#v95jB

Pięć lat temu na imprezie u chłopaka nawiązała się rozmowa o pobiciach, gwałtach etc. Ja stwierdziłam, że raczej nie wiem co zrobiłabym w takiej sytuacji. Pogadaliśmy o tym, po czym zmieniliśmy temat. 

Koło 3 nad ranem impreza dobiegała już końca, to się zbieram. Pytają, czy mnie odprowadzić, a ja jak zwykle "nie", bo przecież mieszkam dosłownie 5 minut drogi od miejsca imprezy i nie lubię, gdy jestem traktowana jako "biedne dziewczę, które ktoś zgwałci".

No to wychodzę. Na osiedlu ciemność, gdzieniegdzie jakieś światła z domów świecą, a ja dumnie kroczę do domu. Nagle poczułam, że ktoś mnie chwyta za ramiona i przystawia mi coś zimnego do szyi. Myślę sobie, o nie, nie dam się napaść! Osoba, która mnie zaatakowała stała bardzo korzystnie dla mnie, bo z łatwością mogłam kopnąć ją w nogę, a że w tym okresie nosiłam glany, napastnik od razu poległ na ziemi puszczając przedmiot, który okazał się łyżką! 

Nagle podbiegają moi znajomi, a osobą, która zwijała się z bólu był nie kto inny tylko mój chłopak. Nasza wcześniejsza rozmowa ich zainspirowała do sprawdzenia jak się zachowam w takiej sytuacji. Skutek? Złamałam chłopakowi kostkę.

#FM0o6

Poszłam z koleżankami na zakupy do jednego z centrów handlowych w moim mieście. Ponieważ zawsze miałam kompleks związany z moim nikczemnej wielkości biustem, założyłam na siebie dwa staniki, aby piersi wyglądały na większe. Zazwyczaj zapinam biustonosze tak, aby oba paski na siebie nachodziły i nie było widać „oszustwa”.
W przymierzalni musiałam pociągnąć jedno z zapięć i przez znajdujące się na plecach rozcięcie w mojej koszulce widać było, że mam na sobie dwa staniki. Nie to jednak było najgorsze. Ochroniarz zwrócił na to uwagę i w mało zakamuflowany sposób posądził mnie o wynoszenie rzeczy ze sklepu. Zrobił mi awanturę, która sprawiła, że sporo osób przyszło obejrzeć to przedstawienie, a ja niczym aktorka w sztuce teatralnej, czerwona jak burak, na oczach wszystkich musiałam tłumaczyć się dlaczego miałam na sobie dwa biustonosze. O-kro-pność!

#27iHw

Niedawno mój brat miał pójść wyrzucić śmieci. Mimo że jest już chłodno, nie wziął kurtki, mówiąc, że nie warto jej zakładać na pięć minut. No więc wziął wiaderko i poszedł. Po jakimś czasie zaczęłyśmy się z mamą zastanawiać, co on w tym śmietniku robi. Dobra, mieszkamy na trzecim piętrze (bez windy :( ), ale chodzenie po schodach nie zajmuje aż tyle czasu. W końcu poszłam po niego, pamiętając, że nie ma nawet kurtki. 

Podchodzę do śmietnika i co widzę? Mojego brata w kurtce, zajadającego się czekoladą, a obok dwie starsze panie namawiające go, żeby poszedł z nimi i zjadł coś ciepłego. O co chodzi?! Podeszłam i powiedziałam, że przepraszam, ale muszę zabrać brata do domu, bo mama się martwi. Dostałam od tych bab opiernicz, jak można człowieka w taką pogodę bez kurtki puszczać.

Co się stało? Ano mój brat wrzucił do śmietnika nie tylko śmieci, ale także... wiaderko. No więc chciał je wyciągnąć. Ale jak tu grzebać w śmietniku, kiedy ludzie patrzą? Przecież to wstyd. Trzeba poczekać, aż nikogo nie będzie. No i podczas tego czekania zobaczyły go dwie staruszki. Od razu zrobiło im się żal biednego "sieroty" bez kurtki. Jedna przyniosła mu kurtkę po swoim wnuku, druga czekoladę i wtedy ja przyszłam. Od tego czasu mój brat nie wyrzuca śmieci.

#2m9h0

Wczoraj w pracy czekam na swoją zmienniczkę już 30 minut, zaczynam się wkurzać, bo po 8 godzinach pracy jestem zmęczona i chcę iść do domu, zrozumiałe. 


Wtem wpada szef, zwołuje wszystkich i grobowym głosem oznajmia, że moja zmienniczka miała poważny wypadek, zderzyła się czołowo, zmiażdżone nogi, być może będą je musieli amputować. Moja reakcja? "W sumie i tak planowała zrzucić ze 20 kg, he he". Wszyscy w szoku, patrzą jak na sadystę bez serca, moje tłumaczenia tylko pogarszają sprawę.

Czy jestem sadystką? Nie, zwyczajnie mój mózg na złe wiadomości reaguje żartami, chyba po to, żeby jakoś zmniejszyć tragedię i sobie z tym poradzić. Zazwyczaj udaje mi się jednak te żarty powstrzymać, tym razem byłam w zbyt ciężkim szoku, żeby się na czas zamknąć.

PS. Jak się okazało, koleżanka ma "tylko'' połamane nogi, ale w przerażenia zaraz po wypadku zadzwoniła do szefa i wyolbrzymiła trochę swoje obrażenia.

