Temat dot. tzw. 'antymaseczkowców'...
Nie będę się rozwijał... Chciałbym tylko nadmienić, że był taki czas, w którym sam zacząłem wątpić w pandemię...
Dlaczego? Gdyż nie znałem OSOBIŚCIE nikogo kto zachorowałby na koronawirusa...
Mało tego - NIKT z moich znajomych też nie znał OSOBIŚCIE osoby, która byłaby zakażona... a tu 20 tys. zakażeń. Codziennie.
Pewnego dnia poczułem się trochę gorzej... nic specjalnego: stan podgorączkowy, ból głowy, ogólne zmęczenie itp.
Pierwszą myśl - grypa lub przeziębienie.
Następnego dnia zacząłem jednak odczuwać silny ból w klatce piersiowej... Tak jakby ktoś co jakiś czas stawał mi na 'klacie' swoją nogą... duszności i ból który trudno opisać...
Nie pasowało mi to do zwykłych objawów przeziębienia, grypy itp. Informacje, którymi 'atakowany' byłem ze wszystkich mediów wskazywały na to, że może to być objaw COVID-19...
Co mi szkodzi - pomyślałem - zrobiłem sobie test... Po ok 48h dostałem wiadomość SMS oraz e-mail z wynikiem: POZYTYWNY.
Nie, nie załamałem się. Nie, moje objawy nie były aż tak poważne, aby trafić do szpitala (tak naprawdę - silne bóle nie trwały dłużej jak 1,5 dnia).
I co ważne - nie chodzi mi o to aby rozpętać kolejną 'gównoburzę' dot. wirusa.
Po tym jak mój wynik okazał się pozytywny, poinformowałem o tym najbliższych znajomych. Znajomi poinformowali swoich znajomych itp. itd.
W kręgu moich znajomych (i ich znajomych) ok. 60-70% nie wierzy w pandemię - tak przynajmniej twierdzi.
Czy aby na pewno ?
Przykład 1: (dzwonię znajomego - 100% antymaseczkowca):
Ja: Siema, co tam.... blablabla (nie wnikając w szczegóły).
Kolega: A spoko (blablabla). A to prawda, że miałeś wirusa?
J: Tak, ale już jest ok, było-minęło.
K: A Ty to ściemniałeś z tą koroną, nie..?
J: Nie, miałem wymaz i wynik pozytywny... Więc bez ściem...
K: Taa, jasne...
J: Jak chcesz to wpadnę do Ciebie i pokaże Ci mój wynik, mam to na papierze (ściema - wynik dostałem na maila ;p ). Kiedy masz czas?
K: A nie, na razie mega zajęty jestem, może w przyszłym miesiącu, teraz naprawdę nie dam rady...
J: Przecież nie pracujesz to czym taki zajęty jesteś ?
K: A bo wiesz...
Tadaaaam!
Przykład 2:
J: Siema. Co tam?
K: Spoko. (...)
J: Mogę wpaść na bajerę?
K: A Ty koronę miałeś, słyszałem, nie?
J: No miałem, ale już nie mam...
K: Zajęty ostatnio jestem, może kiedy indziej...
Dodam, iż kolega od 3 miesięcy siedzi w domu na zwolnieniu....
Tadaaaam!
Przykład 3:
Już po samoizolacji wychodzę przed kwadrat do kumpli... Podaję rękę na przywitanie: witam się z ziomkami jednak jeden z nich (który wcześniej oglądał na YouTube i wszystkim wmawiał, że pandemią to 'grubymi nićmi szyta afera jest') trzyma się przynajmniej na 3m ode mniei kiedy chcę podać mu rękę:
K: Poje***y, przecież Ty koronę miałeś, rękę Ci podam jak wynik negatywny zobaczę!
J: Przecież Ty nie wierzysz w pandemię?
J: Wierzę, nie wierzę, dzieciaki w domu mam to muszę uważać, nie!?
Tadaaam!
Bohatery, k***a j**o m*ć..!
Pochodzę z dość dużej rodziny, jest nas czwórka, same dziewczyny. Mam starszą o 4 lata siostrę, młodszą o 6 lat i o 9 lat. Kiedyś oglądałyśmy wspólnie z młodszą o 6 lat siostrą słynne "Rozmowy w toku". Padło słowo "prostytutka". Moja wtedy 6-letnia siostrzyczka zaczęła dopytywać, kto to jest, więc skierowałam ją do mamy. Mama jak to mama, odpowiedziała jej, że "Prostytutka to taka pani, która ma dużo panów".
