W zeszłe wakacje ja wraz z dwoma kolegami kręciliśmy film. Wszystko ładnie pięknie, udało się nam wszystko sprawnie nakręcić i zadowoleni wracaliśmy do domu.
Szliśmy leśną ścieżką, gadając o różnych rzeczach i nagle z rozmowy wyrwał nas jeden z kolegów. On jeden zauważył, że na na środku ścieżki, tuż przed nami, znajduje się malutki ptaszek, przypominający pisklę. Szybko zdaliśmy sobie sprawę, że omal go nie zadeptaliśmy i zaczęło nas nurtować pytanie: dlaczego ptaszek, w obliczu zagrożenia życia, stamtąd nie odleciał. Ba, on cały czas stał w tym samym miejscu.
Po chwili zaczęliśmy się niepokoić, bo ptaszek wyglądał na sparaliżowanego - ruch jego ciała był związany tylko z oddychaniem, może dwa razy w ciągu kilku minut ruszył główką. Próbowaliśmy go jakoś delikatnie przesunąć, ale on uparcie stał w tym samym miejscu. W dodatku w jego oczach można było dostrzec cierpienie i wydaliśmy werdykt, że musi to być jakiś rodzaj ptasiego paraliżu. Ponieważ tylko ja znałem ten las, jeden z kolegów spytał się mnie, czy kojarzę w jakim leśnictwie się znajdujemy i czy znam może numer do leśniczego. Lekko zdziwiony odpowiedziałem że nie mam żadnego takiego numeru.
Kolega wydawał się jednak bardzo zdeterminowany, by pomóc zwierzątku. Zadzwonił więc do siostry i poprosił ją, by znalazła w internecie numer do leśniczego, bo znaleźliśmy ptaszka w złym stanie. On kontynuował rozmowę, a ja podszedłem do drugiego kolegi, który cały czas zajmował się biedaczyskiem. Coraz wyraźniej było widać ból zwierzęcia, a nic innego się nie zmieniało - jak stał, tak stał. Wszyscy byliśmy coraz bardziej zmartwieni. Żaden z nas nigdy nie widział "sparaliżowanego" ptaszka, a on wyglądał coraz gorzej. Jednak to, co wydarzyło się chwilę później, zapamiętamy na długo.
Z monotonii oczekiwania na telefon siostry z numerem leśniczego wyrwał nas dziwny dźwięk, pochodzący od ptaszka, jakby burczał mu brzuch. Ledwo zdążyliśmy się zorientować, że coś się dzieje, a ptaszek zrobił kupę i natychmiast odleciał w siną dal. Dopiero po jakimś czasie głuchą ciszę przeszył śmiech naszej trójki, który jeszcze dość długo niósł się w lesie, który od tamtej pory kojarzy mi się z ptaszkiem z zatwardzeniem.
Czy to źle że wyobrażamy sobie śmierć swojego taty?
Odkąd pamiętam był agresywnym alkoholikiem. Zawsze gdy spożył choć odrobinkę alkoholu nie dawał nikomu spokoju. Najczęściej dręczył wszystkich w nocy. Po wytrzeźwieniu przeprasza i składa jakieś gówno warte obietnice. Do tego nie chce się leczyć. Gdy wyobrażam sobie jego śmierć to bardzo wczuwam się w rolę. Jestem jakby zagubiona. Częściowo ciesze się, że wreszcie nie będę musiała bać się spać we własnym domu, ale w przeważającej ilości czuję rozpacz i pustkę. Kocham człowieka, którym jest gdy nie pije, ale nienawidzę tego, którym się staje po wypiciu najmniejszej ilości alkoholu.
Szczerze nie wiem co mam ze sobą zrobić. Jestem zagubiona i boję się poprosić kogokolwiek o pomoc. Mam wrażenie, że nikomu nie mogę ufać do tego stopnia. Boję się. Dlatego piszę to anonimowo tutaj.
Dziękuje za uwagę.
Pozdrawiam was serdecznie.
Kiedyś uwierzyłam w prawdziwość rozmówcy na jednej z aplikacji do nauki języka. Okazał się afrykańskim oszustem próbującym wyłudzać pieniądze w agresywny, manipulacyjny sposób.
