Czytałam tu podobną historię do mojej, więc pomyślałam że podzielę się też swoją. Szłam ze znajomymi po Krynicy Morskiej, jesień, wiec niezbyt ciepło. Zbliżała się noc, ludzi prawie brak. Nagle słyszymy "Przepraszam bardzo, czy pomogłyby mi się panie przebrać?", odwracamy się w stronę faceta, który to powiedział. Stary człowiek, na wózku, siedzi w krótkich spodenkach i koszulce, gdy na dworze nieprzyjemna pogoda. Na początku nasza reakcja była oczywista, byłyśmy lekko zdziwione, że obcy facet prosi o przebranie go.
Ale oczywiście pomogłyśmy. Pan dziękował z całego serca. Wytłumaczył nam, że ma bezwładne obydwie nogi, jedną rękę, nie ma kompletnie nikogo do pomocy, a przejechał na wózku z sąsiadującego miasta, bo chciał ostatni raz w życiu zobaczyć wschód słońca nad morzem. Nikt nie chciał się zatrzymać i mu pomóc od kilku godzin. Ludzie, pomoc takiej osobie nie boli, naprawdę :)
Jestem w związku 5 lat, mój facet jest ponad 10 lat straszy i bardzo, ale to bardzo bogaty, mamy dziecko.
Dużo osób myśli, że jestem z nim dla kasy i mam szczęście.
Prawda jest taka, że mój luby jest największym skąpcem jakiego poznałam w życiu (tylko na sobie nie oszczędza):
- wczasy okazyjne, w Polsce, max 3 dni. Jak za granicą byliśmy (raz), sama za siebie zapłaciłam
- jak robi zakupy, to dla siebie, dokładnie tyle, ile zje, np. pół kilo bobu na kolację
- wypomina mi nawet paliwo, jak gdzieś pojedziemy
- na walentynki, Dzień Kobiet itp. nie dostaję nic, a na urodziny obiecał, że zabierze mnie do galerii i pierwszy raz w życiu coś mi kupi, na obiecaniu się skończyło
- jak idziemy do restauracji, to doradza mi brać najtańsze danie z karty
- jak urodziłam dziecko, pożyczył mi dwa tysiące do moich uzbieranych pięciu na używane auto za siedem, oczywiście potem musiałam oddać - on jeździ autem za ponad sto tysięcy.
Przykładów mogę wymienić sto, jednak najzabawniejsze jest to, że on cały czas twierdzi, że to wszystko jest przecież normalne, bo on się wcześniej dorobił.
KRÓLOWE I KRÓLOWIE INSTAGRAMA.
Mam konto na Instagramie, obserwuję niektóre popularne konta, lubię popatrzeć na pięknych ludzi, lubię przeczytać ich opisy o miejscach, w których spędzają wakacje, o sukcesach. Jednego jednak naprawdę w tych ludziach nie cierpię - kiedy padają ofiarami hejtu albo zazdrości, zaczynają twierdzić, że wszystko co osiągnęli, zdobyli dzięki swojej ciężkiej pracy, co bardziej głupi piszą jeszcze, że przeczytali jakąś mądrą książkę albo że każdy może dokonać tego co oni. To jest po prostu kłamstwo i nie wiem, czy są to osoby zaślepione czy po prostu aż tak bezczelne.
Życie nie jest sprawiedliwe i to jest fakt, z tym trzeba się pogodzić. Rodzina, w której przychodzimy na świat i geny, które dziedziczymy - ma to wpływ na całe nasze życie.
Osoba, która urodzi się niska nigdy nie zostanie modelem czy modelką, nieważne ile pracy w to włoży.
Niewidomy od urodzenia nie zostanie pilotem.
Człowiek, który uległ wypadkowi samochodowemu (z nie swojej nawet winy) i stał się niepełnosprawny, nie zostanie drugim Lewandowskim.
Osoba, która dostała od rodziny mieszkanie i nie musi brać kredytu na 30 lat może pozwolić sobie na wzięcie kredytu na inny cel czy zainwestowanie pieniędzy.
