#v1tmj

Pracuję w miejscu pełnym ludzi starszych, więc gdy tylko poczułam, że mogę mieć koronkę, poszłam na L4. Badania, izolacja, bo wynik pozytywny. W sanepidzie zgłosiłam wszystkich współpracowników, z którymi miałam kontakt... NIKT nie został wysłany na kwarantannę.

Wróciłam do pracy po dwóch tygodniach. Kolega wypytuje mnie jak rozpoznałam, że mam covid. W końcu przyznaje, że od dwóch dni nie ma węchu i boli go głowa. Poradziłam wziąć L4, żeby nie pozabijać nam klientów (starzy ludzie), ale gdzie tam! On na izolację nie pójdzie, bo on MUSI codziennie widzieć się z kumplami, przecież on nie przeżyje dwa tygodnie sam w domu. I nie poszedł na izolację. Przeszedł chorobę, cały czas chodząc do pracy. Miał katar, ból głowy, zniekształcony smak, utratę węchu i lekki kaszel. Czyli wszystko to, czego ja doświadczyłam, mając potwierdzony wynik na covid.

Dlaczego go nie podkablowałam? Bo się go boję. To człowiek-mobbing na wysokim stanowisku, pracownik nie do ruszenia, który wykańcza psychicznie ludzi, którzy mu podpadli. Nie chciałam stracić pracy. Nie wiem, ile osób tym zabiliśmy.

#fR9DT

Dziś są moje urodziny, więc moja siostra, która niestety nie grzeszy inteligencją, zamówiła ciasto z bezami. Nie byłoby w tym nic dziwnego, gdyby nie trzy drobne szczegóły.
Po pierwsze – pracuję w cukierni i okazało się, że właśnie w niej zostało złożone to zamówienie, więc osobiście musiałem nakładać na wypiek bezy i zrobić napis „Wszystkiego najlepszego, Łukasz!”.
Po drugie – siostra wydała niedawno sporo pieniędzy na maszynkę do suszenia pomalowanych paznokci, więc postanowiła pożyczyć ode mnie kasę na ciasto z bezami, które sam przygotowałem.
Po trzecie – K#rwa! Nienawidzę bez!

#lWdd8

Mój przyjaciel, można powiedzieć, był kopią mnie, tylko u niego wszystko działo się z pewnym opóźnieniem. Gdy oznajmiłem mu, że mam dziewczynę, on po tygodniu powiedział to samo. Podobnie było, gdy zaczynało się wszystko pieprzyć... po dwóch tygodniach u niego również. Oczywiście jak się pieprzyło, to konkretnie i po latach związku wszystko zgasło... Wkrótce u niego też. Jakby mogło być inaczej?

Po kilku tygodniach postanowiłem wybrać się na miasto na imprezę, na której spotkałem jego byłą. Od słowa do słowa rozmowa coraz to bardziej się kleiła, aż w końcu się umówiliśmy na kolejne spotkanie i tak zostaliśmy parą.

TAK! Dzisiaj dowiedziałem się, że on spotyka się z moją byłą!

#WL6D7

Kilka tygodni temu umarł ktoś z naszej rodziny. Pewnego dnia, parę dni po pogrzebie, moja młodsza siostra pyta się mamy:
- Mamo? A co się dzieje z człowiekiem, kiedy umiera?
- Idzie do nieba.
- A co tam robi?
- Jest szczęśliwy.
Młoda najwidoczniej to zapamiętała.
Niedawno rozstałam się z chłopakiem, z którym byłam aż 3 lata. Nieźle jak na chłopaka, który jak się okazało miał jeszcze 4 inne kobietki na boku. Siostra doskonale wiedziała, że zerwaliśmy. Ja w mój pierwszy dzień po rozstaniu, leżę w łóżku, trochę smutna. Młoda siada koło mnie, chwilę myśli i wypala tekstem:
- Ej. Wiesz co. Może umrzesz, to będziesz szczęśliwa?
I wręczyła mi rysunek z grobem. Na nim moje imię i nazwisko. A wyżej szczęśliwa ja ze skrzydłami w niebie.

