Pewnego razu weszłam do taniego sklepu obuwniczego. Akurat wtedy były przeceny, więc w sklepie było dużo ludzi. Z racji z tego, że sklep był też mały, trzeba było się przeciskać. No więc gdy tak mijałam pewnego na oko 80-letniego pana, ten mnie zaczepił i tak do mnie:
- Co szmato, chciałaś się o mnie poobcierać, żeby później mnie oskarżyć, że cię chciałem zgwałcić!
Dałam mu w dziób i wyszłam.
Mam 20 lat i opowiem wam o mojej anonimowej obsesji.
Gdy idę po ulicy, cały czas skupiam się na tym, czy mężczyźni się na mnie patrzą i czy im się podobam. Myślę, że wzięło się to z czasów dzieciństwa, kiedy nie byłam zbyt ładnym dzieckiem, w dodatku zawsze nosiłam ciuchy po bracie i chłopcy w podstawówce zawsze podrywali koleżanki, a na mnie nikt nie zwracał uwagi. Pamiętam, że moje koleżanki miały ładne nowe ciuchy, a ja wyglądałam, jakbym im nie dorastała do pięt, w dodatku one konkurowały ze sobą, o której jakiś chłopak powiedział, że jest ładniejsza, fajniejsza lub ma ładniejsze ciało. Generalnie od dziecka czułam presję na wygląd, poczucie, że to jest najważniejsze.
Teraz mam 20 lat, przez te lata wyładniałam, zaczęłam pracować, żeby kupować sobie ładne rzeczy i podobać się mężczyznom. Powodzenie mam naprawdę duże, tylko mi to nie wystarcza, cały czas szukam potwierdzenia, że na pewno komuś się podobam. W dodatku bez przerwy porównuję się z innymi "ładniejszymi" kobietami. Strasznie mnie to męczy, ale nie mogę przestać, zamieniło się to w obsesję. Wiem, że powinnam iść do psychologa, ale szkoda mi pieniędzy na terapię, bo przecież mogłabym je wydać na swój wygląd... Dążę do ideału piękna, którego nigdy nie osiągnę i zawsze będę w sobie znajdować jakieś kompleksy. W dodatku czuję potrzebę, żeby podobać się każdemu chłopakowi, który nie jest w związku, mimo że nawet nie chcę z nimi być, tylko robię to dla swojego ego. Brzmi strasznie, ale przez to nie mogę cieszyć się życiem.
Dużo piszę z ludźmi przez internet, m.in. na gg. Ostatnia rozmowa z pewnym jegomościem pozwoliła mi dojść do pewnej konkluzji.
Wkurzają mnie ludzie, którzy użalają się nad sobą i oczekują, że ktoś będzie słuchać ich pieprzenia. Dwa lata tkwiłam w toksycznym związku (dość długo jak na moje 18 lat życia), i to przez to mam takie podejście.
Kiedy ciągle ktoś powtarza "jestem śmieciem, nie zasługuję na życie", mam ochotę mu powiedzieć "Okej, masz rację, zabij się" i podać linę z pętlą. Najczęściej nie są to ludzie z depresją, a osoby między 17-25 rokiem życia, które przez swój beznadziejny charakter nie mają do kogo otworzyć gęby i siedzą całe dnie przed komputerem, albo nigdy nie mieli dziewczyny, no bo która normalna chciałaby jakiegoś smutasa, który tylko użala się nad sobą, zamiast zaprosić ją na kawę i jakoś ująć. Ww. jegomość zaczął oczywiście smęcić, jakie ma przykre życie, więc wprost powiedziałam, że jeżeli oczekuje rady, to ją dostanie, a jeżeli nie i ma zamiar tylko mówić jak mu źle, to do widzenia i nie chcę słuchać o tym, jak to ma spieprzone życie, bo nie chce mu się ruszyć z piwnicy. Zostałam za to nazwana nienormalną i rozmowa zakończyła się.
Nie zrozumcie mnie źle. Jeżeli ktoś ma problem, zawsze jestem gotowa go wysłuchać i udzielić pomocy. Tak samo nie twierdzę, że ludzie chorzy na depresję czy nerwice, czy inne tego typu stany, nie zasługują na pomoc.
