Jestem dość normalną dziewczyną już na studiach. Interesują mnie faceci, ale nie jestem w związku. Mam pewne hobby, którym nie dzielę się że wszystkimi. Nałogowo oglądam programy z serii RuPaul's Drag Race.
Dla niewtajemniczonych - są to programy, w których konkurują drag queen, mają różne wyzwania sceniczne i po każdym odcinku odpada jedna królowa. Szczerze mówiąc nie mam pojęcia co tak na mnie oddziałuje, jestem pewna, że nie aspekt seksualny.
Znam już większość powiedzeń każdej z królowych, śmieję się z ich żartów, których nie znając części kultury LGBT nikt nie zrozumie. Myślę, że moja fascynacja nie pasuje do typowego wizerunku kobiety w dzisiejszym świecie. Jedyne co na pewno zauważyłam - utrudnia mi to znalezienie potencjalnego partnera. Większość jak słyszy o moich zainteresowaniach ucieka gdzie pieprz rośnie. Cóż - ja się nie przejmuję i dalej mówię: "Gentlemen, start your engines. May the best woman win!".
Moja historia zdarzyła się gdy miałem około 10 lat. Jako dobry dziesięciolatek chciałem bym dobrym synem w Dzień Matki i kupić mamie jakiś fajny prezent. Poszedłem do najbliższego sklepu z różnymi rzeczami, to był taki lombard. Rozejrzałem się i ujrzałem włochate grające coś. Poprosiłem panią w sklepie, aby mi to sprzedała. Dziwnie się na mnie popatrzyła, no ale sprzedać sprzedała.
Gdy wręczyłem mamie prezent także dziwnie zareagowała. Ja nie przejmując się poszedłem do swojego pokoju zająć się swoimi sprawami. Dopiero po latach zorientowałem się, że kupiłem jej wielkiego włochatego grającego penisa!
Chcecie anonimowe wyznanie? OK.
W czasach gimnazjalnych jak to wiadomo hormony szaleją i w życiu młodego człowieka pojawia się masturbacja.
W 3 klasie pojechaliśmy na wycieczkę szkolną, ja siedziałem z tyłu, prawie na końcu, z kolegą i koleżankami. Wszyscy spali, więc postanowiłem zaznać trochę adrenaliny i sobie po prostu zwalić do koleżanki, która mi się podobała (siedziała za moim siedzeniem). W biały dzień, w autobusie, przy wszystkich znajomych.
Może i obrzydliwe, ale na moje szczęście nikt się nie obudził i mnie nie nakrył na gorącym uczynku.
Najlepszą rzeczą jest to, że obecnie to moja dziewczyna. I raczej nigdy jej o tym nie powiem, bo wzięłaby mnie za jakiegoś dziwaka.
Sytuacja sprzed około 20 lat, byłam nastolatką. Po moim osiedlu regularnie chodziła Cyganka. Przepowiadała przyszłość, sprzedawała jakieś amulety. Moja matka ją lubiła, wierzyła w magię, horoskopy, tarota i co dwa tygodnie ją wpuszczała do mieszkania. Mnie Cyganka strasznie irytowała, widziałam w niej oszustkę, a gdy czasami przychodziła z dziećmi, to znikały drobne przedmioty, jedzenie.
Raz matka musiała zastąpić koleżankę z pracy, a mi i mojemu bratu przydzieliła różne obowiązki. Między innymi gotowałam, a o rok starszy brat miał skleić klosz w przedpokoju. Słyszałam, jak się wygłupia na krześle, na którym stał, jak na nim tańczy i zwróciłam mu uwagę. Jak to między rodzeństwem bywa, wywiązała się między nami drobna awantura, ja krzyczałam na niego z kuchni, on na mnie z przedpokoju.
Nagle słyszę łomot i jęk brata. Wbiegłam do przedpokoju tak jak stałam - z zakrwawionym od jakiegoś mięsa nożem. Brat spadł z krzesła, rozwalił sobie brew. Krew na całej twarzy, szyi, ramieniu. On był w szoku, trzymał się za głowę i z zaskoczeniem spoglądał na krew na swoich rękach. Trochę przerażona stanęłam nad nim, ściskając nieświadomie nóż i zaczęłam mówić bardzo głośno, nerwowo coś w tym stylu "Widzisz, mówiłam ci, że to się tak skończy! Mówiłam, że to się źle skończy! To wszystko twoja wina!".
