#cXFbA

Mam 34 lata. Całe życie byłem z ładnymi kobietami, niestety były one też bardzo charakterne. Wiadomo, ładna więcej wymaga i na więcej może sobie pozwolić, stąd te paskudne charakterki. Byłem już tym naprawdę zmęczony, dość miałem fochów o nic, dziwnych humorów, wymagań, wybrzydzania i wyciągania pieniędzy.

Poznałem kiedyś taką szarą myszkę, dobra figura z bardzo średnią twarzą, ale że byłem nawalony i mi się chciało, to poszliśmy do niej. Utrzymywaliśmy znajomość, liczyła na coś więcej, ale mi ona na tamtą chwilę służyła tylko do jednego... 4 lata się o mnie starała i któregoś razu, gdy siedziałem z kumplem przy piwie, on przekonał mnie, że może warto spróbować.

Pięć miesięcy już minęło, jak jesteśmy razem, ona jest we mnie zakochana na zabój, a ja sam nie wiem, co tak naprawdę do niej czuję. Powinienem już się zakochiwać, bo to złota kobieta - ugotuje, posprząta, wyprasuje, żadne obowiązki domowe mnie nie interesują. Nigdy nie boli ją głowa, w sypialni wymyśla czasem takie rzeczy, że ja nie wiem co się dzieje. Robi wszystko to na co mam ochotę, nie ma humorów, fochów i przeprasza mnie nawet za rzeczy, które wie, że mogłaby zrobić dla mnie lepiej.
Zastanawiam się, czy brnąć w to dalej, teoretycznie jest wspaniale, a wręcz idealnie, ale jakoś czuję, że czegoś tu brakuje. Z drugiej strony nie mam już 20 lat i pora w końcu się ustatkować. Moi znajomi, choć na początku byli mocno zdziwieni, że wybrałem sobie taką kobietę, bardzo ją polubili. Nie wyobrażam sobie pchać się znów w jakiś toksyczny związek z pustawą panną, która będzie strzelała fochy i spędzała 3 godziny w łazience, żeby wyjść do sklepu po mleko.

Nie wiem co mnie tknęło, żeby żalić się na internecie, może nadzieja, że ktoś z czytających to był lub jest w podobnej sytuacji i się wypowie.

#lNoeR

Przechodziłem obok kwiaciarni i naszła mnie spontaniczna myśl, aby sprezentować żonie jakiś kwiaty. Wszedłem więc do środka i stanąłem nieco przytłoczony różnorodnością otaczających mnie okazów flory. Zupełnie nie miałem pojęcia co wybrać. Założyłem jednak, że sprzedawczyni nie jest dorabiającą sobie urzędniczką, lecz prawdziwą florystką. Przynajmniej takie sprawiała wrażenie. Jako siła fachowa powinna sobie poradzić bez problemów. Profesjonalistka to profesjonalistka.
Poprosiłem o bukiet kwiatów, dodając, że to dla żony. Kobieta, na oko dość apetyczna i miła 40-latka, zmierzyła mnie taksującym spojrzeniem i zapytała:
- Z jakiej okazji?
- Z żadnej, tak po prostu - odpowiedziałem.
- Bez okazji, hmm...
Zastanowiła się krótko i spytała:
- Co pan zmajstrował?
Zatkało mnie i zapewniłem ją, że nic. Niewinny jestem, a sumienie czyste jak łza albo i jeszcze bardziej.
Wyraźnie sceptyczna, zlustrowała mnie dokładnie jeszcze raz, wyraźnie się nad czymś zastanawiając. Sytuacja zaczęła mnie nieco drażnić.
- To co pan od niej chce? - Wypaliła nagle.
Nieco zirytowany zripostowałem:
- Jak to co, laskę ma mi zrobić, ot co.
Natychmiast zrobiło mi się wstyd i już chciałem przeprosić, gdy jej twarz nagle rozjaśnił uśmiech.
- No to trzeba było tak od razu!-  Stwierdziła i zabrała się za składanie bukietu.
Fajny był, taki od serca.

Na koniec - bez głupich pytań, proszę.
Choć dawać kobietom kwiaty bez okazji polecam :)

#hssNZ

Jestem kobietą w średnim wieku, po przejściach. Mam za sobą nieudane małżeństwo oraz rozwód, teraz jako taką stabilizację, dobrego partnera. Mojego tatę pochowałam 10 lat temu i to na nim skupi się historia, którą tu napiszę.

Mój tata był wysoko funkcjonującym alkoholikiem. Ze względu na typ pracy, jaki wykonywał, sam mógł regulować swoje godziny pracy oraz czas wolny. Pamiętam, że nie byliśmy jakąś bogatą rodziną, ale dobrze nam się wiodło, na nic nam nie brakowało - a to wszystko tylko z jednej pensji, gdyż mama nie pracowała.

