Dwa lata temu moi rodzice rozwiedli się. Miałam wtedy 17 lat. Rok potem mój tata poznał nową kobietę. Byłam szczęśliwa, że mu się układa. Zaprosił mnie na wspólny obiad, aby mnie z nią poznać.
Ubrałam się jak najlepiej, żeby zrobić dobre wrażenie i starałam zachowywać się bardzo uprzejmie. Podczas obiadu rozmawialiśmy o różnych tematach. Nowa partnerka taty miała na imię Ewa. Zapytała jak idzie mi w szkole i jak przygotowania do matury. Powiedziałam, że idzie mi bardzo dobrze i że nawet będę miała w liceum świadectwo z paskiem. Pogratulowała mi.
Ja, żeby zabłysnąć, powiedzieć coś śmiesznego powiedziałam: "Wiem, że nauka jest ważna. Nie chcę w przyszłości skończyć w McDonaldzie, albo w Biedronce".
W tym momencie tata i Ewa spojrzeli na mnie z powagą. Potem tata mi wyjaśnił, że Ewa pracuje w Biedronce. Przy następnym spotkaniu nie była już dla mnie taka miła...
Żałuję tego, że wzięłam ślub. Albo inaczej – żałuję tego, ile na niego wydałam.
Dwa lata temu, od razu po zaręczynach, rodzina mojego ówczesnego narzeczonego zadeklarowała się, że pomogą nam finansowo przy ślubie. Mieliśmy już dostać od nich mieszkanie i odmawialiśmy tej propozycji, jednak w końcu ulegliśmy. Dzięki ich wsparciu finansowemu ślub miał się odbyć o 2 lata szybciej niż zakładaliśmy.
Wzięliśmy kredyt na 30 tysięcy, by móc już wszystko rezerwować bez większego stresu. Resztę miała opłacić rodzina narzeczonego. Jak domyślacie się – tak się nie stało. Opłacili nam rzeczy za około 10 tysięcy, a obiecali nam 50 tysięcy. Wzięliśmy przez to kolejny kredyt. Inaczej większość zaliczek by się zmarnowała. Uznaliśmy, że możemy sobie na to pozwolić. Ja miałam stabilną pracę, tak samo narzeczony. Wylądowaliśmy zatem z kredytem gotówkowym na 80 tysięcy przy weselu na 50 osób.
Wesele odbyło się rok temu i wcale się nie zwróciło. W kopertach dostaliśmy niecałe 28 tysięcy. Dodatkowo samo w sobie było katastrofą – widziałam, jak źle ludzie się bawili. Na parkiet zaciągano gości niemal siłą. Po północy podsłuchałam rozmowę prawie 10 gości (byli na papierosie) jak kiepsko się bawią, jak to nie ma gier i ogólnie jest drętwo. Jak źle mam zrobiony makijaż i jak źle leży na mnie sukienka. Według nich chyba wszystko było źle.
Jakoś jednak dawaliśmy sobie radę po tym wszystkim. Tak jak mówiłam, miałam stabilną pracę, tak samo jak mój mąż. Pierwszy cios otrzymałam na kilka dni przed Bożym Narodzeniem. Nagła redukcja etatów w urzędzie spowodowała, że straciłam pracę w najgorszym możliwym miesiącu w roku. Pracę znalazłam na początku marca – przez koronawirusa jednak popracowałam niecały tydzień. Mojemu mężowi obcięli godziny i przez to również ma mniejszą wypłatę. Obecnie studiuję i płacę miesięcznie sporą sumę. Dochodzi do tego kredyt na ślub i samo życie (mieszkanie otrzymaliśmy od jego rodziny i żyjemy na swoim). Ledwo wiążemy koniec z końcem. Jestem wyczerpana.
Swego czasu podkochiwałem się w dziewczynie, która niestety miała chłopaka, lecz miałem z nią dobry kontakt. Często razem wychodziliśmy, przytulała się, łapała za rękę więc pomyślałem czemu by nie spróbować jej odbić.
Wszystko szło świetnie, tak mi się wtedy wydawało. Jej chłopak był starszy ode mnie, miał samochód, a ja dopiero co zrobiłem prawo jazdy. Ale postanowiłem nie być gorszy i jakoś zarobić na auto aby się przed nią pokazać. Nie chciałem kupować byle czego, celowałem w wyższą półkę cenową. Jako, że pracowałem popołudniami oraz czasem w weekendy, byłem normalnym pracownikiem z umową, więc bank zaoferował mi kredyt. Długo się nie oglądałem pożyczyłem 15 tys. zł. kupiłem Audi A3. Doinwestowałem trochę w wygląd samochodu oraz swój, ciuchy itp. Chciałem za wszelką cene się jej spodobać.
