Moja wychowawczyni w podstawówce ciągle wkurzała się o to, że zapominamy o zadaniach domowych.
W końcu wymyśliła, że przyniesie do szkoły litr oleju i łyżeczkę i każdy kto zapomni zadania domowego będzie musiał wypić łyżeczkę oleju "na pamięć".
Pomysł praktykowała przez krótki czas, aż rodzice się zbulwersowali.
Mój mąż ma dwoje dzieci z poprzedniego małżeństwa. Poznaliśmy się, gdy był już po rozwodzie. Jeszcze rok temu, gdy braliśmy ślub, nie widziałam żadnego problemu w tym, że ma dzieci. Oczywistym dla mnie było, że to ich ojciec, że ma je kochać, dbać o nie i się z nimi spotykać.
Z dziećmi męża widuję się rzadko. Mimo starań z mojej strony, prezentów, uśmiechów, serdeczności, raczej za mną nie przepadają. Ja natomiast nie przepadam za byłą żoną męża i dlatego na spotkania z dziećmi mąż jeździ sam. Na początku jeździł 2 razy w tygodniu, teraz mam wrażenie, że więcej czasu spędza z nimi niż ze mną.
Praktycznie codziennie mąż dostaje telefony od dzieci albo byłej żony: "tato, przyjedź", bo albo "trzeba dzieci gdzieś zawieść", albo "musisz mi pomóc z matmy, bo mama nie umie wytłumaczyć", albo "może pójdziemy do kina".
Niestety jego była żona niczego nie ułatwia. Też sobie kogoś znalazła i mam wrażenie, że poza tym, że dzieci mieszkają z nią, wszystko zwaliła na męża. Bo on rano zawozi je do szkoły, odbiera za szkoły, a popołudniami i tak do nich jedzie. Na wywiadówki on, na wycieczki szkolne on, na zakupy z dziećmi też on. Kiedyś usłyszał od byłej żony, że skoro on ułożył sobie życie, ona też może i niech się nie wykręca od odpowiedzialności. Nie wykręca się, opisałam wyżej jak to wygląda i przecież płaci co miesiąc alimenty.
Kocham mojego męża, to cudowny człowiek. Wiem, że on też mnie kocha. Zawsze gdy mamy wieczór dla siebie stara mi się wszystko wynagrodzić... a ja staram się wszystko rozumieć i nie utrudniać pretensjami i żalami, ale mnie i męża zaczyna to już trochę męczyć... Przed chwilą mąż dostał telefon, tym razem od byłej żony, że "dzieci trzeba zawieźć do kolegi" (dodam, że ona również ma prawo jazdy). Stwierdził, że pojedzie i rozmówi się z byłą, bo tak dalej być nie może... Mam nadzieję, że się uda, bo kocham męża i nie chcę, by musiał wybierać miedzy mną a dziećmi. Mi zresztą z tą sytuacją również jest coraz ciężej. Trzymajcie kciuki.
W tym roku rozbeczałam się na widok wielkanocnej, pięknie zapakowanej babki.
Akurat ten rodzaj ciasta przypomina mi o etapie życia, który był wyjątkowo bolesny.
Dobra, do rzeczy.
Byłam w związku na odległość. Widywaliśmy się nieczęsto. Że był egoistyczną i kłamliwą świnią to wiem teraz, wówczas jakoś zawsze było wytłumaczenie niefajnych zachowań, a rozłąki wymazywały złe chwile.
Tak ustawiłam swoje sprawy, aby wziąć udział w projekcie koło jego miasta. Wiedziałam, że się przeprowadza i obecnie tuła po rodzinie, ale jakoś naiwnie oczekiwałam, że ogarnie mi nocleg na te trzy dni (w Polsce dogadywałam się często ze znajomymi albo załatwiałam nam nocleg). Oświadczył, że załatwił mi po znajomości nocleg. I mam mu dać połowę sumy, ileś euro, jak przyjadę. Trochę mnie to zbiło z tropu, ale OK (okazało się potem, że dałam całą sumę). Ulokował mnie w bed&breakfast na totalnym zadupiu. Ale OK.
Podczas dwóch dni projektu (na którym miałam dwa posiłki i transport do b&b) nie miał w ogóle czasu, a podczas trzeciego dnia, który zostawiłam ekstra dla nas, byłam kompletnie zależna od niego - b&b leżał na pustkowiu, zero sklepu, knajpy czy autobusu.
Dodam, że wiedział, iż nie byłam w sklepie. Mieliśmy tego dnia zjeść razem śniadanie, sam wspomniał, że koło mnie nie kupię nic.
