Maturę napisałam przeciętnie. Miałam w szkole słabe stopnie pomimo uczenia się, pisania skrupulatnie sprawdzianów, robienia arkuszy maturalnych. Matura też przeciętnie mi poszła. Potem poszłam na przeciętne studia. Mam znajomych, co przez całe liceum pili, palili i chodzili na imprezy, a nagle na maturze dostali 90% ze wszystkich przedmiotów i dostali się na super studia. Zazdroszczę im. Teraz widzę i dowiedziałam się, że zaczęli oprócz tego ćpać na imprezach. A i tak dają radę na studiach, imprezują, niektórzy zarabiają pieniądze na ciuchach, fotografii. Na swoich pasjach. A ja? Ledwo kilka razy miałam alkohol w ustach, a na studiach słabszych niż ich studia ledwo radę daję i cieszę się z trójki, w dodatku nie zarabiam.
Jestem głupia. Często ludzie mówią mądrzejsze rzeczy niż ja myślę i wstyd mi się do tego przyznać. Ja nie umiem w dodatku analizować faktów. Ktoś pokazuje wykres i pyta o zależności, wnioski i ja nic nie wiem. Ciężko mi cokolwiek wykminić. Z matmy też zawsze byłam noga. I tak mnie denerwuje, że nagle bogate snoby, ćpuni, lenie od razu wiedzą, bo wykminią, a ja nic nie wiem. To samo w rozmowie. Nie mam hobby i nie umiem nic powiedzieć. Nawet jak ktoś mnie pyta o politykę, to też nic...
Wstyd mi żyć. Ja wiem, że jestem głupia. Nie jestem przebojowa, nikogo nie interesuje moja osoba, bo nie ma co interesować. Starałam się robić zdjęcia... i może 10 obserwujących. A oni robią i mają mnóstwo. Ja nie chcę żyć ich życiem, ale mi tak wstyd, że jestem jaka jestem. Nie robię nic złego, a jestem taka głupia... Nawet faktów nie umiem powiązać. Nie widzę zależności miedzy rzeczami. Ostatnio do kolokwium uczyłam się i dostałam 2, a jacyś ludzie z roku normalnie nic nie robili, mówili, że na logikę pisali i oczywiście mają 4, 5 itp.
Nie chce mi się żyć.
Jestem z moim chłopakiem już od prawie 5 lat. Moi rodzice znają go od początku naszego związku. Lubią i akceptują go. Mój tata nie jest zbyt wylewną osobą w wyrażaniu swoich uczuć. Nigdy nie było filmowych rozmów ojciec-chłopak i tekstów typu: "Skrzywdź moją córkę, a ja skrzywdzę ciebie", wcale mi to nie przeszkadzało.
Pewnego dnia rodzinna impreza zakrapiana alkoholem. Chociaż ojciec ma cięty język i zawsze dowali jakimś sucharem, tym razem było inaczej. Siedział cicho, jakby przybity, co chwila zerkał "z byka" na mojego wybranka. Nikt nie wiedział, o co chodzi, aż mój tata, już lekko wcięty, poważnym głosem wyskoczył z tekstem do mojego chłopaka: "Skrzywdź moją córkę, a cię rozpier***ę!". Wszyscy aż zbledli. A wtedy on jakby nigdy nic mówi: "Zawsze marzyłem, żeby wypowiedzieć ten tekst!" i przybija pionę mojemu półżywemu chłopakowi.
Każdy ma na koncie takie czyny, że sama myśl o nich przywołuje uczucie najgłębszej żenady. Ja również mam coś takiego na koncie.
Robiłam zakupy. Kiedy wychodziłam ze sklepu, miałam w garści monety, których nie zdążyłam jeszcze włożyć do portmonetki. Wówczas to mój wzrok przykuł biedny pan z brodą. Ubrany był w jakieś łachmany, stał pod ścianą trzymając w dłoniach kubeczek. Żal mi się faceta zrobiło, więc szybko podbiegłam do niego i wrzuciłam mu tam miedziaki. „Co jest, do ch#ja?!” - krzyknął kiedy monety zanurkowały w gorącej kawie, której właśnie zamierzał się napić. Czerwona ze wstydu dałam dyla, nie odwracając się za siebie.
Do dziś czuję wyrzuty sumienia – przeze mnie jakiś biedny hipster musiał sobie zamówić drugą kawę. Mam nadzieję, że monety, które wrzuciłam mu do napoju, chociaż częściowo pokryły ten zakup.