Po pewnej rozmowie z nią, w której ona uświadomiła mi że nie cierpi chłopaków, którzy zmieniają dziewczyny jak rękawiczki stwierdziłem, że skupie się tylko na niej. Dziwnym trafem gdy zacząłem się lepiej ubierać oraz wozić swoim nowym samochodem zaczęła się mną interesować moja dawna niespełniona miłość, lecz nie chciałem od niej nic aby nie speszyć tej nowej "przyjaciółki".
Umawiałem się z "przyjaciółką", podjeżdżałem nowym samochodem w nowych ciuchach, przez kilka tygodni zabierałem ją wszędzie. Pytała czy to nie jest problem odpowiadałem, że będę ją woził gdzie tylko będzie chciała.
Pewnego razu uśmiechnęła się i powiedziała, że jutro będzie miała dla mnie niespodziankę i czy mógłbym ją podrzucić w jedno miejsce. Zgodziłem się, podjechałem po nią, wyszła wystrojona w krótkiej spódnicy, umalowana, normalnie cud nie kobieta. Nie mogłem oderwać oczu. Trzymała w ręku jakąś paczkę i kazała jechać. Nie wiedziałem gdzie lecz ona pokazywała mi drogę. Gdy dojechaliśmy ona powiedziała, że musi wysiadać ale zostawia mi paczkę. Ja zbity z tropu zapytałem gdzie idzie odpowiedziała, że czeka na nią chłopak... Faktycznie poznałem jego samochód stojący na podwórku. Okazało się, że zawiozłem ją do jej chłopaka, co więcej chciała abym później ją stamtąd odebrał. No cóż załamałem się, ale postanowiłem sprawdzić co jest w paczce.
Było tam nasze wspólne zdjęcie z napisem "Najlepsi przyjaciele na zawsze"...
Dwa lata temu miałem dziewczynę, po trzech latach zaręczyny, łącznie związek trwał pięć lat. Ona była mocno wierząca, sam jestem wierzący i na początku mi to nie przeszkadzało, a nawet w jakimś stopniu cieszyło. Problem zaczął się, gdy zaczęła większość swojego czasu spędzać w kościele i to nie na modlitwie, tylko na plebanii - doradzić kupno innych ornatów, figury Matki Bożej itd. Była zafascynowana księżmi, jej matka również, razem zapraszały ich na niedzielne obiadki, ogniska itd. Ja też w nich uczestniczyłem i było niby OK, bo księża też ludzie, ale było w tym coś niepokojącego. Zwłaszcza z jednym z wikarych miała zbyt dobry kontakt - mówienie sobie na ty, dzwonienie wieczorami itd. Gdy robiłem o to problemy słyszałem, że przesadzam, że to tylko "przyjaciel". Wikarych było dwóch, K i P, przy czym K był tym uwielbianym, zapraszanym na ogniska, a P był raczej obojętny.
Dziewięć dni przed ślubem nagle zmarł jej ojciec, nie chciała słyszeć o cichym ślubie, wszystko odwołaliśmy, szczęśliwie udało się nam odzyskać wszystkie zaliczki. Nie wiem, czy śmierć ojca tak na nią podziałała, czy po prostu zawsze taka była, ale od tamtej pory jej związki z kościołem, a głównie z księżmi się pogłębiły, do tego stopnia, że pożyczała mój samochód pod pretekstem jazdy na uczelnię, by pojechać po wikarego i jego kolegę, również księdza, na ognisko u nich w ogródku,razem ze swoją matką świetnie się bawiły. Dowiedziałem się przypadkowo, bo moja siostra widziała mój samochód z nią i księżmi, a gdy do niej zadzwoniłem, to powiedziała, że mnie okłamała, bo bym się nie zgodził, a na ogniska z księżmi nie chciałem już chodzić. Takich sytuacji było dużo, a ja głupi wybaczałem.
Dwa dni po obronie jej magisterki była impra u moich znajomych, na którą nie pojechała, bo była zmęczona, ale obiecała po mnie przyjechać następnego dnia. Przyjechała, odwiozła się do domu i oddała mi kluczyki, ponieważ już mnie nie kocha.