Kochana siostra :)

#gUUGy

Kupiliśmy nową pralkę. Candy, jak poprzedniczka, dobra cena. Żona znalazła, mówiła, że super, bo ma sterowanie smartfonem. Jest 2020, więc dobrze, żeby można było się połączyć z telefonem, bo pralka stoi w piwnicy i czasem zwyczajnie nie słychać, że skończyła pracować, powiadomienie by się bardzo przydało. Pralka faktycznie w opisie miała "Sterowanie smartfonem: Tak". Myślę - super oferta. Kupiłem.
Przywieźli, podłączają, zerkam więc do instrukcji, żeby się podłączyć i posterować pralką z telefonu, a tam bomba "żeby skomunikować się z pralką, zainstaluj aplikację i przyłóż telefon do pralki". Myślę sobie: co to ma być!? Przykładanie telefonu do pralki, bo inaczej sterowanie smartfonem nie działa? Czytam dalej - komunikacja z pralką odbywa się z pomocą NFC (!!!). Czyli zapomnij o powiadomieniach o skończonym praniu, chcesz sprawdzić, czy pranie się skończyło, zejdź do piwnicy do pralki i przyłóż telefon - lol, rotfl i inne takie.
Marketingowcy Candy, brawo! Pralka idzie do zwrotu, niech sklep się męczy.

#A7rJf

Na Mikołajki od najlepszej przyjaciółki dostałam perfumy. 
Od babci dostałam małe ręczniczki i perfumy.
Od taty żel do mycia.
Od cioci dostałam dwa szampony i odżywkę.
Od mamy zestaw do pielęgnacji ciała.
Od brata kolejny zestaw pielęgnacyjny i jakieś żele.
(...)

No przecież ja się myję, ludzie! ;) Nie wiem, czy to jakaś sugestia jest...

#YYGNs

Ważne w tej historii jest to, że od zawsze moje wychowanie było czystym autorytaryzmem. Zawsze musiałam się podporządkowywać ojcu w sprawach światopoglądowych, religijnych, a nawet tego, jak wyglądam i się zachowuję. Rzadko miałam okazję podejmować własne decyzje i miałam praktycznie zerową kontrolę nad swoim życiem. Mój ojciec był bardzo dumny z tego jak mnie wychowuje i nie liczył się z moimi emocjami. Do dzisiaj nie wie, jak bardzo mnie tym skrzywdził. Takie wychowanie skutkowało zerową asertywnością i nieumiejętnością podejmowania decyzji z mojej strony.

O konsekwencjach braku tej cechy dowiedziałam się po przyjściu do nowej klasy. Poznałam tam pewnego chłopaka. Szybko złapaliśmy wspólny język i spędzaliśmy razem ze sobą mnóstwo czasu. Już na tym etapie była to znajomość bardzo toksyczna. Często mnie wyzywał i poniżał w obecności innych ludzi. Ale mimo tego dalej był dla mnie ważny i nie uznawałam tego za wyraźny powód do skończenia relacji (czego bardzo dziś żałuję). Po upływie kilku miesięcy chłopak wyznał mi "miłość" i wymagał, abym weszła w związek z nim. Ja nie byłam przekonana do tego pomysłu, mimo że był dla mnie bardzo ważny i zdarzało się, że zachowywaliśmy się jak para. Jednak po prostu to zignorowałam.

