Parę lat temu byłem na weselu mojego kuzyna, razem z moimi rodzicami i siostrą. Spotkałem tam fajną, trochę starszą ode mnie dziewczynę. Trochę pogadaliśmy, czułem, że dobrze się ze sobą rozumiemy. Poprosiłem ją do tańca. DJ akurat puścił wolny kawałek, więc gdy tańczyliśmy krew coraz szybciej krążyła mi w żyłach. Czułem, że to jest właściwy moment, aby ją pocałować. Romantyczna muzyka, my tak blisko siebie, powoli zacząłem zbliżać usta...
Cały nastrój prysł niczym bańka mydlana, gdy usłyszałem z tyłu szept mojej siostry "Debilu, to jest nasza ciotka!".
Jak miałam 18 lat, mój tata nagle umarł. Złośliwy nowotwór z przerzutami na inne organy. Jeszcze dobrze nie oswoiłam się z myślą, że coś się dzieje, a już był pogrzeb. Jakoś sobie z tym poradziłam, zaczęłam nawet się spotykać z chłopakiem, na którym mi zależało, czułam, że to nie jest zwykła, przelotna znajomość. Niestety nie było nam dane się długo cieszyć sobą, zginął w wypadku.
Teraz jestem w związku z mężczyzną, którego kocham, ale co noc płaczę, kiedy on tego nie widzi i przytulam się do niego najmocniej jak umiem, bo boję się, że jego też stracę za szybko i niespodziewanie. Kiedy on mówi, że boli go brzuch czy jest mu niedobrze, wpadam w panikę i wyobrażam sobie najgorsze scenariusze. Tak samo jest z jego wyjazdami. Nie lubię, kiedy gdzieś jedzie, na przykład do swojego rodzinnego domu. Mam wtedy wrażenie, że już nigdy go nie spotkam, że to było nasze ostatnie spotkanie razem.
Nie wiem, czy to jest normalne.
Pewnego dnia miałam jechać z bratem do galerii handlowej po muszkę na studniówkę. Wszystko ładnie pięknie, jedziemy trasą, ale jak to bywa w godzinach szczytu korki niesamowite. Pisałam SMS-y, kiedy brat nagle zahamował, a telefon wypadł mi pod jego siedzenie. W normalnej sytuacji bym się tym nie przejęła, ale ten telefon to była świeżynka, miałam go dopiero 2 dni, więc dałam nura pod jego siedzenie, co pewien czas lekko się wynurzając, żeby sprawdzić, czy na pewno nie ma go nigdzie na widoku.
Traciłam powoli nadzieję, że znajdę go teraz, mimo że staliśmy w korku, to jednak nogi brata utrudniały mi zadanie. Z bólem w sercu zaczęłam się podnosić, kiedy poczułam jak mój brat znowu popchnął moja głowę na dół, śmiejąc się jak nienormalny i mówi, żebym jeszcze poszukała. No okej, póki stoimy... w końcu znalazłam! Podnoszę się cała rozkopana z uśmiechem triumfu na twarzy, patrzę dookoła, a wszyscy kierowcy pokazują nam kciuki w górę, klaskają, uśmiechają się, kilku puściło mi oczko.
Wtedy do mnie dotarło, jak to wszystko wyglądało! Wyszłam na tanią nastolatkę, która zabawia się dość ciekawie. Brat tylko wzruszył ramionami i dalej się śmiał. Do końca stania w korku założyłam kaptur na głowę i chciałam zapaść się pod ziemię.
Mój tata to taki śmieszek Leszek z gatunku Januszowatych. Historia z co najmniej 10 lat wstecz.
Naszym jedynym i najbliższym sąsiadem był Tadziu - największy wróg ojca. Jako że tato taki mądry, uznał, że zabawnym będzie powiesić swoją własną klepsydrę/nekrolog na płocie (tak żeby Tadziu widział, obserwował nasze pole), żeby następnie straszyć go w nocy.
