#yYRqE

O tym, jak czytanie anonimowych może być szkodliwe dla związku :).

W mojej rodzinie od kiedy pamiętam były wspólne ręczniki. Gdy po kolei braliśmy kąpiel, to potem wycieraliśmy się tym samym ręcznikiem. I jakoś nigdy nie brzydziło mnie, że używam ręcznika wciąż mokrego po tym, jak wycierali się rodzice i rodzeństwo - dla mnie to było tak oczywiste jak to, że wszyscy używamy tego samego szamponu czy tej samej kostki mydła. Ot, wisiał jeden, to się brało.

Zamieszkała ze mną dziewczyna i pewnego razu czytaliśmy bardzo stare anonimowe wyznania. W jednym z nich było napisane, że każdy z domowników miał "ręcznik zapasowy". I tak od słowa do słowa i teraz dziewczyna ma focha, że WYCIERAŁEM DUPĘ JEJ RĘCZNIKIEM. I tylko trochę mi głupio, że dopiero teraz zrozumiałem, po co jej w łazience więcej niż jeden.

#vpoJf

Gdy byłem mały, ówczesne „madki” miały w zwyczaju straszyć swe pociechy hasłami w stylu: „Bądź grzeczny, bo przyjdzie pan i cię zabierze!”.

Dziś, stojąc w kolejce przy kasie supermarketu, usłyszałem, jak jakaś Karyna strofuje swego małoletniego Kuentina takimi słowami: „Uspokój się, parchaczu jeden, bo zachorujesz na koronę i się ku#wa skończy!”.

#9R9hg

Pracuję w restauracji w dużym mieście już ponad dwa lata. Praca pod presją jest chlebem powszednim, nowi kelnerzy w stresujących sytuacjach często się gubią - nic dziwnego. Pamiętam swoje pierwsze dni, jako niedoświadczony pracownik starałem się jak najlepiej wykonywać obowiązki, chodź wiedziałem, że starsi stażem koledzy specjalnie mi ich dokładali. Nie byłem o to zły, wiedziałem, że jest to pewnego rodzaju chrzest, który każdy nowy pracownik musi przejść.

Na sezon letni kierownik zawsze zatrudnia nowe osoby (większy ruch = większa kadra). W tym roku przybyły dwie nowe osoby na stanowisko kelnera, wiadomo, trzeba ich przeszkolić, pokazać co, gdzie i kiedy, powoli zapoznawać z regułami panującymi w restauracji.

Pierwszy raz kierownik na miejscu kelnera umieścił kogoś ze swojej rodziny, zapewniając, że dziewczyna będzie traktowana jak każdy inny pracownik. Niestety już po tygodniu współpracy każdy miał jej dość. Dziewczyna nie garnie się do roboty, jak już coś zrobi, to niedokładnie. Często rozkazuje starszym stażem - przynieś, podaj, pozamiataj - bez żadnego proszę, dziękuję. Oczywiście wraz z kolegami zwracamy jej uwagę, wtedy zazwyczaj otrzymujemy odpowiedź zwrotną "przesadzasz, chyba żartujesz, że mam to robić, trzeba sobie ułatwiać życie". Przypominam sobie zawsze w takich momentach moje początki - opierdziel od góry do dołu za najmniejszą niedopatrzoną rzecz.

Wszyscy już boją się podejść do kierownika i powiedzieć cokolwiek o nowej koleżance, bo podjęte próby kończyły się uśmiechem i zwrotem "nauczy się jeszcze, jest nowa", a czasem nawet "skoro nie umiesz okiełznać nowej, to nie powinieneś tyle zarabiać". Gdyby tylko wiedział, co ona wyprawia... nigdy nie przyszedłby do restauracji z taką obsługą.

Próbowaliśmy "wyszkolić" ją tak jak wszystkich, wtedy zazwyczaj kończyło się to wiadomością do kierownika, która opisywała nasze pracownicze żarty, przerwy, czy małe pomyłki. Mamy związane ręce, a ona nie rozumie, że tak naprawdę sama sobie szkodzi. Pracuję tu już tak długo, a czuję się jak żółtodziób bez wykwalifikowania i wpływu na nowych pracowników.

Może wy anonimowi macie jakieś pomysły na okiełznanie tego cwanego nieroba.

Pozdrawiam,
zirytowany niesprawiedliwością Jacuś.

