#TaAIg
Do szkoły nie brałem śniadań, za pieniądze kupowałem sobie czipsy, żeby zdobywać pokemon tazo, które wszyscy wtedy kolekcjonowali. Na kolację co wieczór babcia smażyła mi ociekającą tłuszczem ogromną porcję kiełbasy z cebulą, którą pochłaniałem z białym chlebem. Wolny czas spędzałem przed telewizorem, zajadając się słodyczami. Nie mogło być dobrze.
Postanowiłem jednak to zmienić. Nigdy nie przyszło by mi do głowy, żeby się zabijać czy zaakceptować swoje ohydne, tłuste ciało. Zaczęła się walka, żeby niczym bohater grany przez Toma Hanksa w Cast Away opuścić bezludną wyspę tłustości. Jako amator robiłem to metodą prób i błędów. Zaczęło się od diety, ale moje diety były debilne. Z minimalną wiedzą o własnej biologii głodziłem się, lub jadłem przez cały dzień tylko pomidory, jabłka i... cytryny. Gdy opadałem z sił rzucałem się na ciemny chleb by potem obalić korytko lodów czy czekoladę. Z ćwiczeniami też nie było łatwo. Z trudnością wykonywałem 10 żałosnych pompek. Ale katowałem się nimi codziennie. Najpierw 5 serii x 10. Z czasem udało się robić 15, a potem 20 serii po 20 pompek - i były coraz zgrabniejsze. Podczas jednego z rodzinnych obiadów, gdy odmówiłem deseru, szwagier zasugerował mi, żebym zaczął biegać. Nienawidziłem biegania na wfie, było jednak coś co lubiłem - chodzenie po lesie. Postanowiłem połączyć te rzeczy i wtedy zaczęła się prawdziwa magia. Po około 3 tygodniach zakwasów i brutalnego zmuszania się do przebiegnięcia jeszcze do tego jednego zakrętu, nabrałem wystarczającej kondycji by przebiec wyznaczone przez siebie 60% mojej trasy spacerowej. To co kiedyś zajmowało mi 2- 3 h spaceru teraz obalałem w 30 minut biegu. Z czasem moja wiedza i doświadczenie rosły, nauczyłem się szukać odpowiedniego info w necie, przebiegałem całą trasę. Tłuszczyk zniknął, pojawił się piękny kaloryfer i mocne ramiona i łydki. Wszyscy docenili moją przemianę i ja zacząłem się sobie podobać i być z siebie dumny.
Nic jednak nie przyćmi radości i poczucia kontroli i siły podczas biegu po moich niewysokich górach: w śniegu, w deszczu, w upale, o wschodzie, nocą przy świetle świetlików. Wtedy poczułem się naprawdę wolny i szczęśliwy i wtedy to wyparowały tłuszcz i skończyły się ''depresje''.
Fajne wyznanie, mi się podobała ta część o ptasim mleczku i torcie i ta o lodach i czekoladzie też fajna była, lubie takie.
Fajny taki ten troll, niegroźny, wszystko mu się podoba, oby więcej takich!
Twoje komentarze czesto sa lepsze od wyznania. 😅
Głodzenie jest najgorszą możliwą opcją na odchudzanie. Gwarantuje jojo.
Zauważyliście schemat: "głodził*m się, a potem rzucał*m się na kaloryczne jedzenie?|
Nasz organizm jest nastawiony na przetrwanie i znajdzie mnóstwo sposobów, aby podsunąć nam pod nos batonika czy kiełbę jak się odpowiednio długo pozbawimy dostępu do kalorii.
Dlatego jeśli czyta to ktokolwiek próbujący zrzucić nadmiar ciała - zapomnijcie o głodzeniu się. Pamiętajcie natomiast:
- o swoim minimum kalorycznym (podstawowa przemiana materii - zejście poniżej gwarantuje jojo), a także faktycznym zapotrzebowaniu kalorycznym (całkowitej przemianie materii)
- o jedzeniu zapewniającym dowóz składników odżywczych. Jazda na przetworzonych produktach, bez witamin i składników mineralnych wytwarza szczególny rodzaj "głodu" - organizm może chcieć jeść w nadziei, że wreszcie te składniki wpadną. Jeśli jednak znowu będzie to puste, przetworzone jedzenie - wyciągnie z ciała jeszcze trochę składników i nakręci spiralę tego szczególnego "głodu". Ten "głód" dotyczy też wody - jeśli nie pijemy wystarczająco, organizm może próbować uzupełnić wodę przez jedzenie.
