Od zawsze mam problem z fryzjerem. Mogę wydać nawet 300 zł u barbera, ale wciąż wyglądam jak kretyn. Żadna fryzura mi nie pasuje. Kombinowałem już ze wszystkimi typami, nosiłem dłuższe włosy, średnie, byłem obcięty na krótko. Próbowałem nawet być opitolony na rekruta. Jakbym był łysy, tobym chyba skończył w kaftanie bezpieczeństwa. Powaga.
Od 2010 roku noszę czapki, ludzie myślą, że to mój styl. Nie, to już nie styl, to przymus. Polećcie mi jakieś uniwersalne męskie fryzury, bo nie chcę do końca życia wyglądać jak jakiś new kid on the block.
Nie mam ŻADNEGO hobby. Teoretycznie nie jest to coś, co można opisać. W praktyce wygląda to dość żałośnie.
Kiedy mam dzień wolny od pracy, zrobię wszystko, co należy, czyli wyjdę z psem na spacer, posprzątam, zrobię obiad, pobawię się ze zwierzętami i tym podobne, to poza tymi zajęciami nie mam co ze sobą zrobić. Nie potrafię skupić się na czytaniu, grze na komputerze, rysowaniu, kolorowaniu, składaniu puzzli czy czymkolwiek innym, co normalnych ludzi interesuje. Próbuję znaleźć coś, co robiłabym dłużej niż pięć minut i nie umiem niczego takiego odszukać, więc w 99,9% sytuacji poddaję się i idę spać, bo inaczej nie jestem w stanie znieść „nicnierobienia”, bo czuję się, jakbym marnowała czas, a sen daje mi złudzenie, że COŚ robię. Uwierzcie, nie ma takiej rzeczy, która mnie ruszy.
Moja rodzina słynie z obfitego zarostu, wszyscy wujkowie, ojciec, kuzyni, brat mają pełne, gęste brody, oczywiście w granicach rozsądku. Czepiają się do mnie, że chodzę wygolony jak dziecko, zapuściłbym jak każdy.
W sumie to bym chciał, tylko co tu zapuszczać, jak w wieku 28 lat ciągle rośnie mi tylko dziewiczy wąsik…
W podstawówce i liceum wszyscy dorośli mówili, żebym była taka, jaka jestem. A byłam cichą kujonką bez znajomych, obiektem drwin w klasach. Zawsze dorośli mówili „kto się teraz bawi, w dorosłym życiu będzie cierpieć i na odwrót”.
Jeździłam busem do szkół w mieście, uczyłam się naprawdę pilnie przez wszystkie lata edukacji, a w liceum osoby z mojej klasy chodziły na imprezy, piły, paliły i brały masę kosztownych korepetycji. To były dzieciaki z bogatych domów, przy czym ja jestem z ubogiej, niewykształconej rodziny. Naprawdę cały czas się starałam, miałam dobre notatki, nie chodziłam na imprezy ani na miasto – bo miałam z tyłu głowy to, że kto się teraz bawi, ten będzie w przyszłości żałował, a ponadto nie miałam znajomych. Śmiali się ze mnie, z mojej tuszy, z tego, że przez długi czas byłam bardzo religijna.
I wiecie co? Teraz te osoby wcale nie żałują, a dalej się bawią. Brylują w mieszkaniach w centrum miasta od rodziców, są na mega dobrych i przyszłościowych studiach i tak naprawdę na idealnej drodze do sukcesu. A ja zawaliłam maturę i dostałam się na zły kierunek, pracowałam, żeby utrzymać się w mieście w akademiku, próbowałam poprawić maturę za rok, ale i tak nie dostałam się na to, co chciałam i studiuję niezbyt przyszłościowy kierunek w niezbyt prestiżowym mieście. I teraz już wiem, że oni będą się bawili przez całe życie, a ja przez całe życie będę cierpieć. Na domiar złego mam nadwagę, nie lubię mojego życia i w życiu nie osiągnę nawet połowy tego, co osoby, które się ze mnie nabijały. Tak samo te najwredniejsze osoby z podstawówki studiują teraz dobre kierunki.