Przeciętny człowiek urodzony w Somalii, a przeciętny Polak ma zupełnie inne możliwości rozwoju (nawet Naomi Campbell nie osiągnęłaby takiego sukcesu gdyby nie jej wzrost i uroda, a i tak nie udało jej się uniknąć okaleczenia w dzieciństwie).
Owszem, hejt jest zły i każdy powinien ciężko pracować, żeby żyć lepiej, ale nie oszukujmy się, w pewnym momencie docieramy do szczytu, którego nie jesteśmy w stanie przeskoczyć, za sprawą czynników, na które nie mieliśmy nigdy wpływu.
Nie jesteśmy także nieśmiertelni, żeby nasz czas na osiągnięcie sukcesu był nieograniczony.
Czasem sądzę, że ten hejt, który wylewa się na tych ludzi, jest po prostu ich winą, karą za to, że bywają bezczelni i mają kompletnie nierealistyczną wizję świata.
Co jest wyznacznikiem atrakcyjności? Piękny uśmiech? Wysportowana sylwetka? Świetny charakter? Głód życia? Czy może osławione „to coś”?
Pytanie jest bardzo proste – czy jeszcze wiemy, czego naprawdę chcemy?
Od jakiegoś czasu jestem sama, co skłoniło mnie do analiz związków i prób ich tworzenia, zarówno tych moich, jak i tych, które mam okazję obserwować.
Patrzę, obserwuję... i co widzę? Otóż znaleźć partnera, któremu warto oferować nasz czas to sztuka. Gdzie szukamy? Tam, gdzie z pozoru najłatwiej, najszybciej, najwygodniej – na Tinderze. Bo też gdzie szukać? Na ulicy? W bibliotece? Może w parku? A może po prostu wyjdźmy do ludzi! – tę radę kocham najbardziej. Co to właściwie znaczy? Idź na spacer? Do sklepu? Zapisz się do koła zainteresowań? A może do kółka różańcowego?
Nie oszukujmy się – na co dzień każdy z nas ma styczność z ludźmi, ale co łatwe do zaobserwowania – większość z nich ma swoje życie i nos w smartfonie, bo przecież kontakt ze znajomymi nigdy nie był taki prosty! Och, ta technologia… wróćmy do niej. Przecież finalnie w akcie desperacji i z myślą „a co mi tam!” lądujemy na Tinderze. I tu mamy gwóźdź do trumny dla naszego związkowego idealizmu. O kobietach na Tinderze tylko słyszałam, ale o mężczyznach mogę z pierwszej ręki wyrazić opinię. I Panowie...To co teraz napiszę jest generalizacją i na pewno są tam mężczyźni godni uwagi, ale opiszę, czego doświadczyłam. Pomijam już odstrzelonych w kosmos freaków i skrajnych desperatów, którzy oświadczyliby się po 5 minutach rozmowy, bo tam ich nie brakuje, ale to temat na dłuższą rozprawę…
Wróćmy do meritum - nie jestem osobą która poddaje się łatwo, byłam na Tinderze kilka razy i za każdym razem znajdował się chociaż jeden mężczyzna, któremu chciałam dać szansę. Nie wychodziło z różnych powodów, ale udało mi się zaobserwować też coś, co nazywam jako laik „syndromem Tindera”. Spotykamy się raz, drugi, piąty, dziesiąty. Jest miło. Dostaję kwiaty, czekoladki, zaproszenia na kolację. Pojawiają się nawet wielkie deklaracje ze strony mężczyzny i nagle, niespodziewanie „puff!” – „słuchaj, jesteś wspaniałą kobietą, ale to nie to”.
Spektrum opcji dostępnych na wyciągnięcie palca sprawia, że w mężczyznach pojawia się przeświadczenie, że zawsze mogą znaleźć kogoś lepszego. Nutka wątpliwości – „czy to na pewno najlepsze na co mnie stać”?
A skąd wiem, że o to chodzi? Ano, jako że rozstaję się z panami w raczej przyjaznych stosunkach, wracają po miesiącu, czasem dwóch z pytaniem „a może spróbowalibyśmy jeszcze raz?”. Dopytuję. Dowiaduję się, że w międzyczasie próbowali „lepszej opcji”. Nie wyszło. Wrócili więc tam, gdzie jest nadzieja.