Program się skończył, każda wróciła do swoich obowiązków, a ze szkoły wróciła najstarsza siostra, która niedawno zerwała z chłopakiem i często zamykała się w pokoju i płakała. No więc kochana młodsza siostrzyczka chcąc ją pocieszyć, poleciała do niej do pokoju, usiadła przy niej, przytuliła i mówi: "Nie martw się, przecież możesz zostać prostytutką i będziesz miała dużo chłopaków".
Mam problem ze swoją matką... Otóż nie rozumie, że mam coś takiego jak swoją własną prywatność, myśli czy wolę. Lubi mi często wparowywać do pokoju, wbrew mojej woli, i przeglądać wszystkie moje rzeczy. Nie rozumie tego, że to jest moje prywatne, a jej argumentem jest to, że to jest jej dom, a ja tu tylko mieszkam. Super argument, wiem.
Druga sprawa to szkoła. Uważa, że gdyby nie ona, to ja bym była gdzieś na dnie. OK, rozumiem pomaganie ze szkołą w podstawówce, ale w liceum? Jakbym nie umiała napisać pracy domowej czy załatwić notatki od kogoś. Kilka razy jej tłumaczyłam, że naprawdę sama sobie poradzę i nie potrzebuję pomocy, ale ona za każdym razem albo strzela przysłowiowego focha, albo wybucha i mówi mi, że się wyprowadzi i że rozwaliłam rodzinę i będę tego żałować. Ale czym rozwaliłam? Tym, że manifestuję fakt, że mam prywatność? Myśli, że się nie uczę, bo nie widziała mnie z książką. Nie widziała, bo nie monitoruje mnie 24 godziny na dobę (jeszcze), to chyba logiczne. Fakt, trochę w pierwszej klasie się obijałam, jednak zdałam z dosyć wysoką średnią, nieco ponad 4,4. To chyba całkiem nieźle jak na biolchem. A ona co? Że "czemu nie pasek"... Dla kogo ja się w końcu uczę? Nie jestem kujonem, ale i nie jestem na szarym końcu, jestem mniej więcej pośrodku, jeśli chodzi o średnią w klasie. A ona wciąż ma problem. I ta sama sytuacja, nie mogę wyjaśnić jej, że za dwa lata będę pełnoletnia. Bo to działa jej na nerwy.
Ostatnio wzięła mnie do psychologa, a jak się okazało, po co? Aby rozwiązać JEJ problemy, nie NASZE. Ona nie chce kompromisu, a jednostronnej korzyści, czyli całkowite odebranie mi zdania do czegokolwiek.
Nie wiem co mam teraz robić, bo coraz częściej mówię jej, że mi cała ta sytuacja nie pasuje, próbuję z nią łagodnie porozmawiać. A ona coraz bardziej się na to podburza. Staram się nie atakować, ale za każdym razem gdy zachowuję spokój, ona jeszcze bardziej się gotuje.
Czuję się niezręcznie z tym wszystkim, bo jednak gdy patrzę na innych z mojej klasy, to jednak mają większą swobodę. A ja wciąż nogą w przedszkolu. Nawet internetu nie mogę mieć w telefonie, bo uważa, że się uzależnię. Nie mam problemu o to, ale ja cały czas jestem zacofana jeśli chodzi o wiadomości szkolne, np. o sprawdzian czy coś, bo muszę korzystać z kompa, a logiczne chyba, że cały czas włączonego go nie mam. I muszę tłumaczyć innym, że mam słaby internet, że przeoczyłam itp., bo tylko się ośmieszę, gdy się dowiedzą o mojej nadopiekuńczej matce. Doszło do tego, że boję się zostawiać rzeczy na widoku, chowam wszystko tak, że nawet sama zapominam gdzie, na każde urządzenie zakładam silne hasło, idąc gdzieś cały czas szukam wzrokiem, czy ona mnie nie śledzi, no i ogólnie lubię przebywać poza domem. Robię wszystko, aby być jak najdalej od niej.
Nie wiem już co robić, to wszystko powoli mnie wykańcza.
Kilka miesięcy temu byłam z koleżanką w McDonaldzie. Gdy posiedziałyśmy tam dłuższą chwilę, to podszedł do nas pewien chłopak. Widać było, że wpadłam mu w oko. Zaczęliśmy rozmawiać. Przedstawił się, był bardzo miły i okazało się, że ma auto, którym nawet mi się pochwalił.
Zaczyna się dobrze, chłopak świetny, ale miał także trzy wady...
Miał 4 lata, przyszedł z rodzicami i chwalił się autem z happy meala.
