#Rw6tK

Kilka tygodni temu spotkałem na dyskotece pewną dziewczynę. Jak możecie się domyślić, był to jednorazowy numerek. Kilka dni temu dostałem od tej dziewczyny wiadomość pod tytułem: „No witam, pamiętasz mnie? To ja. Dzisiaj zrobiłam sobie test i wyszedł pozytywny, jestem w ciąży”. Przestraszyła mnie ta wiadomość. 21 lat i bycie ojcem? Hell nooooo. Więc zaproponowałem spotkanie, żeby pogadać o danej sytuacji. Zdziwiłem się, gdy zobaczyłem dwie inne, starsze od niej osoby. Okazało się, że to jej rodzice. Jak kultura obowiązuje, przedstawiłem się i zaczęliśmy rozmowę. Oczywiście jej ojciec zaczął zadawać pytania: ile pieniędzy będę dawał na dziecko, czy chcę się z nim spotykać, jakie imię itp.
Moją odpowiedzią była kartka, którą wyciągnąłem z torby. A dokładniej potwierdzenie moich badań od lekarza. Że jestem bezpłodny.
Wyraz twarzy jej i jej rodziców – bezcenny.

Pozdrawiam koleżankę.

#JxSNo

Skończyłam w tym roku liceum i w październiku idę na studia. W okresie wakacyjnym postanowiłam sobie trochę dorobić, dlatego od maja pracuję w małej budce z pamiątkami w moim mieście. Jako że jestem tu cały dzień sama, mam ciągły kontakt z klientem i zdarzają mi się różne sytuacje. W tym wyznaniu opowiem o jednej, która naprawdę mnie zdenerwowała.

Siedzę sobie w pracy, ruchu nie ma, robię coś na telefonie i wchodzi mi do budki troje dzieci (wiedziałam, że dwoje z nich to rodzeństwo, myślałam, że ten trzeci to też jakiś ich brat kuzyn czy ktoś tam inny). Dwójka z dzieci coś kupiła, podziękowali, wyszli, trzeci chłopczyk został. Na oko miał jakieś 5 lat. Budka mieści się na rynku i często, kiedy rodzice odpoczywają na ławce, dzieci bawią się i przychodzą pooglądać kolorowe rzeczy do mnie, a rodzice z ławki i tak widzą, gdzie jest i co robi ich dziecko, więc zbytnio mnie to nie zdziwiło.

Chłopczyk chodził, oglądał, odkładał na miejsce, do czasu. Nagle zaczął bawić się wszystkim, co miał pod ręką. Zwróciłam mu grzecznie uwagę, że nie jest to plac zabaw i jak chce sobie oglądać, to niech ogląda, ale nic nie dotyka. Zrobiłam tak raz, drugi, trzeci raz, miarka się przebrała, kiedy wziął jeden z drewnianych mieczy i już chciał zacząć go kolorować kredkami (które też były na sprzedaż). Nie wytrzymałam, złapałam go za rękę i pytam, gdzie są jego rodzice – pokazuje mi palcem na ogródek piwny po drugiej stronie rynku. Jako iż jestem w pracy sama, zawołałam dziewczynę z budki z jedzeniem obok i poprosiłam, by poszła po rodziców tego chłopca, bo sam nie chciał wyjść ze sklepu.

Kiedy przyszła jego matka, zaczęłam jej tłumaczyć, co jej synek robi i prosić, by go stąd zabrała. Co wtedy usłyszałam? Że skoro on jest u mnie w sklepie, to ja mam obowiązek go pilnować, bo ona już kupiła sobie piwo (!) i nie będzie za nim latać. Byłam już tak wkurzona, że wydusiłam z siebie: „Mogę pilnować pani syna pod warunkiem, że mi pani za to zapłaci, bo niestety nie dostaję pieniędzy za niańczenie cudzych bachorów”. Wielce obrażona matka wzięła syna za rękę, odwróciła się i odeszła krzycząc: „Pani nie ma dzieci, to pani się nie zna”.

Cóż, dzieci nie mam, ale potrafię zachować choć pozory kultury.

