#GsBei

Kiedy chodziłam do gimnazjum, pani od historii kazała każdemu z uczniów przygotować referat na różne wybrane tematy. Było to zadanie na ocenę, a że w tamtym okresie byłam radykalną kujonką, postanowiłam przygotować się do tego zadania wyjątkowo profesjonalnie. Spędziłam niezliczoną ilość godzin w bibliotece, wyryłam na blachę daty, nazwiska, a nawet dwa dni ćwiczyłam mój monolog przed lustrem. Wszystko to, aby przez tę krótką chwilę zabłysnąć i zgarnąć szóstkę za swój oratorski popis.

Kiedy zostałam wywołana do tablicy, powoli, dostojnie przeszłam przez salę, odchrząknęłam, wzięłam łyk wody z mojego bidonu i… zakrztusiłam się. Usiłowałam coś powiedzieć, ale zamiast tego z mojego gardła wydobywał się dźwięk w stylu „Khyrrr, rrryhhhg… Phryyy...”, z nosa zwisał długi glut, a z oczu leciały łzy. Pani zlitowała się nade mną, wstawiła mi czwórkę i kazała iść do łazienki ogarnąć się.
W życiu nie czułam się tak zażenowana.

#zMnLU

Przez dwa lata spotykałam się z dwoma facetami i przez cały ten czas żaden z nich nie dowiedział się o tym drugim.

Pierwszy z nich, Stefan, to mój najlepszy przyjaciel. Znamy się od dziecka, razem dorastaliśmy i zawsze był dla mnie jak starszy brat. Mamy identyczne poczucie humoru, mnóstwo wspomnień, wakacji, podróży, wypadów w góry, nocy z gitarą przy ognisku.
Kiedyś wyznał mi, że mnie kocha i jestem jedyną kobietą, z jaką może stworzyć związek. Ja nie potrafię myśleć o nim inaczej niż o przyjacielu, kocham go i jest jedną z najważniejszych dla mnie osób, ale nie czuję do niego nic romantycznego, żadnego fizycznego pociągu. Porozmawialiśmy szczerze i jakoś to przepracowaliśmy, choć było ciężko. Zostaliśmy przyjaciółmi, choć on nigdy nie ukrywał, że wciąż chciałby czegoś więcej.
Spotykaliśmy się często, minimum raz w tygodniu, choć bywało, że widzieliśmy się codziennie przez dwa tygodnie. Mimo bliskich relacji, zawsze miałam opory przed powiedzeniem mu, że kogoś poznałam. Nie chciałam go zranić ani stracić najbliższego i jedynego przyjaciela. Przez dłuższy czas tak się zdarzało, że moje relacje kończyły się bardzo szybko, nie potrafiłam wejść w poważny związek, więc tym bardziej uważałam, że nie warto wspominać o tych krótkich romansach Stefanowi.
Do czasu aż poznałam Kubę. Był zabawny i inteligentny, a ja od razu się zakochałam. Na początku nie chciałam mu mówić o bliskiej relacji z moim przyjacielem, nie wiedziałam jak zareaguje, jakie ma podejście do przyjaźni damsko-męskich, czy nie będzie zazdrosny. No i nie byłam pewna, czy to nie jest kolejny niewypał, który skończył się po miesiącu. Ale czas mijał, a ja angażowałam się coraz bardziej. Jednocześnie coraz trudniej było się przyznać. Nie wiedziałam jak wytłumaczyć jednemu i drugiemu, dlaczego przez tak długi czas ukrywałam dwie poważne relacje. I tak to trwało przez 2 lata.

Najdziwniejsze jest to, jak udawało mi się pogodzić częste spotkania z obojgiem. Dziwnym zbiegiem okoliczności, to oni zawsze ustawiali spotkania tak, że się mijali, ja nie musiałam nic robić. Bywało, że Kuba wychodził, a 10 minut później Stefan pisał, że jest w okolicy i czy może wpaść na kawę. Zdarzało się, że jeden odwoływał spotkanie, bo coś mu wypadło, a za chwilę drugi dzwonił, że ma wolny wieczór i czy nie chcę gdzieś wyjść. Nigdy nie zdarzyło się, bym to ja musiałam wybierać między spotkaniem z jednym lub drugim lub bym musiała coś odwoływać.
Czasem nawet zastanawiałam się, czy oni się przypadkiem nie znają i nie robią tego specjalnie, bo takie zbiegi okoliczności były wręcz nieprawdopodobne.

Z Kubą się rozstałam po dwóch latach, ze Stefanem wciąż się przyjaźnię, a on nadal nie wie, że byłam w związku.

