#PCgXy

Chciałbym podzielić się swoimi dylematami i problemami. Poznałem żonę w pracy, ale mniejsza z tym. Na samym początku było wszystko ładnie pięknie. Do momentu kiedy wzięliśmy ślub i po staraliśmy się o dziecko. Od tego momentu wszystko się zmieniło o 180 stopni.

Żona zmieniła się nie do poznania, ciągłe narzekania, marudzenie, ciągle zmęczenie etc. Czasami odczuwam, że jestem jej potrzebny do posprzątania domu, przyniesienia pieniędzy. W sumie nie mam nawet dostępu do pieniędzy, za każdym razem muszę prosić żeby jakieś pieniądze wypłaciła albo mi dała, a zarabiam dość dobrze. Ciągle się waham czy odejść, szkoda mi dziecka, bo kocham je strasznie, ale z drugiej strony marnować sobie życie? Proszę, pomóżcie.

#ZoP1Z

Mam ponad 30 lat i dobrą pracę. Moja siostra od zawsze była tą, która radziła sobie gorzej. Rodzice obiecali nam nowe rowery za "czerwone paski"? Ja takowy miałam, ona nie. Obie dostałyśmy rower, bo inaczej "ona byłaby poszkodowana". No OK.

Zaraz po maturze siostra wyszła zaszła w ciążę i wyszła za mąż. Rodzice żeby jej pomóc na start pozwolili jej mieszkać w domu po dziadkach, który miał odziedziczyć ojciec. Wciąż OK. Ja studiuję, póki co nie planuję zakładać rodziny, na wynajmowanym jest spoko.
Kiedy kończyłam studia, siostra zdecydowała wyprowadzić się zagranicę, pracuje tam fizycznie za najniższą krajową. Przez 2 lata dom po dziadkach stał nieogrzewany i niszczał.

Akurat złożyło się tak, że rozstałam się po 8 latach związku z facetem. Szukałam mieszkania na wynajem, więc rodzice wpadli na pomysł "po co masz płacić obcym, jak tam dom stoi pusty i niszczeje?". Stwierdziłam, że super, ja zaoszczędzę, oni też będą mieli zysk, bo domem ktoś się zaopiekuje. W sumie sytuacja typu win-win.

Tymczasem okazało się, że dom jest ruiną. Trzeba w niego zainwestować kilkadziesiąt tysięcy (jak nie więcej), żeby miało to sens. W najpilniejsze prace zainwestowałam, ale stwierdziłam też, że w międzyczasie okolicę przejęli deweloperzy, w związku z tym z cichej wioski zrobił się moloch i na wyjazd z osiedla czekam tyle, że do pracy w najbliższym dużym mieście (10 km) dojeżdżam godzinę. Rodzice też w kółko powtarzali "dom zapiszemy w spadku A (siostrze), bo to było jej obiecane". Nic dziwnego więc, że nie mam ochoty w niego inwestować więcej niż to konieczne. Stwierdziłam, że odłożę pieniądze na wkład własny i kupię coś bliżej centrum, skoro nie jestem uwzględniona w żadnym "spadku".

Dziś w rozmowie pochwaliłam się mamie, że mam już na wkład własny na 2 pokoje w miarę blisko centrum dużego miasta, gdzie pracuję. Myślałam, że się ucieszy, że tak szybko mi poszło. Spodziewałam się czegoś w stylu "Brawo, córeczko! Jesteśmy z ciebie dumni", a usłyszałam, że jestem najgorszą córką na świecie, bo:
a) chcę się wyprowadzić 10 km od nich i "kto się będzie nami zajmował na starość, skoro twoja siostra wyjechała" (dodam, że oboje są w sile wieku, więc ta "starość" to może nadejść za 20 lat)
b) "dom zniszczeje i straci na wartości" (przypominam, że jedynym spadkobiercą jest siostra).

Po tym był jeszcze wyrzut, że odwiedzam ich zbyt rzadko (co weekend, siostra może raz do roku).

Od teraz zacznę się pojawiać chyba raz w miesiącu... albo do roku. Może wtedy docenią.

#bHsIK

Ostatnie tygodnie przed porodem spędziłam w szpitalu z powodu zagrożonej ciąży. Okropnie się nudziłam, mało kto mnie odwiedzał, chłopak w pracy, rodzice w pracy, harowali na przyszłego syna / wnuka.

