#bOLij

Kilka lat temu pojechaliśmy do babci. Ja mój młodszy brat mama i ojczym. Wypadał wtedy lany poniedziałek, a że pizgało to mama nie pozwoliła się nam lać wodą. Kiedy ona ojczym i babcia pili sobie herbatkę, ja i mój brat poszliśmy na dwór. Niestety zabawę przerwaliśmy, bo młodemu chciało się lać. Czekam cierpliwie i do dziś nie jestem w stanie zrozumieć, jakim trzeba być debilem, żeby w taką pogodę ze spodniami na kostkach i "sprzętem" na wierzchu gonić siostrę krzycząc "śmigus-dyngus!!".

#6LMGg

Moje najgorsze wspomnienie z dzieciństwa. Były święta. Mama upiekła ciastka, ale powiedziała, że możemy je zjeść dopiero następnego dnia rano. Z bratem wielka rywalizacja, kto pierwszy się do nich dorwie. Każde z nas planuje wstać jak najwcześniej. Tak przeżywaliśmy, że obudziliśmy się obydwoje jakoś przed 6 rano. Totalnie ciemno. Razem z bratem na palcach schodzimy na dół i bezszelestnie przemykamy do spiżarni.

Zapalamy światło a tam... tata kończy wpieprzać ostatnie ciastko.

#gs2oQ

Odkąd pamiętam zawsze miałem problemy z kontaktami z ludźmi, ciężko mi się było porozumieć, pogadać takie najprostsze czynności mówiąc krótko zawsze byłem nieśmiały. O dziwo w gimnazjum udało mi się stworzyć grupkę bardzo dobrych znajomych, zawsze miałem z kim pogadać, pośmiać się, codziennie sobie żartowaliśmy ogólnie mówiąc nie było dnia kiedy byśmy się razem nie śmiali. Natomiast sytuacja zmieniła się o 180 stopni po przejściu do technikum w innym większym mieście, Stare kontakty się mocno zatarły, z kolegami z lat gimnazjum widuje się bardzo rzadko, na początku brak jakiejkolwiek znajomości tłumaczyłem sobie tym, że jestem nieśmiały i po czasie na pewno zaczną się pojawiać jacyś koledzy, niestety tak jak możecie się domyślić nic z tych rzeczy. Wokół mnie zaczęły się tworzyć grupki, a ja do żadnej nie moglem się dostać i tak do dnia dzisiejszego, jestem w 2 klasie i nic się nie zmieniło.

Od niedawna zaczęła doskwierać mi samotność, zatrzymałem się w miejscu gdzie nie wiem czy to ja jestem dziwny i nie pasuje do żadnej grupy czy coś innego, jestem po prostu jak wyrzutek, wszędzie chodzę sam bardzo rzadko z kimś zamienię parę słów, a o wyjściu gdzieś nie będę nawet wspominał. Niedawno zauważyłem że ludzie zaczynają mnie denerwować zwykłymi czynnościami np. Sposobem mowy, zachowaniem, wypowiadanymi słowami i to dało mi do myślenia, że coś się ze mną dzieje nie tak, coraz częściej myślę o moim życiu w samotności i tak naprawdę zdałem sobie sprawę, że jedyne z czego czerpię jakąś radość w życiu to sport, który uprawiam. Nie wiem co mam robić i czy da się coś zrobić, bo przecież nie zmienię się jako człowiek z dnia na dzień i nie zacznę mieć setek znajomych. Teraz tłumaczę sobie tak, że takie jest życie i tyle :(

#4jRxx

Kiedyś uczęszczałem na lekcje śpiewu. W wolnych chwilach ćwiczyłem głos i często śpiewałem. Pewnego późnego wieczoru, gdy szedłem lasem, była to właśnie jedna z takich chwil. Nagle słyszę szmery w krzakach. Przestraszony obróciłem się w stronę owych krzaków i stanąłem jak zamurowany. Po chwili wyszedł z nich grzybiarz i pół żartem pół serio powiedział, że zgubił się w lesie, ale kierował się w stronę mojego śpiewu i udało mu się znaleźć drogę.

#4kzXx

To będzie typowe pierdolamento, ale mam dzisiaj gorszy dzień i wybaczcie, ale muszę to z siebie gdzieś wyrzucić.

