Poszłam na egzamin, do którego długo i sumiennie się przygotowywałam. Byłam pewna swojej wiedzy. Pierwsze pytanie - znałam odpowiedź, zaczęłam odpowiadać, ale profesor zaraz zaczął mi przerywać i snuć dygresje. Zadał drugie pytanie - wszystko wiedziałam, ale znów mi przerwał i powtórzyła się sytuacja z pierwszego pytania. Na koniec podsumował "Szanowna pani nie znalazła chyba czasu, aby nawet książkę otworzyć. Nie zdała pani". Wyszłam zamroczona, jakby mi coś ciężkiego na głowę spadło.
Po mnie wszedł kolega, który dosłownie nie otworzył książki, przejrzał tylko poprzedniego dnia moje notatki. Zdał. Dostałam ataku wścieklizny jak chyba nigdy. Od razu wróciłam do pokoju i mówię (ze wstydem przyznaję, że podniesionym głosem) "Trzy tygodnie przygotowywałam się do tego egzaminu. To pana prawo mnie oblać, ale proszę w ogóle wysłuchać co wiem!". Po czym jak karabin maszynowy wystrzeliłam z siebie pełne odpowiedzi na obydwa jego pytania. Gdy skończyłam nic nie powiedział, tylko patrzył na mnie jak na kosmitkę, więc powiedziałam "Dziękuję, do widzenia" i wyszłam.
Następnego dnia profesor zatrzymał mnie na korytarzu i powiedział, że zdałam i nawet mnie przeprosił. Czasami trzeba się przemóc i zawalczyć o siebie.
Mam problem z wypróżnianiem się, często muszę wyciągać kupę palcami.
Mężczyzna, którego przez ponad 12 lat uważałam za ojczyma okazał się moim ojcem...
Zastanawiam się, kto zrobił większy błąd. Moja matka, że zrobiła tak, że odszedł, czy on, że odszedł i zostawił mnie i nagle pojawił się po 8 latach mojego życia?
Życie jest posrane jednak...
W zeszłym roku ojciec mnie poprosił, abym za niego pojechał na wesele jego kuzyna, bo w ostatniej chwili mu wypadła kryzysowa sytuacja w firmie, a miał już kupiony prezent i zależało mu, żeby ktoś z naszej rodziny tam był.
Pojechałem. Przywitali mnie bardzo miło. Nikogo tam nie znałem, ale w ogóle mi to nie przeszkadzało, ludzie byli bardzo sympatyczni. Piłem, jadłem, potańczyłem, wręczyłem prezent młodej parze. Super.
Na sam koniec okazało się, że pomyliłem hotele i byłem na niewłaściwym weselu.
Od niedawna jesteśmy po ślubie cywilnym, ale pandemia zatrzymała nasz ślub kościelny (mieszkamy za granicą, cywilny jest oddzielnie). Nie planujemy wesela, więc kiedy tylko prawnie będzie to możliwe, bierzemy kościelny. Kochamy się, znamy się bardzo długo, chociaż sporo tego czasu spędziliśmy z dala od siebie, jako przyjaciele. Kiedy znów się spotkaliśmy (obydwoje wolni), poszło szybko. Chemia, zrozumienie, lata przyjaźni, wspólne pasje i super seks - chcemy być razem. Oczywiście przechodzimy potężne kłótnie, obydwoje jesteśmy uparci i mamy różne poglądy w wielu kwestiach, ale zawsze dochodzimy do porozumienia i znów jest dobrze.
Odkąd obydwoje pracujemy z domu i spędzamy większość czasu razem, zaczęły mnie męczyć koszmary, w których mój luby jest naprawdę okropny. Odkrywam w tych snach jego sekrety, a drobne sceny z realnego życia potwierdzają najgorsze przypuszczenia. Sny są bardzo realistyczne i często ze sobą powiązane. Budzę się wtedy w takim stanie "nagłego olśnienia", przekonana, że muszę go zostawić, żeby nie zniszczyć sobie życia. W jednym ze snów odkrywam, że P. jest związany z siatką narkotykową, a jedna z dziupli jest w naszym lesie. Kiedy mam już niezbite dowody i myślę o pójściu na policję, mój luby zaczyna mnie szantażować. W innym śnie ma obsesję na punkcie kontrolowania mnie i staję się niczym niewolnica. Kiedy indziej jest okropnym despotą i wykańcza mnie psychicznie.
Wiem, że to tylko sny, ale gdy budzę się w nocy, jestem pełna wątpliwości i obawiam się, że przez te lata, gdy byliśmy setki kilometrów od siebie, zmienił się w kogoś, kogo zupełnie nie znam...
