Kiedy miałam 8 lat, dostałam jednego z pierwszych ataków paniki. Czasami mi się to zdarzało, jednak to był pierwszy tak mocny, przez co zamknęłam się w łazience na klucz i leżąc na podłodze, dusiłam się łzami, pisząc do mojej mamy (która siedziała w pokoju obok), błagając ją, żeby mi pomogła, ponieważ nie wiedziałam, co się ze mną dzieje. Ignorowała mnie przez godzinę, po czym skwitowała mnie wiadomością o treści: „Uspokój się, bo dzieci takie jak ty kończą w psychiatryku” (nie skończyłam nawet u psychologa, a co dopiero w psychiatryku).
Po czterech latach, kiedy zauważyła, że się samookaleczam (zaczęłam w wieku 10 lat), powiedziała, cytuję: „No i po co to robisz, blizny będą potem źle wyglądać, ogarnij się w końcu”. Po kolejnych dwóch latach nagle zaczęła się dziwić, że uciekam z domu, nie chodzę do szkoły, piję prawie codziennie albo śpię cały czas i ogólnie sprawiam dużo problemów. Pomimo że mówiłam wprost, że inaczej nie umiem wyrazić wołania o pomoc, zamiast pomocy albo chociaż próby zrozumienia dostawałam wykłady, że jestem głupia, niewdzięczna, leniwa, a jak awantury nie pomagały, nasyłała na mnie 5 lat starszego brata, żeby mi to „wytłumaczył”, czyli po prostu mnie bił do tego stopnia, że raz uszkodził mi żuchwę, raz skopał tak, że złamał żebro itp., ale oczywiście najczęściej miałam masę ogromnych siniaków przez nawet kilka tygodni
A teraz po kolejnych dwóch latach dziwi się, że nie chcę z nią rozmawiać, spędzać czasu ani tym bardziej mówić o niczym czy przyjąć od niej pomocy :)
Moi rodzice pilnowali mnie jak Norek Krawczyka przy obiedzie. Chłopaków zero. Ucz się. Przyjaciele nie mają sensu. Ucz się. Jakie imprezy? Ucz się.
No i się wyedukowałam.
Poznałam na tych uczelniach męża. Jesteśmy ogarnięci, samodzielni i szczęśliwi. Wzięliśmy ślub, wesele było cudne. Rodzice dumni. Czekają na wnuka. Sugerują. Kuksańce, przytyki i głośno wypowiadane „życzenia rozwoju”.
No ale przecież jestem wyedukowana, co nie? Wiem, skąd się biorą dzieci, jak ciąża wyniszcza organizm i jak wygląda ta „rodzinna sielanka” – przecież rodzice pokazali mi, jak cudnie wychowuje się strachem, wymaganiami, porównywaniem i oczekiwaniami.
Mąż zrobił wazektomię. Nigdy się nie przyznamy, prędzej powiemy, że bezpłodność dotknęła i nas. Jesteśmy wolni i szczęśliwi, a z oczekiwań kochanej rodzinki mamy zdrowy ubaw.
Mam kumpla, z którym znam się od paru lat, ale wielokrotnie przekonałem się o tym, że jest fałszywym, kłamliwym egoistą, którego przeszywa zazdrość. Miarka się przebrała, kiedy za jego sprawą straciłem szansę otrzymania bardzo dobrej pracy.
Kiedyś na imprezie przystawiała się do mnie jego żona i wylądowaliśmy w łóżku. Od tamtej pory spotykamy się co jakiś czas, jak zadzwoni. Okazała się mega nimfomanką bez hamulców, z którą można zrobić dosłownie wszystko. Narzeka, że mąż jej nie zadowala i jest strasznie nudny w sypialni.
Najlepsze jest to, że czasem przy piwie opowiadam mu te akcje, które z nią robimy, oczywiście nie mówiąc, że chodzi o jego żonę. Wzdycha i odpowiada, że gdyby miał taką wariatkę, toby z niej nie schodził. Taki z niego macho :).
Będąc w przedszkolu, marzyłam o cekinowym plecaczku. Jedna dziewczynka miała taki i jak mi się podobał! Rodzice zgodzili się kupić mi taki, ale identycznego nie znaleźli, tylko błyszczący, ale bez cekinów. Kiedy poszłam do szkoły, temat plecaczka umarł śmiercią naturalną, bo nie zmieściłabym w nim potrzebnych rzeczy.
Minęło około ćwierć wieku. Zobaczyłam taki plecaczek jak tamten wymarzony i go kupiłam. Później siedziałam przy oknie i obserwowałam refleksy światła w cekinach. Cieszyłam się jak dziecko. Dawno nie sprawiłam sobie takiej radości.
Czwarta klasa podstawówki. Dwie dorosłe „nastolatki” dostały w swoje rączki słynny magazyn dla nastolatek, który niestety (co jest wielką startą) został już wycofany. Był tam jednak bardzo ciekawy babski kącik, dotyczący piersi.
