Mam psa, najkochańszy kundelek na świecie. Nauczony porządku nie załatwił się nigdy w domu. Moja mama niezbyt go lubi, ale go toleruje. Na jedną rzecz nie pozwala - żeby pies spał w łóżku. Mówi, że to niehigieniczne i bardzo pilnuje, żebym psa do łóżka nie wpuszczała. Oczywiście ja, osoba z buntowniczą naturą, mam na ten temat odmienne zdanie i gdy tylko mama nie widziała, to pozwalałam psu włazić do mojej pościeli, no bo przecież nikt nie będzie mi mówił jak mam żyć!
I wszystko było cacy, dopóki pies nie dostał rozwolnienia, śpiąc ze mną w łóżku... Całe łóżko osrane, moje nogi wręcz pływały w gównie.
Najgorsze, że absolutnie nie mogłam się przyznać mamie, że złamałam zakaz, więc powiedziałam jej ze zbolałą miną, że w nocy zabolał mnie brzuch i tak mnie przypiliło, że niestety nie zdążyłam wyjść do toalety...
Uwierzyła, pomogła mi ogarnąć pościel, w towarzystwie tematu nie porusza. Czasem tylko nazywa mnie ze śmiechem swoim małym zasrańcem :]
Mam narzeczonego, z którym jestem od 4 lat. Dziś wyznał mi, że jest gejem, a ja byłam dla niego tylko przykrywką...
To bylo prawie 2 lata temu. Z moim chłopakiem byliśmy w związku blisko 4 lata. Ja pracowałam i mieszkałam w innym mieście oddalonym o jakieś 30km i widzieliśmy się tylko, kiedy miałam wolne. Za to nadrabialiśmy rozmowami przez telefon i skype'a. Mi to odpowiadało, zwłaszcza że żadne z nas nie miało wtedy auta i musieliśmy się tłuc PKSem.
Pewnej środy dzwoni do mnie i pyta, czy po pracy mogłabym przyjechać do niego. Trochę mi nie pasował taki nieprzewidziany wyjazd, ale argumentował to tym, że jego rodzice mają okrągłą rocznicę i szykuje się kolacja, więc się poświęciłam. Ba! Nawet udało mi się wyjść godzinę wcześniej. Po pracy skoczyłam na szybkie zakupy, no wiecie - kwiaty dla teściowej, flaszka dla teścia i wio na przystanek. W autobusie spotkałam znajomą i się zagadałyśmy.
W końcu dojechałam, wchodzę do pokoju swojego chłopaka i widzę wielki bukiet kwiatów w wazonie na parapecie. No tak! Moje prezenty zostały w autobusie! Ale szybko wpadłam na pomysł, że podepnę się z życzeniami pod kwiaty od mojego lubego. Trochę skrytykowałam jego wybór, bo przecież czerwone róże to bardziej pasują na Walentynki, a z tej okazji mógł wybrać jakieś inne kwiaty. On był lekko speszony tym, no ale oczywiście nic sobie z tego nie robiłam, bo akurat cały ostatni tydzień był jakiś nieswój.
Poszłam na dół, trochę pomóc przy nakrywaniu do stołu. I kiedy już przyszli goście (siostry chłopaka z rodzinami), zawołałam mojego lubego. On schodzi dostojnie po schodach w garniaku, no cud miód. W salonie wyciaga bukiet kwiatów zza pleców i wtedy ja szybkim ruchem staję obok niego i zaczynam życzyć teściom wszystkiego dobrego i kolejnych lat razem. Mój luby stał w ciszy, więc chciałam mu zabrać ten bukiet i wręczyć teściowej, ale jego rodzice zaczęli się śmiać.
Po chwili nastała niezręczna cisza, aż w końcu mój kochany padł na kolano i wyciągnął pierścionek. Zaczął mówić piękne słowa o miłości, a jedyne co ja mogłam wtedy zrobić, to chichotać. Popłakałam się, ale nie ze wzruszenia, lecz ze śmiechu, po prostu nie mogłam zachować powagi. To samo zrobiłam rok później w urzędzie, kiedy wypowiadałam słowa przysięgi. Teraz ciągle mi wypomina, że kiedy nie wiem, co się dzieje wokół mnie to chichoczę i płaczę.
Mam 22 lata i jestem kompletnym życiowym nieudacznikiem. Nigdy nie potrafiłem rozmawiać z ludźmi. Przez cały okres edukacji byłem tym cichym dzieciakiem bez żadnych znajomych, klasowym wyrzutkiem, którego wszyscy traktowali jak powietrze, ewentualnie rzucając jakąś obelgą. Zawsze przy jakimkolwiek kontakcie z innym człowiekiem, zwłaszcza obcym, po prostu się blokowałem, nie byłem w stanie poprowadzić rozmowy, żeby nie wyjść na dziwaka. Absolutna przegrana w genetycznej loterii skutkująca cichym, nijakim głosem i ogólną brzydotą w żaden sposób nie poprawiała sytuacji. Oczywiście moje życie uczuciowe nigdy nie istniało, bo niby jak miałbym do dziewczyny zagadać, nigdy nawet nie trzymałem nikogo za rękę, nie wspominając nawet o czymś więcej.