Wróciłem do domu, z kasy z weselnych zaliczek kupiłem kompa i grę. Przez trzy miesiące chodziłem tylko do pracy, wracałem i do nocy grałem - szczerze polecam taką terapię.
W tym czasie z parafii odszedł ksiądz P, po wsi chodziły plotki, że wprowadził się do mojej byłej, nie wierzyłem w nie, bo przecież ona "przyjaźniła" się z K. Po miesiącu dowiedziałem się, że wyszła za mąż za P, który już nie jest księdzem, jest z nim w ciąży i żyją sobie razem z jej matką pod jednym dachem. Wtedy dopiero do mnie dotarło, z jakiego gó**a udało mi się uciec.
Poszedłem na pieszą pielgrzymkę do Częstochowy z moim przyjacielem, on szedł dziękując za swoją żonę, a ja dziękując, że swojej nie mam; postanowiłem całą pielgrzymkę przejść boso i udało mi się. W jej trakcie zagadała mnie dziewczyna, spytała dlaczego idę boso, a ja opowiedziałem jej swoją historię, nie znając nawet jej imienia.
Tak zaczęła się nasza znajomość.
PS W tym roku bierzemy ślub :)
Dwa lata temu pracowałem z gościem który miał na imię Damian. Byliśmy kolegami w pracy, ale poza tym tak prywatnie nie mieliśmy specjalnego kontaktu. Zmieniłem pracę, minęło parę miesięcy i niespodziewanie dostałem SMS-a “Wesołych i zdrowych Świąt, pozdrowienia dla całej rodziny / Damian”. Zdziwiłem się, bo przecież nie przyjaźniliśmy się poza pracą, ale było mi miło. Odpisałem mu i tak co jakiś czas wymienialiśmy SMS-y. Dowiedziałem się m.in. że przeprowadził się do innego miasta i założył własną firmę - siłownię. No nieźle, pomyślałem. Nigdy mi nie wyglądał na kolesia zainteresowanego aktywnością fizyczną, ale fajnie, że poszedł “na swoje”. Też o tym myślałem.
Trzy tygodnie temu obok firmy gdzie pracuję wprowadziła się nowa firma. Ku mojemu zaskoczeniu jednym z pracowników okazał się Damian. Zamieniliśmy parę słów, ale nie pytałem go o siłownię, bo uznałem, że pewnie nie wyszło i dlatego wrócił. Ale parę dni później znowu dostałem SMS-a, że siłownia dobrze się rozwija i wynajmie lokal obok, aby ją powiększyć.
Gdy poszedłem do pracy i spotkałem Damiana, to spytałem go jak on prowadzi tę siłownię w innym mieście, jednocześnie pracując tutaj. Nie miał pojęcia o czym mówię.
Okazało się, że przez prawie 2 lata wymieniałem SMS-y z jakimś obcym facetem.
Jako młoda nastolatka byłam wielokrotnie molestowana przez członka rodziny. Jako 18-latka zauważyłam, jak bardzo wpływa to na moje życie, dlatego zdecydowałam się podjąć terapię. Znalazłam w necie speca, który się dokładnie takimi sytuacjami zajmuje.
Początkowo wszystko wydawało się w porządku. Po kilku miesiącach zaczęło się robić dziwnie: facet potrafił mnie uderzyć, ostatecznie „leczył mnie seksem”, wyjechaliśmy na „warsztaty” tylko we dwoje.
Jasne jak słońce sygnały ostrzegawcze, nie? Tylko jak jesteś w ciężkiej depresji i nie ufasz swoim sygnałom ostrzegawczym (bo boisz się też być z drugim człowiekiem w zamkniętym pokoju), to wcale nie tak łatwo stwierdzić, że coś jest nie tak.
Odeszłam od „terapii” po 10 miesiącach i 2 próbach samobójczych.
Obecnie jest 10 lat później i jestem pozytywną osobą bez fobii społecznych, a nawet jestem całkiem popularna i lubiana w swojej pracy. Wyszłam za mąż. Przeszłam przez faktyczną, sensowną terapię.
UWAŻAJCIE! W Polsce nie ma prawa, które reguluje psychologów, nie musisz mieć nawet licencjatu, żeby legalnie otworzyć gabinet. I jestem pewna, że jest więcej takich socjopatów, żerujących na ludziach z problemami i luce prawnej.