Najgorsze jest to, że prawie mu uległam. Nie jestem samotna i niewykształcona, nie wiem co się ze mną stało, ale uwierzyłam w to co mówi z tak dużą łatwością, mimo pewnej wiedzy o zachowaniach ludzi, że mnie to przeraziło. Do dzisiaj wstydzę się do tego przyznać. Czuję się podle, poniżona i głupia. Nic się niby nie stało, ale jednak - uważajcie z kim rozmawiacie w internecie.
Któregoś dnia zobaczyłam na chodniku przed klatką jakąś błyskotkę. Podniosłam I okazało się, że jest to pozłacany kolczyk, wiec niewiele myśląc zawinęłam go do kieszeni.
Jakiś czas już minął, pewnie nawet i miesiąc. Sytuacja ta sama - wychodzę z klatki, na chodniku błyskotka. Ten sam kolczyk, myślę sobie - wypadł pewnie teraz i mi, tylko jakim cudem, skoro szpulnęłam go gdzieś na półkę? No nic, pewnie coś mi się miesza, był pewnie gdzieś zaplątany w kieszeni i wypadł, więc zawinęłam go z powrotem i poszłam w swoją stronę.
Któregoś dnia, bawiąc się w generalne porządki, gdzieś na półce znalazłam wspomniane już świecidełko. Co jest, kur#a? - myślę sobie. Po czym sięgam do kurtki, a tam drugi kolczyk. Szok. Znalazłam kolczyki do pary. W odstępie miesiąca. Mąż mi uwierzył dopiero jak wysłałam zdjęcie dwóch jednocześnie.
Trzy lata temu szłam do galerii handlowej w Warszawie. To było w centrum, więc jak to w centrum, zawsze masa ludzi wszędzie się plącze. Idąc chodnikiem patrzyłam na ekran telefonu, nie zwracałam właściwie uwagi na innych, dopóki nie zaczęłam się zbliżać do przejścia dla pieszych. Potem znów zwróciłam wzrok na telefon, ale poczułam, że muszę jeszcze raz spojrzeć. I wtedy zobaczyłam kobietę i mężczyznę stojących na trawniku, tuż obok chodnika. W sumie normalna rzecz, każdy może stać gdzie chce. Tyle że oni stali w odległości od siebie i po prostu obserwowali ludzi. Oboje mieli okulary przeciwsłoneczne. W pewnym momencie, gdy miałam przechodzić obok nich, facet spojrzał na kobietę i ona kiwnęła do niego głową. I właśnie wtedy wszedł na chodnik i zaczął za mną iść.
Słyszałam już wcześniej od znajomej, że podobno tak działają złodzieje. Wybierają ofiarę, podążają za nią, po czym znienacka wyrywają torebkę albo plecak lub też przecinają paski w torebkach. Natychmiast schowałam telefon do torebki i trzymając ją kurczowo przy ciele przyspieszyłam kroku, dzięki czemu zdążyłam przejść na zielonym świetle. A gość został po drugiej stronie ulicy. Trochę się bałam potem wracać, ale ostatecznie wmieszałam się w tłum i poszłam inną drogą.
Przechodząc obok jakichś dwóch dziewczyn, które stały przy metrze przy koszu i paliły, usłyszałam, że podobno godzinę wcześniej facet wyrwał kobiecie torebkę i uciekł.
Już wcześniej miałam czasami takie momenty, że intuicja podpowiedziała, bym coś zrobiła i to mi pomagało. Chyba w tamtym przypadku też zadziałała.
Nie będę w sumie tu pisać rad dla innych, więc powiem tylko jedno - uważajcie na siebie :)
Spędzam urlop nad morzem, gdzie razem z koleżankami chodzimy na plażę dla nudystów. Wczoraj dosłownie wpadłam tam na mojego byłego (ale znacznie bardziej niż ja odzianego) szefa, który pół roku temu zwolnił mnie ze swojej firmy. Sytuacja była dla mnie dość krępująca, bo przez te parę sekund wymiany grzeczności, gość obejrzał mnie sobie bardzo dokładnie ze wszystkich stron.
Dziś zadzwonił do mnie, aby zaproponować mi powrót do pracy...
O tym, jak ilość pieniędzy determinuje stosunek innych do ciebie.