Amsterdam. Rodzinne wakacje w Holandii. Cała historia miała miejsce na Placu Dam. Jako mała dziewczynka byłam niesamowicie zafascynowana postaciami przebranymi za śmierć/klauna/króla, które trwały w bezruchu, aby w najmniej oczekiwanym momencie, gdy zaciekawiony turysta przechodził obok, wykonać szybko jakiś ruch i znów jak gdyby nigdy nic zastygnąć w bezruchu. Obecnie takie postacie nie budzą większego zainteresowania i nie są nowością, ale wtedy dla 9-letniej dziewczynki to było coś mega.
Upatrzyłam sobie czarną postać śmierci z nadrukiem białych kości na kostiumie, która w ręku trzymała kosę i straszyła odwracających na moment wzrok turystów. Staliśmy tak całą rodziną jakiś czas, ja wpatrzona w śmierć jak w obrazek skupiałam się, aby nie przegapić momentu, gdy postać wykona jakiś ruch. Nie zauważyłam jak zostałam całkiem sama w tłumie obcych ludzi. W końcu spostrzegłam, że nie było obok mnie ani mamy, ani taty, ani nikogo innego z mojej rodziny. Dookoła ludzie mówiący w różnych niezrozumiałych dla mnie językach. Najwięcej oczywiście Chińczyków, a o Polaku można zapomnieć. Jako że miałam tylko 9 lat, rozmowa w języku angielskim odpadała, więc klasycznie wpadłam w panikę.
Licząc na jakiś cud zaczęłam podbiegać do ludzi stojących dookoła i pytać "czy mówi ktoś po polsku", błagalnym tonem rozpaczliwie krzyczałam prosząc o pomoc.. Wtedy zdarzyła się rzecz niesłychana. Usłyszałam nagle w tłumie głos mężczyzny w języku POLSKIM, który najwyraźniej kierował swoje słowa do mnie! Usłyszałam "chodź ze mną, poszukamy rodziców" i gdy się odwróciłam zobaczyłam, że to owa śmierć zeszła z podwyższenia, na którym stała i wyciąga do mnie rękę oferując pomoc. Bałam się okropnie, bo to przecież była ŚMIERĆ :) Ale mimo to przerażona podałam rękę, onieśmielona całą sytuacją.
Dodam, że ludzie dookoła byli w szoku, zaczęli nam robić zdjęcia, gdyż nie wiedzieli co się właściwie dzieje. Po chwili usłyszałam krzyk mojej kochanej mamy, która zdenerwowana i pewnie też przestraszona również mnie szukała. Na szczęście cała historia skończyła się dobrze :)
Czas pandemii to czas porządków. W każdym razie dla mnie. Wczoraj postanowiłam odmalować jedną ze ścian w moim pokoju, bo do szału doprowadzała mnie brudna plama – dzieło mojego psa, który z jakiegoś powodu wybrał sobie to właśnie miejsce, aby ocierać się, kiedy coś go swędzi.
Dziś mam czworonoga z połową pyska w kolorze „oceanicznego turkusu” oraz ścianę pełną psiego futra...
Sytuacja z wczorajszego dnia. Jechałam z synem do alergologa. Przychodnia znajduje się na drugim końcu miasta, więc czekała nas prawie godzinna jazda tramwajem. Synek, jak to typowy czterolatek, bardzo się podczas podróży nudził. Co chwilę wymyślał sobie nowe zajęcia. Jednym z nich było owijanie sobie na palcu papierka po cukierku. Udawał, że jest czarodziejem, a ów papierek to czarodziejski pierścień.
Od jakiegoś czasu przyglądał się jego zabawie pewien młody mężczyzna. W pewnym momencie pochylił się nad synkiem i mówi:
- Widzę, że masz magiczny pierścień. Czy mógłbyś mi go pokazać?
Synek trochę zdziwiony, zdjął papierek z palca i podał mężczyźnie. Ten zacisnął go w dłoni i mówi:
- A teraz wypowiedz zaklęcie!
Mały bez wahania wypalił:
- Abrakadabra!
Młody człowiek otworzył dłoń. Zamiast zwykłego, pogniecionego papierka leżał na niej... cukierek!
Wręczył go synkowi ze słowami:
- Wszyscy czarodzieje lubią słodycze. Wiem, bo sam jestem jednym z nich...
Po czym puścił do mnie oko i wysiadł, gdyż tramwaj właśnie się zatrzymał.