#Z6Roz

Podnieca mnie surowe mięso. Jak patroszę kaczkę na święta, to w połowie muszę przerwać i udać się do łazienki, żeby sobie ulżyć. Piersi z kurczaka, wołowina, schabowe... Za każdym razem, gdy poczuję zapach mięsa jestem "gotowa". Mój mąż o niczym nie wie, bo to dla mnie zbyt wstydliwe i brzydzę się swoich fantazji. Mam też sny, po których cały dzień dochodzę do siebie, gdyż wywołują u mnie zarówno ekscytację, jak i odruch wymiotny. Nie potrafię się zaakceptować. Nie wyobrażam sobie włączyć tego do współżycia z partnerem. Nie powiem mu przecież, żeby wsadził mi filet między nogi. Boję się też infekcji intymnych. Gotowane mięso nie wywołuje już u mnie żadnych emocji. Próbowałam rozmawiać o tym z terapeutą, ale miałam wrażenie, że jego zainteresowanie tematem było mało taktowne. Zmieniłam psychologa na kobietę, ale jeszcze nie odważyłam się jej tego powiedzieć, gdyż boję się podobnej reakcji.

#hshk9

Jako małe dzieciaki ja i moja młodsza siostra naoglądaliśmy się na Polsacie jakichś krwawych jatek w stylu "Rambo" czy inny "Predator" i następnego dnia rano postanowiliśmy zagiąć jakoś naszą 70-letnią babcię krzątającą się po kuchni.

- Babciu, a czy ty widziałaś kiedyś wywalony ludzki mózg? - zapytaliśmy rozchichotani, oczekując jakiegoś świętego oburzenia czy konsternacji ze strony rodzicielki, ale babcia przecierając tylko szklanki stwierdziła tylko ze spokojem:
- Tak, u mojego kolegi leżącego na polu, zamęczonego przez Niemców.

Nie muszę wspominać, że od tamtej pory odechciało nam się zaginać babcię.

#d99fk

Jeżdżę dwudziestoletnim, przeciętnym w tym kraju samochodem (jak Passat), na którego zbierałem rok, do tego piętnastoletni rower, a że zarabiam średnią krajową, to na malutkie wesele dla rodziny i tylko bliskich znajomych zbieraliśmy półtora roku.
A przysłowiowa Karyna i tak cieszy się, że "rząd" daje im pieniądze na dzieci albo wakacje.
Serio, biedota umysłowa w naszym kraju jest większa niż ta finansowa, której też nie widzą. Ciężko w tym kraju lekko żyć.

#edoxm

Jako dziecko miałam zabieg, który dożywotnio zmniejsza moje szanse na zajście w ciążę o połowę. Siłą rzeczy zaczęłam dosyć szybko rozmyślać o tym, czy chcę mieć w przyszłości dzieci. Mimo że dzieci nie lubiłam, chciałam kiedyś zostać mamą, przecież swoje to co innego... No właśnie, kiedyś.

Mój partner dosyć szybko, bo po roku związku zaczął mnie namawiać na odstawienie tabletek. Chciał się ustatkować, założyć rodzinę, a do tego w jego rodzinie częsta jest bezpłodność i miał obawy, że jego to też dotyczy.

Namawiał mnie tak usilnie, że raz prawie wyrzucił przez okno moje tabletki antykoncepcyjne. Po dłuższym czasie sama zdecydowałam, że możemy zacząć. I tak minęły sobie dwa lata, miałam akurat świeżo podpisaną umowę o pracę, kiedy pojawiły się dwie kreski na teście.

On skakał pod sufit z radości, a mi się wszystkiego odechciało. Z automatu L4 (charakter pracy potencjalnie szkodliwy dla płodu, a ze względu na dawne problemy mogłam mieć problem z utrzymaniem ciąży). Nie cieszyłam się, żałowałam swojej decyzji, a że sama się o to prosiłam i dziecko niczemu niewinne, czułam się paskudnie. Polepszyło mi się, jak młody zaczął kopać, a brzuch ładnie się zaokrąglił.

Byłam jedyną kobietą na oddziale położniczym, która nie chciała spać z dzieckiem. Nawet kiedy bardzo płakał i przychodziły położone, nie ugięłam się. Dałam jeść, poczekałam aż zaśnie i odkładałam. A że się budził...