Cóż, za późno. Teraz możemy się poprzyjaźnić.
Na początku wakacji wyszłam rano do sklepu i wzięłam ze sobą psa na spacer. Idąc przez wieś przypomniało mi się, że muszę zajść do koleżanki po obiektyw od aparatu, a najbliższa droga prowadziła przez ulice zamieszkałą przez typowe babcie. No cóż nie chciało mi się iść na około, więc poszłam krótszą drogą i akurat koło domu takiej babci, która osiągnęła level 1000 w upierdliwości.
Mój pies uznał, że musi kucnąć za potrzebą. Z racji, że to duży pies, to nawet gdy przykucnął było go widać przez okno. Oczywiście nie pozwoliłam załatwić mu się pod oknem i po prostu przeciągnęłam go kawałek dalej, gdzie nie było już domów i pech chciał, że pieskowi się odechciało.
Nagle z domu wybiega babuleńka krzycząc "Co to ma być &^# $^$^$$^, żeby pies srał pod oknem". Oczywiście moje tłumaczenie, że pies się wcale nie załatwił, było daremne, ponieważ babcia i tak widziała kupę, której tam nie było. Pokrzyczała jeszcze chwilę, że z psem chodzi się na pola, a nie przez wieś. Jakiekolwiek racjonalne argumenty np. że psa na pole w takim razie muszę jakoś teleportować nie pomogły. Skończyło się tym, że machnęłam ręką i poszłam dalej.
Potem popołudniu wybrałam się do stajni, osiodłałam klacz i pojechałam w teren. Niestety byłam zmuszona po raz kolejny przejechać koło tej samej babci, ponieważ na drugiej ulicy biegał spory pies, który już kiedyś wcześniej rzucił mi się do konia. Mijając dom babuleńki, odetchnęłam z ulgą, gdy nagle usłyszałam wrzask i poczułam, że moja klacz zaczęła strzelać barany i ruszyła galopem przed siebie.
Gdy już udało mi się ją zatrzymać i uspokoić zobaczyłam, że za mną biegnie ta sama babcia z miotłą i gdy dobiegła do konia (wydaje mi się, że po raz drugi) uderzyła klacz w zad. Klacz nie zareagowała już tak samo, jednak wystraszyła się. Automatycznie zsiadłam z konia i wydarłam się na babcię, a ona w odwecie zagroziła mi policją.
Skończyło się tak, że zadzwoniła na policję. Oni przyjechali i po opisaniu przeze mnie sytuacji policjanci próbowali wytłumaczyć starszej pani, że jej zachowanie zagraża życiu ludzi. Na co ona powiedziała "To trudno, jedną idiotkę mniej, a niech i was skur*$&^*ów pozabija ten koń". Po czym rzuciła się z miotłą na radiowóz. Skończyło się zabraniem babci na posterunek. Naprawdę czasem nie rozumiem starszych osób i ich sposobu myślenia.
Zdarzenie to miało miejsce w zeszły wieczór. Wracałam do domu autobusem koło godziny 22:30. Było to dla mnie ciężkie popołudnie, więc założyłam słuchawki i pogrążyłam się w swoim świecie. Wraz ze mną podróżowali również dosyć podejrzani, lekko podpici pasażerowie. Z początku nie zwróciłam na nich większej uwagi, gdyż nie wydawali się groźni, wysyłali jedynie dość badawcze spojrzenia w moim kierunku. O czymś rozmawiali, ale jako że miałam ubrane słuchawki nie słyszałam o czym.