Wielokrotnie widział, że nie jem dużo. Zawsze też zapominał, że mam alergię na mleko, nie jem mięsa i że nie jem słodkiego, bo koszmarnie nie cierpię czekolad, cukierków, a w szczególności ciast.
Tego trzeciego dnia wysłał SMS-a, że coś mu wypadło. Siedziałam sama i głodna, zbyt zaryczana, by napisać cokolwiek. Około 13 napisał, że zapomniał, że poprosił wczoraj kolegę właściciela, by zostawił mi coś w szafce nad zmywarką. Pobiegłam do kuchni, a w tej szafce była właśnie wielkanocna babka.
To był chyba moment, kiedy we mnie coś pękło. Zaryczana szłam 6 km do stacji po jakąś kanapkę, kolejne 6 km wracając i uświadamiając sobie, jak bardzo w dupie ma mnie mój facet. Zawsze starałam się mu dogadzać, sprawiać, że nasze spotkania będą wyjątkowe. Za to on przyrządzał mi kawę z mlekiem, po kilku żartobliwych przypomnieniach dałam sobie spokój, w końcu jest roztrzepany i zapomina. Zjadłam nawet raz makaron z mięsem, no bo "dla mnie przecież to wziął".
Żałosne.
Następnego dnia rano miał mnie odwieźć na lotnisko. Przyjechał zdziwiony, że nie odpisuję na SMS-y i rzucił, że wie, że mało jem, to chyba nie byłam zbyt głodna. Bez słowa podałam mu zapakowaną babkę.
Rzucił ją do bagażnika, klnąc, że kupił ją specjalnie dla mnie. Odparłam, że nigdy nie lubiłam ciast i wsiadłam do auta. Wtedy już leciały mi łzy. On wzburzony wsiadł i zaczął gadać paskudne rzeczy, aż pod lotniskiem zobaczył moją twarz. Zatkało go, potem próbował mnie udobruchać. Zabrałam bagaże, podziękowałam mu i wiedziałam, ż
Pracuję w sklepie odzieżowym. Raz przyszła bardzo elegancka kobieta i poszła przymierzać bielutką sukienkę. "Grubo w niej wyglądam" powiedziała z wnętrza przymierzalni, więc odpowiedziałem "niech ją tam pani zostawi, potem zabiorę". Wyszła.
Parę minut później wszedłem do przymierzalni i zobaczyłem wielkie gówno na środku podłogi i białą sukienkę za tysiaka udekorowaną niezliczonymi narciarzami po podcieraniu eleganckiego dupska.
Co ci ludzie mają z głową?
Pewnej nocy postanowiłem posiedzieć do trochę późniejszej godziny, coby ukończyć dodatek do Wiedźmina 3. W pewnym momencie dopadła mnie potrzeba fizjologiczna, a ponieważ toaletę mam na drugim końcu domu, musiałem pokonać dosyć długi odcinek.
W przedpokoju mam spore okno, przez które dobrze widać moją ulicę. Wracając z ubikacji, ujrzałem przez nie namiętnie całującą się parę pod ogrodzeniem sąsiada. Było już bardzo późno, więc pewnie sądzili, że mieszkańcy co najwyżej przewalają się na drugi bok w swoich łóżkach i widocznie przeoczyli zapalone światło w moim domu. Zaskoczony tym widokiem podbiegłem wyłączyć światło, po czym ukradkiem zbliżyłem się do okna, aby stanąć w odległości około 1,5 m od niego i poobserwować parę. Zerkałem na twarz uniesionej rozkoszą dziewczyny i jej partnera całującego ją po szyi z ręką w jej majtkach. Chwilę potem odważyli się przejść do czegoś poważniejszego i rozpoczęli kopulację. Niesamowicie mnie to podnieciło, jak żaden film porno. Niestety po paru minutach mój pies wszystko zepsuł i przegonił osobników.
Tak więc po raz pierwszy widziałem seks na żywo poza ekranem monitora.
Pozdrawiam, 22-letni stulejarz.
Instytucja, w której pracuję, organizowała jakiś czas temu konkurs wiedzy dla dzieci z podstawówki. Byłam członkiem komisji sprawdzającej prace, a dodatkowo miałam w czasie całego wydarzenia robić zdjęcia. Dowiedziałam się dzień wcześniej, że jedyne dokumenty, jakie mamy od dzieci, to karty zgłoszenia do konkursu. Nie było w nich zgody na udostępnienie wizerunku, osoba przygotowująca karty i regulamin nie dopisała tej formułki. To tylko formułka, ale bardzo istotna z punktu prawnego – brak zgody na piśmie oznacza, że nie wolno nam publikować zdjęć dzieci.