Dla jasności, mieszkam w Niemczech.
Przed ogłoszeniem pandemii i zredukowaniu pensji przez pracodawcę zdążyłam się rozwieźć, przeprowadzić, urządzić mieszkanie i ogólnie dobrze zorganizować swoje nowe życie. Z dawnej pensji miałam wyliczone wszystkie opłaty, w tym kredyt, a i udało się nawet niezłą sumkę co miesiąc odłożyć.
Teraz, kiedy moja płaca i praca zredukowała się znaczenie, ledwo starcza mi do pierwszego, mimo, że każde euro oglądam 10 razy zanim je wydam. Oszczędności zebrane w ciągu 7 miesięcy rozpłynęły się na restrykcyjnie wyliczone, najpotrzebniejsze wydatki. O rarytasach czy zbytkach, nieplanowanych zakupach mogę pomarzyć, ale to jest najmniejszy problem - nigdy nie lubiłam shoppingów, włosy ogarniam od zawsze bez pomocy fryzjera, tak jak paznokcie bez manikiurzystki. Ogólnie nie lubię i nigdy nie lubiłam typowo kobiecych zabiegów.
Problem stanowią koszty typowego życia. Czuję się jak pracujący biedak, bo połowę pensji zjada mi koszt wynajmu mieszkania, a resztę ubezpieczenia, rata kredytu i jedzenie.
Według państwa jestem zbyt bogata, by kiedykolwiek otrzymać jakiekolwiek wsparcie, ale w rzeczywistości jestem zbyt biedna, by normalnie żyć. Pozostaje mi wegetowanie.
Jestem też oficjalnie singlem na najwyższym opodatkowaniu i nie przysługują mi żadne ulgi czy dodatki, które rodziny zazwyczaj otrzymują. Jestem zwyczajnym sponsorem ludzi niepracujących, otrzymujących socjal, jestem matką-Niemką pracującą na kindergeld dla cudzych dzieci. Jest mi zabierane tak wiele, mimo, że sama w obecnej sytuacji mam tak mało...
Wiem, że nie jestem jedyna, że takich jak ja są miliony.

Czarę goryczy przelał moment, w którym mój zwierzak, jedyny towarzysz, się rozchorował, a ja ostatnie pieniądze wydałam na jego leczenie. Do kolejnej jałmużny od pracodawcy zostało jeszcze 12 dni, a ja nie mam już nawet za co kupić chleba...
Jestem zrozpaczona i bezsilna...
Jedyną uciechą dla mnie jest fakt, ze zwierzak szybko zdrowieje i ma wystarczający zapas jedzenia...

Dziękuję, wygadałam się...

#pFBg3

Miałem 16 lat. Był to dla mnie okres dzikich siedemnastek i osiemnastek znajomych. Na jednej z tych imprez wypiłem dość sporo, pożegnałem się i wyszedłem. Była druga w nocy, nie chciałem wracać do domu, żeby nie było afery, więc postanowiłem, że podbiegnę do domu dziadków... jedyne 5 km. Wszystko byłoby fajnie - biegło mi się całkiem nieźle, ogólnie czułem się jakbym nic nie pił - gdyby nie fakt, że jedyna słuszna droga prowadziła przez jednostkę wojskową, nieprzejezdną w godzinach 23-5.

Stoję tak przed tą bramą, myślę. Nikogo nie ma, pusto. No to przeskoczyłem.
Na posterunku obok wypatrzyłem kilku żołnierzy grających w karty. No nic, idę dalej. Chwilę później, z ciemności wyłoniła się postać.
- Stój bo strzelam! Ręce w górę!
Trochę mnie przymurowało. Normalnie gościu we mnie celował.

W następnej sekundzie rozległ się alarm na całą jednostkę, patrzę, leci do mnie cała chmara żołnierzy. W biegu zakładali spodnie. Rzucili mnie na glebę, zaczęli przeszukiwać, wszystko działo się tak szybko. Usłyszałem tylko trzy pytania. Czy jestem sam, czy jestem uzbrojony i dlaczego nie zareagowałem na pierwsze wezwanie? Dopiero później skojarzyłem, że chodziło o tych kolesi grających w karty.

Odprowadzili mnie do bramy, stwierdzili, że nie jestem groźny, przyjechała policja.
Siedzę w tym furgonie, odwożą mnie z powrotem do domu. Słyszę pytanie "Czy spożywał pan alkohol?". Bez wahania rzuciłem, że nie. Nie sprawdzili.