Nie przewidział jednak, że Tadziu zaprosi jego "ducha" na wódkę i że ta jedna noc sprawi, że zyska prawdziwego przyjaciela. Nie przewidział także, że od tamtej pory ludzie na wsi wraz z rodziną zaczną zwracać się do niego Łazarz. Tak jak i nie przewidział, że jego córka po kilkunastu latach dowie się, że jego prawdziwe imię to Paweł. Naprawdę myślałam, że ma na imię Łazarz :D
W sklepie akurat zabrakło papieru toaletowego, który zawsze kupuję. Wzięłam więc inny, pierwszy z brzegu, bo mi się spieszyło. W domu się okazało, że to był zły wybór, bo papier jest fatalnej jakości - cienki i się rozrywa podczas używania (piszę to, bo to istotne dla tego wyznania - serio).
Niedawno zamieszkałam z moim chłopakiem. Dziś użył po raz pierwszy tego nowego papieru. Potem przyszedł do mnie i mówi, że musimy kupować inny papier, bo ten to katastrofa i musiał aż umyć po wszystkim ręce, bo mu się ubrudziły - wiadomo w czym.
Myślałam, że po prostu się nieprecyzyjnie wyraził i chodziło mu o to, że musiał dokładniej umyć ręce, a nie AŻ umyć ręce. Dopytałam i nie.
Okazało się, że mój chłopak NIGDY nie myje rąk po skorzystaniu z toalety.
Normalnie aż mnie zatkało, a potem zemdliło. Nie wiem jak mogłam wcześniej tego nie zauważyć?! Myślałam, że dosłownie zwymiotuję po tej informacji. Powiedziałam mu, że chyba żartuje, że to obrzydliwe i w dodatku potwornie niehigieniczne! On na to, że przesadzam. Nigdy rąk nie mył i jakoś żyje i jest zdrowy.
A ja? Teraz obsesyjnie sprzątam całe mieszkanie i nie pozwalam się chłopakowi nawet dotknąć. Brzydzę się go. On problemu nie widzi i uważa, że zaraz mi przejdzie. Tymczasem ja na serio zastanawiam się nad rozstaniem z nim, bo on nie chce nawet słyszeć o zmianie nawyków i myciu tych cholernych rąk! Mówi, że przecież codziennie bierze prysznic i to wystarczy, jeśli chodzi o higienę.
Niedobrze mi. Przeraża mnie, że żyję z takim brudasem. To (jak się okazuje tylko pozornie) zadbany facet, a tu coś takiego! Zupełnie się tego nie spodziewałam.
I tak oto brak papieru w sklepie otworzył mi oczy. Może się wydawać, że to tylko błahostka, ale no... jednak nie. Fuj.
Najbardziej mnie denerwuje, jak ktoś narzeka na swoje życie i NIC z tym nie robi.
Pani na kasie żali się, że ona to zarabia najniższą krajową, ale tę sprzed 5 lat. A to nie lepiej znaleźć inną pracę? A gdzie, ona czasu szukać nie ma!
Sklep 50 metrów dalej szukał ludzi do pracy, na start proponowali około 400 złotych więcej niż miała pani na kasie. Praca od zaraz... Skąd wiem? Zatrudnili mnie i szukali jeszcze kogoś, to dałam cynk pani na kasie z poprzedniego sklepu. A gdzie, ona będzie teraz zmieniać pracę? Za dużo kłopotów. Lepiej narzekać.
Znajomy na rencie, bo pracować nie może z powodu choroby. Renta jak to renta, bardzo cieniutka, ledwo starcza na wegetację... Poczytałam w internecie, bo w urzędach nie powiedzą co komu się należy, zobaczyłam, że w jego konkretnej sytuacji może starać się nie tylko o zwiększenie renty, ale też o różnego typu dodatki. Trzeba tylko złożyć wniosek. Wiem, że to upierdliwe i powiedziałam, że pomogę wypełnić, wydrukuję, jak trzeba będzie, to pojadę z nim do urzędu. A szkoda zachodu! Tyle biegania o dodatkowe kilka stówek... Lepiej narzekać.