PS Powiedziałam mu o niektórych snach, ma z tego ubaw...
O tym, jak łatwo uzależniają nas od siebie trudne osobowości.
Ok. roku temu poznałam K. Zabawny, mega inteligentny, poczucie humoru totalnie w moim stylu, szerokie zainteresowania. To wszystko mocno mnie w nim intrygowało. Zaczęliśmy znajomość na stopie koleżeńskiej, ale z czasem zauważyłam, że K. dąży do czegoś więcej. Kwiaty, lekka zazdrość o innych kolegów, żarty z podtekstem. Wtedy zaczęłam przyglądać mu się nieco bliżej.
I zauważyłam, że duże poczucie humoru idzie w parze ze zmiennymi nastrojami; towarzyskość z czymś co nazywał zabawnie "ekshibicjonizmem emocjonalnym" (choć znaliśmy się krótko, ze szczegółami opowiadał o swoich innych znajomych, czy byłych dziewczynach); szerokie grono znajomych zbierał na licznych imprezach zakrapianych alkoholem; zabieranie mnie w ciekawe miejsca łączy z domyślną zasadą wyłączności (np. miał pretensje, że skoro kupił bilet-niespodziankę, to dlaczego nie mam czasu z nim iść dokładnie w wyznaczonym dniu, mimo że nie umawialiśmy się wcześniej).
Zaczęłam się czuć lekko osaczana.
Ale elegancko, z humorem, zabawnie. Naprawdę lubiłam K., ale uznałam że to nie facet dla mnie, że pod cudownym kumplem i ciekawym człowiekiem, kryje się rozchwiany i wymagający partner.
Jednak bogactwo jego osobowości jest tak kuszące, że co jakiś czas, od roku, daję się namówić na rozmowę telefoniczną, odpowiem na wysłaną na komunikatorze piosenkę, skomentuję przesłany nocą zabawny mem. Aż do momentu, gdy K. znów uzna, że może z nas być coś więcej, prześle bukiet, zrobi mini-scenę zazdrości na klatce schodowej. Potem kilka tygodni milczy, ostentacyjnie blokuje mnie na komunikatorze, a następnie przeprasza i od nowa...
Jednak jakieś 5 m-cy temu poznałam M. Świetny, opiekuńczy, zrównoważony facet. Ograniczyłam wtedy mocno kontakt z K., oficjalnie zostałam dziewczyną M.
Ale...
M. nie jest TAK zabawny, nie ma TAK szerokich pasji, nie dysponuje TAK bogatym słownictwem, nie słyszał o TYLU książkach, grach, piosenkach czy miejscach co K.!
Czuję się z M. kochana i bezpieczna, ale... nie czuję się z nim tak zafascynowana... Oczywiście zwycięża rozsądek, logika i rozum (dobry związek vs. niestabilny partner), ale małe "ALE" zawsze gdzieś się z tyłu tli.
Pointa? Mam 32 lata i naprawdę sceny jak z serialu dla nastolatek nie są mi potrzebne. Dlaczego więc co jakiś czas skusze się na kontakt od K.? Nie wiem, nie rozumiem...
Szybko się usamodzielniłem i w wieku 21 lat miałem własną małą firmę i wynajmowałem mieszkanie razem z moją dziewczyną. Po kilku miesiącach tak wyszło, że ona zaszła w ciążę. I tak planowaliśmy się pobrać, a finansowo wiedzieliśmy, że damy radę, więc jakkolwiek była to wpadka, to w sumie byliśmy zadowoleni.
Poszedłem do mojej mamy podzielić się radosną nowiną, ale nie dała mi dojść do słowa mówiąc "Mam coś bardzo ważnego, co muszę ci powiedzieć. Będziemy mieli z tatą drugie dziecko, jestem w ciąży". Zrobiłem oczy jak 5 zł i odpowiedziałem "No właśnie my też będziemy mieli dziecko, Natalia jest w ciąży".
W ten oto sposób mój brat i mój syn chodzą teraz razem do pierwszej klasy, są najlepszymi kolegami. To chyba jedyna taka sytuacja w całej Polsce.
Nienawidzę zapraszać do siebie gości.
Mój narzeczony lubi spotkać się z swoimi znajomymi w naszym mieszkaniu. Często wpada jego siostra z chłopakiem czy kolega z żoną.
Problem nie jest ze znajomymi tylko ze mną.
Nienawidzę dotykać rzeczy po innych ludziach.
