O tym, czy warto napisać to wyznanie, myślałam już od dłuższego czasu. Nie jest to porywająca historia, ale na pewno taka, o której nikomu póki co nie opowiedziałam i raczej już inaczej niż anonimowo nie opowiem.
Wszystko zaczęło się może trzy lata temu. Byłam samotna, a przy tym też nieśmiała, chcąc więc kogoś poznać, szukałam ludzi głównie w internecie. Poznawałam różnych mężczyzn, ale co było dosyć spodziewane, większość nie była zainteresowana niczym ponad spotkaniami z seksem w roli głównej. Aż w końcu padło na NIEGO, niejakiego Macieja. Pisaliśmy ze sobą dosyć długo, wymieniliśmy się zdjęciami, a później kontaktami na Skype. Tam widywaliśmy się ze sobą przez kamerki i tak miesiącami rozmawialiśmy. Przyznam, że podobał mi się, a jego komplementy sprawiały mi przyjemność. W końcu jednak padła z jego strony deklaracja, o którą być może powinnam zapytać już na samym początku. Był w związku... Nie zamierzał się rozstawać, a znajomości z internetu traktował jak niewinne zabawy. Poczułam się głupio, jakbym była oszukana, ale w końcu niczego mi nie obiecywał. Nie chcąc pokazać mu, jak bardzo mnie to uraziło, stworzyłam wokół siebie aurę zimnej suki. Miało mu to pokazać, jak małe zrobił na mnie wrażenie, że nim gardzę, ale to go tylko nakręciło i nasza znajomość przeniosła się na inny poziom. Sama nie wiem, czemu w to weszłam. Czułam, że to złe, że powinnam go usunąć ze swojej głowy i z grona znajomych, ale tłumaczyłam sobie, że zaraz znajdzie w internecie drugą taką jak ja, a jego dziewczyna nigdy się o niczym nie dowie, o tych flirtach za jej plecami.
Postanowiłam zbliżyć się do niego na tyle, by móc jej jednak o wszystkim jakoś dać znać. Kontynuowaliśmy znajomość, niezwykle go pociągałam, aż w końcu doszło do spotkania na żywo, najpierw pierwszego, później kolejnego. Kręcił mnie fizycznie, doszło do intymnego dotykania się, nawet seksu oralnego. Strasznie współczułam jego dziewczynie, nie miał z tym żadnych problemów, sama myślałam, że to tylko dowód na to, że jest złym człowiekiem, że ja czy inna, byłby ten sam efekt.
Mijały miesiące, rok, aż w końcu uznał, że zaprosi mnie do ich wspólnego mieszkania. Ona miała być u swoich rodziców. Po wszystkim weszłam do łazienki i zostawiłam karteczkę w opakowaniu z podpaskami. Napisałam, że mężczyzna, z którym mieszka ją zdradza. Że przepraszam za całą sytuację. Wcale nie czuję się bez winy, ale nie wiem, co miałam robić.
Gdy wyszłam, zablokowałam go na Skypie. Zerwaliśmy zupełnie kontakt. Nie wiem, czy ona kiedykolwiek się o tym dowiedziała. Wiem, że w jego głowie byłam zimną, wyrachowaną suką. W rzeczywistości jestem przeciętną szarą myszką. Jestem teraz szczęśliwa, ale z tyłu głowy zastanawiam się, ile osób na świecie jest tak zdradzanych, w erze internetu o to wszystko niezwykle łatwo...
Dostałam ultimatum od narzeczonego: albo staramy się o dziecko, albo się rozstajemy.
Nie czuję potrzeby macierzyństwa, nie nadaję się na matkę, mówiłam mu o tym. On nie rozumie, jak kobieta może nie czuć potrzeby posiadania dziecka i próbuje mi wmówić, że po urodzeniu na pewno wszystko się zmieni.