Moja dziewczyna jest śliczna. Ma (według mnie) idealną figurę i wszystko na miejscu. Jest mądra, uczynna, miła, ale też potrafi być zadziorna i pyskata. Jest odpowiedzialna ale i zakręcona. Mamy takie same poczucie humoru. Lubimy te same rzeczy. Wieczory woli spędzać ze mną w łóżku przed tv, albo graniem na konsoli. Nie chodzi do klubów, wcale jej tam nie ciągnie. Jest wobec mnie szczera, oboje mamy do siebie pełne zaufanie. Jest dla mnie całym światem.
A ona i tak staje przed lustrem i słucham, jak mówi o sobie, że jest brzydka, gruba, że to ma krzywe, to za małe, to za duże. Czasem się dołuje, że jest do niczego, że nic jej nie wychodzi. Po prostu się nie akceptuje... A mnie boli to za każdym razem.
Dziewczyny jesteście piękne, nie wiem skąd w was tyle kompleksów i niepewności.
PS. Te wszystkie celebrytki z gazet, na żywo nie noszą fotoszopa na twarzy.
Miałem kiedyś fajną nauczycielkę historii. Jeździła sportowym autem, ubierała się lepiej od innych, więc wielu z nas zawsze na pierwszy rzut oka wyrabiało sobie zdanie o niej, a potem okazywało się, że to miła kobieta z podejściem do uczniów.
W ostatnim roku nauki w tamtej szkole, tuż przed wakacjami, mieliśmy sporo luzu, więc rozmawialiśmy sobie. Padło pytanie o to, skąd ma pieniądze na takie auto, skoro nauczyciele mówili, że nie zarabiają wiele. Odpowiedziała, że jej mąż pracuje w Niemczech, w handlu międzynarodowym, stąd mogła sobie pozwolić na to wszystko. Wtedy spytaliśmy, czemu pracuje jako nauczycielka. Powiedziała, że uwielbia to. Zawsze chciała pracować z uczniami, dać im coś od siebie, co może z nimi zostać do końca. Uwielbiała ludzi, mimo że wiedziała, jacy niektórzy potrafią być.
Po tym przypomniało mi się, jak to w pierwszej klasie mówiliśmy, jaka to ona nie jest, skoro jeździ drogim autem i ubiera się jak nie wiadomo kto (dopowiedzcie sobie).
Wstyd mi było. Od tamtej pory nie oceniam ludzi przez pryzmat ich portfeli czy rzeczy, które posiadają. Mogą lubić szybkie auta, drogie telefony i luksusowe towary, ale nie każdy traci głowę przez pieniądze.
Jakiś czas temu dowiedziałam się, że prawdopodobnie mam raka. Wstałam rano po kolejnej nieprzespanej nocy, wsiadłam w samochód i pojechałam na uczelnię. Przy ostatnim skrzyżowaniu, na którym są najgorsze światła na świecie (czasem zdąży ledwo przejechać jeden samochód) czekałam za kilkunastoma samochodami. Czekam, czekam, czekam i zastanawiam się jak powiedzieć rodzicom o chorobie, z racji tego że jest to ciężki temat w mojej rodzinie, bo tata od ponad roku walczy z rakiem.
Zielone światło, już tylko jeden samochód przede mną, zapala się pomarańczowe. Nie wiem z jakiego powodu, może z mojego rozkojarzenia byłam przekonana, że samochód przede mną zdąży przejechać, a ja podjadę bliżej. Ale samochód stanął, a ja zatrzymałam się na jego zderzaku.. Wysiada młody mężczyzna, oczywiście zaczynam przepraszać, zjeżdżamy na obok. Pytam, czy jakoś się dogadamy, na szczęście do malowania był tylko jeden element, z czego się ucieszyłam (studiuję dziennie, więc aby jeszcze bardziej nie obciążać finansowo moich rodziców utrzymuję się sama, pracując w weekendy). Poszłam do bankomatu wypłacić pieniądze, wracając, aby uregulować sprawę, zobaczyłam dziewczynkę bez włosów. Od razu pomyślałam o sobie, no i się rozkleiłam.
Dotarłam w umówione miejsce, ogarnęłam się i dałam panu umówiona sumę jeszcze raz przepraszając. Niezbyt mogłam się powstrzymać od płaczu... Myśląc, że płaczę z powodu stłuczki zaczął mnie zapewniać, że to nic takiego. Nie wiem dlaczego, bo jestem raczej zamkniętą osobą, powiedziałam wprost, że nie płaczę przez to, tylko niedawno dowiedziałam się, że mam złe wyniki i przez to jestem rozkojarzona. Od razu oddał mi pieniądze, oczywiście kategorycznie powiedziałam, że nie ma mowy, włożyłam mu banknoty do kieszeni kurtki i odeszłam.