Sama sprzątam swoje mieszkanie i mam świadomość, że to ja umyłam toaletę więc mogę spokojnie na niej usiąść na dwójeczkę. Wiem, że goście po umyciu rąk wycierają dłonie w ręcznik specjalnie do tego przygotowany lecz tak czy inaczej od razu leci do prania. Wiem, że dotykają moich kosmetyków, klamek w mieszkaniu, siedzą na mojej sofie. To już nie chodzi o bakterie czy inne rzeczy lecz brzydzi mnie świadomość iż ich lepiące się tyłki dotykały deski klozetowej. Ja na co dzień jestem społecznym człowiekiem, lubię kontakt z innymi ludźmi lecz tylko słowny. Uprzedzę pytanie o narzeczonego. Jego się nie brzydzę.
Jesteśmy ze sobą prawie 10 lat i jestem w stanie jeść z nim lody jedną łyżeczką. Po każdej wizycie gości sprzątam mieszkanie od podstaw. Dezynfekuje toaletę, klamki, piorę ręczniki, pokrowce na poduszki z salonu, myje podłogi i szoruje szklanki. Nikt nie wie o mojej przypadłości.
Chcę powiedzieć krótko i na temat. W wieku 17 lat miałam wpadkę z moim chłopakiem. Rozważaliśmy aborcję i dom dziecka, jednak po prostu nie umiałam tego zrobić. Dzisiaj mam 24 lata, mamy swój dom, dobrą pracę i dwójkę cudownych dzieci. Niedługo planujemy ślub, trzymajcie kciuki!
Kiedyś byłam pulchna, to znaczy miałam kilka kilogramów za dużo i nie mogłam na siebie patrzeć w lustrze. Najgorzej było przed kąpielą. Pewnego dnia powiedziałam „dość”.
Po prostu stanęłam nago na tle białej ściany, zrobiłam sobie zdjęcie aparatem analogowym na statywie samowyzwalaczem. Uznałam, że będę robiła 1 zdjęcie w miesiącu, tego samego dnia. Robiłam 2, na wypadek, gdyby nie wyszło. Gdy skończy się klisza, wywołam i obejrzę efekty mojego chudnięcia. I tak 2 razy. Robiłam to skrupulatnie, odchudzałam się. Z czasem moja obsesja przerodziła się w anoreksję. W krytycznym momencie ważyłam 32 kg.
I znowu powiedziałam „dość”. Byłam w szpitalu psychiatrycznym. Poczucie beznadziei, tuszy i choroby sprawiło, że zaczęłam się ciąć, chciałam po prostu umrzeć, bo wiedziałam, że nie dojdę do perfekcji i lekkości.
Dwuletnia terapia pomogła, przytyłam i jako tako zaakceptowałam swój wygląd, wagę. Zaczęłam żyć normalnie. Zdałam maturę, poszłam na studia. Rok przed zdaniem matury poznałam Jego - mojego chłopaka. Chłopak wiedział o chorobie i wspierał mnie w walce z myślami. Zamieszkaliśmy razem w mieszkaniu w tym samym mieście jak pojechaliśmy na studia (inne kierunki na tej samej uczelni).
Podczas przeprowadzki wzięłam ze sobą różne rzeczy - ozdoby do pokoju, ciuchy, albumy ze zdjęciami, książki, listy. W jednym z albumów były wszystkie zdjęcia z okresu mojej choroby, ot tak, sentymentalnie zachowałam to jako dowód walki z samą sobą. Chłopak znalazł album, rozmawiał ze mną, płakaliśmy całą noc, otrzymałam ogrom wsparcia...
Jakiś czas później miałam mieć zajęcia do 19, ale ostatnie odwołali i wróciłam szybciej. Uznałam, że dla żartów wystraszę chłopaka. Zdejmę buty przed drzwiami, wejdę po cichu i zaskoczę go. Chłopak z reguły siedzi zamknięty w sypialni, kiedy jest sam.
Weszłam tam i...zastałam Jego masturbującego się do zdjęcia z okresu czasu, w którym ważyłam ledwo 35 kg.
Wpadłam w atak paniki, nie mógł mnie uspokoić. Rozmawiał ze mną, przepraszał. Znów chodzę do psychiatry, udaję, że jest normalnie, ale tnę się, zadaję sobie ból. Była kwarantanna i pilnował, czy jem, więc zaczęłam wymiotować. Czuję się tak jak kilka lat temu, gdy stanęłam na tle ściany...
Nie jestem w stanie uprawiać z nim seksu, bo mam wrażenie że widzi te latające fałdy, a chciałby mieć mnie z tamtego czasu. Mam przez to wrażenie, że zdradza mnie, bo wokół jest tyle chudszych dziewczyn.
A jednocześnie widzę, jak mu smutno i że ma wyrzuty sumienia.
Dodaj anonimowe wyznanie