Przed domem spytałem jeszcze czy mogę wejść sam na górę. Warto było spróbować... W domu nie miałem większych problemów. Rodzicom powiedziałem, że wypiłem tylko dwa kieliszki szampana. Uwierzyli. Natomiast ja do tej pory nie mogę uwierzyć, że ta farsa się wydarzyła.

#4E539

23 lata temu krótko po rozpoczęciu nauki w szkole średniej przeniesiono mnie do innej szkoły. Fakt ten wcale mnie nie cieszył, bo mimo krótkiego czasu zdążyłam polubić swoją dotychczasową klasę. Nowa szkoła, nowi nauczyciele, nowa klasa... to było najgorsze, aby stanąć przed nimi w pierwszy dzień i się przedstawić. Czując jak każdy wlepia w ciebie gały. Mimo trzydziestoosobowej klasy zobaczyłam te jedne. Jedyne. Jaka ja byłam zakochana w tych oczach. 

Zaczęło się przepisywanie zeszytów, korepetycje, pisanie podwójnych sprawdzianów. Mogłam zrobić wszystko, byleby spojrzał na mnie tak jak ja na niego. I nic. Nigdy. Szkoła się skończyła, nasze drogi się rozeszły. Urodziłam syna, wyszłam za mąż... Później rozwiodłam się. Tak minęło dwadzieścia lat od zakończenia szkoły, do niedawna... Spotkaliśmy się ponownie. Przypadek, traf lub przeznaczenie. Ja jestem za tym ostatnim. 

Właśnie wróciliśmy z naszego pierwszego wspólnego urlopu. A pierwsze słowa jakie usłyszałam, gdy spotkaliśmy się po raz pierwszy po tylu latach było: "Zawsze cię kochałem". A ja tak długo czekałam na te słowa.

#atPhX

Mam 30 lat. 5 lat temu miałam wypadek samochodowy i od tego czasu jeżdżę na wózku.

Co w tym anonimowego? A to, że to jest najlepsze co mi się zdarzyło w życiu.
Nie dlatego, że zrozumiałam jak piękne jest życie i poznałam faceta marzeń.
Po prostu, ludzie się nade mną litują, nie wymagają niczego, nie muszę nigdzie wychodzić i z nikim się socjalizować.

Nie chcąc nadużywać słowa introwertyk powiedzmy, że jestem domatorem. Wychodzę z domu tylko kiedy jest naprawdę konieczne.

Chodziłam do szkoły bo musiałam, poszłam na studia bo rodziną tego oczekiwała. Męczyłam się z ludźmi, stresowałam każdym dniem ale jakoś poszło. Znalazłam pracę w zawodzie, w której z czasem zaczęto wymagać ode mnie więcej, wysyłano mnie na delegację, gdzie miałam socjalizować się z partnerami biznesowymi... Dla mnie to wszystko to był straszny stres. 

Pewnego dnia jadąc do pracy uderzyło w bok mojego samochodu inne auto. Od tego czasu jestem sparaliżowana od pasa w dół. Od tego czasu moje życie jest o wiele lepsze. Dzięki odszkodowaniu, pomocy rodziców, oszczędności i małemu kredytowi mam w końcu malutki domek przystosowany specjalnie dla mnie. Pracuje zdalnie. Żadnych durnych wyjazdów, delegacji, od czasu do czasu konferencję przez skype gdzie właściwie słucham co mówią inni. Jeśli czegoś nie zrobię na czas lub o czymś zapomnę dostanę co najwyżej delikatne upomnienie. Kiedy nie chcę mi się pracować po prostu dzwonię do pracy że złe się czuję. Nie muszę wychodzić do ludzi, rozmawiać z nimi, załatwiać spraw jak inni dorośli ludzie. Jeśli naprawdę doskwiera mi już samotność to raz czy dwa na pół roku wpadnie do mnie któraś dalszą znajoma. Odwiedzają mnie również rodzice. To mi wystarczy. 

Oczywiście sytuacja tą ma też wiele wad, ale jednak jak dla mnie plusy tu przeważają. Zabrzmi to niewłaściwie, ale cieszę się, że tamtego dnia uderzyło we mnie to auto.

