#gfLKO

Nigdy nie byłam zbyt urodziwa. W szkole jak to w szkole, dzieci, zwłaszcza chłopcy nie pozwalali mi zapomnieć o odstających uszach, rudych włosach, krzywym nosie. Coraz to nowsze ksywki, wyzwiska, popychania, śmiech, gdy przechodziłam obok to była norma. O znalezieniu chłopaka mogłam zapomnieć. Teraz jestem już dorosła i mimo wszelkich starań upiększenia się – makijaż, fajne ubrania – marnie mi to wychodzi. Pięknością nadal nie jestem ani nawet nie zaliczam się do grupy kobiet przeciętnych. Trudno się mówi, przyzwyczaiłam się, jestem pogodnym, uśmiechniętym człowiekiem, cały czas liczącym na to, że w końcu miłość mnie znajdzie.

Dwa tygodnie temu zmieniłam pracę na pracę biurową. Mały zespół – sześć osób, trzy babki i trzech chłopaków w jednym biurze. Myślałam, że trafiłam na fajnych, miłych ludzi. Każdy mi tu pomagał, gdy czegoś nie ogarniam, z dziewczynami byłam na „integracyjnej kawie”, chłopaki też OK... Do czasu. Niedawno był Dzień Kobiet. Koleżanki opowiadały mi, jak co roku dostają od kolegów po kwiatku i po bombonierce. Ucieszyłam się, bo mając 25 lat nigdy nie miałam chłopaka, nigdy nie dostałam żadnego kwiatka, prezentu, nic.

W Dzień Kobiet podekscytowana przyszłam do pracy. Zawsze zazdrościłam, czy w walentynki czy w Dzień Kobiet innym dziewczynom, gdy szły z kwiatami, dziś to ja będę dumnie szła z kwiatkiem do domu (jakkolwiek dziwnie to brzmi, że ktoś może cieszyć się z takich rzeczy). Moja radość długo nie trwała.Szłam w stronę kuchni, by zostawić w lodówce obiad, słyszałam, że w środku są chłopaki z naszego biura. Szeptali coś po cichu. Odruchowo stanęłam za drzwiami, chciałam podsłuchać i to był błąd, bo usłyszałam: „A brzydkiej kto da kwiatka?”. „Ja jej nie dam”, „Ja też nie”, „Nasza ruda piękność pewnie dziś tyle kwiatów dostanie, że do domu nie doniesie, tylu ma amantów, tylu na nią leci”... I inne przepychanki, który ma się ze mną umówić itp. Zamarłam, nie oczekiwałam przecież nie wiadomo czego, tylko szacunku. Zwyklej kumpelskiej relacji, a tu znowu powtórka ze szkoły? Znowu poniżanie? Dlatego że jestem brzydsza? Na nic starania, bycie miłym, życzliwym, bo jak widać bardziej od środka liczy się okładka.

Tego samego dnia zwolniłam się z pracy, chłopaki nie zdążyli przyjść z tymi kwiatkami. W sumie zrobiłam im przysługę, bo nie musieli się kłócić o to, który będzie tym przegranym i będzie musiał dawać „brzydkiej” kwiatka.

Jeśli jakimś cudem któryś z Was to czyta... To nie ma za co, nie musicie mi dziękować za wybawienie z tak trudnego, wymagającego poświęcenia zadania. Dla Was to tylko kwiatek dla „brzydkiej rudej”, dla mnie to kwiatek, którego nigdy nie dostałam i nadzieja na to, że coś w końcu może się zmienić, ludzie zobaczą we mnie człowieka, że uwierzę w to, że jestem coś warta.

#TwRYJ

Dawno temu, gdy "Wilka i Zająca" oglądałam jeszcze na kasetach, wydarzyło się coś, co rozwiązałoby problem niektórych kobiet.

Miałam jakieś 5-6 lat. Zamknęłam się w pokoju pod pretekstem zabawy.
Mama zmartwiona po dłuższej chwili ciszy weszła do środka. I co zastała?
Swoją wystraszoną pociechę z mokrą koszulką i kieliszkiem w ręku...
[Mama] - Co ty robisz?!
[Ja] - Podlewam cycki, żeby mi urosły.