Każdy chwalił moją sumienność i uczciwość i marnie skończyłam przez to, że nie chciałam się zmienić.
W zeszły weekend odwiedziłem kawałek na północ od Londynu moją siostrę i dwójkę jej dzieci. W wielu domach budowanych w Wielkiej Brytanii nie ma możliwości zamknięcia się od środka w łazience. Tak też jest również u mojej siostry w domu.
W sobotni poranek udałem się do łazienki. Kiedy byłem pod prysznicem, słyszałem, jak najmłodsze dziecko mojej siostry, Dawid, w wieku 4 lat, lekko uchylił drzwi, pytając, czy może wejść, bo zaraz nie wytrzyma. Odpowiedziałem, żeby dał mi 5 min i zaraz wyjdę.
Po mniej więcej 2-3 minutach zapukał, a ja właśnie wycierałem się ręcznikiem.
Odpowiedziałem, że już wychodzę, a on chyba zrozumiał, że może w takim razie wejść.
Hmmm... długo zastanawiałem się, jak tę sytuację opisać, aby nie wyjść na jakiegoś kretyna. NO DOBRA.
Dawidek wszedł i pierwsze, o co mnie zapytał, to:
– Wujek, a skąd ty masz takiego dużego... no wiesz?
Odpowiedziałem:
– Jem dużo warzyw...
Wiedząc, że moja siostra ma właśnie z nim taki problem, że za warzywami nie przepada.
Ok. 20 minut później zobaczyłem, jak mały Dawid w prawej ręce trzyma marchewkę, a na stole leżą dwa buraki, czekające na obranie przez jego mamę.
Jestem bardzo szczęśliwym wujkiem, jako że dzięki mnie i mojemu „sprzętowi” małe dziecko przynajmniej na chwilę polubiło warzywa, no a ja pozbyłem się kompleksu ;)
Moja koleżanka, z którą nie mam już bliskiego kontaktu i zawsze byłyśmy w stosunku do siebie raczej sceptycznie nastawione (a na pewno ja do niej), ma w najbliższych dniach urodzić.
Codziennie sprawdzam na jej profilu na fejsie, czy nie dodała tam zdjęcia ze swoim malutkim dzieciątkiem.
Dla mnie to bardzo anonimowe, bo wstydzę się opowiedzieć o tym, co robię, bliskim. To wręcz moja obsesja, żeby wiedzieć co u niej i jej dziecka. Czasami na jej profilu oglądam też jej zdjęcia, kiedy już była w ciąży lub z mężem i jest tam taka uśmiechnięta jak nigdy.
Nie wiem, dlaczego mam taką potrzebę. Może jej zazdroszczę, może się cieszę jej szczęściem, może trochę nie dowierzam tej ciąży i bardzo szybkiemu ślubowi? A może za nią tęsknię, bo dopiero po czasie doceniłam naszą znajomość? Nieważne, jaki jest powód: uważam, że to, co robię, jest dziwne.
Będzie o irytujących sąsiadach i skuteczności głupich pomysłów.
Sąsiedzi lubego nigdy nie wydawali mi się sympatycznymi ludźmi. Niby mieszkali w całkiem sporym domu jednorodzinnym, jednak wyglądali jak typowi Seba i Karyna z synem Brajankiem i dobermanem Mordercą (tak, to imię psa. Pasujące do sposobu, w jaki był tresowany przez właściciela). W pierwsze wakacje, gdy tam byłem, nie było jeszcze żadnej sytuacji zapalnej. Jedynie pies ujadał non stop i czasami po ich imprezach pojawiały się wyrzucane przez nich za płot śmieci. Mój drugi przyjazd natomiast... Oj, to było ciekawe!
Pierwszego dnia przerzucili przez płot dwa pełne worki śmieci. Gdy mój chłopak poszedł zwrócić im uwagę, usłyszał, że ma się odwalić, bo spuszczą psa. Pojawiła się policja, sąsiedzi posprzątali. Jakiś czas później zaczęli rzucać w dach butelkami. Znowu policja, skończyło się bodajże mandatem. Pan policjant zapytał, czy takie sytuacje są częste i zasugerował rozwiązanie sądowne, jeżeli się nie skończy.