Miejsce przede mną zajmowali zaś dwaj młodzi mężczyźni, którzy również zaczęli się do mnie odwracać. Zaczęłam się obawiać dalszego przebiegu sytuacji. Jeden z nich zapytał mnie nagle, czy jadę do pętli. Z początku nie zrozumiałam celu tego pytania, ale odpowiedziałam, że tak. Drugi z nich dodał iż towarzystwo, które zostało w autobusie wydaje się dość niebezpiecznie. Przyznałam rację, lecz uznałam iż w komunikacji miejskiej raczej nic mi nie grozi. Obaj zaczęli mocno nalegać, żebym opuściła autobus, gdyż boją się mnie zostawić w gronie wyżej wspomnianych pasażerów, a wysiadają na następnym przystanku. Zaoferowali również pożyczkę pieniędzy na taksówkę, żebym mogła spokojnie dotrzeć do domu. Długo nie zastanawiałam się nad decyzją, gdyż po dokładnym przyjrzeniu się pasażerom z przodu wydawała mi się ona jak najbardziej słuszna.
Nie mam pojęcia jak nazywali się moi wybawcy, ale doprowadzili mnie bezpiecznie do postoju taksówek, skąd szczęśliwie udałam się do domu. Jeśli to czytacie, to jeszcze raz bardzo wam dziękuję. Na świecie została jednak garstka prawdziwych gentlemanów :)
Mój facet zaczął mieć problemy z erekcją. Zrobiliśmy badania, na których wyszło, że ma zbyt wysoki poziom hormonu prolaktyny, która go blokuje. Wszystko jest winą stresu. Teraz bierze tabletki, chodzi do psychologa i znów okazało się, że nie może być tak pięknie, lekarze każą mu wyeliminować czynniki stresogenne ze swojego życia. Łatwo mówić, trudniej wykonać.
Mój facet ma bardzo stresującą pracę, z której nie może zrezygnować, bo wiążą go kredyty na dom i samochód. W innym zawodzie lub na niższym stanowisku nie ogarnie tego finansowo. Chciałam mu jakoś pomóc, starałam się bardzo mocno, ale dla mnie to już za dużo. Zaczął mnie oskarżać, że to też moja wina, bo jestem nerwowa. To prawda, mam trudny charakter, ale cały czas nad nim pracuję. Starałam się go rozumieć i podchodzić do wszystkiego z większym spokojem, ale nie zawsze mi się udawało. Charakteru nie da się zmienić ot tak od ręki i on tego też nie rozumie.
Zaczęliśmy się jeszcze bardziej kłócić i bardzo się od siebie oddaliliśmy. Wiem, że nie powinnam, powinnam go wspierać, ale brak seksu i to jego użalanie się jest już nie do wytrzymania. Jest się ze sobą na dobre i na złe, ale ja już jestem tym wszystkim naprawdę sfrustrowana i chcę odejść. Mam dopiero 27 lat i nie wyobrażam sobie braku seksu, i tak już długo wytrzymuję. Zdaję sobie sprawę, że przybiję mu gwoździa do trumny, ale ja też mam prawo być szczęśliwa i ułożyć sobie życie, a w tym przypadku tylko się męczę. Nie wiadomo kiedy i czy się wyleczy, a życie mam tylko jedno.
To wszystko co chciałam z siebie wyrzucić.
Zdradziłam mężczyznę, którego kocham. Byłam pijana i nie ogarniałam. Obudziłam się w obcym mieszkaniu obok faceta, którego poznałam kilka godzin wcześniej na wieczorze panieńskim. Naprawdę nie wiem jak to się stało, nie potrafiłam się opanować i poszłam do niego. Wstydzę się tego, mam okropne wyrzuty sumienia, czuję się strasznie. Bije się z myślami, czy powiedzieć o tym narzeczonemu, czy lepiej żyć w kłamstwie. W najbliższą sobotę bierzemy ślub.
Przez wiele lat przyjaźniłam pewną bardzo niedojrzałą osobą, nazwijmy ją Kasią. Byłyśmy mocno nierozłączne, ale różniło nas prawie wszystko. Ona - typ flirtującej ze wszystkimi trzpiotki, otoczonej milionem przyjaciół, imprezy non stop, zgrabna, z figurą modelki, ale odżywiająca się niezdrowo. Ja - aspergerowy nerd przy kości, wiecznie na diecie, dużo sportu, ale bez rezultatów, nielubiący imprez ani picia do upadłego. Nie, nie chodzi o zazdrość z powodu figury i powodzenia - nie pociąga mnie tłum wielbicieli śliniących się na mój widok tylko z racji rozmiaru moich ciuchów. Zresztą ci sami faceci od Kaśki prędzej czy później uciekali, bo nie mogli wytrzymać jej wybuchowego charakteru na dłuższą metę.