Któregoś równie nudnego dnia, siedzę na łóżku, czytam poradnik dla przyszłych matek, a tu nagle drzwi się otwierają i wchodzi... moja dentystka. Mówi: "Ja do pani S..." (czyli do mnie). Patrzę na nią ze zdziwieniem i zarazem obawą, bo zawsze źle znosiłam wizyty u dentysty i mówię: "Ale ja mam wszystkie zęby zdrowe...". 

Nagle ona i pielęgniarka, która weszła za nią zaniosły się ogromnym śmiechem. Patrzę na nie zdezorientowana. Gdy w końcu się uspokoiły, owa dentystka mówi: "Jestem lekarzem internistą i przyszłam panią zbadać, ale chyba pani poznała już moją siostrę bliźniaczkę". Szok.

#kX86Z

Lipiec/sierpień/wrzesień 2020 r.
Grupa bachorów w wieku od 10-13 lat paląca fajki na placu zabaw. Przeklinająca, wyzywająca ludzi. I ja wkurwiony po robocie z moim dwuletnim synem na spacerze. Kolejny ciężki dzień w pracy. Wybuchowa mieszanka.

Nigdy nie byłem zwolennikiem bezstresowego wychowania, jak dla mnie to dziecko czasami może dostać, oczywiście jeżeli na to zasłuży. Mój syn tak samo, jak był niegrzeczny, bo chciał abym mu kupił nową zabawkę i tłumaczenia, że ojciec nie może mu kupić, bo nie ma pieniążków, bo jest przed wypłatą itp. nic nie dawały, to też dostał klapa w dupsko. Tylko że on płakał tak bardzo, że prawie się zanosił i tylko klaps jako tako mu pomagał. Ani branie na ręce, ani przytulanie, nic innego nie działało.

To było w sierpniu, akurat przyszły wielkie upały i postanowiłem wyjść z Tomkiem na spacer na plac zabaw. Tam była taka grupka, taki jakby bardziej gang małolatów. 10-14 lat maksymalnie. Jak zobaczyłem, że syna zaczepiają, to aż się we mnie krew zmroziła i chciałem do nich podlecieć. Jednak czekałem dalej. Młody idzie w stronę zjeżdżalni, oni go łapią za kaptur, zwalają na ziemię i zaczynają kopać i pluć na niego. Tzn. raz go kopnęli, bo za ich plecami wyrosłem ja, bydlisko prawie 2-metrowe. Łapię tego co był najbliżej i pytam się: "co to ma być?", na co on mi odpowiada: "gówno", próbuje mi się wyrwać, kopie mnie, szczypie, pluje na mnie. Odwracam go do siebie i jak mu nie zdzielę plaskacza po gębie, aż głowa poleciała na drugą stronę. I mówię mu: jeżeli jeszcze raz tak zrobisz dla kogokolwiek, to będzie dwa razy mocniej, rozumiesz gównie mały? On ze łzami w oczach (najwidoczniej zabolało go to bardziej niż mojego syna, który dalej wesoło bawił się z dziećmi) powiedział "Tak, proszę pana" i polazł skruszony do swoich kumpli.

Już nigdy nie widziałem ich na tym placu zabaw. Dodam tylko, że na tym akurat placu zabaw byłem pierwszy raz i na pewno nie ostatni. Ktoś musi pilnować porządku, jeżeli rodzice nie potrafią upilnować swoich bombelków, to musi to zrobić ktoś obcy.

#YCZYY

Jestem facetem przed trzydziestką. Nie czuję się staro, młodo też nie. Myślałem, że osiągnąłem już taki wiek, że nic innego mi w głowie jak tylko bycie normalnym, odpowiedzialnym facetem. Prawda okazała się brutalna. 

Jakiś czas temu poznałem dziewczynę. Dobrze się domyślacie - przez internet. Była ode mnie młodsza kilka lat, ale nie przeszkadzało mi to. Wpadła mi w oko i tak się spotykaliśmy. Ona mimo młodego wieku wiele przeżyła, coś mi wspominała, ale nie była wylewna. Nie lubiła się nad sobą użalać, to pewne. 

Spotykaliśmy się kilka mięsiecy. Nigdy się nie pokłóciliśmy. Gdy mówiłem, że muszę wyskoczyć do kumpla mówiła, że mam rację, bo kumpli zaniedbywać nie można. Spędzaliśmy czas, było super, ale w pewnym momencie "odwidziała" mi się. Uznałem, że ten związek nie ma przyszłości. Zacząłem pisać i dzwonić mniej, aż w końcu ja, starszy kilka lat, rzuciłem ją... przez sms. Jak jakiś szczeniak. Odpisała mi tylko "Wiedziałam" i więcej się nie odezwała. Żadnego proszę wróć, czy cokolwiek. 