Potwierdzam, urosły.

#E8fxg

Od kilku dni mieszka ze mną Ukrainka z synem. Uciekli nocą pod ostrzałem z okolic Kijowa. Mam duże mieszkanie, mieszkam sama, więc zdecydowałam oddać jeden pokój uchodźcom.
K. z synem przyjechała z dwiema reklamówkami. Nie mieli nawet plecaka, walizki. W tej reklamówce miała zestaw nożyczek i brzytwę, ponieważ jest fryzjerką. Przyjechali w nocy i od razu mi powiedziała czym się zajmuje i spytała, czy ktoś nie chce skorzystać, bo ona nie chce nic za darmo, chce zarobić na swoje jedzenie. Powiedziała, że będzie mi sprzątać, ale odmówiłam, bo nie oferowałam jej domu, żeby wykorzystywać jej sytuację. Oddałam jej do dyspozycji moją kuchnie, żeby mogła gotować dla siebie i syna po swojemu, bo każdy ma swoje smaki i nasza polska kuchnia nie musi smakować Ukraińcom. Ja nie jem mięsa, oni tak, ale mimo to K. codziennie się zamartwia i zachodzi w głowę, żeby mi coś dobrego bez mięsa przygotować. Jak wracam z pracy, to czeka na mnie albo sałatka, albo zupa (wszystko pyszne, jest świetną kucharką!). Staram się podsyłać znajomych i ludzi z okolicy do podcięcia i wymodelowania włosów (dużo osób przychodzi, chociaż wcale nie potrzebuje, ale chcą tak okazać wsparcie) i ona za każdą osobę mi dziękuje oraz bardzo wypytuje, czy byli zadowoleni i czy nie zrobiła czegoś źle.
Są bardzo oszczędni, szybki prysznic, mimo że namawiałam ich na kąpiele, w każdym pokoju bardzo pilnują, żeby było zgaszone światło, przykręcają grzejniki. Nie marnują jedzenia, dbają o rzeczy, które dostali od Polaków.
Chłopiec ma 9 lat i mimo że ja nie znoszę dzieci i mam alergię na bombelki, tego małego polubiłam. Jest grzeczny, sympatyczny, słucha mamy.
Ja jestem typem samotnika, uwielbiam mieszkać sama, ale nawet przez sekundę nie żałowałam, że zaoferowałam im schronienie i że są tutaj ze mną. Nie są uciążliwi, nie denerwują mnie. A nawet jeśli muszę znieść jakiś mały dyskomfort, to jest to niczym w porównaniu do ostrzałów rosyjskich i bombardowań :(
Po obydwojgu widać, że przeszli ogromną traumę, ale to już zupełnie inna historia.

Dlaczego o tym piszę? Bo chcę przekazać, że warto pomagać, nie bójcie się przyjmować uchodźców. Są oczywiście różne przypadki, słyszy się w internecie o osobach roszczeniowych, cwaniakach. Ale to margines. Dlatego chcę rozpropagować pozytywny obraz uchodźców. Proszę, nie przekazujcie negatywnych opowieści o uchodźcach, słyszanych gdzieś tam od kogoś tam. Często biorą one początek u rosyjskich trolli. Promujcie te pozytywne, budujące historie.

#RZDJs

Historia, którą się podzielę miała miejsce dawno, dawno temu. Dokładniej mówiąc, tak ze 40 lat wstecz. Ja, kilkunastoletni wówczas gołowąs, spędzałem wakacje w pewnej urokliwej miejscowości nad jeziorem. Do naszej paczki przypałętał się Krzyś, liczący sobie dwanaście lat chłopiec w grubaśnych okularach. Dzieciak był "geekiem" w swoich czasach. Małolatem zaczytanym w historiach o duchach i demonach. Trochę nas swoją pasją zaraził, a kiedy powiedział, że bardzo chciałby wykonać obrzęd przywołania utopca z jeziora, tośmy wszyscy aż zapiszczeli z wrażenia. No, bo kto nie wywoływał duchów za młodu? Toż to czysta frajda!

