Jako biedny, acz ambitny student, postanowiłem pójść do pracy dorywczej, bo wiadomo: lata lecą, a człowiek chce żyć na jakimś poziomie już od najmłodszych lat, z kolei starzy coraz mniej chętni do dawania kasy.
Przeżyłem dosyć spory szok, gdy po pójściu do baru i zapytaniu o jakąś pracę usłyszałem wyrok "15 zł za godzinę". To było wystarczające, by plany o prawdziwej pracy porzucić w zapomnienie. Zacząłem więc zastanawiać się, jak by tu dorobić jakieś sensowne pieniądze. I w ten oto sposób zaczęła się moja przygoda z najstarszym zawodem świata.
Byłem i nadal jestem młody i dosyć atrakcyjny, nieciężko było znaleźć zainteresowanych. Wszyscy to, rzecz jasna, mężczyźni. Ale to zupełnie nieważne, ponieważ w końcu zacząłem zarabiać kasę kosztem minimalnego wysiłku, wystarczy być czarującym i gotowym. A faceci potrafią być naprawdę zdesperowani, i mówię tu głównie o tych w związkach, bo to oni najczęściej skomlą o spotkanie.
Typowy obraz takiego faceta: w małżeństwie z kobietą, w wieku średnim.
Nierząd może i jest ogólnie tępiony, ale mężczyźni na ciśnieniu potrafią zachowywać się jak najlepsi kochankowie. Starsi chyba już po prostu tak mają, że lubią poczuć się jak z partnerem, a nie de facto z prostytutką. Co mi oczywiście pasuje, bo chyba każdy woli miłą atmosferę, wspólne picie winka, jakieś sensowne męskie rozmowy niż puste ruchanie.
Aż w końcu trafił mi się ON... Gość, który przekroczył granice.
Ziomek mocno po pięćdziesiątce, ale nie przeszkodziło mu to w wyrwaniu panny niewiele starszej ode mnie (laska ma 24 lata i studiuje jakieś prawo, administrację czy coś takiego). Nie to, że on jej płaci, dziewczę po prostu lubi typ daddy. Zdziwiło mnie to, myślałem, że takie dziewczyny nie istnieją. Ale jeszcze bardziej zdziwiło mnie, gdy zapraszał mnie do ich wspólnego mieszkania, podczas gdy ona była w pracy. W sensie, bardzo to ryzykowne. Ale myślałem sobie, że nie moje życie, nie moje sprawy, ja tu jestem tylko dla kasy. Płacił sporo, bo 300 od spotkania.
Z gościem spotykam się od około pół roku i na początku mieliśmy naprawdę fajną relację. To taki typ ziomka, co lubi się wygadać, lubi się też trochę popisać i oczekuje poklasku. Dla kasy jestem w stanie zrobić wiele, wobec czego schlebiałem mu jak chciał i wysłuchiwałem jego bzdetów. Nie jestem głupi, wiem, że przywiązał się do mnie. Zaczęło się od bardzo intymnych SMS-ów, a zakończyło na zapraszaniu do mieszkania "nie na seks, tylko na rozmowę". No ale okej, przecież to nawet jest miłe... Niestety, zaczął ostatnio być mocno zazdrosny. Nie podoba mu się, że nie jest jedynym, z którym się spotykam, a ostatnio zaczął nawet walić tekstami, że na tym etapie powinienem do niego przychodzić, nie oczekując pieniędzy, bo zależy mu na mnie.
Rzygać mi się chce na samą myśl. Ludzie są bezczelni.
Jakiś czas temu się zdarzyło, że miałam okres, gdy nocowałam u swojego chłopaka. Jako że nie posiada on kosza w łazience, a do tego kuchennego nie chciałam wyrzucać zużytych tamponów (mój chłopak mieszka ze współlokatorem i jakoś głupio bym się czuła, gdyby otworzył kosz i zobaczył moje tampony, tym bardziej że mam obfity okres i bez względu na to, jak bardzo owinę tampon papierem, to on i tak przesiąka. W każdym razie sam powód mojego postępowania nie ma żadnego znaczenia dla tego wyznania, ale wiem, że uwaga na temat tego, że mogłam jej wyrzucić w kuchni, na pewno by się pojawiła ;)), więc wkładałam te tampony do reklamówki. Już wcześniej kilka razy tak robiłam, a reklamówkę wyrzucałam później w domu albo gdzieś po drodze.
Byłam u chłopaka od piątku do niedzieli, więc trochę się ich przez te trzy dni uzbierało.