Och, ja nieostrożna... Wyśmiałam jeden typ: blade, małe i jakieś takie nieforemne stożki.
Karma wróciła.
Moje dokładnie tak teraz wyglądają.
Pewnie każdy z nas słyszał o rodakach za granicą, a w szczególności w Anglii. Jest nas tu wielu, wielu z nas było tutaj przynajmniej raz w celach zarobkowych, niektórzy zostali i pracują, niektórzy założyli rodziny i pozostali na stałe. Jestem Polką i nigdy się tego nie wstydziłam. Pracuję, mam mieszkanie. Nigdy nie porównywałam swojej kultury do kultury Anglików, ja po prostu się dostosowałam. Opowiadam o sobie i o moim kraju, gdy ktoś chce posłuchać.
Parę tygodni temu chciałam się wybrać do znajomych, zamówiłam ubera i gdy wsiadłam do samochodu, nie wiedziałam, że rozmowa z kierowcą otworzy mi oczy trochę na to, jak nas spostrzegają inni, obcokrajowcy. Kierowca był miły, miał brązową skórę, ciemne, bujne włosy. Przyznał, że nie urodził się w Anglii. Po moim akcencie wywnioskował, że ja również. Powiedział wprost, że jestem Polką. Opowiadał o swoich kolegach Polakach i powiedział również, że Polacy nigdy nie trzymają się razem za granicą, jest nas tu dużo, a nigdy nie przywieźliśmy swojej kultury tutaj, jedzenia i zwyczajów. Hindusi przywieźli jedzenie, Chińczycy też, a Polacy nic. Powiedział też, że my ciężko pracujemy, zarabiamy kasę i wiemy, jak nią gospodarować, ale nie cieszymy się popularnością. Uważamy, że zawsze jesteśmy lepsi od wszystkich, Polka Polce wydrapałaby oczy. Nie szanujemy siebie nawzajem i innych ludzi. Próbujemy narzucać swoje zasady.
Pierwszy raz poczułam lekki wstyd, siedząc z tym człowiekiem. Mogłabym mu powiedzieć „wszystkich wrzuciłeś do jednego wora”, ale nie potrafiłam. Obcy dla mnie człowiek przez 15 minut podróży powiedział coś, co wiedziałam, odkąd tu jestem.
Ta rozmowa utknęła mi w pamięci. Powiecie, że skoro mi tak źle, to mam wracać do Polski. Wrócę, ale nie teraz. Otworzyłam się do ludzi, do obcokrajowców. Moją najlepszą przyjaciółką jest dziewczyna z Rumunii. Niesamowita kobieta. I nie noszę głowy wysoko w górze, bo to, że jesteś Polakiem, nie znaczy, że jesteś królem świata. Mamy wspaniałą kulturę, jedzenie, ale jesteśmy zepsuci. Wraz z przekroczeniem granicy zamieniamy się w samolubne istoty. Szkoda. Bo moglibyśmy wiele osiągnąć.
Przez około rok przyjaźniłam się z dziewczyną, którą poznałam na osiedlu. Na początku wszystko było bardzo dobre, czułam się wreszcie ważna i potrzebna, bo wcześniej nie miałam bliskich przyjaciół. Z czasem jednak ta relacja zaczęła się zmieniać i stała się toksyczna. Zaczęła mnie wykorzystywać emocjonalnie i materialnie, była wobec mnie agresywna i często mnie wyzywała z przekleństwami. Wmawiała mi też, że nasze wspólne koleżanki mnie nie lubią i obgadują za plecami, przez co zaczęłam się od nich odsuwać. Każda kłótnia kończyła się tym, że to ja przepraszałam, a ona przedstawiała siebie jako ofiarę.
Kiedy zakończyłam tę znajomość, okazało się, że tamte dziewczyny wcale mnie nie obgadywały, a moja była przyjaciółka próbowała je nastawić przeciwko mnie, manipulując naszymi rozmowami. Mimo że powiedziałam im, jak wyglądała sytuacja, one stwierdziły, że nie chcą nikogo wybierać. W praktyce jednak dalej trzymają się z nią i mnie ignorują na spotkaniach. Nawet nie podejdą się przywitać. To sprawia, że czuję się zraniona, odrzucona i nie rozumiem, co zrobiłam nie tak.
Chciałabym opowiedzieć o tym, jak w zeszłym roku do mnie dotarło, że psychika ma ogromny wpływ na ciało. Z góry przepraszam, że mój polski nie jest idealny. Od piątego roku życia mieszkam w Niemczech, nigdy nie chodziłam do polskiej szkoły.
