#pUAFc

Przeczytałam przed chwilą wyznanie o tym, że chłopak nigdy nie wypowiedział imienia swojej dziewczyny, bo jak się okazało, miał problemy z wypowiadaniem słowa z "r". Ja też nigdy nie wypowiedziałam imienia swojego męża. Z jakiegoś niezrozumiałego dla mnie powodu wstydzę się! Jesteśmy razem od 15 lat, a ja nie umiem umiem zwrócić się do niego po imieniu. Jeszcze w towarzystwie potrafię powiedzieć "Marek wczoraj kupił nowy telefon". Chociaż i to zajęło mi sporo lat. Zawsze zwracam się do niego bezosobowo albo wołam "kochanie", "żabko"... Mimo iż nie mam przed nim żadnych oporów w łóżku, nie mam problemu puścić przy nim bąka, to wstydzę się zawołać go po imieniu.

Może mało anonimowe wyznanie, ale tak mi się przypomniało i postanowiłam się podzielić.

#WLPXH

Miałam pierwszy wykład ze statystyki. Byłam ubrana w dość charakterystyczną różową marynarkę. Siedzę sobie spokojnie z koleżanką i nie ogarniam tego tematu totalnie. Zdenerwowana tym faktem, że czegoś nie rozumiem już na pierwszym wykładzie nawiązałam dialog z koleżanką:
- Nie ogarniam tego, to jest czarna magia. Ja nie wiem co ja tu w ogóle robię.
- Ja też, chyba większość tego nie ogarnia.
Podczas tej naszej rozmowy doktorek zadał jakieś pytanie (do tej pory nie wiem jakie), ja oczywiście zagadana, nawet nie zauważyłam kiedy zrobiło się dość cicho i akurat w tym momencie wypaliłam swoim niewyparzonym jęzorem:
- Pierdole...
Na co doktorek mówi:
- Bardzo dobra odpowiedź, a może pani ją powtórzyć trochę głośniej?
Wszyscy rozglądają się po sali, więc i ja się do nich przyłączam, lecz wykładowca wbija wzrok we mnie i zachęcająco mówi:
- Pani w różowej marynarce - przy czym miło się uśmiecha.
Ja już przerażenie w oczach, czuję jak robię się czerwona i mam ochotę zapaść się pod stół, a w sumie to pod krzesło. Jednak mój mózg stwierdził, że trzeba wyjść z tego w jakiś sposób, więc prostuję się na tym krześle i dumnie odpowiadam:
- Pier... wiastek?
Wszystkie twarze skierowane raz na mnie, raz na doktorka. W tym oto momencie on milutkim głosikiem odpowiada:
- Prawidłowa odpowiedź jak mówiłem wcześniej, ale proszę się następnym razem się nie bać i mówić głośniej, ja nie gryzę, a za dobrą odpowiedź dostaje pani plusa.

Wszyscy co słyszeli pierwotną wersję mojego "pierwiastka" kładli się na stolikach ze śmiechu, ja natomiast dumna z siebie, nie odpowiedziałam już na żadne inne pytanie doktorka.

#ZIGuT

W liceum miałam kolegę, z którym łączyło mnie głównie zamiłowanie do używek. Wiele osób myślało, że jesteśmy parą lub jakimś rodzajem FWB, ale tak naprawdę po prostu trzymaliśmy się razem z powodu wspólnych zainteresowań oscylujących wokół konsumpcji alkoholu i innych substancji rekreacyjnych.

Pod koniec drugiej klasy, podczas wycieczki, poszliśmy gdzieś do toalety na obowiązkowe piwo i skręta. Nagle do drzwi zaczął pukać nasz wychowawca - okazało się, że widział, jak wchodzimy tam razem. Obydwoje wiedzieliśmy, że alkohol jest na wycieczkach surowo zabroniony, a o innych substancjach lepiej w ogóle nie wspominać. Nasze liceum należało do tych bardziej elitarnych, afera byłaby na całą szkołę. Okno było za wysoko, by wyrzucić przez nie dowody zbrodni, a my musieliśmy działać szybko...

Tak, zgadliście. Przez jakieś 5 minut wydawaliśmy bardzo sugestywne odgłosy, po czym wyszliśmy, ostentacyjnie zapinając spodnie i kurtki. Wytłumaczyliśmy wychowawcy, że seks przecież nie został zabroniony w regulaminie, więc nie może wydalić nas z wycieczki, a chłopinę tak nasze wyczyny zatkały, że nawet nie sprawdził, czy w łazienkowym koszu nie ma dwóch pustych puszek po Warce Strong.