Mijały miesiące, a ja nic nie wiedziałem co u niej, jak sobie radzi, czy jest zdrowa. Parę tygodni temu zobaczyłem ją pod parasolami, wyglądała na bardzo szczęśliwą. Szczęśliwa, w towarzystwie mężczyzny, beze mnie. To mnie zabolało. Zacząłem myśleć o niej, częściej i częściej. Myślę, skoro zabolało, to czuję coś nadal, ale ona już kogoś ma, co robić... Tydzień później spotkałem ją na zakupach. Stanąłem jak debil przepraszając i prosząc o spotkanie. Ona spojrzała na mnie tymi swoimi pięknymi oczkami, uśmiechnęła się i powiedziała "Wiedziałam", po czym odeszła.

Nie popełniajcie moich błędów. Karma jest zołzą.

#XLZNS

Kolega mojego taty miał na nazwisko Skaza. Był normalnym facetem. Jednak moje dziecięce wcielenie nie mogło tego zrozumieć.

Tatko miał zwyczaj zapraszać owego sąsiada i kilku innych znajomych na grilla. Jak wiadomo, dorośli robią swoje, dzieci swoje. Rodzice włączyli mi "Króla Lwa", żebym się zbytnio nie nudziła. Zadowoleni, że mi się podoba, wyszli przypiekać kiełbasy i raczyć podniebienie chmielowym napitkiem.

Po owej scenie, gdzie nawet najwięksi twardziele płaczą, wybiegłam do ogrodu z żądzą mordu w oczach. Zaczęłam płakać i rzucać w sąsiada lalkami barbie, uprzednio zabranymi z mojego pokoju. W gniewie wykrzyczałam pytanie dlaczego zabił tatę Simby i czemu jest taki zły. 

Sąsiad ze stoickim spokojem uspokoił mnie wyjaśniając, że to nie on, lecz jego brat bliźniak. On zaś uciekł z Afryki, żeby mnie przed nim chronić. Podobno złość przeszła mi jak ręką odjął.

#f43mY

Moje dziecko zmarło przez covid. Nie na covid, tylko przez covid.

Pewnego dnia mój 2-miesięczny syn dostał gorączki 38,5 stopnia. Diagnoza? Przychodnia? Gdzie tam, teleporada! A do przychodni nie dało się, kur#a mać, dodzwonić. Próbowałam sto razy, w końcu się wkurzyłam, zadzwoniłam na pogotowie. Dodam jeszcze, że samochodu nie posiadam i nie miałam czym dojechać. Dyspozytorka zaczęła się dopytywać, czy nie mam objawów, czy dziecko nie ma objawów itp. Powiedziałam, że ma gorączkę i aby przyjechali do mnie, bo cały czas płacze i nie wiem co robić! Babka powiedziała, że niedługo ktoś powinien przyjechać.

Czekałam godzinę na karetkę. W międzyczasie gorączka się podniosła, dziecko zaczęło mieć duszności, kaszleć, kichać. Dzwonię jeszcze raz, pytam się kiedy przyjedzie ta pieprzona karetka? Kobieta mówi, że już są pod blokiem.

Przyleźli w tych kombinezonach, zaczęli mierzyć temperaturę dla mnie, dla dziecka, to im mówię, że dziecko 10 minut temu zaczęło się dusić i chrychać, ma gorączkę, na co oni, że jedziemy do szpitala w takim razie. Pierwsze co na wejściu, to oczywiście czekanie godzinę na lekarza, bo jego oczywiście nie ma. Dziecko zaczęło mi się osuwać, wyszłam na korytarz, zaczęłam się drzeć, że dziecko mi umiera i może by ktoś łaskawie przyszedł tu do mnie. I po kolejnych 20 minutach łaskawie przyszła lekarka w kombinezonie, zrobiła testy dla mnie, dla małego, odesłała nas na oddział patologii noworodków i niemowląt. Wbili mu wenflon, podłączyli kroplówkę, powiedzieli mi tylko, abym nie wychodziła w ogóle na korytarz, nawet do łazienki, dopóki nie będę miała testu na koronawirusa. I poszli. Zostawili mnie z maluszkiem.
Całą noc nie spałam, czuwałam przy nim, a nad ranem on zmarł. Na moich rękach. Wziął ostatni oddech i przestał oddychać. Poszłam do lekarki i powiedziałam jej o tym, na co ona, że spodziewała się tego.

Nigdy nie wybaczę lekarzom, że zaniedbali mnie i moje dziecko i przez to ono zmarło, zanim jego życie się jeszcze zaczęło.

