Niedawno zauważyłam, że podczas lekcji online, kiedy powiesz coś do mikrofonu, a jest wyciszony, pojawi się napis "twój mikrofon jest wyciszony", więc na poprzedniej lekcji wydałam jakiś dźwięk, czekając na napis. Jednak nie pojawił się, więc ponowiłam próbę. I tak wydawałam z siebie coraz głośniejsze (i dziwniejsze) dźwięki...
Dopiero po czasie zorientowałam się, że mam włączony mikrofon.
Gdy byłam mała często bawiłam się z tatą w chowanego. Pewnego dnia skubany tak dobrze się schował, że do tej pory go nie znalazłam. Mam 19 lat.
Mając 21 lat zakochałam się w panu X. Przystojny, zabawny, studiujący przyszłościowy kierunek. Szybko zostaliśmy parą i byłam pewna, że spędzę z nim całe życie. Za niego w razie potrzeby dałabym sobie rękę uciąć. I - jak to w życiu bywa - teraz nie miałabym ręki. Pan X po jakimś czasie zdradził, zerwał ze mną kontakt, zostawił bez słowa dla innej dziewczyny. Serce mi pękło.
Dokładnie 1,5 roku później koleżanka wzięła mnie na imprezę do akademika.
Był na niej pewien chłopak (pan Y), który od razu wpadł mi w oko. Jako że nie "wyleczyłam się" po poprzednim związku, nie chciałam nawet do gościa zagadać, a on sam też nie wyglądał na zainteresowanego rozmową ze mną. Po jakimś czasie poszliśmy całą grupą do jednego z krakowskich klubów, gdzie spędziliśmy wesoło czas do 3:30. Z licznej grupki, która wyszła z akademika, zostałam ja i trzech facetów, postanowiliśmy więc zbierać się do domu. Wyszliśmy przed klub i czekaliśmy na jednego kolegę, któremu ubieranie się zajęło wyjątkowo długo.
Stojąc przed wejściem, zaczepiło mnie dwóch dresów, krzycząc coś o fajnych dupach, blondynkach i zabawieniu się z nimi. Kiedy panowie zaczęli być wobec mnie bardzo natarczywi, pan Y powiedział do jednego z nich, aby się ode mnie odczepił. Kiedy ten go popchnął, pan Y dał mu w zęby. Dres spadł na ziemię, ale na mojego obrońcę rzucił się drugi. Kolega, który stał z nami, dołączył się do bójki, jednak z klubu wypadło dwóch kolejnych dresów i zaczęła się niezła awantura. Jakiś czas to wszystko trwało, ktoś z ulicy nas rozdzielił, i pojechaliśmy do domu.
Pan Y chciał mnie po tym wszystkim odprowadzić. Pozwoliłam mu. Zaimponowało mi jego zachowanie, ale jakoś nie dopuszczałam do siebie myśli, że moglibyśmy być razem. Tym bardziej, że chłopak był młodszy ode mnie 3 lata i skończył "tylko" zawodówkę. Mimo że świetnie nam się rozmawiało, pożegnaliśmy się pod moim mieszkaniem, a ja poszłam spać nieco smutna.
Następnego dnia pan Y napisał, że przychodzi na herbatę. I tak się zaczęło. Długo przynosił mi czekolady, kiedy skręciłam kostkę w środku nocy zaniósł do szpitala, odbierał mnie wieczorami z pracy, a kiedy byłam chora siedział przy mnie i łyżeczką poił herbatą. W końcu dałam mu szansę i był to najlepszy wybór w moim życiu - od 2 lat jestem w szczęśliwym związku i teraz wiem, że pan mgr inż X nie dałby mi takiego szczęścia jak mój mechanik samochodowy. Mam chłopaka o złotym sercu, pracowitego, opiekuńczego, kochającego. Robi wszystko, abym była szczęśliwa.
Dziękuję Bogu, że w porę otworzyłam oczy, bo byłabym najdurniejszą babą na świecie. Czasem nie warto rozpaczać po kimś, kto nie jest tego warty. A nuż za rogiem czeka ktoś, kto dla ciebie wda się w bójkę z dresami i będzie kupował czekolady? :)
PS Pan Y wyznał mi, że od razu wpadłam mu w oko na tej imprezie. Bał się podejść i zagadać, bo był "tylko mechanikiem", a ja dziewczyną "ze studiów".