#xtWg1

Nie wiem nawet jak zacząć. Pisanie nigdy nie było moją mocną stroną. Ta opowieść zapewne i tak będzie zbyt długa, by ktokolwiek zechciał ją przeczytać.

To zdarzyło się lata temu... a właściwie to trwa nadal. Dokładnie trzeciego września 2013 moje życie na chwilę się zatrzymało. To wtedy pierwszy raz poczułam przeszywający ból, który nie opuścił mnie już aż do dziś. To wtedy pierwszy raz zrozumiałam, że nie mogę już wszystkiego. To wtedy zrozumiałam, jak ciężkie życie będą mieli moi bliscy. Bardzo ich kocham.

Minęło wiele dni w szpitalu, mój stan coraz bardziej się pogarszał. Po dwóch tygodniach lekarze znaleźli przyczynę. Było to tego dnia, gdy straciłam władzę w prawej ręce. Bolało to podwójnie – moje życie kręciło się wokół muzyki. Kilka dni później dotarło do mnie, że już nie będę mogła grać. Przed tym wszystkim gitara przynosiła mi ukojenie.

Tamtych chwil nie zapomnę do końca życia. Tej trwającej wiele godzin niepewności. „Wiemy, że z mózgiem jest coś nie tak, nie wiemy jeszcze jednak co”. W tamtym momencie mina lekarza nie była zachęcająca. Przez wiele lat z kościołem było mi nie po drodze, jednak strach przed śmiercią mnie załamał. Podłączona do kroplówki, leżąc sparaliżowana w szpitalnym łóżku, nieco otumaniona przez leki przeciwbólowe, spowiadałam się pierwszy raz do trzech lat. Od tamtej pory więcej już się to nie powtórzyło.

Nieco później lekarz uspokoił mnie, że nie jest to nic śmiertelnego. Doktor Karolina usiadła przy łóżku i ze smutną miną, poinformowała mnie, że to stwardnienie rozsiane. Wtedy jeszcze nie wiedziałam, co to znaczy.

Nie czułam złości, strachu. Ręki i nogi zresztą też nie. Po dziewięciu dniach dożylnych wlewów ze sterydów część czucia w nodze wróciła, względna sprawność prawej ręki też. Ale nie czucie. Został także ból, ciągły, niedający chwili wytchnienia, którego nigdy nie zrozumie człowiek, który go nie poczuł.

Po paru miesiącach zaczęłam powoli wychodzić do świata. Po roku przyzwyczaiłam się do tego, że moje życie się zmieniło. Innego życia już nie będę miała, dlatego muszę zrobić wszystko, by na miarę swoich możliwości przeżyć je jak najlepiej. Choroba wiele mi zabrała, jednak coś też mi dała. Dała mi wrażliwość na uczucia i krzywdę innych ludzi, której nie miałam wcześniej.

W tym wszystkim istotne dla mnie jest tylko jedno. To, że przez moją chorobę cierpią moi najbliżsi. Bo nie jest prawdą, że choruje się samemu. Gdy choruje jeden z członków rodziny, cała reszta przejmuje część jego bólu. A zrobiłabym wszystko, byle tylko tego bólu im oszczędzić. By dać im szczęście i spokój, którego nie zaznali już od niemal dwóch lat.

#5b9dn

Zawsze byłem wysoki i bardzo chudy. Chudy i blady z długimi nogami i rękami jak kosmita. Wkurzało mnie to, ale nie narzekałem, bo nikt mnie nie zaczepiał itp., typowe myślenie beta male. Do tego nosiłem długie włosy, miałem ładną twarz i łagodne rysy twarzy.

W wieku 22 lat nie mogłem znaleźć pracy, aż pewnego dnia zadzwonił kolega i zaproponował, że pomogę mu na budowie. Mam 190 cm i ważyłem wtedy 63 kilogramy. Mocno brałem się do pracy, ludzie z budowy byli szczerzy i mili na swój sposób. Dziwne, bo wcześniej pracowałem w biurze i spotkałem wielu nieszczerych ludzi. Mało tego, byłem całkiem silny i okazało się, że jestem wytrzymały.