Problemem między nami była jej wieczna niefrasobliwość i radosne uciekanie od dorosłości mimo 40 na karku. Nieprzewidywalny charakter Kaśki zazwyczaj zbywałam machnięciem ręki. Ale pewne rzeczy się nawarstwiały. Kaśka z czasem wkurzała mnie o coraz więcej rzeczy - głownie o przypisywanie mi swoich własnych zachowań (jak picie na umór i uganianie się za facetami) i ciągłe dawanie mi entuzjastycznych, acz oderwanych od rzeczywistości rad (no i co z tego, że masz Aspergera?? Sama nie wiesz co ludzie muszą przez ciebie znosić! Przestań być aspołeczna i wszystko będzie OK!). Przykłady można mnożyć. A nie dało się odbić piłeczki, bo jako nadmiernie emocjonalny osobnik wybuchała wtedy jeszcze bardziej.
Ostateczny cios naszej znajomości przyniósł wirus. Kaśka jest okazem zdrowia, który co najwyżej skarży się na ból zęba albo katar, więc "lekka grypa" jej niestraszna. Ja od lat leczę się na serce, na dodatek mam astmę, więc jeśli ktoś przeczytał minimum o koronie, to wie, że jestem w grupie wysokiego ryzyka. No i co? Kasia podczas lockdownu nagle wyskoczyła jak z pudełka z informacją, że już nie wytrzyma tych panikujących ludzi, więc "wyjeżdża na dłuższy czas, więc czy będę wpadać do niej karmić jej rybki, żeby jej nie zdechły podczas jej nieobecności". W tym momencie, mówiąc kolokwialnie, mój poziom tolerancji dla jej niefrasobliwości wyje**ło poza skalę. Nie wiedziałam, czy mam to traktować jak jakiś żart, ale zanim zdołałam cokolwiek z siebie wydusić, w odpowiedzi sama stwierdziła sarkastycznie "aha, dzięki za pomoc..." i na tym się nasz kontakt urwał.
Dziś mija pół roku od tej rozmowy. Nie widziałam jej od tamtego czasu i dopiero teraz zdaję sobie sprawę, jak bardzo toksyczna była nasza relacja. Była to ciągła huśtawka między "zalewaniem mnie" miłością i emocjami (z oczekiwaniem, że je odwzajemnię) a uważaniem na każde słowo, żeby nagle nie wybuchła o byle pierdołę. Byłam ciągle na nią o coś wkurzona i truło mnie to od środka. Ewidentnie miała jakieś głębsze problemy pod czaszką.
No nic, skupię się na normalnych znajomych na przyszłość. Na szczęście takich też mam.
Od paru lat uczestniczę w rekonstrukcjach historycznych. Zajmujemy się wiekiem XIV i XV a także Zakonem Joannitów.
Parę miesięcy temu wracałem pieszo z jednego z pokazów. Było gdzieś po 22, a do tego nieprzyjemny chłód i dość gęsta mgła, miałem blisko, więc wracałem w zbroi, czarnej tunice z krzyżem i w obszernym kapturze. Mijałem przystanek autobusowy, więc zatrzymałem się sprawdzić, o której mam następnego dnia autobus. Obok na ławce leżał półprzytomny żul. Zignorowałem go.
Nagle gdy już miałem odejść on się obudził i przerażony wybełkotał: "Ja pie******, czym ty ku*** jesteś?". A ja ponurym, niskim gardłowym głosem powiedziałem: "Jeszcze nie twój czas". Po czym obróciłem się i odszedłem dzwoniąc zbroją. Ostatnie co jeszcze usłyszałem to: "O ku***, więcej nie piję!". No i dźwięk rozbijanej butelki w koszu.
Dodaj anonimowe wyznanie