Jestem w rozsypce, nie wyobrażam sobie być zmuszona do urodzenia dziecka i zdałam sobie sprawę ze swojej beznadziejnej sytuacji. Mam 33 lata, nie mam mieszkania, mieszkam u narzeczonego, nie mam oszczędności, jestem pracownikiem biurowym za najniższą krajową. Zaczęłam bać się o przyszłość, traktowałam ten dom jak swój i nagle zrozumiałam, że nic tu nie jest moje, że w każdej chwili mogę stracić dach nad głową, mężczyznę, którego uważałam za pewnik i moje dotychczasowe życie.
Stres powoduje, że zaczęłam popełniać błędy w pracy i bardzo źle śpię. Moje życie się rozsypuje. Chciałabym, żeby to był tylko sen.
Rozstałam się z facetem. Dawno. Sześć lat temu. I nikt, naprawdę nikt nie wie, że wciąż mnie boli. Boli mnie, jak opowiada (nadal!) wspólnym znajomym, że żerowałam na jego pieniądzach (zarabiał dwa razy tyle, co ja), że rozstaliśmy się, bo poszłam do łóżka z dwoma facetami. Boli, że część moich znajomych odwróciła się ode mnie. Tzn. nawet nie to, że się odwrócili, tylko dlatego, że moje dobre imię zostało potraktowane w ten sposób. Może powiecie, że trzeba było nie odwalać, i sobie zasłużyłam, ale... To on zawsze ciągnął ode mnie pieniądze i on mnie zdradził z dziewczyną, o którą miałam się nie martwić. Ja byłam zawsze wierna, lojalna i z sercem na dłoni.
Mam problem. Nie wiem co zrobić ze swoim chłopakiem.
Od początku: mam 25 lat, on 23 i jesteśmy razem od roku. Naprawdę go kocham i cieszę się, że poznałam takiego wartościowego człowieka. Mamy takie same priorytety, rozumiemy się już praktycznie bez słów, tworzymy naprawdę dopasowaną parę. On jest inteligentny, zabawny, potrafi wspaniale zorganizować nam czas i na każdym kroku okazuje, jak bardzo mnie kocha.
W czym więc problem? Otóż on jest taki otwarty i przebojowy tylko wobec mnie. Kiedy się poznaliśmy (w pracy), przez bardzo długi czas był wycofany, to ja zrobiłam pierwszy krok. No ale OK, jest równouprawnienie. Byłam cierpliwa, rozumiałam, że potrzebuje czasu, żeby mi zaufać i dopiero niedawno poczuł się przy mnie w pełni swobodnie. Nie chcę wchodzić w szczegóły, ale bardzo dużo przeszedł w życiu. Nigdy nie miał znajomych, związek ze mną też jest jego pierwszym.
Martwię się, bo poza mną on tak naprawdę nikogo nie ma. Pracujemy w jednej firmie (co prawda w innych pomieszczeniach), od paru miesięcy wynajmujemy razem mieszkanie. Po pracy najczęściej robimy coś razem. I mi to pasuje, nie jestem typem imprezowiczki, wolę spędzić czas z nim niż łazić bez sensu po mieście. No ale czasem ja też idę gdzieś z koleżankami albo chcę pobyć sama i żal mi go, jak zamyka za mną drzwi i siedzi sam w domu, czekając na mnie.
Próbowałam z nim rozmawiać, powiedział, że po prostu boi się odrzucenia, nie rozumie różnych społecznych konwenansów. Z tego co wiem, w dzieciństwie i wieku nastoletnim próbował się integrować, ale wszyscy mieli go za „dziwnego dzieciaka”. Z czasem dał sobie spokój, przyzwyczaił się do bycia samemu. Jego interakcje z ludźmi są bardzo mechaniczne, mówi, że coraz bardziej go to męczy, czasem nawet ode mnie ucieka. Rzadko wychodzi z domu samemu, jak gdzieś idziemy, to też trzyma się tylko mnie.