Byłem bardzo nieśmiały, a z budowlańcami nabrałem śmiałości. Jadłem dwa obiady – jeden w pracy, drugi w domu. Po pół roku wyglądałem nieźle, po półtora roku bardzo dobrze. Ważyłem już 90 kilo i naprawdę czułem się silny i zdrowy. Praca na dworze dobrze mi zrobiła, lubiłem się czasem popisywać, nosząc specjalnie jakieś krawężniki, betonowe części itp.

Patrząc wstecz, to był świetny okres życia. Denerwuje mnie, gdy ludzie śmieją się z pracowników budowlanych, majstrów. Mają swój folklor, ale gdy budują twój dom, postaraj się czasem być miły. To się opłaca.

#qrJRk

Od dłuższego czasu, przy wielu wyznaniach poruszających często dość trudne tematy, można ujrzeć komentarze typu „idź do psychologa” itp.

Miałam wręcz okrutny moment w swoim życiu. Przyszedł czas, żeby zacząć się ogarniać i postanowiłam pójść do urzędu pracy (choć wcale nie byłam na to gotowa). Chciałam wiedzieć, czego mogę się tam spodziewać, więc zaczęłam przeglądać opinie. W skrócie: omijać szerokim łukiem.

Przychodzę, całkowicie wypruta z emocji. Tylko czekam, żeby zobaczyć, która osóbka będzie miała okazję, żeby się na mnie wyżyć (a nie należę do osób, które na to pozwalają. W tamtym czasie było mi po prostu wszystko obojętne). I tutaj szok. Kobieta młoda i bardzo sympatyczna. O dziwo, zainteresowała się samą mną (tak bardziej prywatnie) i zapytała wprost, co mi się przydarzyło.
Kiedy skończyłam opowiadać, zapytała, czy chciałabym porozmawiać z ich psychologiem. Nie wiem dlaczego, ale jakoś tak pomyślałam, że skoro pani pracująca w urzędzie pracy to proponuje, to powinnam się zgodzić. Tak jakoś. No więc zgodziłam się i zostałam umówiona na wizytę. I tutaj kolejne niedowierzanie. Pierwszy raz w życiu tak szczerze z kimś rozmawiałam. Kobieta była naprawdę bardzo przyjazna. Było widać, że naprawdę chce pomóc i rozumie wszystko, o czym mówię. Zaangażowała się w mój przypadek.
Miałam okazję rozmawiać jeszcze z kilkoma pracującymi tam paniami. Każda była dla mnie równie sympatyczna.
Dzięki wszystkim paniom, które tam spotkałam, wciąż żyję, a każda wizyta jest dla mnie okazją do szczerej rozmowy (ponieważ tylko tam znają moją sytuację). Naprawdę nie sądziłam, że spotka mnie w życiu choć raz cokolwiek dobrego.

Tak że... dziękuję anonimowym, którzy szczerze zwracają uwagę na problemy innych i mówią o tym, jak ważne jest zdrowie psychiczne. Dzięki Anonimowym postanowiłam regularnie uczęszczać na wizyty do psychologa. I dziękuję wszystkim paniom z urzędu, dzięki którym wciąż tutaj jestem. Ponieważ okazały mi naprawdę wiele ciepła, szacunku i zainteresowania.

Ze względu na to, że moja opinia na temat tej placówki raczej nie należy do negatywnych, chciałabym powiedzieć, że urząd, o którym mowa, znajduje się w Gdańsku. Może akurat ktoś z osób tam pracujących to przeczyta i zwyczajnie będzie jej miło. A może ktoś zdecyduje się tam pójść po pomoc dla siebie. Ja ze swojej strony mogę powiedzieć tylko jedno. Dziękuję.

