#hIOih
Następnego ranka obudziłam się wyspana jak nigdy wcześniej. Jak się później okazało przyczyną mojej bezsenności było moje własne ubranie. Przez to, że miałam na sobie piżamę nie mogłam swobodnie leżeć. Od tego czasu zawsze rozbieram się przed snem - wtedy dopiero jest mi wygodnie. Jedyne, czego się boję, to że moi rodzice kiedyś się o tym dowiedzą. Że wejdą do mojego pokoju mnie obudzić, a ja będę pod kołdrą kompletnie nago. Na razie nikomu o tym nie mówiłam, nie licząc was.
#72wKs
Chodziłam do naprawdę dobrego liceum. Byłam raczej spokojną uczennicą z przeciętnymi ocenami. Uczyłam się pilnie, nie imprezowałam (bo notabene nie miałam z kim), nie sprawiałam kłopotów rodzicom i nauczycielom. Wiodłam takie zwykłe, spokojne życie.
W mojej klasie była paczka trójki przyjaciół - szkolnych oprawców (2 chłopaków i dziewczyna, ale to nie ma nic do rzeczy). Naśmiewali się z połowy klasy, a ze mnie najwięcej. Śmiali się, że cały czas staram się, robię kolorowe notatki, zgłaszam się, a na sprawdzianach dostaję i tak 2/3, więc muszę być głupia. Śmiali się, że nie mam stylu, że ubieram się paskudnie. Oznaczali się nawzajem pod moimi starymi zdjęciami na Facebooku, wyśmiewali moją obecność w chórze szkolnym i scholi kościelnej. Klasa miała z nimi problem, nikt ich nie lubił, ale oni mieli władzę i jak tylko potrzebowali zadanka domowego do odpisania to zaraz ktoś im dawał pod nosy i dostawali lepszą ocenę niż ja, która sama robiłam zadanie. Przez nich nie poszłam na półmetek, bo wiedziałam, że mnie wyśmieją, bo nie chciałam pić alkoholu i palić papierosów na imprezach albo na wycieczkach szkolnych. Oni oczywiście byli liderami picia i palenia. Cała trójka była wstrętnymi bachorami z bogatych rodzin, nie przejmowała się niczym i nie bała się konsekwencji. Kiedyś weszłam do małej ubikacji z jedną kabiną, w której oni akurat palili e-papierosa i zastraszyli mnie. Zakazali mi wychodzenia z toalety do końca przerwy, bo powiedzieli, że jeśli wyjdę to mnie zamkną z tym papierosem i powiedzą, że to ja paliłam. Byłam osobą, która zawsze odrabiała francuski i pewnego razu ukradli mi całe zadanie, a następnie 1 chłopak przeczytał je jako swoje na lekcji. Potem pani zapytała mnie i dostałam palę. Tych historii było dużo. A wiecie, co mnie wkurza najbardziej? Żadne z nich nie było miłe. Weekendy spędzali zamiast na nauce to na piciu, paleniu i imprezach. I niestety historia nie kończy się tak, że ja jestem szefową i oni przychodzą na rozmowę.
Teraz jesteśmy na studiach. Oni napisali rewelacyjnie matury, dostali się na te prestiżowe, przyszłościowe kierunki w Warszawie, wynajmują wspólnie ładny apartament i widzę, że żyje im się świetnie i są na najlepszej drodze do dobrego życia. A ja, mimo ciężkiej pracy, napisałam maturę przeciętnie, dostałam się na kiepski kierunek i ciągnę go, jednocześnie pracując w sieciówce i mieszkając w jednym, małym wynajmowanym pokoju. Jestem pewna, że oni na szczycie będą zastraszać ludzi, a i tak nikt im nie podskoczy i będą bezkarnie gnębili ludzi, bez wyrzutów sumienia. Czasem żałuję, że tyle się uczyłam i pracowałam zamiast być jednym z nich. Ale wtedy nie umiałabym spojrzeć w lustro...
#PnQJl
- Co podać dla kolorowych państwa?
Miałem na myśli kolory ich ubrań, ale zszokowane spojrzenia od razu uświadomiły mi niefortunny dobór słów. Cały czerwony w panice zacząłem się tłumaczyć, nie chcąc wyjść na rasistę i za wszelką cenę nie chcąc użyć słów "rasa" czy "kolor":
- Przepraszam najmocniej, miałem na myśli ubrania... a nie... eee... murzyństwo...
Gdy tylko to usłyszeli to wstali i poszli, a ja zastygłem zadziwiony własną głupotą.
#KSkDZ
Baba ta była nie do zniesienia. Wredna, ego aż po sufit, a do tego musi mieć zawsze wszystko najlepsze. Tak więc nie raz musiałam chodzić z podartymi tenisówkami do szkoły, albo prosić o pomoc babcię, bo babsztyl musiał mieć nową sukienkę za 400 zł.