#p3X1o

Dziesięć lat temu w ramach zakładu miałem wykonać test ciążowy. Wynik okazał się pozytywny. Śmialiśmy się, że to może przez wypity alkohol, a może jednak jestem pierwszym w historii przypadkiem mężczyzny w ciąży.

Okazało się, że miałem guza na jądrze, co wpłynęło na wynik testu. Dzięki temu odpowiednio wcześnie rozpocząłem leczenie i nie zostałem bezpłodny. Każdego ranka, gdy widzę swojego syna, dziękuję Bogu, że wpadliśmy wtedy na ten "idiotyczny" pomysł.

#nml4L

Wkurza mnie wszechobecne porównywanie dzieci. U moich znajomych i rodziny to standard. Mój facet ostatnio mi mówi, że syn jego brata potrafi jeść już sam łyżką. Nasz jeszcze nie potrafi, jest miesiąc od niego młodszy. Zdenerwował mnie tym. Każde dziecko jest inne, uczy się różnych rzeczy w innym tempie. Tak samo moja genialna teściowa, marudziła, ze nasz synek ma ponad rok, a jeszcze nie potrafi sam chodzić, a ten drugi już tak. Widziałam go niedługo później to okazało się to nieprawdą, a nasz zaskoczył i nauczył się w ciągu jednego dnia.

Siostra mojego faceta od początku była zachwycona naszym dzieckiem, bo miał dużo ciemnych włosów na głowie i to dodawało mu uroku. Wiecznie powtarzała jaki to on śliczny, a od jej drugiego brata miał tylko parę włosów na krzyż, to mówiła, że "to" jest łyse i że się jej nie podoba. Ten jest taki niegrzeczny, a wasz to aniołek. Niedobrze mi się robi jak słyszę takie rzeczy. Później w szkole jest to samo. Porównywanie kto ma lepsze rzeczy, lepiej się uczy, ma bogatszych rodziców. To jest żałosne. A najlepsze są nauczycielki, które te lepsze dzieci wychwalają pod niebiosa, a te gorsze to gorszy sort.

Ciekawe jakby to wyglądało gdyby dorośli porównywali siebie tak jak swoje dzieci. Ja znam hiszpański, a ty nie. Ja byłam na wakacjach w Turcji, a Ty jak zwykle w Polsce. Mam lepsze auto od Ciebie. Moja mama robi lepsze ciasta. Przecież to śmieszne. Takim porównywaniem krzywdzą swoje dzieci i zawsze będą myśleć, że czegoś im brakuje.

#mE09G

Uczę angielskiego. Czasami online, ale bywa też, że dojeżdżam do uczniów na korepetycje i to co się dzieje obecnie w edukacji zaczyna mnie przerażać. Rządzący tego najwyraźniej nie dostrzegają, lecz z mojej pozycji widać to doskonale. I winy nie ponosi za to wirus, lecz to co wyrabiają ludzie pod wpływem paranoi i niepewności.

Widzieliście kiedyś psychicznie "wypalone" dziecko? Ja tak. Ostatnio widuję takie nieszczęsne istoty coraz częściej. Żeby nie przedłużać wyznania podam tylko jeden przykład, ale coraz więcej moich uczniów zachowuje się właśnie tak, zwłaszcza tych młodszych;

Oto 12-letnia dziewczynka, w szkole jest prymuską, najlepszą z prawie wszystkich przedmiotów. Marysia zawsze lubiła angielski, miała do niego smykałkę i chętnie go ze mną powtarzała, coraz lepiej jej też wychodziły konwersacje. Do czasu. Obecnie widzę u niej zastój, tkwimy w tym samym miejscu ze słówkami i gramatyką. bo mała nie ma ochoty na nic. Nie ma siły na rozmowy. Korepetycje mamy w piątki po południu i widać po niej ogromne znużenie po całym tygodniu, takie, którego wcześniej nie obserwowałem. Owszem, bywała zmęczona, ale nigdy do takiego stopnia. Jak mówi - nie daje rady psychicznie, co przekłada się na ogólne wyczerpanie organizmu. W szkole codziennie kartkówki, czasami po dwie, a nawet więcej, dochodzące do kilkunastu tygodniowo. Ogromna ilość materiału. Każdy nauczyciel robi co może aby przerobić cały rok szkolny w jeden miesiąc lub szybciej "bo nie wiadomo kiedy nas znowu zamkną, więc trzeba się spieszyć, bo online nie przekażemy wszystkiego". Wieczne sprawdziany, wpychanie w uczniów takiej ilości wiedzy, że potem dzieci są wręcz otępiałe od nadmiaru informacji. Matka Marysi twierdzi, że jej dziecko nie ma ochoty chodzić do szkoły, chociaż zawsze jej sprawiało to przyjemność. W weekendy śpi po 10-12 godzin na dobę. Traci chęć do życia i raz po raz musi brać zwolnienia z lekcji, żeby złapać oddech... ale te lekcje oczywiście trzeba kiedyś odrobić.