Jestem starą babą, która wszystkiego się boi. Rozmów telefonicznych, robienia zakupów, zmiany pracy, pójścia do pracy, odejścia z pracy, wyjścia z domu, jazdy autobusem, złożenia zamówienia w restauracji, dosłownie wszystkiego. Żyję w ciągłym stresie, jadę na lekach uspakajających, choć niewiele pomagają. Właściwie od 17 roku życia jestem stale w związkach i ciągnę moich partnerów wszędzie, by załatwiali za mnie sprawy. Tylko tak mogę jakoś funkcjonować. O dziwo, nie boję się rozmawiać z mężczyznami, którzy mi się podobają, to znaczy stresuję się trochę, ale nie na tyle, by nie być w stanie się odezwać, a po kilku minutach cały stres opada i mogę rozmawiać jakbym znała ich całe życie.
Nie wiem skąd mi się to wzięło. Rodzice nie trzymali mnie pod kloszem, wręcz przeciwnie, w dzieciństwie i nastoletnich czasach byłam otwartą, odważną i ciekawą świata osobą. W pewnym momencie coś przeskoczyło mi w mózgu i zamieniłam się w kobietę trzęsącą się ze strachu na samą myśl o kupieniu mleka. A co, jak mi karta nie zadziała? Zapomnę PIN-u? A jak będę płacić gotówką i nie będą mieli wydać? Mieć odliczone? A co jeśli zgubię drobne? Stresują i paraliżują mnie dosłownie takie pierdoły, że aż mnie zażenowanie łapie na samą myśl.
Jeśli was jeszcze nie złapało, to słuchajcie tego.
Poznałam kiedyś faceta przez internet i miałam do niego pojechać pociągiem. Nigdy sama pociągiem nie jechałam i stresowałam się bardzo. Co jeśli wsiądę do złego? Nie znajdę mojej stacji? Spóźnię się? Nie zadziała mi bilet na bramkach? Zgubię się? Ktoś mnie o coś zapyta? (zabawne, ale kompletnie nie stresowałam się tym, że jadę do obcego faceta, o którym nic nie wiem, a który może mnie porwać, zgwałcić lub zabić).
No więc, bałam się do tego stopnia, że poprosiłam mojego byłego chłopaka, by ze mną pojechał... On jedyny znał wtedy moje fobie i akceptował je, gdy byliśmy razem. No i zgodził się. Kupiłam mu bilety w obie strony i w ten sposób mój były odwiózł mnie na randkę z moim obecnym facetem. Który to teraz załatwia wszystko za mnie, łącznie z umawianiem mnie do ginekologa i chodzeniem ze mną na wizytę.
Obrońcy życia, przeczytajcie proszę.
Mój brat przeszedł na świat w czasach, gdy aborcje przeprowadzało się wieszakiem, w tajemnicy przed światem, w strachu, w cierpieniu. Moja mama miała już trójkę dzieci i jedynie strach przed osieroceniem nas sprawił, że mama się nie odważyła na ten krok. Urodziła naszego brata i to był dzień, który zamienił nasze życie w piekło. Brat urodził się bardzo chory, z szeregiem upośledzeń, od wodogłowia, przez rozszczep kręgosłupa, po całkowitą ślepotę i głuchotę. Lekarze od początku przewidywali, że nie przeżyje pierwszej doby. Ale przeżył nie tylko pierwszą dobę, ale i 10 kolejnych lat. Nigdy nie powiedział ani słowa, nigdy się nie uśmiechnął, całe życie spędził w łóżku.
Moi rodzice poświęcili całe swoje dotychczasowe życie na opiekę nad dzieckiem. Mama musiała zrezygnować z pracy i zamknąć swoją firmę, która była dla niej wszystkim. Tata również musiał zmienić pracę na taką, która umożliwiała mu częste wyjazdy. Zaczęły się rehabilitacje, 24-godzinna opieka, wyjazdy na specjalistyczne turnusy, szukanie pomocy, gdzie tylko się da. Tygodnie, a nawet całe miesiące spędzane w szpitalach. Niewiele rodziców pamiętam z tamtych czasów. Nigdy nie mieli czasu dla mnie ani rodzeństwa. Miałam 8 lat, gdy musiałam dorosnąć, zająć się sama sobą, nauczyć się sprzątać, gotować, przewijać i karmić brata. Moi rodzice nie mieli czasu na mój ból, mieli swój własny, o wiele głębszy. Przez cały czas kombinowali, w jaki sposób zdobyć pieniądze na leczenie. Wtedy jeszcze nie było internetu, nie było zbiórek.