Wiem, że kłamstwo jest złe, że nie powinno się oszukiwać ludzi, których kochamy, ale z perspektywy czasu nie żałuję, że nie powiedziałam o tym Stefanowi. Ten związek to przeszłość, a niestety jestem niemal pewna, że zniszczyłoby to nasze relacje i przyjaźń.

#pv0qc

Moja koleżanka Liliana cudem uniknęła porwania. Kilka lat temu wracała z podstawówki i gdy była w miejscu pozbawionym domów (na naszej wsi jest sporo takich obszarów), zatrzymało się obok niej luksusowe auto. Kierowcą była młoda kobieta. Powiedziała, że stuka jej coś w silniku albo kole i szuka warsztatu. Lili próbowała wytłumaczyć jej drogę do najbliższego mechanika, ale to kilka miejscowości dalej. Na drodze nie było nikogo innego, a kobieta powtarzała, że sobie nie poradzi i tam nie trafi. W końcu poprosiła, by Liliana z nią pojechała. Lili nie chciała, bo wiedziała, że oberwie jej się za spóźnienie na obiad. Nie zgodziła się. Kobieta namawiała i namawiała, aż w końcu zaczęła wyzywać Lilę, wysiadła z samochodu i próbowała ją wciągnąć siłą. Koleżanka kopnęła ją i zaczęła uciekać w kierunku lasu. Kobieta próbowała ją gonić, ale po chwili odpuściła. Po dobiegnięciu do lasu Lili musiała chwilę odpocząć. Kucnęła i obserwowała co wydarzy się na drodze. Do kobiety podjechało inne, większe auto. Wysiadło z niego 3 mężczyzn. Kłócili się, babka wymachiwała ręka w stronę lasu, ale po chwili wsiadła do swojego samochodu i odjechała. Faceci pojechali w kierunku, z którego przyjechali. Lili znów zaczęła uciekać i jakoś dobiegła do swojego domu.

Nie wiem co by się stało, gdyby wsiadła do auta tej kobiety. Pewnie ślad by po niej zaginął.

#I4xj4

Mam 16 lat i nienawidzę mojej mamy.

Wszystko zaczęło się od tego, że w podstawówce nie byłam zbytnio lubiana. Uważano mnie za cichą, przykładną uczennicę.

Potem poszłam do gimnazjum i lepiej się "zaaklimatyzowałam", chociaż klasa została ta sama. Doszło tylko kilku nowych uczniów. Poznałam koleżanki, z którymi świetnie się dogadywałam. I kiedy stałam się bardziej otwarta i towarzyska, to moja matka starała się mnie ośmieszyć. Potrafiła przyczepić się nawet do źle związanych włosów, czy do tego, że od razu nie odpowiedziałam na jej wiadomość.

Któregoś razu mieliśmy wycieczkę. Moja matka wyjęła walizkę z samochodu i chciała ją za mnie nieść. Powiedziałam jej, że nie jestem małym dzieckiem i mogę to sama zrobić, a ona się obraziła. Po prostu odwróciła się na pięcie i bez pożegnania wsiadła do samochodu, trzaskając drzwiami. Widziała to inna mama i było mi wstyd.

Inna sytuacja. Kiedy zaczęłam dojrzewać, musiała przy dosłownie KAŻDYM spotkaniu rodzinnym pytać się mnie przy innych, czy już dostałam okresu. Strasznie się z tym też afiszowała i obgadywała mnie ze swoją koleżanką (której nie lubię, ale to już jest temat na inne wyznanie). Dlatego jak w wieku 11 lat dostałam okresu, to nic jej nie powiedziałam, bo bałam się, że będzie to rozgadywać i zacznie się ze mnie nabijać. Dowiedziała się przez przypadek dopiero dwa lata po fakcie.

Jeśli udało mi się coś osiągnąć w konkursach, to mówiła, że to przypadek. Nawet jeśli było to pierwsze miejsce. Jeśli usłyszałam pochwałę od cioci i wujka, to robiła zdziwioną minę i mówiła, że takie osiągnięcie to nie osiągnięcie.

Zaczęłam mieć tego dość jakoś przed trzecią klasą gimnazjum. Nie potrafiłam dłużej się z nią kłócić, więc żeby jakoś sobie ulżyć, cięłam się. Oczywiście w takich miejscach, żeby nikt tego nie zauważył.