W niedzielę, gdy wychodziłam, jak zwykle wzięłam worek ze sobą (chłopak zaproponował, że wyrzuci go po prostu do kosza, ale skoro i tak już szłam, to stwierdziłam, że równie dobrze mogę wyrzucić je sama).
W drodze do domu postanowiłam jeszcze wstąpić do sklepu na zakupy.
Nie wiem jak to się stało, szłam sobie przez sklep, wybierałam produkty, w uszach miałam słuchawki, śpiewałam sobie pod nosem piosenki i kompletnie zapomniałam o tych zużytych, zakrwawionych tamponach, które miałam w torebce.
Byłam już przy kasie, pani kasjerka skanowała moje produkty, ja jedną ręką wygrzebywałam kartę z portfela i przykładałam ją do terminalu, a drugą wymacałam reklamówkę w torebce i pomyślałam, że super się składa, że ją mam, bo przyda mi się na zakupy.
I stało się właśnie to: wyciągnęłam reklamówkę, a cała jej zawartość, czyli jakieś 20 zużytych, śmierdzących tamponów, wysypało się na podłogę.
Jeszcze nigdy w swoim życiu nie czułam takiego wstydu i zażenowania. Nigdy.
Zbierałam te tampony tak szybko, że gdyby istniał konkurs w zbieraniu tamponów na czas, to na pewno bym go wygrała. Wokół panowała cisza, ludzie z kolejki się na mnie gapili, kasjerka aż otworzyła buzię ze zdziwienia, ktoś się rzucił do pomocy, ale gdy zobaczył co mi się wysypało, to cofnął się z obrzydzeniem. Nie pozbierałam nawet swoich wszystkich zakupów, złapałam tylko za słoik z sosem do spaghetti i wybiegłam w te pędy. Zapomniałam o makaronie i serze, więc i tak tego dnia spaghetti nie było.
To był mój ostatni raz w tym sklepie. Coś czuję, że pracownicy tak szybko o mnie nie zapomną.
Parę razy natknąłem się na tej stronie na wyznania, w których autor opisywał, jak to dowiedział się, że jego siostra jest tak naprawdę jego matką. Moja historia idzie w drugą stronę – niedawno odkryłem, że kobieta, którą całe życie traktowałem jak matkę, jest tak naprawdę moją przyrodnią siostrą.
Pierwszy mąż mojej biologicznej matki zginął w wypadku w czasie, jak jeszcze była w ciąży. Kiedy na świat przyszła moja siostra, w opiece nad nią pomagali jej dziadkowie z obu stron. Niestety i oni w ciągu kilku następnych lat poumierali, i tak jeszcze przed ukończeniem podstawówki siostra z matką zostały praktycznie same (ani matka, ani jej mąż nie mieli żadnej innej rodziny).
Kiedy moja siostra miała 14 lat, moja matka poznała mojego ojca. Pobrali się mniej więcej dwa lata później, matka z siostrą przeprowadziły się z wynajmowanego lokalu do mieszkania mojego ojca, a po niedługim czasie moja matka zaszła w ciążę. Niestety, pojawiły się jakieś komplikacje, i o ile mnie udało się szczęśliwie przyjść na świat, matka nie przeżyła porodu.
Siostra opisywała mi później (kiedy już o wszystkim mi powiedzieli), jak bardzo była przerażona tą wiadomością. Miała zaledwie 17 lat, nie wiedziała, co z nią teraz będzie, najbardziej obawiała się, że nie będzie miała gdzie się podziać. Mojemu ojcu jednak nawet przez myśl nie przeszło, żeby ją wyrzucić z domu, toteż skorzystała z okazji i została z nami.
Nie wiem, czy to żałoba po osobie, którą oboje kochali, opieka dzielona nade mną, czy też po prostu wspólnie spędzony czas sprawił, że między nimi z czasem zaczęło pojawiać się uczucie. Jako że nie uzyskali zgody na zawarcie małżeństwa (w świetle prawa, pomimo śmierci matki, moja siostra nadal pozostawała pasierbicą mojego ojca, zatem aby mogli wziąć ślub, potrzebne było zezwolenie sądu), żyli przez cały czas w – jak to się mówi – nieformalnym związku.