Jeszcze bardziej boli mnie jego niepewność co do mojego uczucia. Często powtarza, że boi się mnie stracić, że przecież nie zasługuje na mnie, bo jestem „normalna”. Żyje w przekonaniu, że odrzucę go jak wszyscy inni. Nigdy nawet nie pomyślałam, żeby go zostawić, jest dla mnie najważniejszy. Mówi, że jestem najlepszym, co go w życiu spotkało, ale ostatnio jak rozmawialiśmy, powiedział, że jeśli poznam kogoś lepszego, to powinnam odejść, żeby być szczęśliwa. A przecież ja już jestem szczęśliwa z nim.
Powiecie pewnie, że to toksyczna relacja, ale mi na nim naprawdę zależy. Próbowałam go namówić na fachową pomoc, obiecałam wsparcie, ale on nie chce. Już nie wiem, co robić.
Moja mama kocha pieniądze, zrobi dla nich wszystko. Pracuje w dobrym zawodzie, ale lubi alkohol, lubi krytykować i uważa się za pępek świata.
Gdy zaszłam w ciążę, miałam 19 lat. Urodziłam, mając prawie 20 lat – to już taki wiek w miarę poważny, więc wiedziałam, na co się piszę. Matka zaproponowała mi wtedy, żebym zrzekła się swoich praw rodzicielskich, a ona weźmie moje dziecko jako rodzina zastępcza i będą hajsy...
Dziecko ma 5 lat, a mnie nadal boli jej propozycja. Oczywiście, że nie zgodziłam się na takie rozwiązanie! Wyobrażam sobie, jak by to było, gdybym się zgodziła... Mówiłaby mojemu dziecku, że go nie chciałam, że ona jest jego mamą, a ja jestem tą złą, że do niej ma się zwracać „mamo”. Do tej pory zdarza się mojej matce powiedzieć mojemu synowi, że go chciałam usunąć. Fakt – jak zaszłam w ciążę, to byłam w rozsypce, szok dla nastolatki, przecież matura itd... I rzeczywiście pomyślałam o aborcji. Ale urodziłam, nie oddałabym, nigdy.
Od kilku lat nie potrafię na nią patrzeć jak na człowieka z uczuciami, jest dla mnie bezdusznym człowiekiem goniącym za pieniędzmi.
Siedzę na kiblu, oglądam filmik na stronie dla dorosłych, gdy nagle w tle w filmiku pojawia się komputer. Ja jako rasowy informatyk powiększam... O, widzę, GTX 780 Ti od Gigabyte, płyta główna na socket lga 1151, w sockecie zapewne...
Zamiast skupić się na treści filmiku, który po to właśnie włączyłem, to patrzę na podzespoły...
To właśnie chyba nazywa się zboczenie zawodowe :)
W każdą niedzielę rano moja żona udaje się na rynek z ekologiczną żywnością, żeby zrobić zapasy na cały tydzień. Ja unikam tego miejsca jak ognia. Nie lubię przepłacania, nie lubię aury samozadowolenia sprzedawców i stałych bywalców, którzy uważają się za lepszych od reszty świata tylko dlatego, że jedzą ekologiczne marchewki. Do tego moja żona jest jedną z tych, które same muszą wybrać każde jabłko, każdego ziemniaczka, a ja mam stać obok jak wazon i nic nie robić. Zatem omijam ten rynek jak mogę, ale gdzieś tak raz w miesiącu żona prosi, żebym pojechał pomóc jej, kiedy szykuje się na większe zapasy. No więc jadę wtedy z nią, co zrobić, i marnuję półtora do dwóch godzin mojego życia, stojąc za nią z siatkami, będąc szturchanym i popychanym to tu, to tam przez gęstniejący tłumek eko klientów.
Zaczynam zakupy z dużą dozą cierpliwości i dobrego humoru, po godzinie entuzjazm ulatuje i pojawia się zniecierpliwienie, po kolejnych piętnastu minutach robię się marudny i wysyłam sygnały, że pora do domu, a na sam koniec nawet nie dbam o pozory, tylko coś tam warczę pod nosem i pomstuję na cały świat.