Ale powiedzcie mi, anonimowi, czekam na Wasze osobiste podejście. Czy jeżeli poznajecie osobę, która na starcie zaczyna Wam się żalić, to kontynuujecie rozmowę i rozwijacie znajomość, czy raczej na starcie odcinacie się tak jak ja? Bo ja osobiście nie chcę marnować życia na ludzi, którzy nie potrafią poradzić sobie sami ze sobą i potrzebują tłumu słuchaczy do ich narzekania na swoje życie (które przecież mogliby zmienić), a dodatkowo sprawiają, że czuję się gorzej.
Po moim pierwszym chłopaku mam uraz nawet do ludzi z prawdziwymi problemami i nie byłabym w stanie tkwić z osobą, która jest chora. Mimo że sama miałam epizody depresyjne (stwierdzone), to staram się nie zatruwać życia mojemu obecnemu chłopakowi i nie pozwalam, żeby czuł się przeze mnie źle czy dołująco.
Pozdrawiam Was i czekam na opinie.
Mąż nie wie, że wychowuje nie swojego syna. Zanim zostaliśmy małżeństwem, mieliśmy pierwszy poważny kryzys. Poznałam wtedy biologicznego ojca mojego syna. Miałam 19 lat, byłam dzieckiem, za dużo wypiliśmy, miałam osłabioną silną wolę, on nie założył gumy i stało się. Pamiętam tą panikę i stres, kiedy rano zbudziłam się i doszło do mnie co się właśnie stało...
Później popełniłam kolejny największy błąd mojego życia - powiedziałam biologicznemu ojcu, że będzie ojcem. Zaczął krzyczeć i rzucać przedmiotami, mówił, że zmarnowałam mu życie i kazał usunąć ciążę. Doszliśmy do porozumienia, ja nie podałam go jako ojca i nie żądałam alimentów, a on miał zniknąć z mojego życia i się wyprowadzić.
Powiedziałam obecnemu mężowi, że to jego dziecko. Byliśmy młodzi, ale jego rodzice dużo nam pomogli w starcie.
Mamy teraz wybudowany dom, drugiego syna, oboje dobrze zarabiamy. A tu nagle po latach pojawia się biologiczny ojczulek, któremu wróciły ojcowskie uczucia i chce zniszczyć moje szczęśliwe życie. Nie mogę mu na to pozwolić, nie pozwolę, żeby mój młodzieńczy błąd przekreślił wszystko, ale nie wiem jak to zrobić. Koleś wygląda jak skończony bandzior i patol, zaniedbany, zniszczony, przepity. Wytatuowana łezka pod okiem świadczy o tym, że siedział w wiezieniu. Boję się, że moje ułożone życie zaraz się skończy, jeżeli on powie mojemu mężowi prawdę, to ten zacznie drążyć i skończy się rozwodem i rozbiciem rodziny. Jak na to zareaguje mój syn? On już ma 9 lat i nie mogę nagle przewrócić jego życia do góry nogami. Kocham męża i on mnie, ale może nie zrozumieć tego, że wtedy byłam przyparta do muru i nie miałam innego wyjścia. Nie chciałam być samotną matką, a on był z bogatej rodziny i musiałam tak zrobić.
Nie wiem co mam robić, nie mogę jeść, spać, popełniam błędy w pracy. Gram na razie na czas. Mam mu zapłacić, żeby się odczepił? On i tak wróci, jak skończą mu się pieniądze i będzie chciał więcej. Jak się go pozbyć z mojego życia?
Moi rodzice zawsze do snu czytali mi "Potop". Nie mam pojęcia dlaczego, ale zawsze po przeczytaniu kilku zdań zasypiałem. Gdy przyszedł ten wiek, ta klasa, by to przerabiać, miałem wielkie trudności z przeczytaniem książki. Stwierdziłem, że zaryzykuję i nie będę czytał, bo jedna jedynka nie zrobi wielkiego problemu.