Mój chłopak strasznie całą sytuację przeżywał. Wiedział, że się z sąsiadami nie dogada. Czarę goryczy przelała wizyta policji w dniu mojego wyjazdu. Ktoś zgłosił, że w domu lubego odbywa się nielegalna sprzedaż narkotyków. Trochę draki z tego było, ale nikt nic nie znalazł, policjanci uznali to za fałszywe zgłoszenie. Gdy wróciłem do siebie, dostałem telefon od lubego z informacją, że z interwencją przyjechała straż pożarna. Ktoś ponoć zadzwonił mówiąc, ze w ich domu jest pożar. Fałszywe, anonimowe zgłoszenia były niezbyt dobrymi dowodami w sądzie, więc jego rodzice zwątpili w sens wchodzenia na drogę sądową.
Nie powinienem był się może wtrącać, jednak jestem strasznie uparty, jeżeli chodzi o zemstę. Pamiętałem opowieść o tym, że ten cały sąsiad ma warsztat samochodowy, który nie ma zbyt wielu klientów, a jednak jakimś cudem stać go było na tak duży dom. Więc i ja zrobiłem całkowicie anonimowy donos. Zgłosiłem nielegalny handel częściami samochodowymi.
Po wysłaniu donosu czułem się okropnie. Twierdziłem, że zachowałem się jak goniący za zemstą gówniarz. Trochę się jednak zdziwiłem, kiedy dotarły do mnie wieści, że sąsiad został przymknięty przez policję. Powód? Jego warsztat został skontrolowany. Okazało się, że nie handlował może częściami samochodowymi... Ale jego specjalizacją była dilerka.
Tak oto mój głupi pomysł poskutkował. Do tej pory jednak zastanawia mnie: Jakim cudem żaden urząd nie połapał się, że rodzina zarabiająca jedynie na małym warsztacie mogła pozwolić sobie na zakup tak dużego domu?
Sprzedając mieszkanie, dogadywałam się z kupującą babką co mam zabrać, a co jej zostawić, bo miałam kilka mebli, których chciałam się pozbyć, a były sprawne. Babka zasadniczo nie była zainteresowana gratisami. Z jednym wyjątkiem. Zaczęła rozważać, czy nie chce szafki z łazienki. Oglądała ją z każdej strony, a w końcu bez pytania o zgodę otworzyła. No i w ten sposób wszyscy (tj. kupująca babcia, jej syn i synowa, a także pośrednik) komisyjnie obejrzeliśmy naszą kolekcję gadżetów do zabaw w sypialni... Wszyscy taktownie, bardzo intensywnie milczeli.
Jestem materialistą. Kocham swoje rzeczy, nie wszystkie, ale mam swoje „gwiazdki”, które adoruję wyjątkowo mocno. Nazywanie każdej ukochanej rzeczy to nic niezwykłego. Przytulanie, jeśli się da, pieszczenie, śpiewanie, rozmawianie, głaskanie... – to już chyba bardziej poważna sprawa, choć myślę, że to przez moją samotność i nierozumienie mnie przez wielu ludzi (nikt mnie tak dobrze nie rozumie jak ja sam, albo moje rzeczy...).
Wyobraźcie sobie 23-letniego faceta, który np. w sklepie wybiera jakiś towar i gada do swojego ukochanego telefonu, trzymanego w ręce: „Spójrz tam, Mikey, jakie ładne grabki, podobają ci się?” itp. Nie mam kompletnego pohamowania nad tym. Traktuję swoje ulubione rzeczy lepiej niż ludzi; dbam o nie, kupuję im gadżety, specjalne zestawy do czyszczenia itd. Uwielbiam się zajmować moimi „przyjaciółmi”.
Chyba jestem dziwakiem.
Zwykle to kobiety narzekają, że ich partnerzy są mało romantyczni w łóżku.
Cóż... Swego czasu moja dziewczyna z rozwartymi nogami wołała do mnie z łóżka: „ANON, CHODŹ, ZAKISISZ!”.
Dodaj anonimowe wyznanie