Krzyś przygotował się należycie. Przytargał na plażę jakieś świeczki, kocyk chyłkiem ukradziony mamie, szklankę z kranówą, nad którą zmówił paciorek (bam! wyszła mu woda święcona!) i parę innych gadżetów. Widząc zaangażowanie Krzysia, postanowiłem zrobić mu małego psikusa. Kiedy on poleciał do domu po jeszcze jakiś rekwizyt, ja wyciągnąłem ze swojego harcerskiego plecaka żyłkę. Wziąłem jakąś butelkę, przywiązałem ją do wspomnianej żyłki i przerzuciłem przez wiszącą nad wodą gałąź drzewa znajdującego się parę metrów od miejsca naszego obrzędu. Wystarczyło ukradkiem pociągać za żyłkę, aby butelka z pluskiem uderzała w wodę. Brzmiało to trochę jakby ktoś łaził po bardzo mokrym bagnie.

Zaraz po kolacji przybiegliśmy nad jezioro. Krzyś owinął się jakimś prześcieradłem i począł odczyniać swoje czary-mary. W kulminacyjnym momencie zacząłem szarpać za żyłkę. Plask, plask, plask... Krzyś zastygł. Plask, plask, plask... Wystarczyło uruchomić reakcję łańcuchową. "Utopiec!" - wrzasnąłem, a Krzyś potykając się o własne nogi zaczął w panice biegać w kółko, drąc się wniebogłosy. Nie śmialiśmy się, bo nie chcieliśmy zepsuć sobie tego widoku.

Głupia zabawa zaowocowała tym, że nasz mały kolega nie mógł spać przez tydzień. Wkręcił też sobie, że nie tylko upiora słyszał, ale i go widział. Cóż, dziecięca wyobraźnia. Nie powiedziałem mu o tym, że to wszystko moja sprawka.

Spotkałem go jeszcze parę razy w życiu. Ostatni raz w liceum. Przypomniał mi tę historię i ciągle zaklinał się, że widział utopca. Milczałem jak grób.

Minęło parę ładnych dekad. Mój syn jest na pierwszym roku studiów kulturoznawczych. Niedawno wrócił do domu i opowiedział mi o swoim wykładowcy, specjaliście od mitologii słowiańskiej. Zaczynając swój wykład, opowiedział studentom historię o tym, co go skłoniło do rozpoczęcia naukowej kariery w tej dziedzinie. Utopiec zobaczony za młodu, podczas wakacji... Sprawdziłem, kim jest wykładowca mojego syna. Tak, to był Krzyś! Mój mały wybryk chyba bardzo wpłynął na jego życie.

Pozdrawiam cię, drogi kolego! Mam nadzieję, że nie masz mi za złe! :D

#NZ0ma

W związku z wojną na Ukrainie do mojej klasy chodzi trzech chłopców właśnie z tego kraju. Dwóch z nich dostosowało się idealnie do mojej klasy: żartują na temat śmiesznych rzeczy, po prostu pasują do siebie charakterem. Ale brat jednego z nich z nich jest bardzo wrażliwy i wiem, że trudno mu było przyjść do nowej szkoły. W dodatku jest „kujonem”, a w mojej klasie kujony są po prostu omijane. Na każdej przerwie chodzi sam, bo jego brat spędza czas z moimi kolegami.
A teraz historia właściwa.
Z okazji Dnia Mężczyzny dziewczyny z mojej klasy kupiły chłopakom wafelki i lizaki. Każdy bardzo chętnie brał i zjadał, jedynie tylko ten chłopak nie wziął (on jest bardzo skromny i nigdy jeszcze o nic nie poprosił). Następnie był mały konkurs, w którym były do wygrania cztery nagrody. Gdy padło pierwsze pytanie, z moją przyjaciółką doskonale znałyśmy odpowiedź, ale nie mogłyśmy powiedzieć. Wykorzystałyśmy okazję i temu chłopakowi podpowiedziałyśmy. On wygrał nagrodę, podziękował nam, a ja przez cały dzień się uśmiecham i cieszę się, że mu pomogłam. <3

#4b3EE

Jak przejechałam się na chęci pomocy.