Od początku wiedziałem, że kobieta, która wspólnie z moim ojcem mnie wychowuje, nie jest moją prawdziwą matką, żadne z nich tego przede mną nie ukrywało. Wiedziałem, że moja matka nie żyje i że zmarła przy porodzie, dziwiło mnie tylko, skąd moja „macocha” ją znała (podejrzewałem, że były wcześniej koleżankami czy coś w tym stylu). Ale przyznam, że informacja, iż osoba, którą mimo wszystko przez 18 lat traktowałem jak matkę, jest tak naprawdę moją starszą przyrodnią siostrą (a co za tym idzie, że moje dwie młodsze przyrodnie siostry są jednocześnie moimi siostrzenicami), dosłownie zwaliła mnie z nóg.
Od zawsze byłam szczupła i niska, teraz jako dorosła kobieta noszę ubrania w rozmiarze 36, a buty 38.
Oglądałam niedawno swoje zdjęcia ze szkolnych lat. Na większości z nich byłam w za dużych ubraniach, jakie kupowała mi mama. Do dziś pamiętam za szerokie spodnie z za długimi nogawkami - aby nie spadały mi z tyłka, spinałam je na ciasno paskiem i podwijałam nogawki. Bluzy rozmiar L sięgające do kolan, z za długimi rękawami. Kiedy protestowałam i prosiłam mamę, by kupowała mi ubrania w moim rozmiarze, słyszałam tylko, że i tak za kilka miesięcy urosnę i szkoda będzie wyrzucać niezniszczone ciuchy.
Z butami była podobna sytuacja, w 6 klasie musiałam chodzić w burach o rozmiarze 40 i znów te same argumenty, że urośnie mi stopa i buty będą w sam raz.
I tym sposobem nigdy nie miałam dopasowanych ubrań i wyglądałam jak siedem nieszczęść.
Z moim mężem znamy się około 4 lat, od roku jesteśmy małżeństwem. Nasz związek nigdy nie należał do tych łatwych, bo Mateusz jest mężczyzną po przejściach. Miał bardzo trudne dzieciństwo przez rodziców alkoholików, co doprowadziło do depresji. Na dodatek 5 lat temu pochował swoją pierwszą żonę, która zmarła przy porodzie, przez co choroba się strasznie pogłębiła. Tylko on wie jak trudną i długą drogę pokonał, by być w tym miejscu, gdzie jest obecnie. Nie poddał się, wyszedł z najgorszego i teraz z pełną szczerością mówi, że pokochał swoje życie na nowo. Jestem z niego bardzo dumna, choć nadal jest pod opieką specjalistów.
Nie będę mówić jak ciężkie były początki naszego związku, jak ciężko było nam zbudować coś naprawdę trwałego i prawdziwego. Ale udało nam się! W naszym związku zaufanie jest najważniejsze, nie mamy przed sobą zupełnie nic do ukrycia. A ja ostatnio jestem wręcz rozdarta i żałuję, że zrobiłam pewną rzecz...
Zacznę od tego, że nie potrafię szczerze pokochać jego dzieci. Akceptuję je, cieszę się, że one są, dbam o nie. Jednak... One są dla mnie tak obce, że aż mnie to przeraża. Nie widzę w nich żadnej części Mateusza. Żadnej. Zachowanie, wygląd, zainteresowania... Nie ma w nich absolutnie żadnego podobieństwa z ojca. On sam mówi, że ciężko mu było pokochać młodszą córkę, bo na początku to ją obwiniał o śmierć jego miłości. I przyznał też, że ma problem z okazaniem miłości również starszemu synowi. Od samego początku odnosiłam dziwne wrażenie, że to niemożliwe, by dzieci nie były podobne do żadnego członka rodziny Mateusza. Im są starsze, tym bardziej to widać. Powiedziałam o tym mężowi. On się oburzył i powiedział, że wie co sugeruję i powinnam się wstydzić, że Anetę podejrzewam o coś tak okropnego, że ona by mu nigdy tego nie zrobiła, bo ją znał i oni byli szaleńczo w sobie zakochani. Cóż, ileż będę rywalizować z tą idealną?
Jednak nie mogłam się powstrzymać przed zrobieniem testów na ojcostwo. W duchu nienawidziłam siebie za to, że to robię, ale musiałam w końcu poznać prawdę.
Zarówno córka, jak i syn, nie są jego dziećmi. Mimo wszystko chciałam, by te moje obawy były niesłuszne, tak bardzo chciałam się mylić. A jednak wyszło, że Aneta zdradzała go na każdym kroku. Wcześniej pytałam ich wspólnych znajomych jak to było naprawdę, ale nikt nie chciał niczego złego powiedzieć na temat zmarłej żony Mateusza. Nie wiem co z tym zrobić. Jestem załamana... Nie potrafię o tym powiedzieć mężowi, on się załamie i tym razem się nie podniesie. A jednocześnie nie potrafię tego przed nim ukrywać. On widzi, że coś jest nie tak, dopytuje. A ja milczę. Jestem wobec niego bardzo lojalna, chciałabym to jemu najpierw o tym powiedzieć, ale boję się. Planowałam iść do jego psychiatry po poradę, ale nadal mam obawy. Jestem w totalnej rozsypce.
