, ale o mojej przeszłości nie wie nic. Obecnie mamy po 30 lat, planujemy ślub i rodzinę, myśli że jestem bardzo skromną osobą

M. przede mną nie miał zbyt wiele kobiet był tylko w jednym związku, w mojej historii dla niego ja także miałam tylko jednego chłopaka.

On ma bardzo słabe libido, więc seks jest raz na 3/4 miesiące, jednak w tym roku mamy sobie powiedzieć tak przed ołtarzem i gryzą mnie wyrzuty sumienia, że go okłamuję.

Uwielbiam seks, nigdy go nie zdradziłam, jednak z nim seks jest nudny oraz bardzo rzadki. Nie lubi eksperymentować, trwa to zaledwie 5 min i zawsze w 1 pozycji, a ja przed nim miałam ponad 100 partnerów, trójkąty, czworokąty, incydenty z dziewczynami. Nie utrzymuję kontaktów z przyjaciółmi z przeszłości, bo mogli by coś wspomnieć, ale strasznie mi ich brakuje. Obecnie są to 2 dziewczyny, z którymi nawet nie mam o czym rozmawiać, brakuje mi tamtego życia i wstyd mi przed moim przyszłym mężem, że nie wie o mnie tak naprawdę nic, ale wiem, że nie zniósłby prawdy, a ja boje się, że niebawem zatęsknię za dawnym życiem.

#UiIA6

Jestem synem jednego z dyplomatów pracujących w Warszawie i muszę wykorzystywać przysługujące mi przywileje do... spotykania się z własną dziewczyną (oboje mamy 18 lat).

Jak to się zaczęło?

Jechałem po mieście ciesząc się zdanym polskim egzaminem na prawo jazdy, niestety radość związana z przejściem egzaminu wygrała z rozsądkiem i przekroczyłem prędkość o około 15 km/h, oczywiście o konsekwencjach nie myślałem, a niebieskie tablice dodawały tylko pewności siebie. Oczywiście po kilku kilometrach zatrzymał mnie patrol. Zdawałem sobie sprawę z tego, że źle zrobiłem, kiedy podszedł policjant okazałem skruchę, przeprosiłem, zachowywałem się grzecznie i spokojnie. Policjant niestety zrozumienia nie okazał, nie był zbyt miły, chyba mu się nie spodobałem. Chciał przebadać mnie alkomatem, nie poddałem się badaniu, bo nie musiałem (prawo zabrania testowania osób objętych immunitetem dyplomatycznym), a chciałem w tamtym momencie przytrzeć nosa niemiłemu człowiekowi. Mandatu też nie mógł mi wystawić, co doprowadziło go do szału, zrobił się agresywny, interweniowała ochrona (tak, ochrona musiała mnie bronić przed POLICJANTEM), gdyby nie ten drugi policjant to najpewniej skończyłoby się na międzynarodowym skandalu.

Na następny dzień opowiedziałem o sytuacji swojej dziewczynie, która w szoku powiedziała mi, że jej tato, policjant, opowiadał przy kolacji o "bezczelnym bezkarnym gówniarzu". Wtedy jeszcze nie znałem jej rodziców, bo był i nadal jest to świeży związek, ale zrobiło mi się strasznie głupio i postanowiłem udać się do jej domu i przeprosić tego człowieka za ostatnią sytuację.
To był błąd.
Kiedy tylko mnie zobaczył bardzo się zdenerwował, wygonił mnie z domu i zagroził, że jak tylko zbliżę się do jego córki to zrobi mi krzywdę. Zastanawiałem się nad opowiedzeniem o tej sytuacji rodzicom, ale nie chciałem psuć swoich relacji z dziewczyną.

Teraz nasze spotkania odbywają się w tajemnicy i nie raz muszę zasłaniać się immunitetem, bo kochany teść chyba zlecił śledzenie mnie, co najmniej jedna kontrola drogowa dziennie.

Moja relacja bardzo cierpi na tej sytuacji. Dodatkowo zauważyłem, że moje podejście do policji i do Polaków zmienia się na negatywne, co sam wiem, że jest bardzo głupie, ale jakoś nie czuję się już tutaj bezpiecznie. A nie jest to pierwsze wrażenie, bo mieszkam tu już ponad trzy lata.

Czasami sobie myślę, że już łatwiej i lepiej by było gdyby mnie uznali za persona non grata.

PS. Mama mojej dziewczyny zachowała się bardzo miło, skontaktowała się ze mną i przeprosiła za zachowanie męża, teraz pomaga nam organizować potajemne spotkania ;)

Jeżeli interesuje was życie dyplomatów w Polsce od kuchni i chcecie usłyszeć nie tylko o negatywnych sytuacjach to piszcie, chętnie się podzielę.
Za błędy przepraszam, mój polski jest jeszcze so-so i pisać pomagała mi przyjaciółka.

