W zeszłym roku napisałem tu wyznanie. Ot, typowe wylewanie żali o tym, że nigdy nie byłem w poważnym związku, frustracji wynikłej z braku powodzenia u kobiet i inne tym podobne wywody desperata obwiniającego wszystkich wokół zamiast siebie, które zazwyczaj nie opuszczają niezweryfikowanych.
Chciałem tylko podziękować Wam, anonimowym użytkownikom. Fala krytyki z waszej strony spowodowała, że w końcu dotarło do mnie, iż czas się poważnie wziąć za siebie. Zacząłem nad sobą pracować, skupiłem się na rozwoju siebie i swoich pasji, uczeniu się na błędach, a także stopniowym przełamywaniu swojej nieśmiałości. Czuję się już o wiele lepiej, przełamuję swoje granice, spotykam się z ludźmi i jestem zwyczajnie zadowolony ze zmian, które wprowadziłem w swoim życiu.
I nie, nadal nikogo nie znalazłem, ale dojrzałem do tego, żeby zrozumieć, że nie zawsze w życiu można mieć wszystko, czego się pragnie. Byłoby miło kogoś poznać i może kiedyś tak się stanie, ale nie zamierzam mieć już z tego powodu żadnych wyrzutów.
Zacznę od tego, że mam 14 lat, jestem dzieckiem adoptowanym, a moi prawdziwi rodzice nie żyją. Nie myślałem prawie w ogóle o przeszłości, zresztą niewiele z tamtego okresu pamiętam. Do teraz.
Otóż jem sobie obiad z mamą, gdy nagle mówi do mnie: „Pamiętasz, że jesteś adoptowany?”. Na co odpowiadam, że oczywiście, że tak. Po czym mama ciągnie: „No to masz siostrę, która jest o rok młodsza”.
Byłem w szoku. Popłakałem się. Później mama powiedziała, że to ta siostra mnie odnalazła.
Naprawdę się cieszę i nie mogę się doczekać spotkania z nią. Nie popsuło mojej radości nawet to, że jest ona chora na mukowiscydozę (to taka choroba genetyczna, której ja na szczęście nie mam). Postanowiłem trochę poczytać o tej chorobie. Wyczytałem, że średnia życia osób chorych wynosi ok. 40 lat. Trochę się zasmuciłem i nie daje mi spokoju myśl o tym, że najprawdopodobniej umrze ona przede mną. Mimo wszystko naprawdę nie mogę się doczekać spotkania.
Zawsze jak słucham muzyki, wyobrażam sobie, że stoję na wielkiej scenie i śpiewam daną piosenkę, a tłumy fanów zachwycają się moim wokalem i umiejętnościami.
Szkoda, że w rzeczywistości mój śpiew jest gorszy niż odgłosy godowe waleni :)
Jakiś czas temu pewna firma postanowiła ściągnąć mnie do siebie. Oczywiście finanse na plus, dodatkowe warunki spełnione. Ale zanim tam poszedłem, w poprzedniej firmie wszyscy dowiedzieli się, gdzie będę pracować i nagle wszyscy chwalą się, że tam aplikują. A co robię ja? Jak mi się ktoś nie podoba (nie ze względu na to, że kogoś lubię bądź nie, po prostu ludzie się obijają i patrzą co zrobić, by tylko móc się obijać), to dzwonię do nowej firmy i mówię, kogo lepiej nie zatrudniać. Nie wiem, ale mierzi mnie myśl, że mógłbym znów pracować z niektórymi nierobami.
W sumie nie wiem, czy robię dobrze, ale nie chcę wkurzać się w nowej pracy, zasuwając za trzech, co w poprzedniej firmie ciągle robiłem.
Gdy siedzę w gronie znajomych i akurat mamy jakieś spotkanie na zewnątrz, to zabieram ze sobą dużo środków przeciw owadom (szczególnie przeciw komarom, i o ile to możliwe staram się wybierać naturalne środki odstraszające). Dzielę się nimi ze znajomymi, a sam często ich nie używam. Dlaczego? Chcę, żeby moi towarzysze byli bezpieczni, podczas gdy ja robię za przynętę na te krwiożercze stworzenia.
Pracuję w firmie ojca. Synalek tatusia, co? No właśnie tak średnio i z przymuszenia... Ale po kolei.
Okradziono mnie, nie dość, że nie byłem w stanie utrzymać się i jako-tako opanować sytuacji życiowej, to jeszcze nie miałem pieniędzy nawet na druk własnej pracy magisterskiej. Narzeczona jakoś tam mi pomagała, ale nie dawaliśmy rady nawet razem na wyjście z dołka (miałem kredyt hipoteczny). Następnego kredytu nie daliby mi, w lichwę nie chciałem się bawić. Jedyną opcją było wrócenie z podkulonym ogonem do ojczulka, który dał mi wymaganą kwotę, aby studia w spokoju ukończyć i wydrukować pracę. Nieproszony sam się zaoferował, że spłaci całą moją hipotekę, co ja przyjąłem z radością. Ale, ale – coś za coś. Miałem w zamian iść do pracy w jego firmie jako szeregowy pracownik. Zgodziłem się, i tak nie robiłem w zawodzie wyuczonym, to co mi szkodzi, wypłata porównywalna.