Byłam tak zaskoczona, że prawie przegapiłam nasz przystanek.
Mniej więcej rok temu, koleżanka ze studiów zaprosiła garstkę osób do siebie do domu. Miejsce to jest oddalone od miasta, w którym studiujemy. Mieliśmy przyjechać w 5 osób i tłuc się około godziny PKS-em. W dniu, kiedy mieliśmy do niej jechać, jeden z kolegów zaproponował, że nas tam zawiezie i odwiezie. Wszyscy się zgodzili, bo zimno, bo śnieg, bo wygodniej. Po drodze wstąpiliśmy do sklepu, aby zakupić odpowiednie trunki i przekąski.
Dojechaliśmy do koleżanki, każdy sięga po napój z procentami, w tym nasz kolega kierowca. Wywiązał się między nami taki oto dialog.
- XYZ, czemu pijesz, skoro prowadzisz i masz nas odwieźć?
- Nie przesadzaj, po 2 piwach mogę jeszcze prowadzić.
Przeprosiłam towarzystwo na moment i wyszłam... Wyszłam zadzwonić do domu, czy ktoś byłby tak dobry i po mnie przyjechał o danej godzinie, ponieważ jest taka i taka sytuacja, zgodzili się i przyjechali. Ale historia się tu nie kończy, niestety.
Kolega XYZ nie wypił "tylko" 3 piw, ale przerzucił się na bardziej procentowe napoje. Próbowałam z koleżanką, u której byliśmy, zabrać mu kluczyki, chciała nas nawet przenocować, ale nie chcieli. Około 1-2 w nocy przyjechał po mnie ktoś z domu. Prosiłam moich znajomych, aby jechali ze mną, że ich odwieziemy, żeby tylko z nim nie wsiadali do auta. XYZ akurat robił sobie drzemkę, aby wstać i jechać w świat. Oni, że nie, że XYZ wstanie i będzie trzeźwy.
Niestety nie był i wypadł z drogi. Nasza "grupka" znajomych już nie jest w takim składzie...
Rok temu bawiliśmy się wszyscy w szóstkę na imprezie andrzejkowej, a od roku jest nas czwórka. Życie jest kruche... Dlatego za żadne skarby nie wsiadajcie z kierowcą, który wypił nawet małe piwko, bo może skończyć się tak jak u nas albo i gorzej.
Około 8 lat temu (miałem wtedy 15 lat) mój starszy kuzyn (wtedy 26 lat) jakimś cudem trafił w totolotka 6. Po odliczeniu wszystkich dupereli, zostało mu około 2,5 miliona złotych. Myślicie sobie pewnie teraz, co za szczęściarz z niego, taka kasa i to w czasach jeszcze gdy nie wszystko takie drogie było, więc i za 2,5 bańki można by do końca życia szaleć. Niestety, pieniądze te przyniosły mu więcej przykrości w życiu niż radości.
Jak to bywa w takich sytuacjach, jego mama powiedziała siostrze, siostra kolejnej i tak po 2-3 dniach cała rodzinka ta bliska i bardzo daleka wiedziała o jego wygranej. Ja z kuzynem dobrze żyłem, traktowałem go wtedy trochę jak swój wzór, bo chłop skończył najlepsze liceum w moim mieście ze świetnym wynikiem, poszedł na studia informatyczne na Politechnikę Warszawską, a w dodatku zawsze mi pomógł, gdy pojawił się jakiś problem. Osobiście nie za bardzo przejąłem się wygraną, bo rodzice wychowali mnie tak, żeby komuś do portfela nie zaglądać, bo to nie moja sprawa kto i ile ma. Więc tylko powiedziałem, że dobrze, bo całe życie ciężko pracował, więc niech sobie trochę teraz odpocznie. Niestety, nie było mu dane.
Nagle pół rodzinki zwaliło się do niego do domu (mieszkał jeszcze wtedy w rodzinnym domu, bo dopiero co studia skończył). Każdy miły jak nigdy. Oczywiście wszyscy lizali mu.. ekhm.. jak tylko mogli, sugerowali, że tym to by się przydała nowa pralka, a tamci to nowe rowery by kupili, a ta ciotka by pojechała na wczasy. Wszystkie rozmowy przebiegały w ten sposób. Najlepszy był jego daleki wujek, którego chyba drugi raz w życiu na oczy widział, a który przyjechał tydzień po tym, jak dowiedział się o wygranej i prosto w oczy powiedział dla mojego kuzyna, żeby mu kupił nowy samochód z salonu, bo mu się należy, a najlepiej to żeby mu już, teraz połowę wygranej oddał, bo on lepiej wie jak taką kasą zarządzać od "jakiegoś szczyla".