#JDnga

Mam małą przestrogę dla maturzystów wybierających się na studia. Nie róbcie tego wbrew sobie, nie studiujcie na siłę, bo tak wypada, bo tak rodzice chcą, znajomi studiują to i wy też.

Jestem studentem trzeciego roku informatyki. Od małego dziecko mnie to kręciło, lubiłem komputery, sprzęt, różne oprogramowania. Byłem również w technikum informatycznym, tam ciągle rozwijałem swoją pasję. Mega mnie to jarało. Wcześniej było oczywiste było, że pójdę na studia, jednak w czwartej, ostatniej klasie coś we mnie się zmieniło - chciałem odłożyć studia o rok, bądź więcej czasu, a w między czasie iść do pracy. Nie pochodzę z zamożnej rodziny, wychowywałem się bez ojca, zmarł jak byłem małym dzieckiem. Wiedziałem, że będę musiał zarobić na wszystko sam, nikt mi tego nie da. Zresztą, inni moi rówieśnicy mieli różne rzeczy za dziecka/nastolatka, rodzice fundowali im, bądź nie zabraniali im zakupu, u mnie było inaczej. Do tego też chciałem sobie zarobić troszkę w pracy na sprzęt studyjny audio, to taka moja pasja która mnie mocno ciekawi.

Jednak wracając do tematu, pomimo tego, że nie chciałem iść na studia. pod presją mamy, rodziny i innych osób poszedłem na nie. I wiecie co? Cholernie tej decyzji żałuję. Studia informatyczne zgasiły moją pasję, sprawiły, że dziedzinę, w której się bardzo pasjonowałem i chciałem się w niej rozwijać - znienawidziłem. Przez sztywne ramy narzucone przez wykładowców, przez tematykę, która mnie nie interesuje, bo studia uczą jednego, zaś ja chcę się rozwijać w zupełnie inną stronę. Do tego wykładowcy, niektórzy totalnie z innej planety z dziwnymi wymaganiami. Dokładając do tego towarzystwo, które gada tylko o programowaniu, a 2/3 żartów to żarty informatyczne - mam dość. Zrozumiałem, że to totalnie nie dla mnie. Przez te 6 semestrów nie wiem ile razy chciałem to rzucić, lecz przez pryzmat straconego czasu tego nie zrobiłem, też tego żałuję.

Najbardziej jednak mnie dołuje fakt jak obserwuję bądź słyszę od moich przyjaciół opinie na temat znajomych - ten tu na wakacjach, ten się hajta, ten fajne auto kupił. A studiów nie pokończyli. A człowiek tak sobie siedzi i myśli: "Czy mnie coś tak fajnego kiedyś w życiu spotka?". Szczytem wszystkiego był fakt, gdy zauroczyłem się w pewnej dziewczynie, wyznałem jej swoje uczucia, a ta powiedziała, że nie odwzajemnia, bo nie mam samochodu swojego tylko jeździłem samochodem mamy. To było na drugim roku. To był cios. Tak się zastanawiam czy to ma jakikolwiek sens te studia, skoro tak jest pod górkę, a i tak to nie jest gwarantem otrzymania dobrej pracy (bo skoro traci się pasję przez studia, to raczej nie będzie się dobrym w tej dziedzinie).

Podsumowując: nie idźcie na studia wbrew sobie, róbcie jak wam serce dyktuje i realizujcie swoje pasje, marzenia. A jak będziecie chcieli kiedyś studiować, zawsze będziecie mogli wrócić.

#fc31F

Nigdy się nie przyznam, ale kiedyś tak się spieszyłem na umówione spotkanie na parkingu żeby odebrać swoje rzeczy, że z tego wszystkiego zapomniałem się załatwić, do tego jeszcze w drodze zacząłem pic red bulla i wodę. Tak byłem zły, że jestem spóźniony, że odwlekałem siku (nie do końca było moją winą spóźnienie - pozamykali drogi, bo remont).

I tak jechałem, wytrzymywałem, aż w końcu zaszczałem sobie spodenki, bokserki, fotel kierowcy i trochę koszulkę. I tak musiałem się zatrzymać (autostrada, więc tylko zjazd albo parking). Na szczęście spodenki dałem w nogi miejsca pasażera i na maksa nawiew na 28 stopni, koszulka to samo, bokserki do kosza, a pod dupę koc z bagażnika. Na szczęście miałem jeszcze kurtkę, to się nią zakryłem i ruszyłem dalej. Wszystko wyschło gdy dojechałem do celu, oczywiście oprócz fotela kierowcy.

A gdy oddałem gdzieś 10 miesięcy później auto do czyszczenia w tym też fotele, Pani się pytała co ja tam wylałem, bo strasznie się męczyła z fotelem kierowcy, Odpowiedziałem, że sok mi się jabłkowy wylał, prawie dwa litry.

#JhsdC

Ponad rok temu otworzyłam swoją działalność i mogłabym tu opisywać jak to cudownie jest być na swoim i nie być zależnym od szefa. Ale nie.