#taJpd

Z cyklu "Najgorsza randka ever".
Akcja dzieje się ok. 10 lat temu. Ok. 30-letnia ja, sama, nie szukająca z wielu przyczyn faceta, i moja mamusia, kobieta "pragnąca" zięcia. Typ, który swata przy byle okazji, a to "Zosiu, przyjedź po mnie, bo późno, a ja u koleżanki" - koleżanka zawsze miała syna w moim wieku, "A ten Andrzej mojej koleżanki to taki fantastiko..." - jej wszystkie koleżanki miały cuuudownych synów. Więc któregoś dnia zgodziłam się na randkę w ciemno (tak, nie dość, że swaty, to jeszcze w ciemno).

Nadszedł TEN dzień, godzina zero, czekam w galerii w umówionym miejscu. 15 minut mija, cisza, nie ma chłopa, piszę esemesa "Gdzie jesteś, czekam już 15 min, chyba mnie nie wystawiłeś?". Otrzymuję odpowiedź "Korki, zaparkowałem, zaraz będę, szukaj faceta w brązowym sFetrze". Idzie, wysoki, nawet przystojny... Tylko ten sFeter, jak z tatusinej szafy, ale myślę "Zośka, nie skreślaj, to tylko sweterek, Zośka, charakter się liczy, nie styl!".
Przywitanie, standardowe teksty i komplementy itd... Film, a potem kawa i ciacho w kawiarni. Ale coś mi nie grało. Facet 30+, mieszka z rodzicami, sam, bez długoletnich czy krótkotrwałych związków, coś tu nie tak... Ale Zośka nie skreśla, dalej robi wywiad środowiskowy.

Zakończenie nawet udanej randki (tak w skrócie) - facet okazał się być gejem, który z powodu swojej pracy i rodziców nie chce wyjść z szafy, ale łazi na randki i czasem spotyka się z kobietami, żeby "inni nie gadali". Ukrywa swój związek z gościem w innym mieście, i jego tekst na koniec " Tylko nie mów nikomu, proszę, wymyśl jakąś bajkę..." .
Nie powiedziałam, w sumie i tak by nic z tego nie wyszło, bo nie pasowaliśmy do siebie ;).

Przypominając sobie niedawno tę historię, spytałam mamy, czy pamięta Andrzeja. Okazało się, że wyjechał do Niemiec i tam pracuje i ma" kogoś". Skurczysyn dalej nie powiedział rodzicom.

No cóż, Andrzeju, trzymaj się tam w wielkim świecie :D.

#hKXoS

Był wieczór, po 22, zwykle o tej porze wracałem do domu. Następnego dnia miałem jechać z tatą wyrobić dowód tymczasowy. Ale niestety zbyt grzeczny nie byłem i czasami lubiłem sobie z kumplami zapalić trawki i tak się właśnie stało tamtego wieczora. 

Przychodzę do domu, ogarniam swoje sprawy i tata zawołał mnie do kuchni. Mówi, że wydrukował papiery odnośnie tego dowodu i że muszę się podpisać i jechać z nim jutro to załatwić. No to myślę, no dobra jak trzeba to trzeba. Tata mówi do mnie, że tych papierów są ze 3 kartki i nie chce mu się ich uzupełniać ponownie. Ja będąc zjarany nie słuchałem go, tylko robiłem sobie coś do jedzenia. Daje mi w końcu długopis i mówi "Podpisz się". Ja na luzie mówię dobra i chwytam za długopis niczym Mickiewicz i zaczynam pisać literka po literce, żeby się nie pomylić i nie zdenerwować taty. Piszę po kolei R, następnie A i nagle odpływ. Zapomniałem, co miałem zrobić... Piszę dalej. I skończyłem, patrzę na to co napisałem i mówię "O cholera, tata... jestem idiotą...".

Do dzisiaj nie wiem czemu zamiast Rafał napisałem Radom. Jak tata na mnie popatrzył. Złapał się za głowę i jakby miał się zaraz rozpłakać. Był załamany. Spytał mnie tylko o jedną rzecz "Gdzie ja zrobiłem błąd?!". Następnie powiedział, że sam się za mnie podpisze i powiedział, żebym poszedł do pokoju. Ja załamany stwierdziłem, że jestem debilem...
Dodaj anonimowe wyznanie