Kilka takich sytuacji typu "mam problem" i podawanie rozwiązania na talerzu, ale odmowa, "bo za dużo zachodu" nauczyło mnie. Ludzie nie chcą pomocy na zasadzie "trzeba coś zrobić, a coś dostaniesz w zamian". Lepiej narzekać, a może ktoś naiwny coś da. Za darmo.
Teraz wiem. Ludzie narzekają, bo chcą ponarzekać. Można posłuchać, można pogłaskać po głowie, a czasami powiedzieć coś ostrzej i albo się ogarną, albo obrażą. Już się nasłuchałam, rad nie daję, jeżeli o nie ktoś nie zapyta. A narzekania wpuszczam jednym uchem i wypuszczam drugim. Jak ktoś staje się męczący, mówię: weź już skończ, tylko narzekasz, słuchać się nie da, wróć jak coś zmienisz w swoim życiu... Może ktoś powie mi, że to bez serca, ale za dużo razy pomagałam, dawałam rady i prawie nikt z tego nie skorzystał, prawie nikt nie podziękował za pomoc. Za to jak ktoś został profilaktycznie okrzyczany, to często wracał i dziękował za otworzenie oczu, bo w końcu ktoś tę osobę kopnął w zad.
To było jakoś 3 lata temu w wakacje. Moja mama wekowała buraczki, jednak przypomniało jej się, że zabraknie jej jakiegoś składnika potrzebnego do obiadu. Poprosiła mnie więc bym wyłączyła gaz za kwadrans. Zgodziłam się, w końcu nie byłam sama w domu, a z bratem i jego dwoma kolegami, którzy mieli mi o nich przypomnieć.
Mama poszła na zakupy, a czas przyjemnie mijał. Chłopcy pochłonięci Fifą, ja facebook'iem. Nagle coś zaczęło piszczeć. Siedzę przed komputerem i myślę "woda się gotuje na herbatę, a przecież ja nie robię herbaty". Nagle mnie olśniło, a z ust wyrwało się "k***a moje buraczki!". Czym prędzej wstałam i biegiem do kuchni. W drzwiach przywitał mnie wybuch słoików, zdążyłam schowac się za ścianą i wybuchła ich reszta. Z pokoju słyszę odgłos jednego z chłopaków "gaz wybuchł", a po chwili głośny śmiech. Okazało się, że chłopak, który to krzyczał uciekł na balkon i chyba chciał skakać z 2 piętra, przed ogniem którego nie było.
Czas wejść do kuchni, a tam sufit zamiast białego odcienia jest różowy. Na szafkach leżą buraczki, na podłodze buraczki, buraczki wszędzie, gdzie nie spojrzeć, wymieszane ze szkłem. W suficie dziura od pokrywki, która w niego uderzyła, pośrodku stoję ja i podziwiam naszą świeżo odmalowaną kuchnię. Kiedy mama wróciła do domu usiadła na krześle i oglądała różowe ściany. Postanowione, trzeba odmalować kuchnię.
Nie minęły 2 tygodnie od remontu, a moja siostra wysadziła w ten sam sposób fasolkę... Jak widać wekowanie mamy w genach.
Mam toksyczną relację z moją mamą.
Parę lat temu wyjechaliśmy za granicę, ja chcąc być przykładna szybko nauczyłam się języka (rodzicom i rodzeństwu nie było do tego śpieszno) i od tego czasu stałam się domowym tłumaczem. Nie byłoby w tym nic złego, gdyby nie to, że musiałam załatwić każdą pierdołę, co trochę zaczynało mnie męczyć. Kiedy zaczęłam dorastać, zaczęłam też pomagać w domowych sprawach, zawsze to robiłam, ale doszły obiady i lekcje z młodszym bratem, bo przecież oni nie znają języka.