- o tym, że sport nie tyle wyszczupla ile tonuje ciało i powoduje wytwarzanie endorfin. Może przez to zmniejszać uczucie głodu (MOŻE!!! zależy od intensywności itd.). Wyrzeźbiona sylwetka wygląda ładniej (= powody do zadowolenia), a endorfiny będą działały korzystnie w przypadku osób, które zajadają smutki, niepowodzenia itd.
Ten komentarz ma dużo racji. Latami się katowałam odstawiając czekoladę i przez 7 lat waga ani drgnęła. Potem zaczęłam ćwiczyć więc pozwalałam sobie na jedzenie więcej, w tym również mojej ukochanej zakazanej czekolady. 10 kilo nagle poszło w pół roku, nie licząc masy mięśniowej!
Ograniczona czasowo glodowka moze byc (a czesto jest) bardzo dobrym sposobem postepowania. Bardziej dla "oczyszczenia" organizmu. Jesli zrobic to sensownie i z planem, to efektem ubocznym jest rowniez redukcja wagi.
Ja mam tak, że całkowite odstawianie słodyczy, czy drastyczna zmiana diety działają na mnie po prostu źle. Prędzej, czy później dochodzę do takiego momentu, że pół dnia potrafię myśleć tylko o tym, że mam ochotę na batona, czy coś z McDonalda. I to jest dla mnie zdecydowanie najbardziej uciążliwy rodzaj "głodu". Dlatego właśnie moje odchudzanie zazwyczaj wygląda tak, że kiedy mogę, to staram się odżywiać zdrowo, ale jak mam jakąś zachciankę, to nie staram się z nią walczyć, tylko co najwyżej ograniczyć trochę ilościowo ;) Nie lubię też ćwiczyć, nie sprawia mi to przyjemności, a wręcz zniechęca, więc tego po prostu nie robię. Dzięki temu, że niewiele tak naprawdę zmieniam, to idzie mi to bardzo gładko. Dużo wolniej, niż kiedy rzeczywiście pilnowałam tego, co jem, ale przynajmniej moja psychika na tym nie cierpi :D
Nie rozumiem czemu ziemniaki są takie demonizowane i jako pierwsze odstawiane na diecie. Mają większy indeks sytości niż kasze czy makarony (nawet te ciemne), mają dużo mniej kalorii niż kasze czy makarony. Jedyne co mi przychodzi do głowy to to, że zakorzenione jest w naszej tradycji to, że ziemniaki muszą być z okrasą. Co podnosi kaloryczność całego posiłku.
@RibbonHime Co...? Mieszkałam z babcią i to ona gotowała, więc u mnie w domu jedzenie było typowo polskie i ziemniaki były do obiadu zawsze, ale niezależnie od kaloryczności głównego dania (a przecież nie wszystko było tłuste i kaloryczne), był to po prostu zwykły ugotowany ziemniak, bez dodatków. Gdyby zamiast tego ziemniaka użyć jakiegokolwiek zbożowego dodatku, nie wyszłoby wcale bardziej dietetycznie, więc ja też nie rozumiem tego odstawiania ziemniaków.
They called me a madman when i said wystarczy pobiegać czy coś
Świetnie napisane. Zwłaszcza to, że nie zmiana wyglądu dała Ci prawdziwą radosc, lecz wysiłek fizyczny
I stąd wzięło się słynne masz depresję? Idź pobiegaj czy coś i ci przejdzie. Gratuluję szerzenia tej jakże szlachetnej prawdy :).
Lubię takie wyznania. Lubię ludzi z silną wolą. Trzymaj się.
Aha, a firmy nie masz jeszcze ?
Fajnie, że Ci się udało.
Tym głodzeniem może wyjść najgorzej jak się da. Najsmutniejsze jest to, że najczęściej rodzina mówi "Ile ty jesz, weź przestań to może schudniesz trochę, a nie taki spaślak z ciebie", a ty wcale nie jesz tak dużo i zaczynasz się głodzić, co daje żaden efekt.
Nie lubie kaloryferow. A do biegania nie zmusi mnie nawet zombie apokalipsa ;p.
Niemniej spoczko, ze ci sie udalo, gratuluje :).
Ale uciekający bus już może zmusić do biegu.
Też nie znoszę biegać. Koszmar.
A kaloryfery to ty szanuj. Gdyby nie one, zima byłaby jakąś masakrą.