#2W9Qm

Sytuacja z dziś. Jadę sobie tramwajem, nagle starsza pani pyta jakiegoś chłopaka, (obstawiam, że był to gimbus), która godzina, bo zobaczyła jego wielaśny, szpanerski zegarek (chyba Armani). Rozmowa wyglądała tak:
- Przepraszam, która godzina?
Po czym chłopak wyciąga telefon i patrzy na godzinę.
- 10:45.
- Dlaczego sprawdzasz w telefonie, skoro masz zegarek?
- A nie, nie, nie znam się na takich, noszę go tylko, bo mi się tak podoba.
- A dobrze, dobrze, dziękuje.

No tego się nie spodziewałam, zostawiam to bez komentarza. ;)

#GNCxP

Ostatnio dużo mówi się o fat shamingu, ale w ogóle się nie mówi o drugiej stronie medalu, o ludziach takich jak ja - chudych nie z wyboru. Zainspirowana ostatnim postem na IG Ch*jowejPaniDomu opowiem Wam o sobie.

Już od dzieciństwa miałam problem z wagą, i nie wynikało to z tego, że mam anoreksję, nie lubiłam jeść lub rodzice mnie głodzili. Jak każde dziecko miałam jakieś znielubione potrawy/produkty. Moja przemiana materii była i jest nadal tak szybka, że nie potrafię przytyć.

Podstawówka przebiegła szybko i miło. W gimnazjum wszystko się zaczęło. Na początku niewinne przytyki od innych, że powinnam przytyć, by nabrać kształtów. Później doszły do tego wyzwiska: kościotrup, chuda szkapa, chudzielec itp. Najgorszy okazał się nauczyciel muzyki, który co lekcję mówił przy całej klasie, że na pewno mam anoreksję i muszę się udać do psychologa lub psychiatry. Przy całej klasie! To mnie bolało, i to bardzo, wszyscy się na mnie patrzyli i co niektórzy coś tam podszeptywali.

Po latach nauczyłam się z tym żyć, zaczęłam chodzić na siłownię i jakoś udało mi się choć trochę przytyć. Dziś, mając kilka lat przed trzydziestką, mam ponad 180 cm wzrostu i wagę w okolicach 67 kg. Ćwiczę regularnie i biegam, nie wyobrażam sobie życia bez sportu. Nadal słyszę, że powinnam przytyć, że od tego biegania to nic ze mnie nie zostanie, że jestem samą skórą i kośćmi. Ale dzięki ćwiczeniom zyskałam pewność siebie i poznałam swoją wartość. Nie pozwolę, żeby niedowartościowani ludzie powodowali u mnie zły nastrój i zaniżali poczucie wartości. Dla mnie najważniejsze jest to, że jem zdrowo i się nie głodzę, a że nie tyję... No cóż, każdy ludzki organizm jest inny. Mój ma supermoc, która pozwala mi jeść chipsy i czekoladę bez efektów ubocznych, co nawet mi się podoba.

Ze śmieszniejszych rzeczy, które mój metabolizm mi funduje np. w bieganiu jest to, iż przed każdym dłuższym biegiem muszę brać coś na rozwolnienie. Tak, mój metabolizm wtedy wkracza w optymalne obroty i jedzie z tematem, tak że po 30 min biegu muszę do toalety.
Raz zapomniałam wziąć węgla/smecty i po 10 km jak tylko doleciałam do mety, to kierowałam się w stronę kibelków i ledwo zdążyłam :D

P.S. Każdy ma jakieś mankamenty w swoim wyglądzie i często są one od nas niezależne. Następnym razem gdy pomyślisz grubas/chudzielec zastanów się, czy aby ta osoba nie jest na coś chora. Można o kimś powiedzieć, że jest chudy, ale myślę, że lepiej brzmi słowo szczupła/szczupły, a dla osób grubych można użyć słowa przy kości.

Mam pytanie dla osób z ciałkiem - czy gdy mówię, że ktoś jest nabity, to jest to dla Was krzywdzące? Zdarza mi się tak mówić, a nie chcę nikogo tym urazić.

#a6kpR

Pochodzę z biednej rodziny. Kiedyś mieszkaliśmy w czwórkę w jednym pokoju, a w drugim dziadek. Po jego śmierci mama wzięła kredyt na remont domu. Z pokoju dziadka zrobiliśmy kuchnię z salonem, w korytarzu łazienkę, której nigdy nie mieliśmy. Do wykończenia remontu brakowało tylko płytek. 

Trzy lata temu zimą, w ferie, coś koło 1 w nocy, wszyscy spali. Ja jak zwykle nie mogłam usnąć, więc leżałam z nadzieją, że w końcu się uda. Nagle słyszę, że coś się tłucze. Tak jakby na strychu. Jakiś czas temu ktoś próbował włamać się do garażu, w którym były jakieś narzędzia, prysznic itp. Stwierdziłam, że może znowu ktoś chce coś ukraść, tym bardziej że pies głośno szczekał. Obudziłam mamę, ale powiedziała, że mi się wydaje. Minęło trochę czasu, pies ujadał jak szalony. Obudziłam mamę znowu, wkurzona wyszła na dwór zapalić papierosa. Wróciła szybciej niż wyszła, z krzykiem żebyśmy uciekali, bo pali się dom. 

Pożar był na tyle zaawansowany, że nie udało się uratować domu, trzeba było budować od początku. Ale jestem ogromnie dumna z mojego psa, któremu zawdzięczamy życie.
Dodaj anonimowe wyznanie