Robiłam przy nim wszystko. Dosłownie, bo mój już wtedy mąż nagle przestał być gotowy na dziecko. Nocne wstawanie? Przecież idę do pracy, muszę się wyspać. Przebieranie? Tobie to wychodzi lepiej. Przewijanie? Jak zrobił kupę, to się prędzej zrzygam. Karmienie? Ty mu daj butelkę, ciebie kojarzy z jedzeniem. Jak to nie pomagam? Przecież robię zakupy, biorę małego na spacer i zmywam naczynia. I w ogóle strasznie się zmieniłaś od porodu. Taka jesteś oziębła...

Może dlatego, że przez trzy miesiące nie przespałam ciągiem pięciu godzin, bo ciężko mu było dupę ruszyć... Ale nie, on zaczął zapijać problemy, zamiast rozwiązywać. Mimo wielu rozmów z miesiąca na miesiąc było coraz gorzej. Aż schlał się, będąc z małym na spacerze. Cud, że nikt na policję nie zadzwonił. Wyprowadziłam się.

Teraz oddałabym za małego życie, choć kiedyś go nie chciałam, a tatuś przyjeżdża raz w tygodniu na trzy godziny... Mam poczucie, że skrzywdziłam swoje dziecko, wybierając mu takiego ojca. Że powinna mi się lampka zapalić wcześniej, a tak mały będzie kiedyś cierpiał...

#5hnCy

Dzisiaj rano jak zwykle zbierałem się do pracy. Włożyłem buty i wtedy żona poprosiła mnie, żebym przy okazji wyrzucił śmieci. To nie problem, śmietnik jest zaraz obok furtki, którą się wychodzi z osiedla.

Sześć minut później na przystanku odkleiłem się od telefonu aby popatrzeć, czy mój autobus już jedzie. Przy okazji zauważyłem, że ludzie wokół coś podejrzanie uśmiechnięci. Jak się okazało, nie bez powodu - pewien debil w garniturze stał na przystanku z workiem śmieci w ręce.

#IEt45

Jakiś czas temu jechałam ok. 7.30 rano metrem na uczelnię. Jak codziennie o tej porze - był straszny tłok. Jechałam typem wagonu, który przy wejściu na środku miał pionową rurkę do trzymania się (taką od podłogi do sufitu). 
 
Było bardzo dużo ludzi, więc wielu z nich (żeby uniknąć zachwiania w trakcie jazdy) trzymało się tej rurki. Jedną z nich byłam ja. Wiadomo, że najwygodniej jest złapać się jej mniej więcej na wysokości brzucha, bo nie trzeba wtedy np. trzymać ręki wysoko w górze) . 

Z uwagi na to, że oprócz mojej dłoni na tej rurce znalazły się dłonie co najmniej 6 innych osób, zostało mi do trzymania „mało korzystne” miejsce nisko na rurce – tak na wysokości „poniżej pasa”. Zarówno naprzeciwko mnie, jak i po mojej prawej, i lewej stronie stało dwóch ok 25-letnich facetów (po „przekątnych” też stali jacyś ludzie).
Trzymałam dłonią tej rurki, żeby nie zachwiać się w trakcie jazdy metra i nie wpaść na kogoś z osób stojących obok.

W trakcie jazdy, pomiędzy stacjami, ktoś chciał się przemieścić, więc puściłam na chwilę rurkę. Nagle metro zaczęło jechać szybciej i niespodziewania „szarpnęło” , a ja odruchowo - bezwarunkowo, chciałam mocno złapać się rurki na tej samej wysokości co poprzednio, żeby się nie przewalić. Ku mojemu zdziwieniu i zdziwieniu chłopaka z naprzeciw, nie złapałam mocno rurki, tylko zdecydowanym ruchem … jego „klejnoty”.

Nie wiem,  kto był bardziej zdziwiony, bo natychmiast oboje „spaliliśmy cegłę”. Powiedziałam na szybko „przepraszam”, a faceci, którzy stali po mojej prawej i lewej stronie w konsternacji mieli bardzo zdziwione miny i po chwili ciszy jeden z nich powiedział: „w sumie to chyba nie masz go za co przepraszać, bo powinno mu się to podobać”. Wszyscy obok wybuchli śmiechem, a ja z tym „wymacanym” chłopakiem staliśmy jak wryci. Było mi głupio spojrzeć mu i tym facetom obok w oczy. Jeszcze nigdy przejazd pomiędzy jedną a drugą stacją nie trwał tak długo…

Pewnie ten „wymacany” chłopak do dziś ma traumę i boi się tłoku w metrze. Jeżeli to czytasz, to jeszcze raz: „przepraszam” :)
Dodaj anonimowe wyznanie