Tak się życie potoczyło, że zostałem samotnym ojcem z 3-miesięczną córeczką. Było ciężko, nawet bardzo, a nie miałem znikąd pomocy (moi rodzice nie żyją, rodzeństwa nie mam, a moi teściowie nie chcą mieć z nami kontaktu). Mieszkanie musiałem sprzedać, bo nie dawałem rady spłacać kredytu. Obecnie wynajmuję kawalerkę.
Aktualnie Ala ma 3 latka i jest moim całym światem, gdyby nie ona, już dawno bym ze sobą skończył. Jest wyjątkowo mądra, bardzo ładnie mówi. Taki prześliczny kwiatuszek z niej. Przez epidemię pogorszyła się nasza sytuacja - z kierowniczego stanowiska zostałem zdegradowany na produkcję (miałem do wyboru: produkcja albo zwolnienie). Dlatego aktualnie oglądam każdą złotówkę po dwa razy, a i tak bywa chudo. Szukam lepszej pracy, ale słabo to wygląda w obecnej sytuacji. A pomoc od naszego państwa mam minimalną. Dość wstępu.
Byłem z Alą na placu zabaw. Jakieś dziewczynki bawiły się lalkami w piaskownicy, córa zapytała, czy może do nich iść, zgodziłem się i usiadłem na ławce niedaleko. Niestety dziewczyny przegoniły moją Alusię, bo "ma za brzydką lalkę". Usłyszałem też, że "tylko wieśniaki ubierają ciuchy z Kubusiem Puchatkiem, bo to już niemodne". Kupuję używane ubrania, ale zawsze są wyprane i wyprasowane... Próbowałem Alę jeszcze zainteresować zjeżdżalnią i karuzelą, ale było jej smutno i nie chciała się już bawić. Zaproponowałem lody i pojawił się uśmiech (mała uwielbia lody). Poszliśmy do budki niedaleko. Niestety w portfelu miałem tylko 2,5 zł, a lody były po 3,5 zł. Córka wybierała smak, a ja dyskretnie zapytałem sprzedawczyni (taka Karyna, co siedzi tam za karę), czy dałoby radę kupić taką mniejszą kulkę za 2,5. Pani z wrednym uśmieszkiem stwierdziła, że w żadnym wypadku. Poprosiłem o wafelek. Ali powiedziałem, że mucha wpadła do lodów i na razie nie sprzedają. Widziałem łzy w jej oczach, ale powiedziała tylko "nic nie skodzi tata, wafelki tes lubię", wzięła mnie za rękę i poszliśmy do domu. Pół nocy przeryczałem...
Ala lubi się malować, upatrzyła sobie taką głowę księżniczki z kosmetykami do malowania. Udało mi się dorwać małą fuchę po godzinach i kupię jej tę zabawkę na święta choćby nie wiem co, choćbym miał sam ryż przez miesiąc wpieprzać...
Boli mnie to, jak patrzą na ciebie inni, kiedy nie masz ładnych ciuchów i samochodu. Jak patrzą z pogardą, kiedy tłumaczysz dziecku, że nie możesz jej kupić jakiejś zabawki. Jestem uczciwym człowiekiem, nie kradnę, płacę podatki i pomagam innym jak mogę. Staram się być jak najlepszym ojcem, ale w dzisiejszych czasach mieć jest ważniejsze niż być... Dobrze, że mam Alę, bo bez niej bym się załamał. Chciałbym się ponownie zakochać, ale mam wrażenie, że do tego niezbędna jest kasa. Żadna nie zechce gołodupca.
Wyrzuciłem to z siebie w końcu...
Mieszkam w cudzie zwanym starym budownictwem, jeszcze częściowo do remontu.
Przyszła kolej na łazienkę. Jak wygląda sytuacja - na wierzchu odpływ od WC żeliwny, klejony żywicą, malowany 800 razy, estetyki zero. Przy remoncie wypadałoby taką rurę wymienić już na PVC. Majster robić tego nie mógł, więc poszedłem do spółdzielni. Przyszedł hydraulik, patrzy i mówi: Panie, ale z tej rury nic nie leci, póki dobra, to nikt tu nic nie wymieni.
Mówię, że coś musi się dać zrobić, toż nie będę remontu odwlekać przez takie coś, a zabudować tego też strach. No więc wziął hydraulik żabę, puknął w dwóch miejscach, że odpadła farba, wody z kranu wziął i psiknął w świeży wyrąb, lekki zaciek się zrobił i zabarwił na brązowo. Zrobił dwa zdjęcia, a do karty zgłoszenia wpisał, że uszkodzony pion.