Pewnego dnia zaprosił mnie do siebie, na oglądanie jakiegoś filmu. Od początku widać było, że chce skrócić dystans, czego ja nie kwestionowałam w żaden sposób. Można powiedzieć, że na tym etapie zaczęłam powoli odwzajemniać to uczucie. Spotkaliśmy się jeszcze kilka razy, on przesuwał granice coraz dalej. Gdy przekroczyła ona przytulanie się, zaczęłam czuć się już bardzo niekomfortowo. Gdy nie chciałam czegoś zrobić, obrażał się na mnie i zaczynał wyzywać od najgorszych. Ulegałam. Wiem, że dla wielu może to być absurdalne, ale z perspektywy czasu wiem, że to była jedyna reakcja, której mnie nauczono. Ostatni raz kiedy się widzieliśmy siłą dotykał mnie, mimo że odpychałam jego dłonie. Ostatecznie zostałam zmuszona szantażem emocjonalnym do seksu oralnego. Czułam się okropnie, ale tak bardzo bałam się, że mnie odrzuci jak tego nie zrobię, że się przemogłam.

Jakiś czas po tym postanowił skończyć naszą relację, za argument podając to, że zrobiłam się jakaś smutna i kiedyś byłam lepsza. Warto dodać, że po wszystkim zaczął odwracać przeciwko mnie moich znajomych z klasy i dowiedziałam się, że wszystkie nasze spotkania opisywał mojemu koledze (który wówczas żywił do mnie dość mocne uczucia, o czym ten drugi dobrze wiedział), żeby poczuł się źle.

Nauczcie swoje dzieci podejmować decyzje i oszczędźcie im takich doświadczeń. Mimo że minął ponad rok od tych wydarzeń, nadal czuję się fatalnie i jestem poniżana przez niego i jego kolegów.

#xYMJA

Egzamin na prawo jazdy. Jestem delikatnie chora i mam katar. Wszystko fajnie, jeżdżę na łuku (trochę chciało mi się kichać, ale stwierdziłam, że wytrzymam), instruktor kazał mi się ustawić do górki, a więc tak zrobiłam. Stoję, chcę już ruszyć, ale kurczę stwierdziłam, że jednak nie wytrzymam i zaraz kichnę, więc czekam, ale nie chce mi się już kichać. Egzaminator się mnie pyta, na co ja jeszcze czekam. Ja w stresie chcę już ruszyć, a tu nagle kichnęłam! Ale zrobiłam przy tym taki zamach, że walnęłam z całej siły głową o kierownicę i zatrąbiłam.

Przez chwilę myślałam, że już nie zdam, nie wiedziałam jak się mam zachować, co powiedzieć. Egzaminator wielce zaskoczony, chyba sam do końca nie wiedział, co ma zrobić, próbując ukryć śmiech (trochę nieudolnie). Pyta się, co ja zrobiłam. Nie wiedząc, co odpowiedzieć powiedziałam, że sprawdzam, czy klakson działa. Całe szczęście mogłam kontynuować jazdę :)

#iTcxZ

Było to już jakiś czas temu. Moja klasa wraz z inną wybrała się na wycieczkę do kina. Nie było daleko, ale trzeba było załatwić transport dla prawie 50 osób. Wynajęty autobus podjechał pod szkołę. Wszyscy wsiedli. Zostaliśmy przeliczeni itd.

Seans się podobał. Napisy końcowe, więc co zrobić? Trzeba się zbierać. Wraz z grupką osób ruszyliśmy więc ku wyjściu i czekamy na resztę uczniów i nauczycieli. Stoimy sobie ponad 10 minut, grzecznie rozmawiając, póki wspólnie nie dostajemy szoku. Z kina wyszli już wszyscy, a my dalej stoimy przy wejściu, a reszty jak nie było, tak nie ma. W końcu jedna osoba z naszej grupki zadzwoniła do kolegi z klasy:
- Hej, gdzie wy jesteście?
- No jak to gdzie? W połowie drogi do szkoły.
- Aha...
I tu moment zastanowienia i konsternacji co zrobić. W końcu nauczyciele dowiedzieli się od uczniów, że 10 osób zostało pod kinem. Oczywiście wrócili po nas, a cała grupa dostała brawa od uczniów przy wejściu i przeprosiny od nauczycieli.

Jak się później okazało - matematyk pomylił się w liczeniu.
Dodaj anonimowe wyznanie