Próbowałem iść ze sobą do psychologa, ale nie przynosiło to żadnych rezultatów, a jedynie frustrację, bo przy próbach nawiązania kontaktu, które zalecił psycholog, tylko się ośmieszałem i w zamian dostawałem zdegustowane spojrzenia, jakby ludzie nie dowierzali, że ktoś może być tak beznadziejny w podstawowe interakcje międzyludzkie. W konsekwencji tego przez całe życie towarzyszy mi obezwładniająca samotności i poczucie zagubienia w świecie, bo po prostu nie rozumiem zasad działania. Do tego wszystkiego przez epidemię i redukcję straciłem starą pracę, poszukiwanie nowej było dla mnie tak stresujące, że okupiłem je nawrotem nerwicy i bezsenności. Nową pracę z ledwością jestem w stanie pogodzić ze studiami, a podjęcie kolejnej w tak krótkim czasie i znalezienie się w nowych okolicznościach jest ponad moje siły.
Mam dosyć tego wszystkiego, mam dosyć siebie, że nie potrafię się odnaleźć w tak prozaicznych i oczywistych dla wszystkich innych sytuacjach. Nie chcę do końca życia być samotny, ale jednocześnie za bardzo boję się jakichkolwiek kontaktów z ludźmi.
I tak napisanie tego wyznania kosztowało mnie kilka godzin ciągłych zmian i poprawek tekstu i nerwów, ale jednak anonimowość trochę mi pomaga. Nie oczekuję niczego, po prostu próbuję robić jakieś małe kroczki w różnych kierunkach, żeby może pójść w przyszłości do przodu. Jeżeli ktoś przeczytał, to dziękuję za poświęcony czas.
Jak miałam 5-6 lat mój tata czasami klepiąc mnie po czole mówił: "Benyhillek, Benyhillek". Jak to dziecko szybko podłapałam "to co chciałam"... Pewnego dnia podeszłam do taty, poklepałam go po czole mówiąc "Pedofilek, pedofilek"...
Do dzisiaj jest to rodzinna historia nr 1.
Jakoś na początku wakacji miałam włosy sięgające prawie do pupy. Mojej mamie się to nie podobało i powtarzała mi w kółko, że brzydko w nich wyglądam, że nie pasują mi itp., więc któregoś dnia zaproponowała mi, żebym podcięła końcówki. Zgodziłam się, bo miałam je już trochę rozdwojone. Usiadłam na krześle i mama zaczęła mi zsuwać gumkę z włosów (miałam wtedy takiego niskiego kucyka). Usłyszałam tylko nożyczki i po chwili nie miałam ponad połowy włosów (po wyrównaniu miałam je tak do brody). Mama popatrzyła na mnie i powiedziała, że teraz o wiele lepiej. Po tym, jak mi je wyrównała poszłam do swojego pokoju i płakałam bardzo długo, bo włosy rosną mi wolno.
Witam. Na początku wyzwania muszę, bo to bardzo ważne, zaznaczyć, że jestem właścicielem dużej firmy, która zarabia olbrzymie pieniądze. Jednak nie jestem znaną osobą poza firmą, gdyż nie lubię rozgłosu.
Wysyłam CV do wielu firm, których ogłoszenia o pracy wiszą już dłuższy czas. Moje zdolności i umiejętności są pokaźne, więc jestem zapraszany na rozmowy kwalifikacyjne przez większość tych firm. Nikt raczej mnie nie zna, więc łatwiej jest mi się wczuć w rolę przypadkowego człowieka starającego się o pracę. Gdy rozmowa zbliża się już ku końcowi, a pracodawca jest zadowolony, to wtedy wkracza moja ciemna strona. Zaczynam drążyć temat zarobków, stanowiska pracy, obowiązków, socjalu, możliwości rozwoju itd. Większość moich rozmówców jest wtedy zaskoczona, a wręcz zdenerwowana. Twierdzą, że jestem niepoważny, dowiem się wszystkiego jak już dojdzie do podpisania umowy, dowiem się na drugim etapie, oni nie są uprawnieni do udzielania takich informacji. Stwierdzam wtedy, że w takim razie rezygnuję ze współpracy. I mówię, że dana firma jest niepoważna, jeżeli prowadzi taką politykę ukrywania prawdy.