Na samym początku działalność nie przynosiła dużych zysków, a ja nie miałam właściwie za wiele pracy. Zwracały mi się koszty i zarobiłam może w miesiącu parę stówek na czysto. Z każdym miesiącem zarobki wzrastały, więc było coraz więcej pracy. Od początku uczyłam się organizacji czasu i pracowałam nad motywacją - no bo inna jest motywacja gdy stoi nade mną szef, a inna gdy się pracuje w domu.

Oprócz działalności mam jeszcze pracę dorywczą przez 2-3 dni w tygodniu po 10-12 godzin, no i obowiązki domowe, których większość teraz przejął mój partner, bo ja zwyczajnie już nie daję rady. Mówię mu co ma zrobić, posprzątać itp. i on to robi. Od kwietnia podniosłam też ceny, bo wcześniejsze były nieadekwatne do poświęconego czasu (odliczając koszty wychodziło coś koło 9 zł na godzinę na rękę). Liczyłam na to że może minimalnie sprzedaż spadnie i będę zarabiać więcej robiąc mniej i w związku z korona kryzysem też będzie spadek. Tymczasem sprzedaż mi jeszcze wzrosła nie wiem jakim cudem i w sumie to cieszę się, że mimo kryzysu i wyższych cen tak się dzieje.

Po części cieszę się z mojego sukcesu, ale częściowo jestem tym też zmęczona, bo coraz bardziej rośnie ilość obowiązków. Tworzenie produktów, robienie im zdjęć, wystawianie na sprzedaż, korespondencja z klientami, pakowanie i wysyłanie paczek, praca papierkowa, zamawianie materiałów (w tym szukanie tańszych opcji i promocji) oraz wiele innych rzeczy.
Jestem zmęczona, ale z własnej winy, bo nie umiem przestać pracować.

Praktycznie nie umiem już odpocząć, nie robię sobie dni wolnych od pracy, bo w takie dni nie wiem co mam ze sobą zrobić, bezproduktywny czas uważam za stracony.

Chyba powoli wpadam w pracoholizm i jestem tym przerażona. Nie wiem jak przestać. Wstaję wcześniej niż bym chciała, nie dosypiam tyle godzin, ile mój organizm potrzebuje, bo w mojej głowie od razu pojawia się myśl, że tracę czas i mogłabym więcej zrobić gdybym mniej spała.

Jeśli klient coś u mnie zamawia, nie uwzględniam dni wolnych, po prostu rezerwuję najbliższy wolny termin, nawet dni świąteczne i potem jestem zła na siebie, że nie mogłam się wyspać, czy odpocząć, bo zależy mi na wywiązaniu się z terminu.
Z jednej strony fajnie, bo robię to co lubię. Z drugiej zaczynam już trochę tęsknić za etatem i możliwością powrotu z pracy i nic nie robienia.
Nie chcę zamykać działalności, więc jedynie w grę wchodzi rezygnacja z pracy dorywczej, ale boję się, że jak mi nagle spadnie sprzedaż, to zostanę z niczym albo zacznę jeszcze więcej pracować na swoim.
Jestem zmęczona. Tak okrutnie zmęczona fizycznie i psychicznie. A dalej sobie to robię i nie umiem przestać.

#itmdG

Mam 27 lat, jestem kobietą i mam stałego partnera, z którym jestem rok. Mam też męskiego przyjaciela z gimnazjum, z którym raz na jakiś czas się spotykam i z którym łączą nas jedynie wspomnienia ze szkoły. Tak też było ostatnio. Około miesiąc temu okazało się, że w szkolnych latach był we mnie zakochany, ale bał się o tym powiedzieć. Co zabawne, ja wtedy czułam to samo, natomiast teraz to jedynie przyjaźń i może trochę współczucie, nic więcej, bo teraz jestem zakochana w swoim obecnym narzeczonym i wiążę z nim przyszłość.
Wydawało mi się, że sobie wszystko wyjaśniliśmy z tym przyjacielem i wierzyłam, że będzie normalnie. Przez chwilę było.

Dzień po ostatnim spotkaniu, na którym jak zwykle spacerowaliśmy obok i rozmawialiśmy (bez żadnych podtekstów i jakiegokolwiek dotykania), właściwie od rana o nim myślałam. Po prostu myślałam. Wieczorem mój narzeczony miał ochotę na figle w łóżku, a ja nie do końca byłam przekonana, ale żeby nie sprawiać mu przykrości, to postanowiłam spróbować się podniecić. Na koniec, blisko finału westchnęłam mu do ucha imię przyjaciela...

Jest mi strasznie głupio... Mam ochotę zapaść się pod ziemię. Narzeczony mnie unika, a ja też nie bardzo chcę mu się pokazywać na oczy. Unikam też przyjaciela i ignoruję wiadomości od niego. Nie wiem, co robić.
Dodaj anonimowe wyznanie