Ze względu na nałóg mojego taty, z dzieciństwa i czasu nastoletniego pamiętam awantury, które wszczynała moja zirytowana mama. Z jednej strony trudno jej się dziwić, z drugiej zaś strony sama atmosfera nastawiała mnie przeciwko tacie, słowa wyrzucane w kłótniach przez mamę tylko potwierdzały słuszność moich odczuć. Tato natomiast nigdy nie był wobec żadnej z nas agresywny, a na następny dzień po ''wychlaniu'' chodził jak zbity pies.

Dlaczego o tym piszę?

Otóż dopiero niedawno, podczas rozmowy z moim partnerem, którego ojciec zapomniał o jego istnieniu po rozwodzie z jego mamą, doszłam do wniosku, jak krzywdzące zdanie miałam o moim tacie przez wszystkie te lata. Zdanie to było podsycane również przez moją mamę, która jeśli o tacie wspomina, to przez pryzmat jego alkoholowych wyskoków. Dzięki rozmowom z moim partnerem doszłam do wniosku, że tato mimo swoich ułomności zawsze bardzo mnie chronił, dbał o mnie, nawet nieporadnie, ale najlepiej jak umiał.

To z nim mam wspomnienia z różnych aktywności - nauczył mnie pływać, jeździł latem niemal codziennie nad jezioro, a następnie zapisał do lokalnej grupy pływackiej. Na basenie kibicował mi z trybun podczas treningów i motywował, kiedy traciłam siły. Zawsze gotował mi później zbilansowany obiad, bo ''woda wyciąga''. Żeby miało się palić i walić, w każdy czwartek zawoził mnie prosto ze szkoły na kurs angielskiego i po nim zawsze odbierał. Cieszył się z każdych sukcesów, zwłaszcza że sam nie znał języków obcych. Jesienią zbieraliśmy kasztany, a w domu budowaliśmy z nich ludziki dla mamy, a zimą jeździliśmy na łyżwy, a także zdzieraliśmy ze ściętych drzew korę, by później w domu konstruować proste łódeczki, które na wiosnę puszczaliśmy w świat z nurtem Wisły. Takich wspomnień jest dużo więcej. Przez lata były one uśpione i zdominowane przez negatywny pryzmat niezbyt dobrego męża mojej mamy. W roli ojca spełnił się jednak bardzo dobrze... najlepiej jak umiał.

Mój partner nie miał tyle szczęścia - on praktycznie miał ojca widmo. Jest mi przykro, zarówno ze względu na mojego faceta, jak i ze względu na mojego tatę. Nie potrafiłam docenić go w czasie, kiedy żył. Tak bardzo chciałabym podziękować mu za to, że po prostu zawsze i bezwzględnie był dla mnie, że był najlepszą wersją siebie dla mnie, najlepszym ojcem.
Bardzo mi go brakuje.
Od czasu, kiedy zdałam sobie sprawę z tego, jak bardzo niedoceniany był za swojego życia, pęka mi serce. Tak bardzo chciałabym móc go przytulić...

#saD9u

Wszystko zaczęło się, kiedy miałam jakieś 6-7 lat. Wtedy to bałam się biedronek. Rodzice chcieli mi pomóc pozbyć się tej fobii, dlatego m.in. wpoili mi wierszyk "Biedroneczko, biedroneczko leć do nieba, przynieś kawałeczek chleba". Jako dziecko szybko to podłapałam i myślałam, że jak biedni ludzi zaczną to zaklęcie mówić do kropkowatych owadów, to będą mieli co jeść i zniknie problem głodu na świecie.

Wpadłam wtedy na genialny pomysł. Postanowiłam stać się Super Biedronką, być na każde zawołanie ludzi, aby im udzielać pomocy. Moim super pojazdem był czerwony rower, a moim przebraniem był czerwony beret i uwaga... reklamówka z Biedronki. Ubierałam ją tak, że ręce wkładałam w uszy woreczka, a reszta powiewała na moich plecach podczas jazdy biedronkomobilem.

Jako jedyna dziewczyna wychowująca się na wsi pośród tłumu chłopców, zawsze dostawałam od nich pierścionki z biedronkami lub robaczkami je przypominającymi. Po dziś dzień posiadam większość z nich i zawsze się uśmiecham, gdy na nie spojrzę. Mimo iż nie występuję już jako biedronkowa bohaterka, to wciąż staram się pomagać ludziom, nawet bez mojego przebrania.