Teraz jestem w pierwszej klasie liceum. Nigdy nie miałam dobrej wagi. Udało mi się w końcu trochę przytyć, z czego jestem bardzo dumna. Oczywiście moja matka stwierdziła, że się spasłam i wyglądam jak świnia. Dodam tylko, że ona sama ma niezłą nadwagą i jeśli zostanie tylko pięć minut do obiadu, to nie umie wytrzymać i musi zjeść kanapkę. Kiedy jej to wypomniałam w swojej obronie, to obraziła się i dostałam szlaban na tydzień.

To jest tylko przykład kilku sytuacji, których niestety było więcej. Mam jej już naprawdę dosyć. Rządzi moim życiem, obraża mnie, obgaduje i w ogóle nie szanuje. Wprost nie mogę się doczekać kiedy skończę 18 lat i będę mogła się wyprowadzić. Zostały mi tylko dwa lata tych męczarni. W tym wszystkim najbardziej szkoda mi mojej babci, którą kocham, ale będę musiała ją zostawić.

#EBgs5

Moja mama zadzwoniła do mnie i zapytała, czy wszystko dobrze i czy jakoś się trzymam. Byłam trochę zaskoczona tym nagłym, bezpodstawnym przypływem troski, więc zapytałam o co chodzi. Wtedy powiedziała mi, że chciała sprawdzić, jak sobie radzę po zerwaniu z chłopakiem.

Okazało się, że mój chłopak poinformował o naszym rozstaniu wszystkich, poza mną.

#KrnJQ

Rozmawiałam z moją ciocią i zeszło na temat różańców majowych. A zwłaszcza o jednym w szczególności. Na takie różańce chodzą zazwyczaj starsze panie albo ludzie bardziej pobożniejsi, zresztą wiecie na pewno jak to wygląda.
Uczestniczyła w tym też także pewna pani, która ma padaczkę i w trakcie dostała ataku. Ciocia opowiadała, że parę osób, które wiedziały jak pomóc, trzymało tę kobietę tak, aby podczas ataku nie zrobiła sobie krzywdy.
Na moje pytanie, czy przerwali odmawianie modlitwy, ciocia pokręciła głową.

A teraz wyobraźcie sobie, że wracacie skądkolwiek, niebo w maju zachmurzone, godziny grubo popołudniowe, a pod krzyżem leży trzęsąca się kobieta, jedni ją trzymają, a pozostali nad nią się modlą.

#x0z6c

Pamiętam, że od zawsze każdy wywierał na mnie presję religijną.
Masz być taka, masz robić to, masz nie robić tego, masz nie być taka, masz żyć tak, masz myśleć tak itp.

Pamiętam też, że nigdy nie chciałam dać się zamknąć w szufladce i spełniać wymagań innych. Jeśli ktoś czegoś ode mnie wymagał, ja robiłam zwykle na odwrót, przez co spotykałam się z dezaprobatą. Po prostu zawsze chciałam i chcę nadal żyć w zgodzie ze sobą, a nie żyć tak jak chcą inni.
Wychowywałam się w rodzinie wierzącej obracającej się w takim samym towarzystwie osób wierzących. I nie to, żebym ja stała się przez to ateistką, bo na swój sposób wierzę w Boga. Ale uważam, że większość tych wierzących ludzi przesadza już z wywieraniem presji na innych.

Przykłady?
Zawsze chciałam mieć kolorowe włosy i jak już pofarbowałam je na różowo i niebiesko, to spotkałam się z presją, że mam zmienić na normalny kolor, bo to się Bogu nie podoba. A skąd niby wiadomo, że się Bogu nie podoba, skoro w czasach biblijnych nikt nie farbował włosów na kolorowo i nie ma o tym wzmianki, czy się podoba czy nie? Jeszcze jakieś 100 lat temu kobietom nie pozwalano chodzić w spodniach, bo rzekomo to się Bogu nie podobało, a dziś kobieta w spodniach to normalna sprawa i nikt się nie bulwersuje.
Drugi przykład to związek.

Jestem z facetem bez ślubu i oczywiście jest nacisk na ślub. Ale nikt nie spyta, czy my tego ślubu chcemy. Nie. Mamy brać ślub, bo oni tego chcą, bo tak trzeba, bo Bóg tak chce. Znam sporo małżeństw w religijnych rodzinach, które brały ślub ledwie po pół roku znajomości, tylko po to, żeby mogli "legalnie" razem zamieszkać i nie spotkać się z dezaprobatą wierzących znajomych. Po ledwie paru miesiącach mieszkania ze sobą wychodziły takie historie, że on ją bił albo ona znęcała się nad nim psychicznie, albo nie mogli się dogadać, bo każde chciało żyć inaczej, albo zwyczajnie nie pasują do siebie - no zdarza się. Ale rozwodu nie wezmą, bo wstyd, bo co powiedzą ludzie, bo Bogu się rozwody nie podobają. Więc będą się męczyć ze sobą dla zasady, po to żeby inni nie gadali, żeby się nie czepiali (znam osobiście kilka takich małżeństw, które wiele by dały za możliwość rozwodu, ale im wstyd przed wierzącą społecznością).