Większe problemy zaczęły się, kiedy zaczęłam dojrzewać i umawiać się z chłopakami. Mając 18 lat, miałam wytyczone godziny powrotu. Gdzie? Co? Jak? Żaden chłopak nie był dla niej odpowiedni i kiedy wracałam 15 minut później, już były awantury, potrafiłam nawet usłyszeć, że się puszczam.
Od roku robię w domu wszystko, wstawałam rano, sprzątałam i w ogóle, ale to się trochę zmieniło, bo poznałam chłopaka, w którym naprawdę się zakochałam. Na początku była nim zachwycona, póki nie zaczęłam spędzać z nim więcej czasu. Raz kiedy pojechaliśmy do Holandii i wiedziała o tym miesiąc szybciej, obraziła się, bo niby się nie pożegnałam i nie odzywała się się mnie tydzień, bo stwierdziła że "pieprzenie jest ważniejsze". Po tygodniu było okej, ale ostatnio pojechałam do mojego chłopaka na noc (pierwszy raz, a jesteśmy ze sobą ponad pół roku, do tego ona wie, że nie jestem dziewicą i miałam już chłopaków), wróciłam do domu i awantura - że nie pomagam, że wszystko robi sama, że jestem tylko dziewczyną na weekend (choć widujemy się również w tygodniu) i znowu cisza, obrażona, nie odzywała się... dopóki nie musiałam gdzieś zadzwonić.
Może to wstyd, bo mam już ponad 20 lat i powinnam się postawić, ale nie umiem... Zawsze dużo pomagałam i robiłam wszystko, żeby ją zadowolić, ale nigdy się nie udawało. Przy rodzinie słyszę jaka jestem mądra, zaradna itp., a w domu ciągle, że nic nie robię, że nic nie osiągnę, że dla facetów jestem do jednego.
Nie wiem co mam robić, nie mam w nikim wsparcia, tylko w moim chłopaku, ale on nie jest ze mną 24 godziny na dobę. Czekam tylko aż skończę szkołę i się stąd wyniosę. Żal mi tylko mojego młodszego brata, bo wtedy pewnie on zajmie moje miejsce.
O tężyczce słów kilka.
Jest to ciężka jednostka chorobowa, o której niewiele osób słyszało, a niektórzy z tym żyją i nie mają pojęcia. Co to? Wzmożona pobudliwość nerwowo-mięśniowa.
"Ataki" i nawroty mam średnio raz na pół roku, wtedy na miesiąc/dwa zaczyna się mini koszmar. Codzienne potworne bóle brzucha i wzdęcia po niemal każdym jedzeniu, kompletna nietolerancja wysiłku do poziomów ciężkich do opisania. Wejście po schodach to niemal trening. Wieczne uczucie osłabienia, zero motywacji, ciężko jest wstać z łóżka, cokolwiek zrobić, człowiek by tylko spał. Mimo to - bezsenność.
No i oczywiście skurcze. Niemal cały czas coś drga. W każdej sekundzie przez te dwa miesiące jednocześnie drga biceps, pod łopatką, w żebrach i tak cały czas, w różnych miejscach. Jakby się miało diody, toby człowiek jak choinka świecił. Mięśnie potwornie osłabione.
To objawy fizyczne, a musicie wiedzieć, że psychiczne też są. Tężyczka jest jednym z najczęstszych powodów zapadania na depresję, nerwicę. Najczęściej mylona jest z nerwicą - objawy są podobne, łącznie z drganiami mięśni.
Podczas jej trwania potrafię płakać z byle powodu, pokłócić się z całą rodziną, siedzieć zestresowana, choć nie mam żadnego powodu, nieraz muszę się zmusić do mycia się, bo mi się tak nic nie chce. O ataki paniki ocieram się każdego dnia.
Teraz jest akurat moment, kiedy wychodzę z takiego nawrotu i różnica jest kolosalna.
Okazuje się, że wcale nie jestem znerwicowana, wszystko jest OK i nie mam żadnych problemów, jestem spokojna i szczęśliwa, a do tego nagle mam siłę, mogę trenować, biegać, żyć.