Wiosną zeszłego roku odziedziczyłam trzypokojowe mieszkanie po chrzestnej. Razem z mężem mamy swój dom, więc zdecydowałam się wynająć mieszkanie. Oczywiście wcześniej je wysprzątaliśmy i odnowiliśmy. Mieszkanie ładne, w spokojnej części miasta, w pobliżu duży park z placem zabaw. Moja dobra koleżanka, która pracuje z ofiarami przemocy w rodzinie, poprosiła mnie o pomoc. Młoda kobieta z kilkuletnim synem chciała się uwolnić od przemocowego partnera i stanąć na nogi. Dziewczyna miała pracę, mały chodził do przedszkola. Ponieważ kiedyś też odeszłam od toksycznego chłopaka, zgodziłam się pomóc.

Przez pierwsze dwa miesiące naprawdę wszystko było w porządku. W połowie lipca razem z mężem wreszcie mogliśmy wyjechać na długo wyczekiwany urlop, prawie na miesiąc. W połowie pobytu zadzwonił do nas jeden z mieszkańców bloku, w którym wynajęliśmy mieszkanie. Skarżył się na hałasy. Zadzwoniłam do naszej lokatorki. Powiedziała, że trochę za głośno świętowała urodziny. Przeprosiła i obiecała spokój.

Po naszym powrocie znów zaczęły się telefony ze skargami, dowiedzieliśmy się też o wizytach policji w mieszkaniu. Postanowiliśmy z mężem tam pojechać. Drzwi otworzyła nam lokatorka. Już od progu uderzył nas smród papierosów i alkoholu. W mieszkaniu panował jeden wielki bałagan. Okazało się, że dziewczyna pogodziła się z partnerem, który obiecał się zmienić, ale obecnie miał kryzys. Jej syn na szczęście był na wakacjach ze swoim ojcem. Partner dziewczyny też był w mieszkaniu. Próbował się awanturować, ale mój mąż przekonał go, żeby spuścił z tonu. Ponieważ dziewczyna nie chciała złożyć zawiadomienia, facet lądował na dołku i wracał.

Umówiliśmy się z nią na rozmowę na neutralnym gruncie. Postawiłam sprawę jasno – nie życzę sobie skarg o awantury oraz niszczenia mieszkania. Pomogło na parę tygodni. Po kolejnej awanturze wymówiliśmy wynajem. Przykro mi z powodu tej dziewczyny i jej syna, ale pod koniec września były tam non stop awantury. Zresztą niedługo później chłopiec przeprowadził się na stałe do ojca. Mieszkanie znów musieliśmy doprowadzić do porządku. Byliśmy już jednak mądrzejsi i upewniliśmy się, że nie trafi nam się lokator w trudnej sytuacji życiowej. Obecnie mieszkanie wynajmujemy sympatycznemu małżeństwu z dwójką dzieci i kotem. Oboje pracują, dzieciaki chodzą do szkoły. Żadnych awantur i demolki.

Do koleżanki mam jednak żal. Za to, że dopiero po tej aferze przyznała, że nasza poprzednia lokatorka po raz kolejny powtarza ten sam schemat. Po raz kolejny daje partnerowi szansę, a później są przez to kłopoty. Podobno wtedy była „szczerze zmotywowana”. Może jestem bezduszna, ale nigdy więcej nie dam się przekonać na podobną pomoc.

#KGEUJ

Kilka lat temu, wiosną czy latem (nie pamiętam już dokładniej), poszłam w niedzielę do kościoła. Jako że co lepsze miejsca zostały już zajęte, usadowiłam się na jedynej pustej ławeczce na tyłach. Zazwyczaj trudno mi się skupić na tym, co się dzieje na mszy, więc rozglądałam się dyskretnie za czymś ciekawym. I wtedy mój wzrok trafił na małą plamkę na podłodze. Przymrużyłam oczy, próbując ustalić, co takiego leżało na posadzce. A tam – pszczółka. Biedaczka nie mogła latać, bo coś ją zraniło wcześniej i jedyne co mogła, to powolutku podciągać się łapkami. Sądząc po kierunku, w którym się poruszała, domyśliłam się, że chciała wydostać się przez jedyne otwarte drzwi w kościele. Po kilku minutach msza już kompletnie mnie nie obchodziła – jedyne, co mnie obchodziło w tamtym momencie, to ten owad walczący z okrutnym losem o swoje życie. W trakcie mszy niejednokrotnie krew mi zamarzała ze strachu, gdy ktoś wstawał i gdzieś szedł i zbliżał się niebezpiecznie w stronę mojej małej bohaterki. Ale – aż trudno w to uwierzyć – nie została zdeptana ani w trakcie czytania Biblii, ani w trakcie kazania. Ba! Zdołała nawet przeżyć apokalipsę pod tytułem "kolejka w stronę ołtarza", a to było multum ludzi. Sama nie mogłam uwierzyć, że nikt jej nie zdeptał.