#VlO1G

Chciałabym podzielić się z wami moją historią, ponieważ emocje narastają we mnie, a nie mam się komu wygadać. Dlaczego? Dowiecie się tego w dalszej części.

Jestem zwyczajną dziewczyną ze zwyczajnym życiem. Obecnie studiuję informatykę, mieszkam w wynajętym z moją współlokatorką mieszkaniu. Jestem lesbijką.
Nie będzie to wyznanie o biednej lesbijce dyskryminowanej przez społeczeństwo. Będzie to wyznanie o lesbijce dyskryminowanej przez faszystów w tęczowych maskach.

Nie da się przeoczyć głośnego tematu o LGBT w mediach. Wiecie, te marsze równości, tęczowe flagi, hasła promujące tolerancję. Jako osoba homoseksualna oczywiście jestem za tolerancją, ponieważ chciałabym czuć się bezpiecznie i nie być odbierana jako gorsza. Rozumiem także, że nie wszystkim musi się to podobać. Społeczność LGBT w ostatnim czasie nie jest pozytywnie odbierana przez ich demonstracje, niszczenie pomników oraz parodiowanie innych kultur i wyznań. Nie mówię tu o osobach innej orientacji, a o tęczowej społeczności LGBT, która każdego dnia niszczy swój wizerunek. I tu zaczyna się mój problem. Miałam wielu bliskich znajomych. Wiedzieli o mojej orientacji i akceptowali to. Tak samo moja rodzina, bardzo wierząca rodzina. Gdy poznawałam nowych ludzi, nie przeszkadzało im to jaka jestem. Przecież jestem taka jak wszyscy, jedynie kocham inaczej. Oczywiście zdarzały się momenty, że ktoś mnie obrażał, jednak było to rzadko i zazwyczaj to olewałam. Ale teraz jest inaczej. Ludzie zaczynają kojarzyć mnie z tęczową społecznością. Moja rodzina zaczęła się chłodniej odnosić do tematów mojej orientacji. Moja babcia z premedytacją mówi, że teraz rozumie ten "cyrk" i powinnam sobie poszukać faceta. Wielu moich znajomych ucięło ze mną kontakt. Może nie byli to bardzo bliscy znajomi, to stwierdzili, że nie chcą mieć do czynienia z tęczową faszystką, nie dając mi nawet szansy wytłumaczenia. Jeśli kogoś poznam i ta osoba dowie się o mojej orientacji, to również zaczyna się chłodny temat o tęczy, demonstracjach etc.

Ponoszę konsekwencje za cudze czyny. Moja rodzina wyśmiewa się ze mnie, znajomi mnie zostawili i ogólnie ludzie patrzą na mnie chłodno. Może przesadzam, ale na dłuższą metę robi się to naprawdę okropne i często płaczę po nocach. Próbowałam o tym porozmawiać z wieloma osobami. I tu pojawiają się dwie skrajności. Jedni mówią mi, że katole robią mi pranie mózgu, żebym czuła się winna za swoją orientację. Inni natomiast zaczynają pluć jadem w stronę LGBT. Wydaje mi się, że nikt mnie nie rozumie. Nikt nie rozumie, że ja się nie utożsamiam z demonstracjami i marszami równości. Chcę po prostu żyć normalnie i nie odpowiadać za cudze czyny. Jestem pewna, że jest mnóstwo osób takich jak ja. Co mam zrobić? Nie mam szansy bycia odebraną jako normalny człowiek...

#iU67w

Podczas mojego pobytu na wakacjach, rodzice zrobili porządek z zabawkami, którymi bawiłem się za dzieciaka. Okazało się, że oddali komuś pełny zestaw Lego, który trzymałem w praktycznie nienaruszonym pudełku. Zrobiło mi się przykro, bo te klocki miło mi się kojarzą i zawsze miałem do nich duży sentyment. Postanowiłem więc znaleźć identyczny zestaw na jednym z portali aukcyjnych. Nie natrafiłem na niego na polskich serwisach, ale za to był na eBayu. Kosztuje prawie 3000 euro...

#L5tHb

Parę lat temu byłam w pewnym związku. Chłopak marzenie - romantyczny, zabawny, przystojny i oddany. Racja, miał parę wad, ale kto nie ma? Czasem był trochę nachalny z tą miłością, z tymi całusami, z tym wszystkim... Ale był cudowny. Potrafił zabrać mnie na kocyk na polanę, wziąć płatki róż i przegadać ze mną cały dzień. Nie wymagał niczego, czego bym nie chciała, bądź jeszcze nie była gotowa. 