Dla mnie sama diagnoza była zbawieniem, bo myślałam, że coś ze mną jest nie tak, całe życie epizody depresyjne. Kiedyś w internecie trafiłam na jej opis, od razu wszystko wskoczyło na swoje miejsce. Wykonałam sama na sobie test i miałam objaw Chwostka. Dalej neurolog mi zlecił wykonanie badania EMG i od tej pory jestem spokojna, bo wiem, co mi dolega i że sobie tego nie wymyśliłam.
To zdarzyło się trzy lata temu, gdy moja córka miała 4 lata. Zdarzenie było nieprzyjemne, ale ogólnie skończyło się dobrze i często się z tego śmialiśmy z żoną… aż do wczoraj.
Zanim urodziła się córka przygarnęliśmy kota. Był rudy z białą końcówką ogona. Daliśmy mu na imię Pikuś. Był przyzwyczajony do chodzenia po polu dlatego często wypuszczaliśmy go do ogrodu, gdzie zajmował się swoimi kocimi sprawami.
Pracuję w domu. Pewnego dnia gdy jak zwykle zawiozłem rano córkę do przedszkola i wróciłem do domu, to zauważyłem Pikusia rozjechanego na ulicy. Momentalnie do oczu napłynęły mi łzy, raz bo lubiłem zwierzaka, a dwa bo wiedziałem, że córka bardzo przeżyje jego stratę. Wybiegłem na ulicę ale definitywnie nie żył. W nerwach jedyne co przyszło mi do głowy to wziąć z domu pudełko po butach i go do niego zapakować. Wyglądał bardzo marnie i się zupełnie przy tym rozkleiłem. Zadzwoniłem do żony, była załamana. Pikuś to ją najbardziej lubił i tylko u niej na kolanach się kładł, ona też za nim przepadała.
Powiedziała, że wyjdzie wcześniej z pracy i jak odbierzemy córkę z przedszkola to urządzimy pogrzeb. Gdy po nią pojechaliśmy, to od razu zauważyła, że jej mama płakała i spytała co się stało. Żona nie była w stanie tego powiedzieć, bo od razu łzy jej napłynęły do oczu, więc ja to zrobiłem. Córka momentalnie zaczęła płakać i wręcz wpadła w histerię zanim dokończyłem zdanie. Jak na nią patrzyłem to aż mnie serce bolało.
Wróciliśmy do domu i zabraliśmy się za pogrzeb, aby jak najszybciej zamknąć temat. Wykopałem za domem dół i przyniosłem pudełko. Żona przyprowadziła córkę, która szła ze łzami kapiącymi po policzkach i ściskała w dłoni zdjęcia kota. Ledwie stanęliśmy nad dołem, gdy... rudy kot zaczął obcierać się o nogi żony. Tak, to był Pikuś! Żona w szoku, od razu go chwyciła na ręce “O Boże, jak to? Co to ma być?” i popatrzyła na mnie jak na zbrodniarza “Czy sprawdziłeś końcówkę ogona?”. Nie sprawdziłem, nawet do głowy mi nie wpadło, że to mógłby być nie nasz kot. Miał taki sam kolor futra, a był mocno pokiereszowany i więc nie przyglądałem mu się za dokładnie, wręcz zamknąłem oczy jak wkładałem go do pudełka. Córka była szczęśliwa że Pikuś żyje, ale też smutna że jednak jakiś kotek umarł. Dokończyliśmy pogrzeb tego kota, ale nigdy się nie dowiedzieliśmy czyj on był. Żaden z sąsiadów nie miał takiego.
Wracając do teraźniejszości. Córka wczoraj przyniosła ze szkoły obrazek. Mieli narysować dzień, w którym byli bardzo smutni. Narysowała tam siebie, mnie, żonę, Pikusia i pudełko. Pod obrazkiem był dopisany ręką nauczycielki tytuł “Dzień, w którym Tata okłamał mnie, że mój kot nie żyje”.
Dodaj anonimowe wyznanie