Nigdy nie uprawiałam seksu. Żyję już 21 lat i jedyne związki jakie miałam to te w podstawówce i jeden w liceum. Przyczyną tego są moje wargi sromowe mniejsze, które są bardzo duże. Wstydzę się ich niesamowicie. Pod majtkami widać jak okropnie wystają, dlatego nie chodzę nigdy w bikini, a o rozebraniu się przed facetem nie ma mowy.
W liceum byłam z chłopakiem ze szkoły i gdy już miało dojść do zbliżenia, popatrzył na mnie i powiedział „fuj, ale ohyda, dlaczego to tak wystaje”. Nie wiedziałam co odpowiedzieć, powiedziałam tylko coś w stylu „nie wiem, muszę już iść” i uciekłam. Opowiedział o tym swoim znajomym, śmiali się ze mnie. Nazywali mnie wargową. Później ludzie z mojej klasy też to podchwycili. Zaczęły się docinki, głupie pytania, sugestie, że między nogami mam penisa, bo wargi sromowe nie powinny być długie.
Unikam od tego czasu facetów i bardzo wstydzę się swojego ciała. Czytałam, że jedne kobiety mają długie, inne krótsze, ale myślę, że takich długich, zwisających i brzydkich jak moje to nie ma nikt.
Historia ta miała miejsce kilka lat temu. Był to ostatni rok szkoły średniej, maturalny, który jako bardzo zbuntowana nastolatka kompletnie olewałam. Sytuacja w moim domu zawsze była napięta, a relacje z rodzicami miałam mocno nadszarpane. Charakterek odziedziczyłam po ojcu - bardzo władczy i dominujący. Jak łatwo się domyśleć dwa podobne charaktery bardzo się ścierają i tak było w naszym przypadku. Jako młoda i przecież "bardzo nierozumiana" nastolatka z ojcem toczyłam zaciekłe batalie o każdą pierdołę. Nigdy nie spędzałam z nim czasu i unikałam kontaktu jak tylko mogłam. Uważałam wówczas, że mam najgorszego ojca na świecie, za co teraz mi wstyd.
Wracając jednak do okresu, który dział się w zasadzie tuż przed maturą. Egzaminy pisemne przebiegły gładko, nie miałam obawy o ich napisanie. Prawdziwy dramat zaczął się noc przed ustnym z polskiego, kiedy to dopiero wtedy zdecydowałam się nauczyć się prezentacji. Nie minęła godzina, druga, kiedy okazało się, że nie potrafię poprawnie wymówić nawet pierwszego akapitu. W tamtym czasie to był dla mnie dramat. Nie przypuszczałam, że mogę aż tak przeżywać maturę. W nocy miałam poważny kryzys i ryczałam jak małe dziecko.
Ostatnią osobą, jaką się spodziewałam ujrzeć w drzwiach był.. no właśnie, mój ojciec. Ze srogą miną wszedł zaniepokojony hałasami, ale gdy mnie zobaczył jego twarz zupełnie zmieniła się o 180°. Nigdy wcześniej nie widziałam go tak zmartwionego. Bez słowa podszedł do mnie i przytulił. Ja byłam w takiej rozsypce, że przez dobre pół godziny płakałam mu w ramię. Kiedy uspokoiłam się trochę, on wyszedł bez słowa. Po chwili przyszedł z gorącą melisą i czekoladą. Razem ze mną uczył się i pomagał mi przygotować się do matury prawie do 3 w nocy. Na koniec przytulił mnie raz jeszcze i powiedział, że jest ze mnie dumny i wie, że dam sobie radę. Po jego wyjściu, ryczałam w poduszkę przez dobrą godzinę nie mogąc uporządkować wszystkich tych sprzecznych uczuć, zapominając kompletnie o maturze.
Maturę zdałam na 18/20 punktów, ale to było akurat najmniej ważne. Od tamtego dnia z ojcem dogaduję się świetnie. Oczywiście, nasze charaktery często zmierzają do tego, by wszcząć kolejną kłótnię, ale ja po tamtej nocy nie jestem w stanie z nim prowadzić dyskusji. Okazało się, że mój ojciec i ja mamy podobne zainteresowania i chyba nie muszę mówić, że teraz układa się nam bardzo dobrze. Nauczyłam się też, że to nie ja jestem "nierozumiana" przez świat, ale że to ja nie rozumiem świata. Utrzymywanie dobrych relacji wcale nie jest takie trudne, choć dla mnie i mojego charakteru nieraz jest bardzo ciężkie. Do dziś wstydzę się tego, że kiedyś tak bardzo nie doceniałam mojego ojca. Choć nigdy mu o tym nie powiedziałam wprost, to do dziś dzień staram mu się wynagrodzić to w każdy możliwy sposób.