W końcu doszło do ogłoszeń parafialnych. Już zaczęłam przeglądać portfel w poszukiwaniu jakiegoś paragonu (pod koniec mszy postanowiłam, że pomogę jej wydostać się z kościoła), aby mieć gdzie ją położyć i wynieść – gdy nagle padło hasło "można kupić czasopisma katolickie u naszego ministranta". Po tym ministrant wstał, wziął te gazetki, poszedł w moją stronę... I nagle TUP – całą stopą nadepnął na moją pszczółkę. To, co wtedy poczułam, można określić jako "złamane serce". Moja malutka bohaterka, walcząca całą mszę o życie, skończyła na sam koniec pod butem tego chłopaka... I wtedy, gdy już w myślach rozmyślałam nad kruchością życia, patrzę...
Pszczółka się poruszyła! Została jeszcze bardziej zraniona, ale jeszcze miała w sobie tę resztkę życia, aby walczyć dalej. Teraz już się nie zawahałam – gdy tylko msza się skończyła, od razu podeszłam do niej, delikatnie położyłam na paragonie, po czym wyszłam razem z innymi. Olewając zdziwione twarze innych ludzi, podeszłam do rabatek w parafialnym ogródku i położyłam pszczółkę na najpiękniejszym bratku, w blasku słońca.

Pewnie i tak zdechła, ale przynajmniej mogę żyć z czystym sumieniem, że pszczółka dokonała żywota na kwiatku, a nie pod czyimś brudnym butem.

#NmAMB

Ja wiem, że zajmowanie się dzieckiem niektórych przerasta, ale to czego byłam dzisiaj świadkiem nie mieści się w głowie.

Wracałam z pracy, idąc chodnikiem przed jednym z większych sklepów, do którego trzeba wejść po schodach, zauważyłam stojący wózek, a w nim około kilkumiesięczne dziecko. Na szczęście miałam trochę czasu, więc stanęłam niedaleko, czekając na rozwój sytuacji. Po około 10 minutach (zaznaczam, że nie wiem ile wcześniej wózek już tam stał) ze sklepu wyszedł mężczyzna, prawdopodobnie ojciec dziecka. Na początku grzecznie zwróciłam mu uwagę, że nie powinien zostawiać dziecka samego, jednak ten zaczął na mnie krzyczeć, że nie mam prawa się wtrącać w to, co robi z własnym dzieckiem. Uspokoił się dopiero kiedy powiedziałam, że możemy zadzwonić na policję i może im będzie chciał to wyjaśnić. Zaczął się wtedy tłumaczyć, że on tylko na chwilę, że przecież nic się nie stało. Tym razem nie, ale kto wie, co może być następnym razem? Nigdy nie wiemy kto stoi, idzie albo siedzi obok nas.

Jedyne czego żałuję, to tego, że od razu nie zadzwoniłam tam, gdzie trzeba. Będę zwracała uwagę, czy sytuacja się powtórzy, ale mam nadzieję, że facet zmądrzeje.

#2eIZW

W weekend pomagałam sortować ciuchy na Torwarze – pomoc dla Ukrainy. Z ciekawszych rzeczy, które znalazłam: siodełko do roweru, strój Mikołaja, szarfy z wieczoru panieńskiego, bielizna erotyczna (stanik bez miseczek i majtki z dziurą w kroku – używane), czepek pływacki. O oszczanych dżinsach i stertach brudnych skarpet i majtek żółtych z przodu i brązowych z tyłu wolę nie wspominać, chcę je szybko wyrzucić z pamięci.

Jak tak można?
Dodaj anonimowe wyznanie