Mam żonę, Izę z którą mam 16-letnie bliźniaki - córkę i syna. Moja żona ma jeszcze 18-letniego syna z poprzedniego związku, z ojcem dziecka rozstali się, kiedy jeszcze była w ciąży. Konrad (czyli syn żony) od zawsze sprawiał problemy wychowawcze (zresztą jak się dowiedziałem, tak samo jak jego ojciec za młodu), teraz wagaruje, pije, pali, ćpa - jakiś czas temu znalazłem w jego spodniach zioło, kilka razy wrócił do domu w stanie wskazującym na wzięcie czegoś mocniejszego, wydaje mi się, że nawciągał się jakichś prochów. Żona i Kuba (ojciec Konrada) zachowują się tak, jakby nic się nie działo. Każdy jego wybryk czymś usprawiedliwiają. Kiedy znalazłem u niego to zioło i powiedziałem mu, że w moim domu nie ma ćpania, żona stwierdziła, że "pojechałem po bandzie" i że "przesadzam", a tak w ogóle to każdemu nastolatkowi zdarzyło się kiedyś zajarać blanta i nie ma powodu, żeby robić aferę. Iza sama święta nie jest, znam jej przeszłość - lubiła sobie zajarać, i to często, albo pójść w 3-dniowy melanż. Ja jestem introwertykiem, niezbyt towarzyskim, lubię od czasu do czasu napić się dobrego alkoholu, poza tym żadnych używek. Myślałem, że Iza przy mnie ogarnęła się i dorosła, ale teraz widzę, że przymyka oko na akcje swojego syna, bo sama ma trochę za uszami i nie chce wyjść na hipokrytkę przed samą sobą.
Konrad jest zapalonym grafficiarzem (i ma chłopak talent - po swoim ojcu), ale jakiś czas temu razem ze swoimi dwoma kumplami zrobił graffiti na murze szkoły. Oczywiście miał "pogadankę" z Izą i Kubą, ale po wszystkim Iza stwierdziła, że "źle zrobił, ale mur tej szkoły był paskudny, a chłopaki przynajmniej machnęli na nim ładne graffiti i ten dyrektor to tak naprawdę powinien im podziękować" - ręce opadają.
Już myślałem, że nic mnie bardziej nie wkurwi, ale synalek mojej żony ostatnio upił moją 16-letnią córkę, wrócili do domu w środku nocy, Kaja ledwo stała na nogach. W tamtym momencie miałem ochotę przypieprzyć temu gnojowi z całej siły. Iza standardowo "nikt nie jest święty, Kaja będzie miała kaca i nauczkę na przyszłość".
Mam dość tego gówniarza, bo za traktowanie go jak drugiego syna dostałem w zamian brak szacunku, a i moje relacje z żoną są coraz gorsze. Czekam, aż Iza wróci z pracy i zamierzam postawić jej ultimatum - albo jej syn się wyprowadza do ojca, albo to koniec naszej rodziny - nie pozwolę, żeby nasze dzieci zeszły na złą drogę.
Miałem małą stłuczkę - wjechałem w rowerzystę (przysięgam, dosłownie wyrósł spod ziemi!). Spanikowany wyskoczyłem zza kierownicy i zobaczyłem, że leży tuż przed zderzakiem, nieprzytomny. Pochyliłem się nad nim, żeby sprawdzić puls... w tym momencie facet zerwał się na równe nogi, krzyknął: "Ha! myślałeś, że jestem martwy, dupku!", po czym uderzył mnie w twarz, wsiadł na rower i odjechał.
Żałuję, że mam siostrę.
W sumie nie taką zwykłą siostrę, bo chorą na zespół Downa.
Większość postrzega takie osoby jako "całkiem normalne" w porównaniu do innych niepełnosprawności, a prawda taka, że każdy przypadek jest odmienny pod wieloma względami.
Są osoby z trisomią, z którymi normalnie porozmawiasz, pójdziesz na kawę, i takie, które staną na środku drogi i będą stać, a jak podejdziesz, to dostaniesz w nos.