Moja żona zawsze zalicza stragany w takiej samej kolejności i tak jej wychodzi, że ostatni stragan to zawsze stoisko ze smakołykami dla psów, które prowadzą dwie energiczne babki.
Podczas ostatniej mojej wizyty schemat się powtórzył, do psiego straganu dowlokłem się z wielkim fochem, objuczony siatami, szturchany non stop przez ekologiczną gawiedź i jej wypchane warzywami siaty. Ku mojemu zdziwieniu te dwie babeczki ze straganu odciągnęły moją żonę na bok i zaczęły jej coś tłumaczyć, łypiąc na mnie wrogo. Trwało to kilka minut. Spytałem się potem żony, o co chodziło. Otóż widząc mnie zawsze wkurzonego i o krok od dostania szału uznały, że ja to tak zawsze i wzięły mnie za przemocowca, damskiego boksera, no i w ogóle przemoc domowa do sześcianu. Powiedziały żonie, że pomogą jej znaleźć prawnika od rozwodu, że może u nich tymczasowo zamieszkać choćby zaraz i że mogą zaświadczyć, że się nad nią znęcam.
W sumie zabawna historia. Ja jestem naprawdę miłym gościem. Ale nie zadałem sobie trudu, żeby wyprowadzać je z błędu, zresztą one pewnie swoje wiedzą.
Jako małe dziecko byłam świadkiem przemocy domowej — mój ojciec kilkukrotnie próbował zabić moją mamę. Miałam wtedy kilka lat i nikt nie zadbał o moje bezpieczeństwo ani psychikę. Została we mnie trauma, strach i ogromna pustka po braku ojcowskiej miłości. Z czasem również moja mama przestała się mną interesować. Dorastałam praktycznie sama, w ciągłym napięciu, bez wsparcia emocjonalnego i bez poczucia, że jestem dla kogoś ważna. Szukając akceptacji i miłości, zaczęłam szukać „zastępstwa” w obcych mężczyznach i związkach. Od nastoletnich lat doświadczałam relacji, które mnie raniły — molestowania, wykorzystywania, zdrad. Nie umiałam stawiać granic, oddawałam swoje ciało i emocje, próbując zasłużyć na uczucie. Każdy kolejny zawód tylko bardziej mnie niszczył. W momentach rozstań i załamań nie miałam wsparcia ze strony rodziny — wszystko przeżywałam sama. Ten ciężar doprowadził mnie do autodestrukcyjnych zachowań i myśli, które były dla mnie bardzo niebezpieczne (samookaleczanie). Czułam się niewidzialna, niekochana i niepotrzebna. Nawet osoby, które miały być dorosłe i odpowiedzialne, często dokładały mi bólu zamiast pomocy. Dziś mam 20 lat. Nadal noszę w sobie skutki tamtych doświadczeń, ale uczę się je rozumieć i z nimi żyć. Jestem w związku, który daje mi poczucie spokoju i wsparcia, i po raz pierwszy mam nadzieję na stabilność.
Dzielę się tą historią nie po to, by wzbudzać litość, ale by pokazać, że za czyimś uśmiechem może kryć się bardzo trudna przeszłość. Każde słowo i każdy gest mają znaczenie — w każdej chwili możemy kogoś zranić albo pomóc mu przetrwać.
Zamiast doczekać się własnych pociech, doczekaliśmy się z mężem jego kolejnej siostry.