#u4cZF

Z moim mężem jestem od ponad dziesięciu lat. Wszystko zawsze się dobrze układało. Kilka lat temu przeprowadziliśmy się do własnego domu. Było wspaniale. Mąż musiał jednak coraz więcej pracować, ja wychowywałam nasze kilkuletnie dzieci. Ponieważ żyliśmy w nowym otoczeniu daleko od rodziny, szukałam i nawiązałam wiele nowych znajomości. Bardzo się cieszyłam, jak w sąsiedztwie wprowadziła się rodzina taka jak my. Nasze dzieci bawiły się często razem. Po jakimś czasie, trochę niepostrzeżenie, zaprzyjaźniłam się z mężem sąsiadki. Był wykształcony i komunikatywny i często rozmawialiśmy, gdy wracał z pracy. Mój mąż z powodu problemów finansowych firmy, w której pracował, coraz częściej wracał późno. Wieczorami opowiadał o swoich problemach, ja tylko udawałam, że słuchałam. Po jakimś czasie przestaliśmy wspólnie siadać do stołu. Przestało mnie interesować, kiedy wracał do domu. Wyobrażałam sobie, jak byłoby fajnie żyć z nowym znajomym z sąsiedztwa.
Mąż bliski załamania nerwowego zmienił prace na mniej płatną. Z powodu kredytu było dużo ciężej z opłaceniem wszystkich rachunków. Nie chciałam jeszcze iść do pracy, bo dzieci były małe. Opamiętałam się, dopiero gdy rodzina z sąsiedztwa się wyprowadziła. Jak się później okazało, mój nowy znajomy pozostawił swoją rodzinę dla dużo młodszej koleżanki z pracy. Ja zostałam z moją rozpadającą się rodziną. Czułam się strasznie, że emocjonalnie zdradziłam męża. Udało mi się szybko „odbudować” rodzinę, jednak straciłam zupełnie szacunek dla samej siebie. Dopiero jak wyrzuciłam wszystko z siebie i opowiedziałam mężowi o mojej emocjonalnej zdradzie, byłam w stanie normalnie żyć. Mąż opowiedział, jak czuł się w tym czasie samotny i chciał się wtedy wyprowadzić. 
Niekiedy trzeba wszystko wyrzucić z siebie, aby nie stracić szacunku do samego siebie…

#0w2CG

Woje włosy zawsze były długie. Ostatnio sięgały mi prawie do pasa. Ich utrzymanie trochę mnie męczyło, więc postanowiłam je ściąć mniej więcej do ramion, a nawet oddać je na fundację. Więc idę do fryzjera, siadam w fotelu. Byłam już uprzedzona, że włosów trzeba będzie ściąć dużo. Fryzjerka związała mi włosy w kucyk i tnie. Kucyk się odrywa i widzę moje włosy mniej więcej do ramion. Efekt wow, ale coś jest nie tak...

Otóż fryzjerka źle zawiązała kucyk i moje włosy z tyłu były KRÓCIUTKIE, krótsze niż do linii brody. Myślałam, że może się to uda uratować. Ale nie. Ostatecznie zamiast upragnionych włosów do ramion wyszłam od fryzjera z short bobem LEDWO do brody, mimo że, o ile się znam na fryzjerstwie, istnieje fryzura „krótko z tyłu, długo z przodu”. Fryzjerka tłumaczyła, że tak to musi być, jak włosy idą na fundację, że muszą być krótkie, ale przecież NIE AŻ TAK.

Teraz siedzę w domu i płaczę. Jestem trochę podłamana.

#vWPIP

Przypomniała mi się historia koleżanki pracującej kiedyś w sklepie mięsnym.
Takie rzeczy, jak: niemycie rąk (na zapleczu, przy kliencie w rękawiczkach), sprzedawanie mięsa, które upadło na ziemię, i dodawanie przypraw do starawego mięsa (plus oczywiście wyższa cena) były normą. Czasem ruch był tak duży, że przywiezione rano mięso stało na palecie na zapleczu w temperaturze pokojowej pół dnia, bo trzeba było obsługiwać klientów.
Jednak kiedy koleżanka zarzygała kuwetę z mięsem mielonym, a szefowa kazała jej zamiast wywalić całość, to zebrać z wierzchu i wymieszać, koleżanka stwierdziła, że czas uciekać. Okazało się, że jest w ciąży, więc przyniosła zwolnienie i więcej się tam nie pokazała.
Do dziś pamiętam jej słowa: „Jeśli chcesz mięso mielone, sama wybierz kawałek szynki czy innego mięska i niech zmielą przy tobie”.
Dodaj anonimowe wyznanie