Pierwsza lekcja z przerabianiem książki i co? Czytanie fragmentów "Potopu"! Jaka była ich mina, gdy przy pierwszym fragmencie zasnąłem...
Od 8 lat prowadzę salon kosmetyczny. Mam taką stałą klientkę, starszą panią, która przychodzi od samego początku, ale tylko raz w roku, zawsze w ten sam dzień. Za którymś razem gdy z nią rozmawiałam, dowiedziałam się, że wtedy wypada rocznica jej ślubu i chce jak najlepiej wyglądać, bo idzie... na cmentarz na grób męża ;(
Mam 15 lat. Z pozoru moje życie wydaje się idealne. Ale tak nie jest. Zacznijmy od tego, że moi rodzice ciągle się kłócą. To w domu, to w pracy, to przez telefon, potrafili nawet zepsuć nasz wakacyjny wyjazd i po dniu wróciliśmy do domu. Gdy próbuję o tym z nimi porozmawiać, to od razu zaczynają się krzyki i słowa typu "Jak nie wiesz, to się nie wtrącaj", "Oo, ktoś tu wstał lewą nogą". Z tatą czasem mogę dojść do porozumienia i z nim normalnie pogadać, ale mama w ogóle mnie nie rozumie. Dużo im pomagam, a szczególnie mamie, ponieważ jest chora. Jestem miła, ale bez skutku. Pomogę jej, i co z tego? Jak tylko zrobię mały błąd, coś źle, to krzyczy na mnie ile ma sił.
Wczoraj oglądaliśmy film. Rodzice siedzieli na kanapie, a ja postanowiłam usiąść na fotelu obok, ponieważ obok nich nie było już miejsca i nie chciałam się pchać. Wtedy rodzice zaczęli mówić, że coś mi odwala, pewnie zbliża mi się okres, bo taka jestem, nie chcę spędzać z nimi czasu, tylko ciągle jestem od nich oddalona itp. Potem mama miała cały wieczór zepsuty humor i była na mnie obrażona.
Nie piszcie, żebym się komuś zwierzyła, poprosiła o pomoc itp., bo nie mam nikogo takiego. Mam jedną przyjaciółkę, ale sama nie wiem, czy mogę to w ogóle nazwać przyjaźnią... Ona obraża się nawet gdy nic nie zrobiłam. Ostatnio często się przez to kłócimy. Pomagam jej, kiedy ona tego potrzebuje, ale kiedy ja się jej zwierzam, to ona albo to ignoruje, albo komentuje "xd" lub po prostu "biedna" i zaczyna mówić o sobie. Rozmawiałam z nią na ten temat, tłumaczyłam jej, że jest mi przez to przykro, ale ona wtedy zwala winę na mnie i ostatecznie kończy się na kłótni... Jeśli chodzi o chłopaka, to w skrócie wiele przeżyłam i cierpiałam przez dwóch chłopaków i nie chcę być już w żadnym związku.
Pod koniec 2019 r zaczęłam się ciąć. Później przestałam, ale niektóre wydarzenia spowodowały, że w lutym znów zaczęłam. Na szczęście szybko wybiłam sobie to z głowy i już nigdy tego nie robiłam. Podczas kwarantanny dużo sobie uświadomiłam. Teraz staram się wytrzymywać to wszystko, ale tu pojawiają się problemy ze stresem. Zaczęły się również pod koniec 2019 r. Wtedy to zlekceważyłam, ale teraz one się powiększyły. Boję się wychodzić do ludzi. Każde wyjście do kościoła, sklepu mnie stresuje. Trzęsą mi się ręce i pocę się bardziej. Był okres, kiedy jąkałam się podczas mówienia. Trwał długo, ale po jakimś czasie to minęło. Niestety to nie wszystko. Od jakiegoś czasu zauważam pojedyncze "tiki", kiedy się bardzo stresuję, np. gdy mama na mnie krzyczy, czasem niekontrolowanie jakiś mój mięsień drgnie. Czasem ręka, czasem noga. Te drgnięcia są dość duże, takie że czasem podskakuje mi ręka.