W maju jego firma zaczęła mieć gigantyczne straty. Nie wiem, co mój tatulo odwalił, ale było tak źle, że musiał pozwalniać połowę personelu, a mi powiedział w gabinecie, że za tamten miesiąc nie dostanę wypłaty, bo zwyczajnie go nie stać, ureguluje płatności w następnym. Biorąc pod uwagę to, ile dla mnie zrobił, przystałem na to. Jakoś ten miesiąc z dziewczyną przeboleliśmy... Aż minął następny i sytuacja się powtórzyła. Niby w firmie było już stabilniej, niby „wychodzimy na prostą”, ale też powiedział mi, że o wypłacie mogę pomarzyć i „w lipcu na 100% dostaniesz obydwie zaległe”. A teraz mamy lipiec i zgadliście – kasy nadal nie ma.
Firma prosperuje lepiej, nawet przyjęliśmy trzech nowych pracowników.
Wypytałem ludzi, okazuje się, że dostają co miesiąc swoje wypłaty jak w zegarku. Poszedłem zatem do ojca i zapytałem, co to ma znaczyć. Zareagował agresją, zaczął mnie wyzywać od żebraków, którzy myślą, że wszystko im się należy i robił wyrzuty, że zapłacił mi hipotekę, że nie dostanę wypłaty ani z maja, ani z czerwca, ani z nigdy, dopóki nie odrobię tego, co na mnie wyłożył „i nie obchodzi mnie, czy będziesz żarł tynk ze ścian przez ten czas”. Wyszedłem dosłownie w szoku. Mój ojciec nigdy wcześniej się tak nie zachowywał.
Oczywiście szukam nowej pracy w trybie natychmiastowym, bo dziewczyna już jest wkurzona na maksa, a życie na jednej wypłacie na dłuższą metę jest praktycznie niemożliwe... Dziewczyna jednak nakłania mnie do tego, abym poinformował PIP i wszystkie możliwe służby, ale nie chcę tego, bo w sumie to mój ojciec i nigdy taki nie był...
Naprawdę nie wiem, co mam robić.
Mam 26 lat i sporą nadwagę. Leżałem na łóżku, pobolewał mnie brzuch, a przyznać trzeba, że mój brzuch mógłby mieć swoją własną orbitę w swojej największej fazie... Ale od kilkunastu miesięcy walczę z nim, jak mogę – dieta i lekkie ćwiczenia kardio, takie, na jakie pozwalała mi tusza.
Pod palcami wyczułem miejsce, które mnie boli – dość twarde, nieustępliwe i promieniujące przy naciskaniu... Przerażony wchodzę w internet i jest diagnoza (szybciej niż najznakomitszy lekarz ją wystawiłem) – przepuklina. No dramat...
Załamany i zrezygnowany udałem się do lekarza.
Lekarz przeprowadził wywiad, zrobił badania i USG i... okazało się, że to moje mięśnie, które mają zakwasy po nowym treningu.
PS Na swoje usprawiedliwienie powiem, że odkąd skoczyłem 14-15 lat, nie było możliwości wyczuć moich mięśni, bo były tak słabe i wiotkie i pod taką górą tłuszczu.
Piątek, trzynastego. Nigdy nie byłam przesądna, ale po tym, co mnie ostatnio spotkało, bać się będę tego dnia panicznie.
Jak zawsze pod koniec tygodnia poszłam do mojego ulubionego klubu. Nic nie zapowiadało katastrofy. Wręcz przeciwnie. Przy barze ktoś mnie potrącił. „Wybacz, jestem taką niezdarą!” – zaśmiał się przesympatyczny chłopak o intrygującej urodzie.
Chwilę pogadaliśmy, pośmialiśmy się. Gość wydawał się bardzo inteligentny i nad wyraz uprzejmy. Tak fajnie nam się rozmawiało, że barman musiał ze trzy razy pytać mnie co podać. Problem zaczął się, kiedy przyszło mi płacić za piwo. Ani w kieszeni, ani w torebce nie mogłam znaleźć portmonetki. Wpadłam w panikę. Jeszcze dobrze wieczór się nie zaczął, a ja już zgubiłam najcenniejszą rzecz, jaką posiadałam! Dobrze, że dokumenty trzymałam osobno, bo lipa byłaby straszna! Z opresji uratował mnie wspomniany chłopak. Powiedział, że będzie zaszczycony, jeśli zgodzę się, aby postawił mi piwo. Znaleźliśmy jakiś zaciszny stolik. Szymon, bo tak się nazywał mój nowy znajomy, co chwilę mnie uspokajał. „Ostatnio miałem spory zastrzyk gotówki, więc naprawdę, nie stresuj się. Poza tym fajnie mi się z tobą gada, więc tym bardziej będzie mi miło sponsorować dzisiejszy wieczór”.
