#1sXDU
Problemem między nami była jej wieczna niefrasobliwość i radosne uciekanie od dorosłości mimo 40 na karku. Nieprzewidywalny charakter Kaśki zazwyczaj zbywałam machnięciem ręki. Ale pewne rzeczy się nawarstwiały. Kaśka z czasem wkurzała mnie o coraz więcej rzeczy - głownie o przypisywanie mi swoich własnych zachowań (jak picie na umór i uganianie się za facetami) i ciągłe dawanie mi entuzjastycznych, acz oderwanych od rzeczywistości rad (no i co z tego, że masz Aspergera?? Sama nie wiesz co ludzie muszą przez ciebie znosić! Przestań być aspołeczna i wszystko będzie OK!). Przykłady można mnożyć. A nie dało się odbić piłeczki, bo jako nadmiernie emocjonalny osobnik wybuchała wtedy jeszcze bardziej.
Ostateczny cios naszej znajomości przyniósł wirus. Kaśka jest okazem zdrowia, który co najwyżej skarży się na ból zęba albo katar, więc "lekka grypa" jej niestraszna. Ja od lat leczę się na serce, na dodatek mam astmę, więc jeśli ktoś przeczytał minimum o koronie, to wie, że jestem w grupie wysokiego ryzyka. No i co? Kasia podczas lockdownu nagle wyskoczyła jak z pudełka z informacją, że już nie wytrzyma tych panikujących ludzi, więc "wyjeżdża na dłuższy czas, więc czy będę wpadać do niej karmić jej rybki, żeby jej nie zdechły podczas jej nieobecności". W tym momencie, mówiąc kolokwialnie, mój poziom tolerancji dla jej niefrasobliwości wyje**ło poza skalę. Nie wiedziałam, czy mam to traktować jak jakiś żart, ale zanim zdołałam cokolwiek z siebie wydusić, w odpowiedzi sama stwierdziła sarkastycznie "aha, dzięki za pomoc..." i na tym się nasz kontakt urwał.
Dziś mija pół roku od tej rozmowy. Nie widziałam jej od tamtego czasu i dopiero teraz zdaję sobie sprawę, jak bardzo toksyczna była nasza relacja. Była to ciągła huśtawka między "zalewaniem mnie" miłością i emocjami (z oczekiwaniem, że je odwzajemnię) a uważaniem na każde słowo, żeby nagle nie wybuchła o byle pierdołę. Byłam ciągle na nią o coś wkurzona i truło mnie to od środka. Ewidentnie miała jakieś głębsze problemy pod czaszką.
No nic, skupię się na normalnych znajomych na przyszłość. Na szczęście takich też mam.
Całe to wyznanie brzmi jakbyś uważała Kasię za kogoś dużo gorszego od siebie :) najwyraźniej obie byłyście w tej relacji toksyczne.
Hmm... Pomijając wcześniejszą znajomość...koleżanka miała inne zdanie i postanowiła wyjechać. Nie narażając cię w żaden sposób poprosiła o pomoc. Czyste okropieństwo.
narazila na czestsze wyjscia z domu w celu karmienia jej rybek
A teraz wyobraz sobie, ze jestes w grupie wysokiego ryzyka, i musisz co 2 dni przyjechac do niej autobusem, albo pokonać dystans piechotą ( powiedzmy ze samochodu nie ma) I co? Lecisz nakarmic rybki?
Ta wasza przyjaźń to chyba obustronna desperacja - lepsza taka przyjaciółka, niż żadna. Czyżby?
Z wyznania bije od Ciebie taki jad, że nie byłabym taka pewna czy to Kaśka była tą toksyczną osobą. Brzmisz jak laska pełna kompleksów, żyjąca tym jak to w życiu ma przechlapane i niecierpiąca osób, które się w tym różnią od Ciebie.
Zazdrość że kacha była wesola i rezolutna ot co
Po pół roku już inaczej to widzisz, jesteś bardziej krytyczna. Coś Was do siebie przyciągało. Ale przyjaźnie nie muszą trwać wiecznie, ludzie sie zmieniają. Dobrze że straciłyście kontakt, nie warto sie męczyć pod hasłem: 'tyle lat sie przyjaźnimy'.
Właściwie nie wiadomo po co jej się tyle czasu trzymałaś, bo widać, że specjalnie to ty jej nie lubiłaś (o ile przy zespole Aspergera można mówić o lubieniu).
Co jest toksycznego w autorce bo nie rozumiem? Moje drogi z przyjaciółką się rozeszły, bo nie rozumiała mojego introwertyzmu i non stop się obrażała, że nie chcę biegać po klubach. Kontakt jakoś sam się urwał. Ulżyło
nie no, wcale nie byłaś zazdrosna
Ja akurat rozumiem autorkę w sytuacji z rybkami. Na początku pandemii okropnie straszyli ludzi z astmą. Moja mama też choruje i też nigdzie się nie ruszyła. Trzeba być naprawdę niepoważnym by w takim momencie prosić osobę z astmą, żeby przyjeżdzała do rybek.
Kaśka to klasyczny narcyz. Szkoda Twojego zdrowia na nią.