Kuzyn się wkurzył, wygonił całą rodzinkę, powiedział wszystkim, że pierdzieli to i ani grosza im nie da, chociaż wcześniej planował kupić jakieś upominki dla najbliższej rodziny, to teraz nie zamierza kupić nic. Jego matka i ojciec też się na niego obrazili, bo jak to tak, z rodziną się nie podzielić. Przyjechał spać do nas do domu, bo moi rodzice zgodnie ze swoimi przekonaniami jedynie mu pogratulowali i zajęli się swoimi sprawami.
Mieszkał u nas 2 tygodnie. Wreszcie stwierdził, że zostawi sobie część na mieszkanie i trochę na otwarcie swojej firmy, a resztę odda na cele charytatywne. W międzyczasie sprawił jeszcze mi i mojej siostrze prezent, a mianowicie kupił nam po laptopie, a resztę oddał tak jak planował. W całym tym zamieszaniu stracił kontakt z prawie całą rodziną, łącznie z matką, jedynie ojciec go przeprosił. Eh... kasa...
Wybrałam się z chłopakiem nad jezioro. Usiedliśmy razem na mostek, potem się położyliśmy, a po jakiś 20 minutach za nami pojawiła się również jakaś para. Byli około 20 metrów od nas. Ja z moim lubym leżymy i niestety słyszymy ich rozmowę.
Z tego co słyszeliśmy mogę napisać to, że chłopak bardzo pięknie ujął swoje uczucie do niej, zapewniał jak bardzo ją kocha, że nigdy mu na nikim nie zależało i że bardzo cieszy się, że z nią jest. Bardzo ją komplementował, mówił naprawdę wszystko co każda dziewczyna chciałaby usłyszeć, aby czuć się piękna, kochana i doceniona.
Chwila ciszy i usłyszeliśmy: "Wyjdziesz za mnie?". Fakt, może most nad jeziorem nie jest najlepszym miejscem na oświadczyny, jednakże nie o to chodzi. Znowu cisza, a potem słychać zdanie z jej ust: "Ale Marcin... ja chciałam ci powiedzieć, że od miesiąca jestem z Krystianem".
Miny chłopaka nie widziałam, ale wraz z moim spojrzeliśmy na siebie, a po chwili nad nami przeleciał pierścionek zaręczynowy. Chłopak odszedł, a dziewczyna krzyknęła: "Nie miałam okazji, żeby ci powiedzieć!".
Jak dla mnie katastrofa, współczuję mu.
Po tragicznym rozstaniu i rozwodzie z powodu zdrady żony, czuję się czasem samotny, choć cieszę się, że mam bardzo częsty kontakt z córką. Pod wieloma względami brakuje mi jednak kobiety.
Niemniej jednak jak słyszę o "super" żonach swoich kumpli, to naprawdę bardziej cenię wolny czas i święty spokój.
Przykładowo:
- kolega tyra jak wół w firmie budowlanej ojca, który daje mu fory i przez to kolega wychodzi wcześniej. Ale przyjeżdża i w domu już foch, że za późno i stały tekst "Bo drogi muszą się budować, tak?!",
- inny z kolei zapowiada, że zmieni w komórce "żona" na "o której będziesz",
- kolejny chociażby zajmował się dzieckiem non stop - zawsze za mało
- kumpel miał przyjechać na jeden dzień, jak co roku, na biwak wędkarski. Jeden dzień w roku. Załatwił opiekę dla dwójki dzieci. Żona miała zostać z najmłodszym. Nie, nie zabroniła mu przecież. Zrobiła tylko dzień wcześniej dramę w stylu "ja chcę umrzeć". Nie przyjechał.
- wspomnę oczywiście o nienawiści do teściów. Wiadomo, że teściowie są od tego, żeby ich nienawidzić.
- każdy narzeka na rzadki seks.
Wiem, że wysłuchuję jednej strony i każdy kij ma dwa końce. Naprawdę jednak myślę sobie, że jeśli jestem zdrowy, mam gdzie mieszkać, mam super córkę i nie mam takich "atrakcji", to jakoś wytrzymam bez pary.
Dodaj anonimowe wyznanie