W zeszłym roku pod koniec lata zaczęłam wmawiać sobie, że jestem w ciąży. Miałam dla mnie nietypowe objawy przedmiesiączkowe, które wpisałam w Google. Wynik = gratulacje, ciąża! W pierwszym momencie tylko się zaśmiałam, ponieważ wiedziałam, że to niemożliwe. Ale potem zaczęłam rozmyślać: a może jednak?
Dodam, że cierpię na nerwicę i zaburzenia lękowe. Gdy się czegoś bardzo boję, nie przemawiają do mnie logiczne i racjonalne argumenty. Widzę tylko mój lęk i spełniający się najgorszy scenariusz.
Ciąża była i do dzisiaj jest dla mnie najgorszym scenariuszem. Jestem dość młoda, nigdy nie widziałam siebie w roli matki, a pomimo tego przeraża mnie sama myśl o tym, że w moim brzuchu rośnie mały człowiek. No i zaczęła się panika. Im więcej czytałam o objawach ciąży, tym więcej ich odczuwałam. Miałam prawie wszystkie. Wiedziałam, że jestem w błędnym kole. Ale nie potrafiłam z tego wyjść. Okres dostałam. Spokojniejsza jednak nie byłam. Po jakimś czasie odważyłam się zrobić test. Negatywny. Czy to mi pomogło? Nie. Nadal czułam objawy. Tak intensywne, że byłam pewna, że w tej ciąży jestem. Płakałam tak bardzo, prawie codziennie. Tygodniami nie myślałam o niczym innym, w ciągu trzech tygodni zrobiłam sześć (!) testów ciążowych. Wszystkie negatywne. Jednak ja byłam już tak głęboko w tym wszystkim, że nie byłam w stanie uwierzyć, że te testy nie kłamią. Trzęsąc się ze strachu, poszłam w końcu do ginekologa, gdy zaczęło mi się wydawać, że spódniczki robią się ciasne w pasie. Zrobił USG, ciąży brak. Widziałam na własne oczy pustą macicę. Ulżyło mi, ale mimo wszystko wmawiałam sobie, że może po prostu w jakiś sposób ciąży nie zauważył? Jednak po jakimś czasie na szczęście mi przeszło.
A co w tym jest najbardziej komiczne? W tym czasie byłam dziewicą. Owszem, miałam intymny kontakt z pewnym chłopakiem, lecz bez zbliżenia.
Wiem, jak zachodzi się w ciążę, a jak nie. Uważałam na biologii. Wiem, jak to działa. Lecz jak już powiedziałam, gdy się czegoś bardzo boję, nie potrafię myśleć logicznie. Lęk mnie pożera.
Dzisiaj już współżyję. Zabezpieczam się podwójnie. Inaczej nie czuję się jeszcze komfortowo. Ale pomimo tego, i tak czasami zdarza mi się wmawiać sobie objawy ciąży i panikować. Termin u psychologa już zrobiony.
Mój mąż powiedział mi, że żona to nie rodzina. I bez dziecka nie ma rodziny. I emocjonalnie jest zdystansowany, ma same negatywne odczucia wobec mnie. Byliśmy dwa razy na terapii, ale on nie mówi o swoich potrzebach, bo i tak ich nie spełnię...10 lat wspólnego życia, prawie 2 po ślubie. To skoro nie jestem rodziną, to co ja tutaj robię? Jestem tanim substytutem? Nienawidzę go za to i nie mogę go znieść... Chcę odejść, ale to nie takie proste, mając wspólny kredyt na mieszkanie. Miałam być lalką z seks-shopu, kucharką, sprzątaczką, inkubatorem i opiekunką 24/h, żeby mógł realizować swoje marzenia i pasje. Co się może nie podobać w takim życiu? Jestem w pułapce, bo nie mam żadnego wsparcia od mojej rodziny. Spędziłam w tym roku samotne święta. Przeżywam katusze. Kiedy skończy się ten koszmar?
Miałam kiedyś zajęcia na pływalni wcześnie rano. Nie znosiłam ich – niewyspanie, zimno, zmęczenie, bycie obserwowanym przez innych ludzi, kiedy gimnastykujesz się w obcisłym kostiumie... Dla mnie koszmar.
Wieczorem, dzień przed zajęciami, postanowiłam w ramach sabotażu trochę się podtruć, żeby nie móc iść rano na basen. Zjadłam śledzie z chlebem. Został mi kawałek chleba, więc dokończyłam go z dżemem. Ale wtedy zostało trochę dżemu, więc wsypałam do niego płatki do mleka. Resztę płatków dojadłam ze śliwkami. To wszystko dla pewności popiłam mlekiem i poszłam spać.
Rano obudziłam się zupełnie zdrowa i bardzo rozczarowana. Absolutnie nic mi nie było. Musiałam pójść na basen.
Za to kilka tygodni później nie dojechałam na te same poranne zajęcia, bo po drodze zesrałam się w majtki ze stresu.
Dodaj anonimowe wyznanie