Jesteśmy dość młodym małżeństwem (mamy po 24 lata), pobraliśmy się dwa lata temu. Z matką mojego męża nigdy nie miałyśmy dobrego kontaktu, traktowała Maćka (mojego męża) jak małe dziecko, wydzwaniając do niego dniami i nocami, robiąc problem o najmniejszą głupotę, mnie potrafiła wyprosić z mieszkania, bo jest godzina 21 i Maciej jest zmęczony (?!). Moi rodzice na wieść o ślubie bardzo się ucieszyli, wręcz byli wniebowzięci, a teściowa jak zwykle widziała problem. Stwierdziła, że jest za młoda na to, by syna żenić i wnuki bawić. Byliśmy u moich jeszcze przyszłych teściów na obiedzie, młodsza siostra męża przyszła do nas do pokoju i zaczęła gratulować ciąży – z narzeczonym spojrzeliśmy się na siebie, ja zdziwiona odpowiedziałam, iż w ciąży nie jestem i w najbliższym czasie być nie zamierzam. Kinga popatrzyła na nas i pokazała pozytywny test ciążowy, więc poszliśmy do teściów zapytać się, o co chodzi. Teściowa zrobiła się czerwona jak burak, nic nie odpowiedziała, a teść spojrzał się na nas z politowaniem i bólem w oczach.
Gdy dzieciak się urodził, teściowa zachowywała się, jakby tylko ona jedyna na świecie dziecko miała, wpychała je wszystkim, kazała się nim podniecać jakby nie wiem co to było, nieraz czułam się, jakbym przyjeżdżała z mężem jego dziecko odwiedzać – „Maciek, idź za nią”, „Maciek, weź ją”, „Maciek, buzi jej daj”, „A kto to przyjechał? Maciek”, istny szał. Teść robi tylko dobrą minę do złej gry, jest po prostu tym zmęczony (chłop na emeryturze po pięćdziesiątce), który stał się nianią dosłownie. Jest mi go strasznie żal, bo w przeciwieństwie do tego babsztyla to swój chłop.
Kiedyś teść po rodzinnym spotkaniu, na którym wszyscy podniecali się dzieciakiem na pokaz, po wypiciu paru głębszych powiedział mi, że „stara” specjalnie odłożyła antykoncepcję (przyznała mu się, gdy jej oznajmił, że chyba jest popier**lona, że dzieciaka się jej zachciało).
Ona oczywiście wszystkim rozpowiada, jak to bardzo „pragnęli” kolejnego dziecka i jak to wszyscy domownicy są dumni z tego.
Dla mnie to jakaś chora akcja, jedząc rodzinny obiad, musimy oglądać jej za przeproszeniem cyce, z których aż wylewa się pokarm, ale dla niej to przecież nic takiego. Nieważne kto i ile osób by w takiej sytuacji brało udział.
Nie piszę tego, bo jestem zazdrosna (do dzieci nam się nie spieszy), ale mnie ta sytuacja kompletnie niszczy. Musiałam się z wami tym podzielić.
Kilka historii o pracownikach.
1. Najświeższa, bo z poprzedniego tygodnia.
Przychodzi pracownik do firmy ze zrobionymi badaniami na pierwszy dzień pracy. Praca zaczyna się o 7. Poszedł z brygadzistą na montaż, po czym po jakiejś niedługiej chwili brygadzista dzwoni do kierownika i pyta się go, czy nowy jest na bazie. Jakież było zdziwienie, gdy razem zaczęli go szukać, a po nim nie zostało nawet ubrań. Na szczęście był tak miły i „odpowiedzialny”, że wysłał wiadomość informującą o tym, że dostał pracę za granicą.
2. Był pracownik, co chciał podwyżkę z tego względu, że, jak to określił, „zamyka i otwiera” bramę. To był jego jedyny argument.
3. Jeden obywatel miał bardzo trudne poniedziałki, zawsze miał w ten dzień rozwolnienie i nie mógł przyjść do pracy, a informację o tym pisał zawsze bardzo wcześnie rano, koło trzeciej, na pewno wtedy akurat go przycisnęło ;)
4. No i pracownik legenda. Przy malowaniu na rusztowaniu belek w pozycji leżącej jeden pracownik przywiązał swoją rękę do tej właśnie belki i wyglądał, jakby malował cały czas (pędzel cały czas w ręku), a że pracy dużo, a miejsce takie, że człowiek przechodząc tylko spojrzał, to widział rękę w górze i nic nie podejrzewał. Wielkie było zdziwienie, gdy po całym dniu nic nie było pomalowane.
Dodaj anonimowe wyznanie