Po parunastu miesiącach, kłótniach, wzlotach i upadkach doszłam do wniosku, że pomimo iż go kocham, to my do siebie nie pasujemy pod względem charakteru i sposobu bycia w tym świecie pełnym nienawiści. Jak pomyślałam, tak zrobiłam. Zerwałam naszą znajomość, przekonana że gdzieś na świecie jest "ten ideał", podobny do mnie. 

Minęło już od tego zdarzenia parę lat. Parę straconych lat... Szukając ideału, żadnego nie pokochałam mocniej, a nawet tak samo jak jego. Ja w ogóle NIC nie żywiłam do tych chłopców przewijających się przez moje palce jak wiosenny wiatr. Ostatni rok był najgorszy. Zakończyłam związek, w którym chłopakowi zależało chyba jedynie na zaliczeniu mnie. Poznałam też nowych ludzi, ale nowe próby znalezienia ideału również okazały się na marne, jak każde poprzednie zresztą. Po wielu nocach spędzanych w klubach i upajaniu się alkoholem usiadłam i zaczęłam płakać.

Zrozumiałam, że wady trzeba zaakceptować, a osoba, którą kochamy nie musi być taka jak my. Serce nie wybiera. Aha, i jeszcze coś. Dzisiaj ten chłopak ma już narzeczoną. Po tylu latach i myśleniu o nim dzień i noc, myślę, że już do końca życia tylko to mi zostanie, mimo wciąż nie mijającej miłości. Miłości na zabój...

Wiem, że postąpiłam głupio, ale wtedy nie miałam pojęcia o tym. Jakby to ujął Edward Stachura: "Minęło wiele miesięcy, ale mnie nic nie minęło". Akceptujcie pewne wady i różnice między wami w związku. Miłość i tak je zignoruje.

#fZQQg

Mam sąsiada sku#wiela. To starszy pan, który zatruwa wszystkim życie. Na milion sposobów i z czystej złośliwości. Tak przynajmniej twierdzili mieszkańcy mojej klatki, kiedy parę miesięcy temu wprowadzałam się do kupionego przeze mnie mieszkania na dziewiątym piętrze.

Dziś wreszcie natknęłam się na tego pana. Z pełnym pęcherzem biegłam po schodach, aby zdążyć wsiąść do windy. „Proszę poczekać na mnie! Bardzo się spieszę!” - krzyknęłam do niego. Zamknął mi drzwi przed nosem. Wściekła, pogodziłam się z faktem, że zostałam zmuszona do czekania. Jak się okazało – na tym nie skończyło się draństwo sąsiada. Po chwili usłyszałam bowiem, że winda zatrzymuje się na każdym piętrze. Tak, dziadyga specjalnie skomplikował sobie podróż tylko po to, abym poczekała sobie jeszcze dłużej.

#6COtp

Jak byłem małym dzieckiem przeprowadziliśmy się do USA. Mój tata dobrze znał angielski, znalazł dobrą pracę, a ja zostałem wysłany do przedszkola. Minęło może pół roku. Całkiem szybko szła mi nauka angielskiego, ale oczywiście wciąż był to niski poziom. Któregoś dnia pokłóciłem się i pobiłem z czarnoskórym dzieciakiem, który został mi przydzielony do pary przy jakichś ćwiczeniach. Byłem bardzo zdenerwowany i nie chciałem być z tym chłopakiem w parze. Coś kojarzyłem, że jakieś dziecko miało alergię na orzeszki ziemne i przez to nie mogło mieć z nimi nic do czynienia, więc zacząłem moim łamanym angielskim tłumaczyć, że mam alergię na czarnych. Jak możecie sobie wyobrazić nie spotkało to ze zrozumieniem i trafiłem do dyrektora. Czarnoskórego.

Dyrektor po wysłuchaniu mojej argumentacji oburzony zadzwonił do mamy. Niestety jej angielski był jeszcze gorszy niż mój. Jak usłyszała od dyrektora, że jej syn w przedszkolu twierdzi, że ma alergię na czarnych ludzi to... potwierdziła, że tak, jak najbardziej, syn ma alergię na czarnych.

Następnego dnia tata musiał przyjść do przedszkola aby załagodzić sytuację. Co ciekawe ten chłopak został potem moim najlepszym kolegą.

#GZtP2

Ostatnio chciałem zrobić żart mojemu ojcu, który co jakiś czas dokucza mi, że nie przyprowadzam do domu żadnych dziewczyn. Kiedy jedliśmy obiad, z poważną miną rzekłem do moich rodziców: „Mamo, tato... Długo się zbierałam, aby wam to powiedzieć. Jestem gejem”. Mój tata wstał, wziął portfel, wyciągnął z niego 200 zł i wręczył mamie. Okazało się, że wygrał zakład...
Dodaj anonimowe wyznanie