Razem z siostrą jesteśmy poliglotami. Oboje luźno posługujemy się językiem angielskim, hiszpańskim, francuskim i trochę włoskim. Wynika to z tego, iż rodzice wysyłali nas razem na korki językowe. Poza korkami uczyliśmy się języka rozmawiając i pisząc między sobą. Doszło to do tego stopnia, że od kilku lat nasz dialog nie wygląda już normalnie. Robimy to praktycznie odruchowo. Tak samo jak jesteśmy w grupie, często jak nam ktoś zwraca uwagę, to żeby się podroczyć, zaogniamy sprawę jeszcze bardziej. Co robimy? Rozmawiamy, na bieżąco często co zdanie zmieniając język. Dla nas to normalne, że jedno coś powie po polsku, drugie odpowie po francusku, a ten skwituje to w języku hiszpańskim.
Jestem ciekawy, czy są ludzie tutaj, którzy mają podobnie. Wśród osób, które znamy, nasze rozmowy uchodzą za dość oryginalne :)
Nie chcę bać się wyjść na ulicę i mówić otwarcie o tym, kim jestem. Wczoraj po proteście w Toruniu wracałam z koleżankami przechodząc przez starówkę z tęczową flagą. Kiedy byłyśmy w miejscu, w którym było mniej ludzi niż w centrum, podbiegło do nas dwóch chłopaków w dresach, zaczęli nas wyzywać od pedałów, k*rew itp. Jeden z nich zaczął mnie szarpać. Popchnął mnie, a kiedy wypuściłam flagę z dłoni, wyrwał mi ją krzycząc, że spali tę tęczową szmatę. Uciekli. Czują się bezkarni.
Chce mi się płakać kiedy to piszę. Mam już dość!!!
Codziennie słyszę, że geje to pedofile, że nie jestem człowiekiem, że jestem zarazą. Nie, tu nie chodzi o politykę. Tu chodzi o podstawowe prawa człowieka. O to, żeby móc na ulicy trzymać za rękę ukochaną osobę i nie bać się pobicia. Osoby LGBT codziennie słyszą groźby, nienawistne komentarze i plucie jadem. Młodzież LGBT cztery razy częściej podejmuje próby samobójcze, dwa razy częściej choruje na depresję i stany lękowe. A nadal słyszę od niektórych, że nie ma żadnego problemu i nie rozumieją, dlaczego wychodzimy na ulicę.
Na tym portalu (i nie tylko) ostatnio sporo mówi się o "lewackiej" edukacji seksualnej. Przypomnieliście mi o lekcjach WDŻ, w których miałam przyjemność uczestniczyć w katolickim gimnazjum, do którego uczęszczałam lata temu. Nauczyciele było świeccy i taka właśnie osoba prowadziła zajęcia z WDŻ-u.
Zajęcia o "szklance wody zamiast" i tym podobnych kalendarzykach traktowałam całkiem poważnie, zastanawiając się, czy jeśli wezmę ślub i się rozwiodę, to też będę jako "nadgryzione jabłko" nieatrakcyjna i czy to samo dotyczy mężczyzn.
Na jednej z lekcji pani dobrała nas w pary damsko-męskie i kazała chłopcom proponować stosunek, a dziewczętom odmawiać na różne sposoby. Sama prezentowała, jak to ma wyglądać, i do dziś czuję zażenowanie, słysząc w głowie jej głos, rzucający wyświechtanymi formułkami o udowadnianiu miłości czy oddawaniu się.
Wtedy byłam przede wszystkim zmieszana i po gimbusiarsku trochę rozbawiona wydarzeniem. Chciałam też dobrze wypaść podczas prezentacji dialogu na forum, wymyślając kreatywne odmowy. Mój partner podszedł do tego jak na ścięcie, ani trochę nie kwapiąc się do wykonania zadania. Później wszyscy pokazywaliśmy te scenki w parach.
Rodzinie nic nie powiedziałam, bo wtedy nie wydawało mi się to specjalnie niepokojące. Jakoś tak teraz, po latach... czuję niesmak.
Dodaj anonimowe wyznanie