W trakcie gdy wypowiadałam te słowa, drzwi mieszkania otworzyła Cyganka i stanęła w progu. Nawet przez chwilę się ucieszyłam, że jest ktoś dorosły, że powie mi co mam robić, jak pomóc bratu, ale jej szczęka opadła i nawet nie zamykając drzwi zaczęła z krzykiem zbiegać po schodach na klatce.
Byliśmy tak bardzo oszołomieni sytuacją, że dopiero po chwili dotarło do nas, że wyglądało to tak, jakbym była w trakcie mordowania brata.
Skończyło się na SOR-ze na szyciu, a Cyganka już nigdy nie odwiedziła naszego osiedla. Szkoda, że tego nie przewidziała ;)
Pewnego razu, gdy byłam na mszy, po kościele chodziła jakaś 5-, może 6-letnia dziewczynka. Widzę ją, jak przechodzi koło konfesjonału, w którym siedzi ksiądz. Zatrzymała się na chwilę i go spytała "A co ty tu tak siedzisz?" i poszła dalej. Ale za chwilę odwróciła się do księdza i powiedziała na cały głos "A może ty się zesrałeś?!".
Myślałam, że nie wytrzymam, z ręką na buzi wybiegłam z kościoła i zaczęłam się na cały głos śmiać. Do dziś pamiętam wyrazy twarzy ludzi, którzy to słyszeli.
To zdarzenie miało miejsce w tamtym roku. Planowałam kupić sobie nowy, lepszy telefon, udałam się więc do mojego banku, by dowiedzieć się czy mogę wziąć jakaś małą pożyczkę na ten cel. Na moje konto regularnie wpływają pieniądze, bo dostaję stypendium i dodatkowo moi współlokatorzy wpłacają mi czynsz za stancję, a ja pełną kwotę przesyłam właścicielowi. Myślałam więc, że może te stałe comiesięczne wpływy zaważą pozytywnie na decyzji.
Podeszłam więc do babeczki i pytam, czy mam jakąś możliwość wzięcia pożyczki. Pani poprosiła mnie o dowód, sprawdziła coś w komputerku i wywiązał się dialog:
- Pracuje pani?
Wtedy nie miałam umowy pracę, dorabiałam sobie na ulotkach i zawsze jakieś pieniądze mi na konto wpływały.
- Wie pani, nie mam stałej pracy, dorabiam sobie, co miesiąc wpływają mi pieniądze na konto.
Babeczka spojrzała na mnie jakoś tak krzywo...
- Czyli nie pracuje pani?
Sobie myślę, no pracuję, co prawda nie na stałe ale praca jest.
- Pracuję dorywczo, raz dostaję więcej, raz mniej ale stypendium dostaję zawsze tyle samo.
- Rozumiem, ale musi pani dostawać przelewy tytułem "wynagrodzenie", stypendium się nie wlicza.
Pomyślałam, no okej, dziwne procedury banku, trudno. Babeczka w ogóle była dla mnie jakaś taka opryskliwa. Podziękowałam i wyszłam.
Będąc już w domu postanowiłam, że skoro tak się nie da to będę odkładać na ten telefon, wpłacając co miesiąc jakąś sumkę na konto oszczędnościowe i zacznę już dziś. Zalogowałam się na konto, a to był akurat chyba 15 dzień miesiąca, więc stypendium i czynsz od współlokatorów wpłynął już na konto. Patrzę i własnym oczom nie wierzę... Moi lokatorzy różnie tytułowali przelewy i zawsze pisali coś śmiesznego, typu "za obornik", "za obieranie ziemniaków", nawet "za pranie majtek i skarpetek" ale dzisiaj to po prostu przeszli samych siebie. Przelew tytułem "za seks"... Momentalnie moja twarz zrobiła się czerwona. Co sobie musiała pomyśleć ta baba w banku...
Od tamtej pory współlokatorzy mają nakaz tytułowania przelewu "czynsz".
Było to w przedszkolu. Miałam chyba 5 lat, po jakimś występie w teatrze na wyjściu rozdali nam batoniki. Ja, jak większość dzieci, chciałam zjeść batonika w przedszkolu, więc schowałam go sobie i jak się potem okazało, po chwili zapomniałam gdzie. W przedszkolu zorientowałam się, że za nic nie wiem gdzie jest ten batonik, szukałam go i sprawdzałam wszystkie zakamarki. W końcu zobaczyłam batonik na szafce i pomyślałam, że to mój. Zjadłam go, a po chwili zobaczyłam mojego kolegę (i moją wielką przedszkolną miłość), który płakał, bo zniknął mu batonik. Ja również prawie w płacz... jednak postanowiłam mieć "godność" i oddać mu batonika mojej nielubianej koleżanki...