Nie jestem w rządzie i nie wiem jak COVID wpływa na działanie ministrów, urzędników, sekretarek itp. Ale wiem jak to co się dzieje na górze działa na naszych najmłodszych. Aż serce mnie boli, kiedy kolejne dziecko niemalże ze łzami błaga mnie abym nie zadawał mu pracy domowej - nie z lenistwa czy braku chęci do nauki (uczę od lat i potrafię wyczuć lesera, odróżnić go od naprawdę wykończonego ucznia), lecz dlatego, że nie będzie w stanie jej odrobić i prawidłowo zrozumieć. Ja to widzę, rodzice to widzą, niektórzy nauczyciele pewnie też... i co, zmienia się coś? Chyba tylko na gorsze. I to nie wirus jest sprawcą.

#8XO7z

Wszystko zaczęło się kilka lat temu, gdy byłem w klasie maturalnej. Mimo 19 lat nie miałem dziewczyny. Jakoś nigdy nie byłem nimi zbyt zainteresowany na dłuższą metę, a widząc kumpli, którzy byli w związku tym bardziej mi się nie śpieszyło. Jednak pierwszego września do klasy dołączyła dziewczyna, która przeprowadziła się z Francji po roku mieszkania tam. Mógłbym stwierdzić, że zakochałem się w niej od razu, ale nie chciałem tego po sobie pokazać jak reszta chłopaków. Od razu zyskała grono adoratorów (a było ich sporo, bo to był matfiz), jednak to do mnie najczęściej podchodziła pytać się o lekcje, nauczycieli i inne rzeczy związane ze szkołą. Szybko złapaliśmy kontakt i staliśmy się bardzo dobrymi znajomymi, a nawet przyjaciółmi.

Pewnego dnia stwierdziłem, że wyznam jej moje uczucia, no bo w końcu raz się żyje. Zaprosiłem ją nawet do siebie do domu, wszystko pięknie ładnie zaplanowane, siedzimy na kanapie oglądamy w salonie jakieś film, już powli się w sobie zbieram, gdy nagle do domu wpada w odwiedziny mój starszy o 3 lata brat. Dziewczyna mówi, że nie będzie przeszkadzać, że i tak się zasiedziała, to mój brat mówi "No weź zostań. Miło poznać dziewczynę brata". Ja cały czerwony już chcę się wtrącać, gdy ona odpowieda, że my się tylko przyjaźniny. Zmarnowany odprowadzam dziewczynę do drzwi, proponuję odwiezienie, lecz odmawia. Później lekka spina z bratem i stwierdzam, że pójdę pobiegać, by odreagować. Po godzinie wracam, a patrzę, że w salonie siedzi ona i mój brat, rozbawieni cali. Okazało się, że zostawiła u mnie telefon i się wróciła jak mnie nie było, a w międzyczasie zakumplowała się z moim bratem.

Jak to piszę mija 5 lat od tych wydarzeń, a ja w ręku trzymam zaproszenie na ślub mojego brata i mojej licealnej miłości, a aktualnej przyjaciółki. Potrzebowałem 3 lat, by się "odkochać".

#jnnLx

Gdy wracałam z imprezy strażackiej musiałam jeszcze czekać na zimnie na chłopaka, który przez całą imprezę był na mnie wściekły bo nie miałam ochoty pić i się rozluźnić. Nie potrafiłam tego gdyż źle się czułam i miałam wtedy problemy z nawiązywaniem kontaktów. On dobrze o tym wiedział.

Napisałam mu, że wrócę sama, a on niech spędzi jeszcze czas z kumplami. Odpisał, że jeśli pójdę sama to pojedzie pijany samochodem i się gdzieś rozbije. Byłam zmuszona czekać. Gdy przyszedł był bardzo na mnie wściekły. Twierdził, że zawsze psuję mu imprezy, że jestem bucem, że nie umiem się bawić, że przeze mnie nie ma kolegów, że jestem do niczego... Nigdy mu nie zabraniałam niczego, gdyż nie mogłam i nie chciałam taka być. Przypomniałam mu, że ustaliliśmy, że po imprezie od razu idziemy do domu, a on słowa nie dotrzymał. Zaczęliśmy się jeszcze bardziej kłócić i szarpać. Powiedziałam mu, że nie chcę go u siebie i żeby sobie zorganizował transport do domu.

