#dXsIh

Wiał wiatr i lekko kropił deszcz. Wchodziłem do sklepu, a jednocześnie wychodził z niego jakiś koleś, może 18-20 lat, czyli parę lat młodszy ode mnie. Wychodzący ma pierwszeństwo, więc stanąłem aby go przepuścić. Popatrzyłem na gościa, on na mnie i dokładnie wtedy do oka wpadła mi kropla deszczu. Odruchowo mrugnąłem okiem. Gość mnie minął i usłyszałem za plecami "Jeb*ny pedał...".

#r9u3U

Sytuacja miała miejsce kilka miesięcy temu. Byłam z młodszą siostrą na zakupach w centrum handlowym (tu trzeba zaznaczy ja mam 18 lat, a siostra 8 ). Tak więc szał zakupowy czas zacząć, od jednego sklepu do drugiego itd. Byłyśmy w H&M, a dokładniej w mega długiej kolejce do kas. Trochę zaczęło mi się już nudzić i byłam totalnie wyczerpana, więc patrzyłam się przed siebie w zamyśleniu nad tym, jaki to jest ten nasz świat. W kolejce przed nami stał młody chłopak trochę starszy ode mnie i trzeba przyznać niezły był ten koleś. 

Nagle czuję jak moja równie znudzona siostrzyczka ciągnie mnie za kieszeń od kurtki i dość głośno pyta "X czemu patrzysz się na dupę tego pana?". Ja mega zmieszana błagam w myślach, żeby on dziwnym trafem tego nie usłyszał. Bo nie dość że to o nim, to jeszcze młoda się wyrażać kulturalnie nie potrafi. Żeby było weselej, ten oto chłopak odwraca się do mnie z mega bananem na twarzy i błyskiem w oku. Tu się zaczyna kolejna seria mojego zawstydzenia. 

Chłopak przykucnął do mojej siostry, ładnie się uśmiechnął i powiedział coś w stylu "A bo widzisz, ona się patrzy na mój tyłek, bo ja mam całkiem niezły ten tyłek" . Tak tak to właśnie odpowiedział pan Czarujący, a ja mało nie zapadłam się pod ziemię ze wstydu. Odwróciłam czym prędzej wzrok. I przeklinałam w myślach małego szatana, którego mam pod dachem. Przyrzekłam sobie, że już nigdy więcej nie zabiorę młodszej siostry na zakupy. A jak już to zabezpieczę się w taśmę klejąca, bo nigdy nie wiadomo, co młodej odstrzeli :)

#JsHfH

Historia mocno anonimowa, więc nie mogę podać zbyt wielu szczegółów, żeby ktoś mnie nie rozpoznał.

Zdarzyło się to już parę ładnych lat temu, byłam jeszcze w gimnazjum. W swojej klasie byłam swego rodzaju kozłem ofiarnym, gnębiły mnie klasowe łobuzy, miałam też wychowawczynię, która nic z tym nie robiła, przeciwnie, poniżała mnie przed całą klasą, obrażała, ośmieszała, przez co jeszcze bardziej mi dokuczali, a ja coraz bardziej miałam wszystkiego dosyć. Pewnego dnia udało mi się wybłagać (oczywiście nie obyło się bez przytyków) skorzystanie z toalety, tak więc udałam się tam niby za potrzebą. W rzeczywistości miałam ze sobą list samobójczy, który napisałam jeszcze w domu i brzytwę. Do tej pory wszyscy myślą, że próbowałam popełnić samobójstwo, lecz nikt nie zna prawdy, bo absolutnie nikomu tego nie mówiłam. A prawda jest taka, że ja... zrobiłam to celowo, zrobiłam to po to, by moja wychowawczyni, która zniszczyła mi życie, odpowiedziała za to, jak i moi oprawcy. Wszystko starannie zaplanowałam (wykorzystałam fakt, że nauczyciel odpowiada za ucznia, gdy puści go do toalety). W domu napisałam liścik, w którym opisuję jak oprawcy dokuczali mi, a wychowawczyni jeszcze znęcała się nade mną psychicznie i że mam dosyć życia. Będąc w łazience owszem, cięłam swoje nadgarstki, lecz nie wzdłuż żyły i nie głęboko, po czym wzięłam tę krew i wysmarowałam nią zlew i podłogę, a później położyłam się na ziemi, że niby zemdlałam.

