Kilka lat temu, wiosną czy latem (nie pamiętam już dokładniej), poszłam w niedzielę do kościoła. Jako że co lepsze miejsca zostały już zajęte, usadowiłam się na jedynej pustej ławeczce na tyłach. Zazwyczaj trudno mi się skupić na tym, co się dzieje na mszy, więc rozglądałam się dyskretnie za czymś ciekawym. I wtedy mój wzrok trafił na małą plamkę na podłodze. Przymrużyłam oczy, próbując ustalić, co takiego leżało na posadzce. A tam – pszczółka. Biedaczka nie mogła latać, bo coś ją zraniło wcześniej i jedyne co mogła, to powolutku podciągać się łapkami. Sądząc po kierunku, w którym się poruszała, domyśliłam się, że chciała wydostać się przez jedyne otwarte drzwi w kościele. Po kilku minutach msza już kompletnie mnie nie obchodziła – jedyne, co mnie obchodziło w tamtym momencie, to ten owad walczący z okrutnym losem o swoje życie. W trakcie mszy niejednokrotnie krew mi zamarzała ze strachu, gdy ktoś wstawał i gdzieś szedł i zbliżał się niebezpiecznie w stronę mojej małej bohaterki. Ale – aż trudno w to uwierzyć – nie została zdeptana ani w trakcie czytania Biblii, ani w trakcie kazania. Ba! Zdołała nawet przeżyć apokalipsę pod tytułem "kolejka w stronę ołtarza", a to było multum ludzi. Sama nie mogłam uwierzyć, że nikt jej nie zdeptał.
W końcu doszło do ogłoszeń parafialnych. Już zaczęłam przeglądać portfel w poszukiwaniu jakiegoś paragonu (pod koniec mszy postanowiłam, że pomogę jej wydostać się z kościoła), aby mieć gdzie ją położyć i wynieść – gdy nagle padło hasło "można kupić czasopisma katolickie u naszego ministranta". Po tym ministrant wstał, wziął te gazetki, poszedł w moją stronę... I nagle TUP – całą stopą nadepnął na moją pszczółkę. To, co wtedy poczułam, można określić jako "złamane serce". Moja malutka bohaterka, walcząca całą mszę o życie, skończyła na sam koniec pod butem tego chłopaka... I wtedy, gdy już w myślach rozmyślałam nad kruchością życia, patrzę...
Pszczółka się poruszyła! Została jeszcze bardziej zraniona, ale jeszcze miała w sobie tę resztkę życia, aby walczyć dalej. Teraz już się nie zawahałam – gdy tylko msza się skończyła, od razu podeszłam do niej, delikatnie położyłam na paragonie, po czym wyszłam razem z innymi. Olewając zdziwione twarze innych ludzi, podeszłam do rabatek w parafialnym ogródku i położyłam pszczółkę na najpiękniejszym bratku, w blasku słońca.
Pewnie i tak zdechła, ale przynajmniej mogę żyć z czystym sumieniem, że pszczółka dokonała żywota na kwiatku, a nie pod czyimś brudnym butem.
Dodaj anonimowe wyznanie
A mi trochę żal tej pszczółki i tego, że autorka od razu jej nie dobiła. Pomimo, że na kwiatku, pewnie umierała w męczarniach :/
To chyba najbardziej urocze wyznanie na anonimowych 😇
Trzeba było olać mszę i ratować owada.
Zresztą to jakaś dziwna mentalność - idę na mszę, pomimo że mnie to nie obchodzi.
Czemu nie podeszłaś do niej od razu jak ją zobaczyłaś? I po co chodzisz do kościoła skoro Cię nie interesuje to, co się tam dzieje? :)
Jesteś wspaniała :) Pszczoły trzeba ratować, nawet pojedyncze małe pszczółki, pamiętajcie o tym!
Mogłaś wstać wcześniej I jej pomóc.
No właśnie. Nie rozumiem. Wstać, podieść I wynieść I wrócić na miejsce. To jakaś minuta.
Zbyt proste.
Może nie chciała zwracać na siebie uwagi.
Słodkie wyznanie ^^
Ty to masz dopiero nasrane we łbie. :D Ale tak pozytywnie
Popłakałam się. To chyba dlatego, że okres już blisko.
Ja raz znalazłam tonącą pszczółkę w jeziorze. Nie miałam nic przy sobie więc wzięłam ją po prostu w ręce. Bojąc się że mnie użądli starałam się jak najszybciej dostać do brzegu. Gdy już byłam wystarczająco blisko wyrzuciłam ją na brzeg. Nie przewidziałam tylko jednego... Zamiast na trawkę trafiłam pszczółką na brzybrzeżne kamienie i tym samym ją zabiłam :( Zobaczyłam tylko małe pływające truchełko obok mnie a moje serce pękło na milion kawałków... Do tej pory mam wyrzuty sumienia. Śpij słodko aniołku [*] ;(