Mój brat przeżył 10 lat. Cały ten czas przeleżał w łóżku, nigdy nie nauczył się mówić, komunikować ze światem, reagować na innych. Jego krótkie życie było wypełnione szpitalem, operacjami, rehabilitacjami, ale przede wszystkim bólem.
I wiecie co? Gdy umarł, wszyscy odetchnęliśmy z ulgą. Moja mama płakała często przez te 10 lat, ale po raz pierwszy w jej łzach nie było rozpaczy, tylko prawdziwa radość. Pamiętam mojego tatę, gdy przyszedł do nas tego samego dnia i jego pierwszym słowem było "przepraszam". Później, o wiele później, wytłumaczył nam, czym były te przeprosiny. Tym, że nie dał nam takiego dzieciństwa, na jakie zasłużyliśmy. Że nie dał nam tyle uwagi, miłości, a przede wszystkim spokoju. Płakaliśmy wszyscy, ale to były łzy szczęścia. Do dziś pozostało to naszą rodzinną tajemnicą.
To jedno życie, o które tak walczycie, zniszczyło pięć innych żyć, zniszczyło naszą psychikę. Zniszczyło mamę, która musiała zrezygnować ze swoich marzeń i szczęścia. Zniszczyło tatę, który popadł w alkoholizm.
Zniszczyło mnie i moje rodzeństwo, bo żadne z nas nie chce mieć dzieci.
A mi pozostał ogromny żal w sercu. Żal do polityków, do systemu, do ludzi. Mam żal o to, że to jedno "życie" jest ważniejsze od żyć nas wszystkich.
Miałam 11 lat. O 19 godzinie wracałam do domu od koleżanki. Było już ciemno, dochodziłam do domu, a po drugiej stronie chodnika szli trzej faceci. Oczywiście wzięłam telefon do ręki i udawałam, że coś robię, aby na mnie nie zwracali uwagi. Zadzwoniłam dzwonkiem do drzwi. Mama na szczęście nie śpieszyła się, by mi otworzyć, dzięki temu zobaczyłam, jak ci mężczyźni przeskakują za płot do sąsiadki. Powiedziałam o tym rodzicom, jednak opisałam im zły dom i poszli nie do tego domu co trzeba. Wracając jednak zobaczyli, jak złodzieje wyskakują przez balkon z domku obok. Mój tata (który kiedyś pracował w policji) zaczął ich gonić, tamci jednak mieli łomy i tata zrezygnował z pościgu na własną rękę. Policja przyjechała, oczywiście zaczęli mnie przesłuchiwać. Okazało się, że złodzieje mieli na celu okraść cały dom, a dzięki mnie, zabrali całe 10 złotych.
Sąsiadka po powrocie do domu dała mi cały worek słodyczy w ramach podziękowań :)
Mam młodszego o 8 lat brata, jest aktualnie w 2 klasie podstawówki. Nasi rodzice mają dość ciekawą pracę, a mianowicie są patologami.
I tu do akcji wkracza mój brat na rozmowie z pedagogiem szkolnym. Miał opowiedzieć coś o swojej rodzinie.
Możecie sobie wyobrazić minę moich rodziców, gdy ich latorośl oznajmiła dumnym tonem pani pedagog, że pochodzi z rodziny patologicznej.
Kiedy chodziłam do podstawówki, często były organizowane wycieczki do kina lub krajoznawcze. Każdy chciał jechać do miasta i przy tym jarać się jazdą busem. Ja też pragnęłam, lecz wiedziałam, że nie nie należę do bogatej rodziny, bo mieszkałam tylko z mamą. Gdy organizowali wyjazd, nawet nic nie wspominałam w domu, bo wiedziałam, że mamie będzie przykro, jak nie będzie mogła mi dać pieniędzy. W szkole mówiłam, że nie lubię tego typu wyjazdów i dlatego nie jadę. O organizowanym Dniu Ojca także nic nie wspominałam, bo nie chciałam robić jej przykrości.