Nie ukrywam, siostra zmarnowała mi dzieciństwo i mojej mamie życie.
Mama dawniej była wysoko funkcjonującą kobietą, aktualnie z wiekiem coraz bardziej się zwija.
Miała dobra posadę, musiała z niej niestety zrezygnować i liczyć na zasiłek opiekuńczy i inne dodatki, które pozwalają na życie na niskim poziomie. W razie możliwości dorabia sobie, gdy siostra jest w szkole.
Ala ma 13 lat.
Jest agresywna - bije, kopie, rzuca przedmiotami, wszystkim dokucza, nie mówi. Ma problem z prostymi czynnościami dotyczącymi samoobsługi.
Bez pomocy nie poradzi sobie. Mama została z nią sama, ojciec jak dowiedział się o jej chorobie uciekł. Alimentów nie płacił. Wyparł się jej.
Nie mieszkam już z nimi, ale w miarę możliwości pomagam. Naprawdę boję się co będzie, gdy zostanę z nią sama. Wiem, że jako siostra z poczucia obowiązku powinnam się Alą zająć, ale czuję, że w głębi serca nie chcę tego robić i poświęcić się dla osoby, która nawet tego nie doceni.
Do ośrodka taką osobę oddać graniczy z cudem - nie ma miejsc, a jak miejsca nawet są, to kwoty są bardzo duże.
Jak poruszam ten temat z mamą, pomimo tego jak jest, nawet o tym nie myśli.
Inni w jej wieku mają już wymarzony odpoczynek, a ona do końca życia będzie musiała z poczucia obowiązku oraz matczynej miłości się nią zajmować.
I taka pani Godek będzie mówiła innym jak żyć...
Prawdopodobnie jakby mama dowiedziała się wcześniej, to Ali by nie było, a ja mam tylko nadzieję, że siostra umrze wcześniej od mamy, że pewnego dnia się nie obudzi.
Chociaż to naprawdę straszne co piszę i mam wyrzuty sumienia, na sercu mi lżej, że z kimś się tym podzieliłam.
Od dziecka byłem mocno nastawiany na naukę. Miałem się uczyć, żeby wg rodziców nie mieć brudnej pracy. Nauka nie sprawiała mi problemu, byłem mądrym dzieckiem, szybko łapałem wszystko co się do mnie mówiło. Świadectwa miałem z czerwonym paskiem. Ciągle był nacisk na naukę. Wyjazdy do rodziny - Anonek jest taki mądry, taki sprytny, taki zdolny, panie w szkole chwalą. Wszyscy w rodzinie mieli mnie za wzór, taki mądry i grzeczny. Pewnie będzie prawnikiem, lekarzem, naukowcem, dyrektorem, bankowcem, wynalazcą, kosmonautą, inżynierem. Ciągła presja ze strony wszystkich dookoła. Mam być ideałem. Dostałem 5, czemu nie 6? 98 na 100 punktów, czemu tak mało? Do żadnej dobrej szkoły się nie dostaniesz.
Wbrew temu czego by rodzice oczekiwali, poszedłem do technikum. Wolałem telewizory niż teorię. W technikum teorii było jednak coraz więcej. Miałem serdecznie dość nauki, wkuwania, teorii z pożółkłych kartek 60-letnich prowadzących. Szczerze powiem zacząłem się czuć głupi, bo przestałem rozumieć te wszystkie zagadnienia techniczne. Technikum przebrnąłem na czwórkach.
Później poszedłem na studia myśląc, że tam serio nauczę się jakiegoś fachu. Jednak dalej było kultywowane podejście żółtych kartek smutnych panów, którzy traktowali tę wiedzę jako niezbędną do życia. Kompletnie nie rozumiałem programu studiów i ich sensu. Brnąłem byle jak, byle warunek, byle 3. Zamiast uczyć się do kolokwiów i zaliczeń oglądałem filmiki z wykończeń mieszkań. Studia skończyłem po 7 latach, tylko dlatego, że szkoda mi było czterech odbębnionych semestrów. W międzyczasie znalazłem pracę przy wykończeniach. Najpierw targałem worki z klejem i wklejałem kable w bruzdy. Później doszedłem do poziomu samodzielnych robót, aż poszedłem na swoje.
Obecnie pracuję z dwoma osobami. Wykańczamy mieszkania. Praca wbrew pozorom nie jest taka brudna. Uwielbiam tę robotę i nie zamieniłbym jej na żadną inną. Nie powiem, chciałbym wracać do domu do żony po 8 godzinach, czysty i pachnący. Praca jest ciężka, bo często na kolanach, ręce w górze.