Na 3 roku studiów dołączyła do mojej grupy dziewczyna, nazwijmy ją Ania. Bardzo szybko zaczęła trzymać się z moją paczką, na początku nic nie wzbudziło mojej czujności. Jak opowiadała, pochodziła z biednej rodziny, żyli od kredytu do kredytu, a do drzwi pukał niejeden komornik. Rodzice byli alkoholikami, którzy się nad nią znęcali.
Raz kiedy wychodziłyśmy na miasto, Ania grymasiła, że woli posiedzieć na uczelni. Płakała nam, że nie ma kasy i przykro jej, ale nie może iść z nami na kawę. Dla naszej piątki zrzucenie się na kawę nie było problemem, dlatego zaprosiłyśmy ją, żeby nie zostawiła sama. Od tego się zaczęło.
Ania przestała płacić za cokolwiek, czasem się zdarzało, że niezapowiedzianie odwiedzała mnie w domu w porze obiadowej. Zaczęła u mnie nawet nocować, jeść ze mną obiady itp. Współczułam jej nieciekawej sytuacji w domu. W końcu po roku zbuntowała się moja rodzina, która miała dość Anki. Mieszkałam sama, ale raz w tygodniu rodzinnie chodzimy na obiad i Anka chciała nam towarzyszyć, na co nie było ich zgody. Pogadałam z resztą ludzi na studiach i okazało się, że innym też wyjada z lodówki, nie oddaje pieniędzy, korzysta z ich rzeczy, a kilka osób po jej wizycie straciło z portfela pieniądze. Anka tak dobrze grała ofiarę, że dopiero jak zaczęliśmy wymieniać się spostrzeżeniami okazało się, że nie jest aniołem.
Mój tata postanowił sprawdzić rodzinę Anki, jako były policjant miał jeszcze trochę znajomości. Okazało się, że Anka wcale nie jest biedna, wręcz przeciwnie, jej rodzina ma firmę transportową. Zapytałam przy wszystkich Anki o co tutaj chodzi. Wyszło na to, że rodzice dają jej kasę na wszystko, ale ona wydaje całość na bardzo drogie kosmetyki i gadżety. Nie chciało jej się iść do pracy, na co naciskali rodzice. Kłamała nie tylko co do pieniędzy, ale i wieku, studiowała już 8 lat.
Zrobiło mi się strasznie przykro, bo ja pracowałam cały czas na swoje i jak się okazuje jej utrzymanie. Ale nie chciałam dać się tak wykorzystać, więc powiedziałam jej, że albo oddaje wszystkim kasę, albo jej rodzice się o wszystkim dowiedzą. Nie chciała nam oddać kasy, co więcej, jej ojciec przyjechał do mnie i krzycząc kazał mi zostawić jego córkę w spokoju. Naopowiadała mu, że ją okradamy, grozimy, wykorzystujemy itp. Dopiero jak przyjechała reszta paczki i puściliśmy jej ojcu nagrania rozmów Anki, dał mi dojść do słowa. Jej rodzice oddali nam kasę, przeprosili i zabrali Ankę, zmieniła uczelnię i więcej jej nie widziałam.
Przez prawie trzy lata pracowałam jako sprzedawca w pewnym sklepie. Były nas cztery dziewczyny i jeden facet, zagorzały fan metalu trochę po trzydziestce. Szybko zostaliśmy przyjaciółmi, a kiedy zerwałam z chłopakiem jakoś tak wyszło, że flirty, zalotne spojrzenia i buziak w policzek za odwiezienie do domu stały się stałym elementem wspólnych zmian. W końcu któregoś dnia zaczęliśmy się w tym aucie obściskiwać. Nic więcej, tylko się całowaliśmy.
Miał żonę i syna. Tak, wiedziałam o tym. Nie, nie czuję się rozgrzeszona jego gadką o problemach w małżeństwie. Po tamtym incydencie poszliśmy po rozum do głowy i zostaliśmy na przyjacielskiej stopie do końca mojej kariery w tej firmie. Nigdy sobie nie wybaczę, że mieszałam w czyimś małżeństwie dla dreszczyku emocji.
Dodaj anonimowe wyznanie