W pewnym momencie postanowili wziąć ślub cywilny. Macocha od razu powiedziała że chce białej sukni, typowej dla ślubu kościelnego. Koszty byłyby ogromne, dlatego babcia zaoferowała się, że da jej swoją suknie ślubną. Zgodziła się, ale tylko dlatego że tata ją o to bardzo prosił. Po ceremonii od razu się przebrała i z pogardą oddała suknię babci. Nie chciała jej więcej oglądać.
Tak sobie dorastałam, przebywając częściej u babci niż w domu. Kiedy miałam 19 lat babcia dała mi tę suknię. Powiedziała, że może uda mi się ją sprzedać gdzieś, pieniądze mam dla siebie zatrzymać. Ja postanowiłam jednak powiesić ją do szafy. Kilka tygodni przed studniówką zaczęłam pracę nad nią. Obcięłam ją do kolan i usunęłam ramiączka, wszystko podszyłam żeby nie było widać że była krojona itp. Zrobiłam z tej starej sukni, piękną, białą suknię studniówkową. Nie mówiłam o tym nikomu, aż do dnia studniówki.
Wszyscy czekali na mnie w ten dzień w salonie, nawet babsztyl. Weszłam do pokoju, okręciłam się dwa razy, powiedziałam "ta da" i czekałam na ich reakcję. Babcia miała łzy w oczach. Widać było, że był to dla niej najlepszy prezent. Ale reakcja tej baby mnie zaskoczyła. Zerwała się z fotela, zaczęła mnie szarpać i krzyczeć że zniszczyłam jej suknię ślubną. Tata ją ode mnie odciągnął, a ona wyszła z domu z trzaśnięciem drzwiami.
Nigdy nie zapomnę jak ojciec wtedy na mnie nakrzyczał. Na studniówkę poszłam, ale szybko wróciłam, bo słabo się bawiłam. Tego samego dnia spakowałam swoje rzeczy i bez słowa wyprowadziłam się. Z tatą nie gadam już od dwóch lat, czasami mijam go na ulicy, ale odwraca wzrok i udaje że mnie nie zna. Ale nie żałuję. Sukienka dalej wisi u mnie w szafie.
#1tdMX
Zaczynając od początku, gdy miałam około 7 lat w mojej rodzinie zaczęły pojawiać się dzieci (mniej więcej co 2 lata nowe). Rodzina z tymi dziećmi bardzo lubiła przyjeżdżać do nas do domu. I jak wyglądały takie zazwyczaj wieczorne odwiedziny? Moi rodzice i rodzice tych dzieci siedzieli sobie przy stole na pogaduszkach... a ja? Ja musiałam zajmować się początkowo tym jednym rocznym dzieckiem, potem już dwoma, trzema, bo zawsze był tekst: Idźcie do pokoju Ani (imię zmienione) pobawić się z nią, ona ma zabawki w swoim pokoju itp.
Jak to wyglądało w praktyce? Ulubieni goście przyjeżdżali nawet na tygodniu, nie tylko w weekendy. Zamiast wieczorem odrabiać lekcje, musiałam siedzieć z tymi dziećmi. Ja 11 lat i troje małych dzieci, gdzie najmłodsze nawet nie mówiło a reszta biegała po pokoju, wyciągała moje zabawki z szafek - oczywiście niszcząc je przy tym. Nie słuchały się mnie, biły się między sobą, Wokół był pisk i płacz. A rodzice tych dzieci? Nic sobie z tego nie robili, mieli gdzieś co robią ich dzieci. Gdy mieli już jechać, przychodziła ich matka, a na widok popsutych zabawek obracała wszystko w żart, bo to tylko dzieci.
Z wiekiem gdy te dzieci rosły problem był większy, więcej wrzasków, biegania po domu, zaglądanie do każdych zakamarków, pchanie paluchów do komputera, pralki. Moi rodzice też usprawiedliwiali je tym, że są dziećmi, że ja też taką byłam - pamiętam doskonale, że nie.
Pewnego razu nie wytrzymałam. Miałam wtedy 15 lat, była jesień, na dworze padało. Gdy "kochana " rodzinką przyjechała przywitałam się z nimi po czym wyszłam na dwór czym prędzej, nie tłumacząc gdzie wychodzę. Wolałam marznąć na dworze 2h niż z nimi siedzieć. Co zastałam w domu gdy wróciłam? Pobite lustro w przedpokoju, wyrwany wieszak na ubrania że ściany, wszechobecny syf i rodziców próbujących to posprzątać. Gości już nie było, ponoć zabrali się szybko po tym jak gówniarze pobiły lustro.
Rodzice zdziwieni: Ty wiesz jakie to rozwydrzone dzieci??? Co one tu wyprawiały??? - wiem - odparłam - szkoda, że wy nie widzieliście tego wcześniej. Po tym zdarzeniu kochanej rodzinki nie było dobry miesiąc, a jak już przyjeżdżali to ja zawsze wychodziłam na dwór.