Swój chłop :D
Jak byłem mały, to nie chodziliśmy z siostrą do przedszkola, tylko spędzaliśmy czas u dziadków. Mój dziadek lubił sobie popić, a babcia często gdzieś chowała mu alkohol żeby nie pił.
Gdy babcia szła do pracy, a my zostawaliśmy sami w domu z dziadkiem, to często wymyślał nam różne zabawy. Jedną z nich była zabawa "Znajdź wódeczkę" - szukaliśmy z siostrą butelki po całym domu, a kto pierwszy znajdzie, ten dostaje w nagrodę czekoladę. Dodatkowo dla każdego uczestnika zabawy guma do żucia za zachowanie tajemnicy przed babcią.
Przez 95% życia żyłam z przekonaniem, że nie zasługuję na to, by być z kimś. Dużo starsi ode mnie znajomi byli w związkach albo po ślubie już właściwie ledwo po skończeniu szkoły. Ja jako najmłodsza z nich (różnica wieku około 10-15 lat), dużo później od nich zaczęłam wchodzić w ten etap, w którym człowiek chciałby się ustatkować i nie być sam.
Nie zliczę momentów, kiedy naśmiewali się ze mnie, nie dlatego, że nikogo nie mam, ale dlatego, że ktoś mi się podobał. Przykładowo, jak miałam około 22 lata, przez pomyłkę wysłałam do 30-letniego kumpla SMS, że podoba mi się kolega z pracy. Z tym że ten SMS miał iść do przyjaciółki, ale pomyliłam się, bo ona i on mieli podobne imiona. Oczywiście po chwili wysłałam mu drugi SMS, że przepraszam, pomyłka i żeby to olał.
Na drugi dzień kolega naśmiewał się ze mnie, że się zakochałam, nie z pomyłki, tylko z samego faktu, że mi się ktoś podoba. Sam się żenił w wieku 21 lat, jak miał 22, to miał już dzieci, a ze mnie się śmiał, tak jakbym ja nie miała prawa do tego. Potem tego SMS-a pokazywał naszym wspólnym znajomym i razem się ze mnie nabijali, mimo że prosiłam go, aby go skasował.
Inna sytuacja, to jak założyłam sobie konto na portalu randkowym i jeden ze znajomych mnie tam znalazł. Oczywiście od razu zaczęło się naśmiewanie, rozpowiadanie wszystkim, że szukam faceta, że ojej ojej, to takie śmieszne. Sam miał żonę i kompletnie nie wiem co robił na tym portalu, ale jak o tym powiedziałam, to nie było to dla nikogo ważne, że prawdopodobnie zdradza żonę. Ważne było, że jestem śmieszna, bo chcę w końcu kogoś poznać.
Jak już kogoś miałam i znajomi się dowiedzieli, to zaczęło się naśmiewanie, że hahahaha, hohoho, Julia znalazła swojego Romea, to takie zabawne. I jakieś głupie uśmieszki i docinki, czy zrobiłam już internetowy test ciążowy itp. Wiecie, tak jakbym miała 5 lat i miała "chłopaka" w przedszkolu. Takie zabawne to dla nich było. A ja miałam wtedy już prawie 30 lat!!!
Podkreślę znowu, że znajomi sami byli już w związkach od dawna i mieli nastoletnie dzieci.
Wobec mnie zachowywali się tak, jakby mi nie wolno było, jakbym według nich powinna być sama do końca życia. Mimo prób odcięcia się od nich potrafili zaczepić mnie na ulicy i rzucać teksty typu "a ten twój kochaś to normalny jest, że ciebie chce?".
Utwierdzali mnie cały czas w tym, że ja nie zasługuję na miłość. Że jestem jakaś gorsza. Doszło do tego, że jak już kogoś miałam, to wstydziłam się o tym powiedzieć, a moje związki się szybko rozpadały, bo cały czas czułam, że nie zasługuję na miłość drugiej osoby. Że robię coś złego, że popełniam zbrodnię, bo z kimś jestem, inni mają prawo być z kimś, a ja nie.
W końcu w wieku 34 lat po prostu wyjechałam do innego miasta i dopiero tutaj mogę cieszyć się związkiem, bo mam tu normalnych znajomych, a nie bandę idiotów.
Dodaj anonimowe wyznanie