W czasie całego wydarzenia gimnastykowałam się, jak tylko mogłam, żeby robić zdjęcia, na których będzie wiadomo, co się dzieje, ale nie będzie widać twarzy dzieci. Ręka pisząca test, tłum głów z tyłu i tym podobne. Twarze tylko naszych pracowników.
Zrobiłam też jedno zdjęcie z przodu, obejmujące wszystkich uczestników, żebyśmy mieli do notatki służbowej, do wpięcia w dokumenty.
Następnego dnia zaglądam na media społecznościowe, a tam widzę właśnie TO zdjęcie z opisem, jaki mieliśmy wspaniały konkurs. Moja genialna koleżanka, organizatorka konkursu, doskonale wiedząc, że nie mamy prawa do publikacji wizerunku, wybrała akurat to zdjęcie z twarzami, bo pozostałe „tak z tyłu, to tak ładnie nie wygląda”.
Ręce opadają. Na szczęście jak na razie żaden rodzic ani żadna kontrola tego nie wyłapała.
Jestem 27-letnią kobietą, którą niestety natura obdarzyła wysokim wzrostem, tj. 190 cm, no i też z własnej winy jestem przy kości. Całe życie w szkole byłam prześladowana, przez co nigdy nie potrafiłam uwierzyć, że mam jakąkolwiek wartość jako człowiek. Unikałam kontaktów i relacji, bo mój mózg zaprogramował się tak, że na nic dobrego nie zasługuję. Jak w miejscach publicznych dostawałam jakąkolwiek reakcję od mężczyzny, zakładałam, że myśli, jakim potworem jestem. Aż pewnego dnia w październiku zeszłego roku, idąc do kas samoobsługowych w markecie z czerwonym owadem, asystent kas samoobsługowych prawie złamał szyję, jak się pojawiłam w jego polu widzenia, a mnie nie wiem co wtedy trafiło, że również się na niego patrzyłam, zamiast się kasować. Nigdy obcym ludziom nie patrzę w oczy. Może to te jego długie blond loki albo to spojrzenie... Trwało to 10 sekund.
Dwa dni później, również chłop sobie prawie szyję złamał, gapimy się, ja się kasuję, a on po czasie wypalił najsłodsze „dzień dobry”, jakie usłyszałam, a mnie zmroziło do tego stopnia, że myślałam, że odpowiedziałam, ale głos utknął mi w gardle i nie byłam w stanie spojrzeć na niego, bo wiedziałam, że się spalę. Potem zauważył, że mi sok cieknie i mi pomógł, za co podziękowałam i wyszłam spalona ze wstydu.
Następne dwa razy po prostu się gapiłam, bo nie wiedziałam, co zrobić i jak się zachować. I już nigdy go więcej nie zobaczyłam. Bardzo tego żałuję do dziś.
Z tego miejsca, jeżeli kiedykolwiek byś to przeczytał, to z całego serca Cię przepraszam. Nie chciałam wyjść na zimną i niezainteresowaną, tylko po prostu byłam w wielkim szoku, że ktokolwiek zwrócił na mnie uwagę.
A dla mnie samej i może innych: życie naprawdę zaskakuje, tylko trzeba zacisnąć zęby i złapać okazję, bo inaczej będzie się żałować miesiącami.
Moja ciotka lubi wypić. Nie jest alkoholiczką, ale raz na kilka miesięcy lubi się „zresetować”. Wujek z kolei nie toleruje alkoholu. Kilka lat temu byłam akurat u kuzynki na weekend, kiedy cioci wypadł „reset”. Wróciła w stanie, w jakim jeszcze chyba nigdy nikogo nie widziałam. Jako że z wujkiem mieli osobne sypialnie, ten jej nawet nie widział... A może nie chciał widzieć ani słyszeć, bo narobiła takiego rabanu, że chyba zmarłego by obudziła.
Rano, jak to na wsi, każdy ma swoje obowiązki i to zakorzenione tak, że choćby paliło się i waliło, a po schodach trzeba schodzić na czterech, to się wstaje i idzie.
No to ciocia wstała. Tyle że żołądek tez się obudził i zaprotestował. Wychodząc z łazienki, zobaczyłam tylko, jak ciocia odchyla dywan i... uciekłam. Współczułam sprzątania. Chyba niepotrzebnie. Ciocia, żeby nie musieć sprzątać i żeby się nie wydało, jak gdyby nigdy nic zawołała podwórkowego psa, który po niej posprzątał. Ja na ten widok na szczęście zdążyłam do łazienki, a jeszcze przytuliłam od cioci 20 zł, żeby się nie wydało.