#NAWef
#byMHB
Mój wieloletni chłopak o tym wie i razem udajemy, że nie mieszkamy razem, itp. Co nie jest takie trudne, gdyż mieszkamy w innym mieście niż ona. Kiedyś jednak przed naszym wspólnym wakacyjnym wyjazdem stwierdziłam, że skoro i tak będziemy przejeżdżać w okolicach mojego rodzinnego domu, to wpadniemy z odwiedzinami. Nie przewidziałam jednak wszystkiego.
Na miejscu, w przypływie entuzjazmu wygadałam się, że zmierzamy na tygodniowe wakacje nad morze. Ona od razu obrzuciła nas skrajnie oburzonym spojrzeniem, a ja momentalnie zrozumiałam, co nas czeka. Tak właśnie, żenująca rozmowa na temat "szacunku" i "czystości" w związku niesakramentalnym. Powoli, aby nie zaostrzać i tak już złej sytuacji postanowiliśmy po prostu pożegnać się i ruszyć w dalszą trasę. Ona jednak widząc, że nie uchroni nas od "zgorszenia", zaczęła trącać znudzonego całą sytuacją ojca, który notabene też jest wierzący, ale nigdy nie wpychałby na siłę komuś swoich poglądów.
Dialog wywiązał się mniej więcej taki:
Mama: "No zrób coś, odezwij się! To twoja córka! Daj im jakąś wskazówkę jak żyć, co robić!".
Ojciec na to z uśmiechem: "Tylko dzieci nie róbcie tego na piasku na plaży, bo skrzypi pod tyłkiem i tak jest niehigienicznie!".
Tata jednocześnie wystawił w moim kierunku zwiniętą pięść, w geście "żółwika". Mój chłopak nie mógł się przestać śmiać przez całą podróż. A matka podobno walnęła focha z przytupem.
#IT6Ql
Pana Czesia poznałem gdy jego "syn" o ile można tego osobnika nazwać oddał go do nas, dlatego że uwaga cytuję "pobieram się a ojciec stanowiłby tylko dodatkowe obciążenie". Myślę sobie "ty ch*ju, to twój rodzic, jak możesz tak robić" no ale nic, oczywiście przyjęliśmy staruszka. Szybko się z nim każdy można tak powiedzieć "zaprzyjaźnił". Ogółem bardzo sympatyczny i miły dla każdego pan, codziennie wypytywał o to kiedy wróci po niego jego synek. Serce dosłownie się krajało słysząc dzień w dzień to samo pytanie, po kilka razy dziennie. Jego stan bardzo się pogarszał z dnia na dzień, widać było jak bardzo cierpi lecz nie chciał sprawiać tym kłopotu nam, osobami które się nim opiekowały. Opowiedział mi to co jeszcze pamiętał ze swojego życia, pogrzeb żony, radość z pierwszego razu gdy zobaczył, jak on to określił "bardzo duży wnusiu, bardzo duży zbiornik wody" (czyt. morze). Bywało że zostawałem kilka godzin więcej, aby tylko doglądać jego stanu zdrowia, ponieważ lekarz dawał mu już tylko około miesiąca czasu, który mu pozostał.
Podczas jednego z porannych obchodów po piętrze zajrzałem do mojego "dziadka", aby sprawdzić co u niego, dał mi tylko źle zaklejony list i powiedział żebym go przeczytał za jakiś czas. Uśmiechnąłem się i powiedziałem, że zrobię to z największą przyjemnością. Stwierdził, że musi się przespać, bo dziś jest wyjątkowo zmęczony, wychodząc uśmiechnął się do mnie, odwrócił i zasnął.
Dwie godziny później do naszej dyżurki zajrzała oddziałowa i powiedziała, że pan Czesio odszedł 15 minut temu. Wstałem pobiegłem zobaczyć do jego sali nr. 12 lecz tam już go nie było, rozpłakałem się jak małe dziecko. W rozmowie z lekarzem dowiedziałem się, że miał zaawansowanego raka płuc z przerzutami, lecz obowiązywała go tajemnica lekarska, a pacjent nie wyraził zgody na informowanie kogokolwiek.
Po powrocie do domu przypomniało mi się o liście, który niezwłocznie otworzyłem, było tam tylko napisane: "Dziękuję, że nie pozwoliłeś abym czuł się samotny, jestem Ci wdzięczny za wszystko i jestem pewien, że kiedyś jeszcze porozmawiamy, a mojemu synkowi przekaż, że bardzo go kocham i od zawsze był dla mnie wszystkim". Od tamtej chwili zmienił się mój cały światopogląd.
Spytacie co z tym synem? Na pogrzebie po prostu podszedłem ze łzami w oczach do niego i przekazałem to co miałem przekazać. Cały zbladł i wpadł w płacz i histerię. Przeżyłem to kilka miesięcy temu i od tamtej chwili nie ma dnia abym nie słyszał w głowie pytania "kiedy wróci po mnie mój synek"...
#cDjJS
Teraz już nie wiem nawet komu mogę ufać.