Do dziś nie mam pojęcia kto pierwszy mnie znalazł, bo udawałam omdlenie, ale w szkole była niezła poruta z tego powodu. Nie wiem co się działo później, bo zamknęli mnie w psychiatryku na jakiś czas, ale cholera nie żałuję tego, sprawiedliwości stało się zadość. Z nielicznych relacji wiem, że nauczycielkę zwolnili dyscyplinarnie, czy odpowiedziała za to nie mam pojęcia. Za to odpowiedzieli moi oprawcy (rodzice zajęli się nimi należycie z tego co słyszałam) i do końca szkoły byli dziwnie mili.
Teraz prawdziwą wersję znacie również i wy, a ja mam nadzieję, że kiedyś zdołam o tym zapomnieć całkowicie.

#ttkSz

Niedawny wpis przypomniał mi stare zdarzenie, z czasów studenckich. Gdzieś tak na drugim roku spotkałem kolegę z liceum. Prymus, jeden z najlepszych z rocznika. Trochę pogadaliśmy i zeszło na metody dorobienia dla studenta.


Gość stwierdził, że dorabia sobie uczęszczając do liceum zaocznego dla dorosłych. Wyjaśnił, że chodzi do tego liceum na dokumenty bogatego chłopaka, uczęszcza w zjazdach co dwa tygodnie - takie pożyczenie osobowości. Z nikim tam się nie koleguje, wchodzi, siada w ławce i wychodzi. Na koniec ma jako ten chłopak zdać maturę. Nie do wychwycenia, bo wszyscy są pewni, ze jest tą osobą. Podobni fizycznie, to zdjęcia nie budzą podejrzenia. Nie sprawdzałem prawdziwości powyższego. Kontakt się urwał.

#wBldu

Piszę w związku z wyznaniem #PH0P4 i bardzo chcę podziękować całej społeczności, że tak wstawiliście się za żoną autora wyznania. Miesiąc temu mąż zostawił mnie z naszym 5-miesięcznym synkiem, obwiniając mnie o brak czułości i seksu, przy czym przy dziecku nie robił nic. Myślałam, że może rzeczywiście moja wina, zaniedbałam męża, ale z komentarzy pod wyznaniem wyczytałam, że miałam prawo skupić się na sobie i dziecku, mieć czas na dojście do siebie po porodzie i że to coś zupełnie normalnego. Dziękuję, dało mi to dużo siły i wsparcia, pozdrawiam Was, anonimowi.

#kfQPg

25 lat temu pracowałam w pewnym zakładzie na pewnym stanowisku - samodzielnym, jako jedyna, za przełożonych miałam jedynie dyrekcję i całkowicie polegali oni na mnie. Dzięki temu, że pracowałam tam od początku utworzenia tego stanowiska, moje zdanie było najważniejsze i tylko ja się na nim "znałam". Piszę "znałam", bo tak naprawdę musiałam nieźle kombinować, żeby mój brak kompetencji nie wyszedł na jaw. Ogarniałam, ale doskonale zdawałam sobie sprawę, że można to robić dużo, dużo lepiej. Oczywiście było przez to wiele problemów, ale umiałam się zręcznie wybronić, a głównym argumentem było to, że mam tylko dwie ręce i pracuję cały czas, nie pijam kawek ani nie chadzam na obiadki, co w połowie było prawdą - nie chadzałam, bo zwyczajnie wolałam siedzieć w swoim biurze, tam jeść, pić i najczęściej się opierdzielać. Często chodziłam zaaferowana, markotna, zmęczona. Moja gra była tak dobra, że dostawałam nawet premię. Cała ta instytucja składała się w większej mierze z osobników takich jak ja, którzy swojego czasu dosłownie fartem wskoczyli na swoje stołki, a sama dyrekcja i kierownicy mieli jeszcze mniejsze pojęcie od nas o tym, jak to powinno wyglądać. Ich zadaniem było tylko podpisywać (sami nawet nie wiedzieli co), chadzać na spotkania z innymi dyrekcjami i udzielać wywiadów.

Eldorado prysło, gdy postanowili zatrudnić nową pracownicę i padł pomysł, by dziewczę oddelegować mi do pomocy. Co więcej, ona miała umiejętności, których mnie brakowało. Posadziłam ją tak, bym ja doskonale widziała co robi, ale nie odwrotnie. Byłam dla niej zwyczajnie miła, często rozmawiałyśmy. Bardzo długo walczyła o tę posadę, bo chciała w końcu uciec od ciężkiej sytuacji w domu rodzinnym, kuła i ćwiczyła po nocach. Była niesamowicie miła, pogodna, łagodna. Uważnie podpatrywałam co i jak robi, żeby samej się nauczyć, ale coraz częściej zastanawiałam się, czy nie odstąpić jej swojego miejsca pod pretekstem zmęczenia. Ba, może nawet przyznać, że ona umie więcej ode mnie. Ale wizja utraty tak komfortowej posady bardzo mi się nie podobała.