Mam dwa razy starszego ode mnie kuzyna. Moja rodzina zawsze była blisko z jego, więc spędzali u nas dużo czasu, przyjeżdżali, jak tylko nadarzyła się okazja. Mieszkaliśmy z dziadkami, więc oni również byli powodem ich częstych odwiedzin.
Wspomniany starszy kuzyn jest niepełnosprawny umysłowo od zawsze. Mimo swojego wieku ma mentalność siedmiolatka i jest niezdolny do samodzielnego mieszkania ani tym bardziej pracy, toteż jest skazany na bycie na utrzymaniu swoich rodziców. Sęk w tym, że w ogóle ich nie szanuje. Buntuje się na każde sposoby, podczas komisji lekarskiej specjalnie mówił, że chce iść do pracy, przez co nie dostał renty, a jego leki do najtańszych nie należą i każda pomoc jego rodzicom się przyda, ale on nie będzie im pomagał. Wiecznie narzeka, nic nie robi, dzwoni na policję, kiedy mama każe mu wynieść śmieci, bo jego zdaniem to forma znęcania się.
Jego mama to kobieta wykształcona, bardzo uzdolniona w wielu dziedzinach, zabawna i przemiła. Miała świetną pracę, kochającego męża, czego chcieć więcej? Dzieci. Miała problem z tym, żeby je mieć. Ostatecznie udało się, ma trzech synów, w tym tego niepełnosprawnego, który jest zarazem najstarszy. Dla niego zrezygnowała z pracy. Musiała się nim zajmować. Wujek pracuje za granicą i więcej go nie ma, niż jest.
Ciocia stara się jak może, ale z roku na rok jej najstarszy syn jest coraz gorszy.
Mnie było ciężko go znieść w dzieciństwie i zawsze było mi przykro, jak widziałam, jak on traktuje tak wspaniałą ciocię, a jego mamę. Zawsze byłam zła na niego za to. A on nic nie rozumie, jest dumny z tego, że przysparza coraz więcej kłopotów, bo uważa, że to świetna zabawa.
Dorosłam, on nadal jest dzieciakiem, a ja przez te lata doszłam do wniosku, że za nic w świecie nie chcę mieć dziecka, które będzie psychicznie upośledzone. Nie miałabym w sobie tyle siły, aby normalnie z takim dzieckiem funkcjonować. Mój ukochany również jest tego zdania, że fizyczna niepełnosprawność nie byłaby żadną przeszkodą, ale psychiczna wymaga za dużo. Chcemy mieć dzieci, trójkę, a jak będą starsze, to założyć rodzinny dom dziecka i wychować ostatecznie jeszcze więcej! Uwielbiamy dzieci, ale z niektórymi moglibyśmy nie dać rady. Dlatego dokonałam już aborcji. Nic przyjemnego. Nie chciałabym robić tego drugi raz, ale jeżeli miałabym urodzić ciężko chore dziecko, to znów bym się nie zawahała.
Moje pierwsze praktyki w szpitalu, oddział, na którym wielu pacjentów było niesamodzielnych z utrudnionym kontaktem. Mieliśmy odpowiadać na dzwonki pacjentów, iść na salę i pomagać w prostych sprawach, a jeśli coś nas przerastało, wołać pielęgniarkę.
Pewnego ranka w czasie śniadania zadzwonił pan Stanisław. To był pacjent leżący, rozumiejący, co się do niego mówiło, ale sam potrafił wypowiedzieć pojedyncze słowa i miał wadę wymowy, przez co trudno się z nim rozmawiało. Bardzo się irytował, kiedy go nie rozumieliśmy.
– Kawkę – powiedział, kiedy podeszłam.
Podsunęłam kubek z kawą zbożową, żeby w był w jego zasięgu.
– Kawkę – powtórzył pacjent.
– Dziś kawka, nie herbata – potwierdziłam.
– Kawkę – powtórzył pacjent już zirytowany.
Uznałam, że chce prawdziwą kawę i zaproponowałam, że jeżeli ma, to mu ją zrobię. Ani drgnął.
– Kawkę – powtórzył za złością.
Pomyślałam, że nie ma przy sobie, więc kupię mu w automacie. Nie pamiętałam cen, więc zaproponowałam, że odda mi później.
– Kawkę, kawkę, kawkę! – wykrzyczał pan Stanisław, był już naprawdę wkurzony.
Zaczęłam dopytywać, czy chce z mlekiem i cukrem, a w międzyczasie weszła pielęgniarka. Spojrzała na mnie z politowaniem.
– Pan chce kaczkę... – mruknęła.
Dodaj anonimowe wyznanie