Ale co mam robić innego? To mnie pasjonuje. Teoria szkolna i presja ze strony rodziny obrzydziły mi edukację. Czułem się idiotą będąc po studiach i tak naprawdę nie czując swojego wykształcenia. Nie rozumiałem sensu fizycznego tej całej teorii, nie umiałem znaleźć odzwierciedlenia w życiu. Po co mi całki?! Więc układam płytki i kable w ścianach.
Kwalifikacje pozwalają mi na pracę w biurze - umiem w komputery i office. Angielski znam bardzo dobrze, hiszpański też liznąłem. Ale po co mi praca biurowa? Mam być chłopaczkiem z korpo pod krawatem, który ma wyrobić target i być takim trybikiem? Nigdy. Teraz mam wpływ na ludzkie życie i komfort, widzę efekty swojej pracy.
Ciepło się zrobiło, ptaszki śpiewają, słoneczko świeci. Z ładną pogoda większości ludzi kojarzy zapewne jakieś przyjemności, a mnie lato rok w rok przypomina o moim PTSD. Truskawkowym PTSD.
Ze cztery lata temu, będąc świeżo po szkole, chciałem dorobić sobie przed studiami. Nie miałem żadnego doświadczenia, a i okres pracy miał być niedługi, więc szukałem pracy w handlu. I tym właśnie sposobem zatrudniłem się u Janusza i to nie byle jakiego Janusza, bo w swojej dyscyplinie mógł uchodzić za Alfę.
U niego pracowałem przez parę miesięcy, sprzedając truskawki, i chciałem się podzielić z Wami, jak ten cyrk wyglądał.
1. "Polskie" truskawki: Polskie truskawki miały tyle w sobie polskości, że aż nią całe ociekały. A nabyły jej w Hiszpanii, gdy zbierali je Polacy, chcący sobie dorobić. Janusz na początku maja sprowadzał bardzo tanie, bardzo brzydkie i bardzo hiszpańskie truskawki, które nam kazał opychać jako te pochodzące z polskiej ziemi. Przesypywał je do typowych, drewnianych koszyków i zarabiał na nich krocie (jednak jednocześnie nigdy nie było go stać na wypłatę w terminie, ciekawy przypadek).
2. Wagi były źle wytarowane, tak by ważyły na korzyść Janusza. Średnio dodawały około 5-10 deko za każdym razem. Czyli jeśli Januszowi sprzedawaliśmy 500 koszyków dziennie, dawało mu to +/- 50 kilo owocu do przodu. Teraz pomyślcie na ile monet Janusz był w stanie oszukać ludzi, gdy cena truskawki wynosiła np. 10 złotych.
3. Odpady. Truskawek u nas praktycznie się nie wyrzucało, dopóki nie były zupełnie zgnite, czyli omszone na biało. Cała reszta, łącznie z tymi rozciapanymi i rozpuszczonymi, musiała wylądować w reklamówce klientów, bo jeśli nie miały na sobie pleśni, to Janusz obstawał za tym, że można je zjeść. Mniam.
Zwrotów Janusz nie uznawał.
4. Rozliczanie pracowników co do grosza. Dostawaliśmy określoną ilość koszyków i z ich sprzedaży na koniec dnia się rozliczaliśmy. Łubianka powinna mieścić w sobie 2 kg, ale często gęsto było tak, że brakowało w nich po parę deko już z samego rana (a z truskawki dodatkowo paruje woda pod wpływem ciepła, więc traci na wadze jeszcze więcej). Janusza jednak nigdy to specjalnie nie obchodziło, bo jeśli on stwierdził, że dał dwa kilo, to pieniądze miały się z tych dwóch kilo znaleźć. Przy sprzedaży paru koszy różnica była niewielka, ale zazwyczaj jednak schodziło ich po 400/500. Różnicę musieliśmy oddawać z prywatnych pieniędzy, co czasami przewyższało dniówkę, dlatego zaczęliśmy kombinować tak, żeby grosz się zgadzał. Czytaj oszukiwaliśmy klientów jeszcze bardziej, nie doważając.
Mam tych smaczków więcej, ale ograniczają mnie znaki. Jeśli spytajcie co jest w tym w ogóle anonimowego, to już spieszę z odpowiedzią: zdetronizowałem Janusza Alfę, metodycznie nasyłając na niego skarbówkę i sanepid.
To nic?
Janusz Alfa to mój wujek. :)
Dodaj anonimowe wyznanie