Ostatecznie przed dyrekcją powiedziałam, że przykro mi, ale młoda się nie nadaje - po tym, jak sama podłożyłam jej małą świnię. Wystawiłam za to bardzo dobre świadectwo za te trzy miesiące i dobrotliwie nie wspomniałam w nim o "wpadce". Nie dostała umowy na stałe. Wiem, że pracę znalazła dopiero po dwóch latach, ale za to w super firmie. Widywałam ją w międzyczasie, marniała z miesiąca na miesiąc.

Jestem już na emeryturze, jej dobrze się wiedzie, ale dzisiaj jak mnie widzi, smutno na mnie patrzy mimo grzecznego uśmiechu. Czasami mnie to gryzie, ale też miałam w
życiu swoje problemy i przeżyłam. Nie wiem, dlaczego to akurat ja miałabym się poświęcić. Też miałam swoje problemy i jakoś musiałam żyć. Tylko tyle o sobie wiemy, na ile nas sprawdzono.

#gmCGi

Wypad z kumplami nad morze. Idziemy do bistro coś zjeść. Tłumy ogromne, jak to bywa w w czasie wakacji. Zamówiliśmy obiad, zjedliśmy. Odpoczywamy, pełny relaksik, pijemy zimne piwko. Nagle wpada gość o dużej masie ciała, silnie zbudowany i krzyczy "Kto zżar, za mną!". My z lekkim zawahaniem pomału wstajemy od stołu, bo przecież zżarliśmy. Ludzie wstają i wychodzą. 

Okazało się, że ci ludzie byli z miejscowości Żary. Kelner widząc naszą reakcję po tym incydencie, nie mógł powstrzymać się od śmiechu. Wzięliśmy piwo i poszliśmy.

#dwcuQ

Będąc w podstawówce uwielbiałam filmy o Harrym Potterze. Z dwoma kolegami zawsze bawiliśmy się w udawanie czarodziejów z Hogwartu. Ja byłam Hermioną, kolega, w którym się podkochiwałam jako gówniara wcielał się w Harry'ego (zawsze nam się wydawało, że Harry i Hermiona będą parą). Drugi kolega udawał Rona, czyli taką przyzwoitkę przy moich i tego "Pottera" amorach. 

Jak ktoś czytał / oglądał ostatnią część serii, ten wie, że Ron i Hermiona pobrali się. Tak samo po latach ja i kolega "Weasley" zakochaliśmy się w sobie i tak - zostaliśmy parą :)

#uKOdX

W 4 klasie podstawówki, jakieś 13 lat temu, na dyskotece szkolnej zatańczyłem swój pierwszy wolny taniec. Dziewczyną, z którą przeżyłem ten "pierwszy raz" była niejaka Ala z mojej klasy. Po tańcu szczęśliwy i zauroczony usiadłem przy ścianie obok kolegów i bez słowa rozmyślałem o tym co się stało, zapatrzony w sufit. Nagle podszedł do mnie jeden z moich kolegów.
- Widziałeś!? - pytam.
- Co miałem widzieć?
- Tańczyłem z Alą wolnego! - odpowiadam z dumą.
Kolega spojrzał na mnie z politowaniem i odparł:
- I z czego się tak cieszysz? To dziw*a. Pół szkoły już z nią tańczyło!

#QYUuu

Powiedzcie mi proszę, czy tylko ja tak mam, że nienawidzę być ignorowany? Nie mam najmniejszego problemu z negatywną odpowiedzią czy odmówieniem mi tego, o co proszę. Mam jednak alergię na fakt, gdy ktoś słyszał/czytał moje pytanie, ale - śmiejąc się - w ogóle na nie nie odpowie. Za każdym razem mam ochotę pobić się z taka osobą, byle by tylko uzyskać jakąkolwiek reakcję. I mam w poważaniu, że ten ktoś mnie wtedy znienawidzi. I za każdym razem słyszę argument w stylu "no jak nie odpowiadam to znaczy że nie". Nie, jak nie odpowiadasz tzn, że nie szanujesz mojej osoby. Czy naprawdę niektórym tak ciężko zrozumieć, że skoro "oni mogą mieć kogokolwiek w dupie", to ten ktoś może w tej dupie nie chcieć być? Brak odpowiedzi to nie brak zgody, a zwykłą burakowatość jak dla mnie.
Dodaj anonimowe wyznanie