Dlaczego to robię? Dlatego, że nie podoba mi się jak traktowany jest pracownik przez pracodawców. W mojej firmie na rozmowach kwalifikacyjnych od razu podane są wszystkie informacje dotyczące stanowiska. Nie wyobrażam sobie traktować przyszłych pracowników jak podludzi. To przecież normalni ludzie, którzy tak jak ja potrzebują środków do życia.
Nikt oprócz mojej najbliższej rodziny nie wie, że to robię.
PS: Wybieram ogłoszenia o pracę, które już od dłuższego czasu zalegają oraz takie, które już w samej treści traktują innych jak gorszych.
Na koniec tamtego sezonu jechałem odwieźć hujogrzmota (mój motocykl) do babci na zimę. Było trochę ślisko, a ja miałem jedną łysą oponę. Wjeżdżałem na rondo i jakiś dupek zajechał mi drogę. Koło przednie wjechało na pas i straciło przyczepność. Potem shimi i zeskoczyłem przy 70. Na szczęście motocykl był cały :D Dobrze, że byłem w kombinezonie - to dużo daje, serio. Miałem tylko jednego siniaka, a przeleciałem pół ronda po asfalcie.
Potem biorą mnie do karetki i badają. Zaraz przyjeżdża policja. Otwierają karetkę, policjant stoi z czarnym workiem i pyta się, gdzie ten trup, ja tak patrzę na niego i mówię, że to chyba ja :)
Dzieci często pytane są o to, kim chcą zostać jak dorosną, odpowiadają wówczas, że "Księżniczką, lekarzem, strażakiem, policjantem itd." Babcia zapytała więc i mnie kim chciałabym zostać jak dorosnę. Odpowiedziałam, że chciałabym być dżdżownicą. Zaskoczenie babci musiało być na tyle duże, że zapytała dlaczego akurat dżdżownicą. Jako 3-latka odpowiedzią powaliłam wszystkich: "Bo leży... a idzie". Podejrzewam, że musiałam to gdzieś usłyszeć, bo jakie dziecko by wpadło na coś takiego? :)
Wychowałem się w ultrakatolickiej rodzinie zastępczej, więc ortodoksyjną wręcz religijność miałem wpojoną odkąd nauczyłem się mówić. Od komunii byłem ministrantem (nie, wyznanie nie będzie o molestowaniu, bo go o dziwo nie było), a w wieku 14 lat dołączyłem do oazy. I to mi otworzyło oczy.
Oaza mnie do końca przekonała, że instytucja kościelna jest święta i nieomylna, a słowo księdza jest prawem. Już po drugim stopniu formacji zaczęły mnie jednak nachodzić wątpliwości, czy aby na pewno to w co wierzę jest prawdą. Pojawiły się pytania, jak na przykład:
Dlaczego księża znają nauki Jezusa niemal na pamięć, a ich nie przestrzegają?
Czy celibat jest zgodny z pismem świętym, skoro nawet pierwszy papież miał żonę?
Skoro Jezus zachęcał do rozdania majątku i pójścia za nim, to czemu kler ten majątek gromadzi?
Z tymi pytaniami udałem się, a jakże, do... księdza moderatora, który jak tylko usłyszał z czym przychodzę, wpadł w szał. Zaczął mnie wyzywać od bezbożników, gnojów, pomiotów szatana, ogólnie od najgorszych rzeczy, które może usłyszeć wierzący.
Jego reakcja tylko utwierdziła mnie w przekonaniu, że kościół to tylko biznes, więc stwierdziłem, że nie będę go wspierał samemu nic z tego nie mając. Przestałem chodzić na oazę, ze służby ołtarza zrezygnowałem, a że w międzyczasie przyplątał mi się jeszcze młodzieńczy bunt - dla podkreślenia zerwania z kościołem zacząłem słuchać ciężkich brzmień i kupiłem pierwsze glany i gitarę, ale w Boga wierzyłem dalej.
Błagałem go tylko o jedno: o zdrowie, ale nie dla siebie. Wszyscy moi bliscy byli obciążeni chorobą genetyczną. Błagałem go o to codziennie od 13 roku życia. Rodzice zmarli, gdy miałem 18 lat, brat dwa lata później i wtedy zrozumiałem, że Bóg domaga się uwielbienia za nic.
Dlaczego przez parę długich lat mogę go błagać o jedną jedyną rzecz, a on, mimo iż wszechmogący, nic z tym nie zrobił?
Dlaczego nie dał chociażby małego, ale wyraźnego znaku, że w ogóle to usłyszał?
Dlaczego twierdzi, że nas wszystkich kocha, a dopuszcza abyśmy cierpieli, tak jak moi bliscy?
Podjąłem ostateczną decyzję: rezygnuję. Żadnego boga nie ma albo ma nas w dupie, a instytucja kościelna jest cyniczna i wyrachowana, sprzedając ludziom coś, czego w życiu na oczy nie zobaczą.
Dodaj anonimowe wyznanie