PS Mój batonik znalazł się w kieszeni mojej kurtki.
Miałem dziewczynę Martę, z którą byłem ponad rok, i przyjaciela Łukasza, którego znam od dziecka. Nie przepadali za sobą, głównie dlatego, że mieli inne poczucie humoru i inne charaktery. Marta zawsze spokojna, rozsądna, a Łukasz to typ szalonego playboya.
Pewnego wieczora inny mój przyjaciel robił imprezę urodzinową w klubie. Dotarłem tam dwie godziny później niż reszta gości, Marta z Łukaszem tam już byli. Po tej imprezie Marta zaczęła dziwnie się zachowywać. Ciągle była rozkojarzona i przygnębiona. Zamykała się w łazience i nie chciała powiedzieć co się dzieje. W końcu zapłakana wykrzyczała, że Łukasz się do niej dobierał. Byłem w ciężkim szoku. Łukasz się nie przyznawał. Mówił, że to Marta się do niego klei, ale on od początku znajomości trzyma dystans. Mówił, że próbowała go wtedy w klubie pocałować, ale ja odepchnął. Kochałem Martę, ale Łukasz był dla mnie jak brat. Czułem, że nie posunąłby się do takiego świństwa. Wierzyłem mu. Nie wiedziałem o co chodzi Marcie, nic z tego nie rozumiałem. Cały czas twierdziła, że chciał ją skrzywdzić. Takie słowo przeciw słowu. Musiałem spróbować dowiedzieć się więcej. Postanowiłem pogrzebać w jej telefonie i laptopie.
Okazało się, że ma folder, w którym znalazłem masę zdjęć Łukasza zrobionych z ukrycia. Robiła je, śledząc go przez kilka miesięcy. Na naszym zdjęciu z wesela kuzyna wkleiła głowę Łukasza w miejsce mojej. Na fejsie znalazłem jej rozmowę z koleżanką, w której pisała jaki Łukasz jest cudowny i jak bardzo chciałaby z nim być. Znowu byłem w szoku. Myślałem, że wymyśliła wszystko, bo go nie lubi, albo chce zwrócić na siebie uwagę, a okazało się, że ona miała obsesję na jego punkcie.
Jedyne z czego się cieszę, to że nie uwierzyłem w jej słowa i nie przekreśliłem przyjaźni z Łukaszem. Dałem sobie spokój na jakiś czas z kobietami, ale mam nadzieję, że kiedyś uda mi się znaleźć kogoś normalnego.
Pewnego dnia wlokłem się na uczelnię. Słuchawki w uszach, świata nie ma poza muzyką. Zauważyłem z przodu dwie dziwne babki, jak najbardziej, Jehowe. Jedna z nich zatrzymała się i zaczęła coś do mnie mówić. Wyjąłem słuchawkę z ucha, i taki dialog:
- Czy zechce Pan poczytać o Jezusie?
- Nie umiem czytać.
Nie wiem, czemu to powiedziałem. To była pierwsza rzecz, jaka mi przyszła do głowy.
Odkąd miałam 14 lat, miałam różnego rodzaju tiki. Na początku mrugałam, chrząkałam i czasami potrząsałam głową. Ukrywałam je przed wszystkimi, no bo sama nie rozumiałam co się dzieje. Myślałam, że po prostu mi przejdzie. No niestety nie przeszło. Po roku, gdy miałam 15 lat, zdiagnozowano u mnie zespół Tourette'a, a tiki wciąż się pogarszały (a tiki mogą być naprawdę różne).
Szłam do nowej szkoły i bardzo stresowałam się, że będą się ze mnie wyśmiewali, gdy zobaczą moje tiki, więc postanowiłam je powstrzymywać, nie do końca wierzyłam, że nie będę w stanie kontrolować swojego ciała do końca życia, przerażało mnie to. No i poszłam do nowej szkoły. Śmiali się ze mnie, przedrzeźniali, naśladowali. Moje tiki stawały się wtedy jeszcze gorsze.
Obecnie mam 23 lata, wciąż bardzo wstydzę się moich tików. Nienawidzę wzroku ludzi osiadającego na mnie, gdy idę ulicą i dziwnie stanę, dziwnie się poruszę albo wydam dziwny dźwięk. NIE MOGĘ NIC NA TO PORADZIĆ. Minęło 8 lat, a do mnie wciąż nie dociera to, że nigdy już nie będę kontrolowała moich ruchów / mojego ciała.
Dodaj anonimowe wyznanie