Jestem zdania, że Bóg chce, byśmy byli szczęśliwi. A skoro mnie uszczęśliwiają moje różowo-niebieskie włosy, rysowanie półnagich kobiet czy ubieranie się na czarno z akcentami typu łańcuchy, ćwieki, falbanki, koronki, gorsety itp. (bez akcentów typu odwrócone krzyże czy pentagramy), to dlaczego mam się zmieniać, skoro to czyni mnie szczęśliwą? Mam być do końca życia nieszczęśliwa, bo inni wierzący tak chcą, bo im się nie podoba to jak żyję?
Nie, nie zamierzam się zmieniać dla innych ludzi, będę żyć po swojemu.

#tRJOl

Działo się to pięć lat temu, chodziłem wtedy do ogólniaka, byłem bardzo lubiany w klasie i wiele dziewczyn chciało się ze mną umawiać. Co dziwne, większość z nich działała mi na nerwy swoim głupim i zdzirowatym zachowaniem, ale nie dawałem tego po sobie poznać. W mojej klasie była też ona - cicha, pulchna dziewczyna, którą tu będę nazywał Olą. Była zupełnie inna od tych pustych, wrednych dziewuch. Lubiła się uczyć, często służyła pomocą i nie słyszałem, by obrażała nawet osoby śmiejące się z niej, czyli praktycznie każdego w klasie. Drwiny pod jej kierunkiem padały od samego rana do końca zajęć. Świnia, grubas, ulaniec. Kilka razy widziałem, że gdy Ola wraca do domu, to często płacze. Ja niestety również się z niej śmiałem, chociaż mam wrażenie, że i tak najmniej.

Ola w pewnym momencie przestała chodzić do szkoły, nie wiem dlaczego, ale zmartwiło mnie to i w sobotę do niej poszedłem. Dużo osób wiedziało, gdzie ona mieszka, bo przychodzili pod jej okna, by i tam pokrzyczeć na nią wyzwiska. Co dziwne, wpuściła mnie do swojego domu. Wtedy też dowiedziałem się dlaczego dużo je i nigdy nigdzie nie wychodzi. Jej mama była w stanie wegetatywnym. Nie poruszała się, leżała z otwartą buzią i patrzyła się w przestrzeń. Ola pomagała babci w opiece nad mamą i zajadała smutki. Pogadałem wtedy z nią, nie była do mnie uprzedzona.

Od tego momentu przychodziłem do niej bardzo często i chyba się zakochałem. Jej babcia bardzo mnie polubiła, piekła mi ciasta i próbowała wciskać drobne na słodycze. No i tak wyszło, że raz podczas oglądania filmu pocałowaliśmy się. To jednak nic nie zmieniło, w szkole udawałem, że nic nas nie łączy, a ona chyba to rozumiała. Przestałem się jednak śmiać, gdy ktoś ją obrażał, a to nie uszło uwadze mojej klasy.

Któregoś dnia, gdy nauczycielka wyszła z klasy, jeden z chłopaków zażartował, że chyba zakochałem się w wielorybie. Wszystkie oczy spoczęły na mnie. Nie wiedziałem co powiedzieć, wiedziałem, że gdy się przyznam, stracę pozycję w klasie, szacunek i też będę wyśmiewany. Dlaczego wtedy nie rozumiałem, że to wszystko jest naprawdę nieważne? Palnąłem coś głupiego, nie pamiętam dokładnie co, ale mocno wyśmiałem i obraziłem Olę, a na koniec powiedziałem, że takiej świni przecież nie da się pokochać. Klasa podchwyciła i przez następne kilka minut poleciało w stronę Oli mnóstwo obelg, jedna z dziewczyn nawet podeszła i ją szarpnęła. Ola pozbierała swoje rzeczy i wybiegła z klasy. Nie wróciła już na żadną lekcję.
Gryzły mnie wyrzuty sumienia, więc następnego dnia po lekcjach chciałem iść i ją przeprosić, ale gdy wróciłem do domu odłożyć plecak, zobaczyłem jej babcię pod moimi drzwiami. Chłodnym głosem oznajmiła mi, że Ola nie żyje.

Nadal się z tym nie pogodziłem.
Dodaj anonimowe wyznanie