#Km1fp

Mając około 7-8 lat, obejrzałam z tatą i młodszą siostrą film "Super pies". Bardzo mi się spodobał, a ten niezwykły pies zaimponował, chciałam być taka jak on. 

Wzięłam prześcieradło, przywiązałam sobie do szyi i pomyślałam, że skoro on był nazywany psem, a był chłopakiem, to ja będąc dziewczynką, nie mogłam tak się nazywać. A jak może nazywać się kobieta pies? Wyciągnęłam rękę przed siebie, zupełnie jak Superman i biegałam po podwórku z okrzykiem:
- Jestem Super Suką! Jestem Super Suką! Jestem Super Suką!

Ale to jeszcze nie koniec. Podeszła do mnie babcia i wytłumaczyła, że suka to tak brzydko trochę. Obiecałam, że już tak nie będę mówiła. Później krzyczałam:
- Jestem Super Suczką! Jestem Super Suczką!
Wyobraźcie sobie miny sąsiadów...

#QTDsc

U mnie w domu bywało ciężko, podstawówka w latach 60. i liceum w 70. Dostawałam lanie od 11 do 19 roku życia... Dość szybko dojrzałam i ciągnęło mnie do chłopaków, spotkań itp., za bardzo, co moi biedni rodzice traktowali jakbym się strasznie zbiesiła i stosowali jedyną znaną metodę ludziom z małego miasteczka wówczas - ostre lanie. Najgorsze baty dostałam chyba w wieku lat 17, kiedy nie wróciłam na noc od chłopaka. Matka szalała, a ojciec na zimno stwierdził, że skoro tak się szanuję, to on pokaże jak nie szanuje mojej d... Wyjął cały arsenał przyrządów do bicia, rozebrali mnie, bracia i matka trzymali, a ojciec zaczął swoje wielkie dzieło naprawcze: po kolei pasem jednym, drugim, kijem, kablami, skakanką i w końcu 7-palczastą dyscypliną z węzełkami. Ja tylko pokrzykiwałam z bólu, wyła z płaczu za to moja 14-letnia siostra, biedna krzyczała "nie bijcie jej, proszę, nie". Tyłek miałam czerwono-śliwkowy, potem granatowy, uda w krwawych prawie pręgach, pręgi na plecach i na ramionach (bo wierzgałam). Takiego bólu nie przeżyłam wcześniej, a po... chyba też nie (poród się nie liczy!). Nie mogłam spać inaczej niż na brzuchu przez 10 dni - siadanie było trudne, ale dało radę udawać. Gorzej na WF-ie, ale połowa dziewcząt obrywała lanie, więc... Dwa dni później i tak poszłam do chłopaka, który całował wszystkie pręgi, więc byłam szczęśliwa... Paradne, nieprawdaż?

Chciałam wam napisać, jak to było u mnie w dzieciństwie. Co o tym myślicie? Mimo że tyle lat minęło, jakoś nie mogę o tym zapomnieć.

#SOWm1

To była wczesna klasa podstawówki, jakaś ważna i trudna klasówka. Bardzo się stresowałem. Pani wychowawczyni rozdała testy i wziąłem się do pracy. Pytania były trudne i zróżnicowane, z wiedzy ogólnej. Odpowiedziałem na pytanie co trzeba zrobić zanim przejdzie się przez ulicę. Wypisałem wszystkie warstwy lasu. Wykonałem skomplikowane działania z tabliczki mnożenia. Obliczyłem ile jabłek trzeba dać każdemu chłopcu, żeby mieli po równo. Wiedziałem jak napisać "żółw", "biurko" i "krzesło".

W końcu doszedłem do ostatniego pytania. Trzeba było wypisać wyrazy przeciwstawne do danych słów. Pierwszy wyraz - "ogień". Łatwe, napisałem "woda". Drugi wyraz - "babcia", dałem sobie radę - napisałem "dziadek". I tak kilka wyrazów później dochodzę do ostatniego. Ostatniej rzeczy w całym teście. "Drogi". Nie wiedziałem jaki wyraz przeciwstawny należy napisać do tego słowa. No i klapa. A tak dobrze mi szło.... Ale nie poddałem się! Wysiliłem moje szare komórki... I wymyśliłem! Napisałem "Chodniki" i oddałem test. 

Dostałem 5, maksymalną ilość punktów i miłą uwagę od pani, że myślę nieszablonowo. Wtedy nie wiedziałem o co jej chodzi.
Dodaj anonimowe wyznanie