W moje urodziny mama zabrała mnie na lody. Kupiła tylko mi. Kiedy tak szłyśmy powiedziała coś, co utkwiło mi w pamięci do teraz, mianowicie, że ona nie lubi słodyczy. Nie było to prawdą. Zawsze chciała, żebym to ja wszystko miała i była najszczęśliwszym dzieckiem pod słońcem.
Teraz kiedy to piszę, łzy lecą mi po policzkach, bo wiem, ile kosztowało ją wyrzeczeń moje wychowanie. Mimo że miałam 8 lat, to już znałam wartość pieniądza. Teraz też jest mi przykro, kiedy znajomi wychodzą do kina czy jadą na zakupy, a ja zawsze szukam wymówek, bo nie chcę prosić o pieniądze. Mam prawie 18 lat i marzę, aby ukończyć szkołę i studia, aby znaleźć dobrą pracę i wynagrodzić choć w pewien sposób trud mojej mamy. Wiem, że będzie ze mnie bardzo dumna. Ale skoro jest powszechne przekonanie, że wszyscy nastolatkowie i do tego jedynacy są rozpieszczeni, to ja zaprzeczę. Ja kocham swoją mamę niezależnie od tego ile pieniędzy na mnie przeznacza. Musiała być dla mnie i mamą, i tatą.
Nienawidzę swojego ojca.
Od dziecka wyżywał się nade mną psychicznie, czasem też fizycznie. Widział mnie tylko kiedy miał zły humor, dzień, bo wtedy mógł drzeć się na mnie, a czasem nawet uderzyć. Najgorsze było jednak to, że nigdy nie usłyszałam słowa "przepraszam".
Jak byłam małym dzieckiem, byłam uderzana za np. rozlanie mleka. Później w szkole za to, że miałam słabsze oceny niż moja ambitna siostra, choć starałam się z całych sił.
Tak, mam straszą siostrę, która zawsze była i jest oczkiem w głowie moich rodziców.
Występ tej starszej? Jedziemy zobaczyć!
Występ młodszej? Pewnie jakaś żenada, to nie ma sensu jechać.
Na zakończeniu szkoły, kiedy wszystkich rodzice przytulali, ja stałam sama pomiędzy nimi. Bo mój ojciec stwierdził, że po co. Bo to cud, że w ogóle skończyłam szkołę, skoro miałam same 4.
Nie chciałam iść na studia, poszłam na studium, mimo ogromu nauki, bo chciałam zdać wszystko jak najlepiej, mój ojciec twierdził, że to g*wno, nie nauka. Moja siostra po 5 latach studiów siedzi na dup*e, bo nie ma dla niej pracy, a ja otworzyłam własną firmę i mam kasę na co tylko zechcę. Jednak dla niego to i tak dno, uważa, że jestem nikim, upokarza mnie na każdym możliwym kroku.
A moja mama? Sama się go boi i gdy on mnie lał, stała obok i tylko patrzyła, bo sama pewnie nie chciała oberwać. Cokolwiek kupiłaby mi, musiałaby to chować, żeby ojciec nie zobaczył, bo byłby zły, bo mi się nie należy.
Kiedyś w gimnazjum dostałam trójkę ze sprawdzianu, to nie pozwolił mi kupić antyperspirantu, bo za taką ocenę mi się nie należało. Pieniędzy nigdy nie dostawałam i nie miałam, więc wtedy w czasie dojrzewania po prostu śmierdziało ode mnie, przez co cała klasa nabijała się ze mnie. Myć mogłam się raz w tygodniu, bo ja zużywałam najwięcej wody, kiedy wszyscy myli się codziennie. Telefon miałam zawsze po starszej siostrze, jednak nie raz mi go zabierał i rzucał nim o ścianę, bo zadzwoniłam do koleżanki zapytać o lekcje.
Tak naprawdę nie miałam nic. Wszystko było stare, zniszczone, tak jak ja, brudna, w starych, poplamionych ciuchach po siostrze. Bo mi się nigdy nie należało.
I wiecie co?
Uciekłam w końcu od tego sku*wysyna, po 22 latach. W końcu jestem szczęśliwa, sama, daleko od niego i mam wszystko, czego on nigdy nie chciał mi dać.
To wyznanie kieruję do tych, co głosowali na PiS. Za głupie 500 zł sprzedaliście swoją godność i doprowadziliście do sytuacji jaka teraz jest. Nie jesteście warci splunięcia.
Dodaj anonimowe wyznanie