Przeszłam jakieś kilkanaście metrów całkowicie się rozklejając i słyszę, że ktoś za mną biegnie odwracam się, a to ten pan wręcza mi pieniądze ze słowami "Proszę to zabrać, ja sobie poradzę". Po dłuższych negocjacjach udało mi się go przekonać aby zabrał choć część tej sumy, bo źle bym się czuła w takiej sytuacji. To niesamowite, że są na świecie tak dobrzy, pełni empatii ludzie.
Do dziewczyny, która pisała, że zawsze chciała oddawać krew ale przez swoje zdrowie nie może - miałam tak samo.
Ludzie na osiemnastki planowali wielkie imprezy, picie i palenie, a ja miałam listę rzeczy, które chcę tego dnia pozałatwiać, żeby móc jak najszybciej się przydać: krew, szpik, jeśli cokolwiek innego można, to ja chętnie.
Panicznie boję się bólu, w jakimkolwiek stopniu, ale no jednak jest z tyłu głowy myśl, że chwilę poboli, a komuś można uratować życie - czy dosłownie, czy przyczynić się do bezpiecznego przebiegu operacji, czy cokolwiek innego.
Po 17. urodzinach dowiedziałam się, że mam Hashimoto i niedoczynność tarczycy. Niby nic wielkiego, ale na dobre widnieję na listach „przeciwwskazania”.
Też czułam (czuję) się z tym okropnie. Nie jesteś sama.
Przynajmniej zostają organy :))
Wyznanie bardzo bolesne.
Rozstałem się z narzeczoną, Agnieszką, trochę bolało ale uznaliśmy, że tak będzie lepiej, obydwoje. Po prostu coś się wypaliło po jednej i po drugiej stronie. I uznaliśmy, że lepiej teraz niż po ślubie. Ona wyprowadziła się ode mnie, ale kontakt mieliśmy dalej. W sumie byliśmy ze sobą 5 lat rozstaliśmy się w zgodzie.
Oficjalnie mogę prowadzić życie singla. Postanowiłem od razu to wykorzystać, zalogowałem się na znanym portalu, na którym ludzie umawiają się na seks-randki. Powrzucałem foty, oczywiście bez twarzy, dałem opis i moje wyobrażenia runęły w gruzach bo zamiast pięknych kobiet to masa gejów i prostytutek. A poznanie tam kogoś realnego, ciekawego graniczy z cudem, no i właśnie ten cud się zdarzył.
Zacząłem pisać z pewną dziewczyną z mojego miasta. Dość szybko u nas to się potoczyło. Super się dogadywaliśmy, mieliśmy wspólne zainteresowania, od razu złapaliśmy dobry kontakt. Jej profil był normalny bez żadnych nudesów, tylko parę zdjęć w bieliźnie, wyglądała seksi, to mi się w niej spodobało. Z upływem czasu pisaliśmy co raz ostrzej. Opowiadaliśmy sobie o naszych fantazjach co mnie strasznie i ją kręciło. Nawet zaczęliśmy się wspólnie zadowalać pisząc o coraz bardziej zboczonych rzeczach, które byśmy sobie robili jak się spotkamy. Wysłała mi parę nagich fotek, ja również się odwdzięczyłem. Musiałem sobie ulżyć parę razy, tak mnie kręciła.
Myślę że ona czuła to samo.
Po jakimś tygodniu pisania zaproponowałem spotkanie i żeby wysyłała mi zdjęcie twarzy jak w ogóle wygląda.
Oczywiście bez problemu bo sama jest ciekawa jak ja wyglądam. Wysłała mi numer telefonu żebyśmy już przeszli na inny komunikator i chce porozmawiać przez telefon. Usłyszeć mnie i umówić się na spotkanie. Nie zastanawiając się szybko wpisałem numer telefonu, a tam ukazał się podpis Justyna.
Numer mojej kurwa siostry!!! Szybko chciałem się rozłączyć ale nie zdążyłem i sygnał już poszedł. Wmurowało mnie w pień, zdrętwiałem cały. Trzymam w ręku telefon, który zaczął dzwonić. Patrzę - oddzwania. Kurwa! Odbieram i nawiązał się dialog.
- Halo.
- Halo. Cześć dzwoniłeś do mnie, co chciałeś.