Trzy piwa później Szymon zaproponował wizytę w pobliskim barze sushi. Uwielbiam sushi, ale to przecież takie drogie jedzenie! Byłam trochę zażenowana, że chce mnie zaprosić. On jednak nie słuchał moich cichych protestów, chwycił mnie mocno za rękę i bezceremonialnie zabrał mnie z klubu. Spodobało mi się to nawet.
Zjedliśmy po dwie, najbardziej wypaśne porcje! A to jeszcze nie był finał wieczoru. Okazało się, że mój rycerz ma w zanadrzu coś jeszcze. Przed barem złapał taksówkę i pojechaliśmy do modnego lokalu w centrum miasta, gdzie za sam wstęp płaci się 50 zł! I tym razem na nic nie zdały się moje cichutkie sprzeciwy. Przegadaliśmy resztę wieczoru. Potem jeszcze kupił wielką butelkę drogiego, ale pysznego wina i uiścił rachunek. Czułam się pijana i absolutnie oczarowana Szymonem.
Mój wybawca wynajął pokój w hotelu. Kochaliśmy się całą noc, a nad ranem zasnęliśmy wtuleni w siebie. Było cudownie.
Rano obudziłam się sama. Po moim „nocnym kochanku” nie było śladu. Za to na półeczce koło telewizora leżała… moja portmonetka. Pusta. I dopiero wtedy dotarło do mnie, że to ja byłam sponsorką wszystkich atrakcji z ubiegłego wieczora.
Wtedy, gdy stałam przy barze i Szymon potrącił mnie, co było początkiem naszej znajomości, tak naprawdę wyjął mi portmonetkę z kieszeni. Zostałam dosłownie i w przenośni „wydym#na”.
Od podstawówki byłem znany z nieliczenia się z uczuciami innych, na początku nie przeszkadzało mi to, wręcz cieszyłem się powodzeniem wśród rówieśników, jednak potem przerodziło się to w kilka sytuacji, przez które prawie wyrzucili mnie ze szkoły... W gimnazjum lubiłem łapać nauczycieli za słowo, znajdywać w ich regulaminach nieścisłości, nie podobało im się to. Kilka razy byłem wzywany do szkoły wraz z rodzicami, lecz oni nigdy nie mieli dla mnie czasu, zazwyczaj kończyło się to odcięciem pieniędzy na 2-3 dni. Gnębiłem też uczniów, lecz robiłem to na tyle inteligentnie, że nigdy nikt nie miał na mnie żadnego dowodu, jedna dziewczyna zmieniła szkołę przez moje ataki na jej osobę (przepraszam K. S.).
Pewnie zapytacie, dlaczego to robiłem?
Otóż spowodowane było to nakręcaniem przez resztę klasy, a czasami nawet szkoły i ogólną presję otoczenia, mój brak wychowania i zły kontakt z rodzicami. W połowie trzeciej gimnazjum zdałem sobie sprawę, że to, co robię, jest niemoralne, lecz było już za późno, byłem znienawidzony przez kadrę nauczycielską i część uczniów. Próbując się wycofać, wkopywałem się jeszcze bardziej, próbując przeprosić osobę, którą gnębiłem, zostałem wyśmiany przez innych rówieśników, jak i przez tę osobę. Patrząc z perspektywy czasu, myślę, że mogłem po prostu przestać, lecz wtedy to rozwiązanie wydawało mi się nieosiągalne...
Chciałbym szczerze przeprosić wszystkie osoby, które skrzywdziłem. Przez długi czas nawet nie wiedziałem, że to robię. Przepraszam.
Jestem właścicielką niewielkiej kwiaciarni. Od miesiąca codziennie przychodzi do mnie starszy mężczyzna, na oko grubo po sześćdziesiątce. Każdego dnia kupuje jedną czerwoną różę. Kiedyś nie wytrzymałam i zapytałam go, komu daje te kwiaty. Odparł, że zanosi je żonie. Pomyślałam sobie wtedy jak to cudownie, że są jeszcze na świecie ludzie, którzy tak bardzo się kochają i szanują po latach związku.
Wczoraj starszy pan znowu przyszedł po różę, a ja jak zwykle wybrałam dla niego najładniejszą. Żeby podtrzymać rozmowę o pogodzie, uśmiechnęłam się i powiedziałam: „Pańska żona musi być wspaniałą kobietą, że tak pan ją rozpieszcza”.
Mężczyzna posmutniał i odpowiedział: „Gdy żyła, była cudowną kobietą, ale wtedy tego nie doceniałem – zbyt rzadko dawałem jej kwiaty. Teraz chcę to nadrobić”.
Nawet sobie nie wyobrażacie, jak głupio się wtedy poczułam.
Dodaj anonimowe wyznanie