Wściekł się i zaczął mnie prowadzić w przeciwnym kierunku niż mój dom. Tam nie było żadnych świateł. Zaczął mnie bardziej szarpać i wyzywać. Zaczęłam się bronić, ale za to dostałam jeszcze bardziej. Uderzył mnie pięścią w brzuch, plecy. Zaczęłam krzyczeć pomocy, ale domy były zbyt daleko. Gdy krzyczałam zatykał mi buzię dłonią, ściskał mi twarz aż zaczynało mi brakować tchu. Bałam się, że mnie udusi. Gdy mu oddałam w twarz uderzył mnie z całej siły pięścią w głowę i puścił drugą ręką buzię. Z braku sił opadłam na ulicę. Zaczęłam kaszleć, nie mogłam uspokoić oddechu, było mi bardzo niedobrze i kręciło mi się w głowie. Powiedział mi, że udaję i żebym wstała. Ledwo się podniosłam i zaczęłam uciekać. Dogonił mnie i zaczął szarpać za włosy, ubrania i bić pięścią. Przestałam się bronić. Po pewnym czasie uspokoił się i powiedział, że wrócimy do mojego domu i pójdziemy razem spać. Zaczęliśmy wracać do domu. Idąc dalej mnie ściskał i mówił, że muszę być bardziej spokojna. Nie chciałam go w domu, bałam się.

Zauważyłam światła auta, które jechało w moim kierunku. Wyrwałam mu się, wpadłam pod samochód. Zatrzymał się i wsiadłam do niego. Poprosiłam kierowcę, żeby zawiózł mnie do domu. Odjechał. Jadąc, poznał mnie kim jestem i prosił żebym o wszystkim powiedziała mamie. Poczekał aż bezpiecznie wejdę do domu i kierowca odjechał. Gdy uciekłam od chłopaka napisał tylko, żebym nikomu nic nie mówiła i nie kłamała. To była jego ostatnia wiadomość do mnie i do tej pory nigdy się nie widzieliśmy. Nie przeprosił, nie był ciekawy jak sobie radzę po tym wszystkim i czy nic mi nie było. Dziękuję temu Panu co jechał, bo naprawdę nie wiem co by było później, a droga do domu była jeszcze długa.

#heWM4

Mam trójkę rodzeństwa, z którym dogaduję się naprawdę świetnie. W miarę możliwości odwiedzamy się itd... Któregoś dnia mój młodszy brat miał u mnie zanocować, postawiłam zrobić mu z tej okazji kawał. Mieszkam w domu jednorodzinnym w mało zaludnionej miejscowości. Dzień wcześniej wybrałam się na zakupy i całkiem przypadkiem do rąk wpadła mi maska, taka sama, jaką miał na sobie mały człowieczek, poruszający się na rowerku w horrorze Piła. Nie powiem, była naprawdę straszna. 

Brat podjechał na podjazd swoim samochodem. Zaparkował. Wszedł do domu i tak sobie rozmawiamy, nagle przypomniało się mu, że w aucie zostawił piwa. Wstał i wyszedł przed dom. Było już późno i ciemno. Przystąpiłam do realizacji mojego planu. Maska na twarz, czarny płaszcz na plecy i biegiem przez balkon, podkradłam się do samochodu braciszka. Niestety brat już wracał i zdążył wejść na pierwszy stopień schodów, więc zaczęłam się do niego zbliżać, na dobrą sprawę w ciemności dostrzec można było tylko białą maskę. Gdy mnie wreszcie ujrzał, wydał z siebie dość dziwny pisk. Generalnie byłam pewna, że po prostu ucieknie do domu. Niestety tak nie było.

Po wydaniu okrzyku dostałam stopą prosto w twarz, dziękuje Bogu, że nie miał dobrze ubranych butów, tylko na szybkiego je wcisnął i but podczas kopnięcia zsunął się mu z nogi. Maska odcisnęła mi się na twarzy. Tak o mały włos straciłabym zęby, a brat piwa, które trzymał w ręku.

Na sam koniec spytałam go, czy się nie bał, na co odpowiedział: "Nie, myślałem, że jakiś psychopata chce mi ukraść piwa" :)
Dodaj anonimowe wyznanie