- Kurwa pomyliłem numer chciałem zadzwonić do Julka i przez przypadek wybrałem twój numer tel. a nie zdążyłem się rozłączyć.
- A ok, na razie.
- Pa.
Siedziałem na kanapie spocony i zdrętwiały, uświadamiając sobie, że trzepałem patrząc na nagie zdjęcia mojej siostry. Co teraz zrobić? I wpadłem na genialny pomysł. Usunięcia konta na portalu i zamknięcie tego. Jak pomyślałem tak zrobiłem.
Mija około dwóch tygodni, zero kontaktu z siostrą. Jadę do starych, patrzę, siedzi, kawę pije z moja mamą, spojrzałem na nią, ona na mnie.
Ja wiedziałem, że ona wie i ona wiedziała, że ja wiem.
Ku$#a!!!
Randki z internetu, a tak naprawdę hejt na randki z internetu,
Ja daleki urodą od ideału, ale mocne 6 na 10 bym sobie dał, może nawet słabe 7, lat 40, samotny, klasa średnia.
Ona:
1. Napisała do mnie, umówiliśmy się na kawę i ciastko na mieście lat 40. Szuka swojego jedynego, musi być zaradny, przystojny, broń Boże maminsynek, najlepiej kawaler, niezależny finansowo z poczuciem humoru itd. Randka szybko się skończyła gdy zacząłem (dla żartu oczywiście) opowiadać o swoim ideale. Generalnie okazało się, że to bardzo nieuprzejme. Czyli ona może, ja mam się cieszyć, że się ze mną umówiła. A co miała do zaoferowania temu jednemu? Córkę lat 20, rozwódka od 19 lat, z tego 17 na utrzymaniu rodziców, 30 kilo nadwagi, umiejętność gotowania rosołu.
2. Lat 21, też napisała ona do mnie, dziecko lat 5. Kawa ciastko i zaczyna. Ona jest młoda, musi się wyszaleć, żyje ze sprzedaży kosmetyków, generalnie szuka starszego faceta, który już jest ustatkowany (ona musi szaleć). Generalnie z rozmowy wynikło, że szuka sponsora swoich szaleństw i niani dla dzieciaka, planuje studia w prywatnej uczelni kasa na czesne to wiadomo.
3. Lat 36, rozwódka, dwoje dzieci, pierwsza inteligentna, naprawdę można było pogadać, mąż jakiś przemocowiec, siedzi w kiciu, generalnie po przejściach. Z nią dotarłem do 3 randki. 3 randka u mnie kolacja i śniadanie, chociaż nie planowałem. Naprawdę fajnie się gadało do rana. Rano coś w nią wstąpiło. Zaczęła sprzątać, myć okna, po czym stwierdziła, że nie ma ochoty wracać do domu, ale dzieci czekają, zadzwoniła do ojca żeby je przywiózł do mnie (bez pytania czy mogą przyjść czy czuję się na siłach) . Generalnie zaczęła się wprowadzać i planować remont. Nie mogłem jej przegonić.
4. Lat chyba 28 w każdym razie przed 30, dzieci brak, bezrobotna, ale żyje na wysokim poziomie, używa drogich perfum, ładnie ubrana, zadbana. Szczerze nie moja liga. Zrobiła jakiś dziwny wywiad, pytała o wszystko, robiła dużo zdjęć, wszystkiego, samochodu, nam chyba z 10 samojebek. Jak tańczymy itd. Zaczęła składać propozycje i podlewać mnie alko, ale że byłem samochodem to niestety jej się to nie udało. Bardzo namiętne pożegnanie, pod jej domem, jeszcze tego samego wieczoru pisała żebym wrócił bo ma ochotę inaczej skończyć ten wieczór. Za kilka dni dostaje maila, że mam jej dać 5 tysięcy, inaczej zdjęcia zobaczy moja żona. Na mnie nie zarobiła, ale szybko się wyjaśniło skąd kasa.
Powiem wprost, e-randki to jest to miejsce, które młodzi nazywają "koniec internetu". Usunąłem konto, skasowałem kontakty, chyba jeszcze je zablokuje. Bawiłem się nawet nieźle na niektórych spotkaniach, a szczególnie jak niektóre kobiety patrzyły na mój (banku) samochód. Po pierwszym błysku w oku wiedziałem co będzie dalej. A widok domu (też na niego nie zarobiłem, tylko dostałem w spadku) niektórym odbierał rozum. Powodzenia single w randkowaniu.
Dodaj anonimowe wyznanie