#Zpxxq

Mam teraz 22 lata, a historia, którą opiszę miała miejsce jak byłam w podstawówce, w V klasie.
Popularna była wówczas kreskówka "Klub Winx" i ja również byłam ją zafascynowana. Chociaż popularna to nie jest może najlepsze słowo - bo choć dziewczynki (akurat w okolicy gdzie mieszkałam zwykle 2 lub 3 lata młodsze niż ja) ją uwielbiały, to praktycznie każdy inny nienawidził i uważał za dowód na ostateczny upadek ludzkości, najgorszą rzecz jaka może powstać, synonim głupoty itd. Wiecie, co kilka lat pojawia się taka moda/serial/Justin Bieber wśród młodszych dzieci, której wszyscy inni nie cierpią.

Naprawdę byłam zafascynowana serialem, moje pierwsze spotkanie z internetem to było przeglądanie blogów o Winx. Ten cały świat nowoczesnych wróżek, pomieszanie fantasy z science fiction, nietypowa kreska - wzięło mnie. Tworzyłam własne historie wzorowane na świecie Winx, chciałam wysłać swój pomysł na ciąg dalszy serialu do twórców, tworzyłam teorie spiskowe co scena w tym i tym odcinku oznaczała.
Tylko gdzie nie poszłam, słyszałam o Winx złe rzeczy - mamy pilnujące dzieci na placu zabaw, rozmawiające o tym jaka "ta nowa bajka jest brzydka", nastolatków mówiących, że to kopia Czarodziejki z Księżyca, Gwiezdnych Wojen, Harry'ego Pottera. Było mi smutno, ale aż tak się tym nie przejmowałam. Dopóki o tym, że jestem fanką Winx, nie dowiedzieli się ludzie z mojej klasy. Dokuczano mi, że "wierzę we wróżki", że oglądam Winx, bo chcę mieć figurę jak one (byłam nieco pulchna), że jestem zacofana w rozwoju i dziecinna, że "chcieliby mnie wyśmiać w jakiś lepszy sposób, bo lubienie Winx już tak źle o mnie świadczy, że gorzej być nie może".
Zaczęłam zastanawiać się co ze mną nie tak. Czułam się odrzucona nie tylko przez rówieśników. Czułam, że oprócz rodziców i kilku młodszych koleżanek wszyscy na mnie krzywo patrzą, bo lubię Klub Winx. Wstydziłam się tego i nie rozumiałam skąd tyle jadu względem jednego serialu.

Najgorsza rzecz miała miejsce przed wystawieniem ocen na półrocze V klasy. Byłam zawsze dobra z matematyki i miałam szansę na 6. Lekcja matmy przed feriami była luźniejsza, pani zaproponowała, by każdy opowiedział coś o sobie, co lubi itd. Gdy przyszła moja kolej, to ktoś z klasy krzyknął, że "ona tylko te Winxy lubi". Pani się mnie zapytała, czy to prawda, bo nie pasuje jej, żeby "tak mądra dziewczynka lubiła tak głupią bajkę". Przytaknęłam. Pani powiedziała, że w takim razie nie jestem tak mądra i na koniec nie dostanę 6.
Faktycznie, na półrocze miałam 5. Obniżyła mi ocenę przez zainteresowania. Przez BAJKĘ.

Tyle się mówi o rasizmach, seksizmach, ksenofobii, a ludzie potrafią dyskryminować przez takie coś.

PS Nie porzuciłam zainteresowań. Obecnie studiuję animację.

#PfkA4

Dokładnie dzisiaj mija tydzień od śmierci mojego dziadzi. Razem z babcia przeżyli ze sobą prawie 63 lata. Z tego względu, że babcia bardzo przeżywa tę śmierć, zawsze ktoś z babcią jest. Dzisiaj wieczorem byłam z nią ja. Babcia zasypiając położyła rękę na poduszce po tej stronie, co spał dziadzia i tak ją gładziła... Ona nam nie mówi, ale widać, że bardzo tęskni za dziadkiem. Patrząc na to, z trudem powstrzymywałam łzy... Miłość jest piękna, a tęsknota bardzo bolesna.

#6RPre

Mieszkam na osiedlu domów jednorodzinnych. Dosyć często jeżdżę samochodem, dzięki czemu dużo czasu spędza on za dnia na podjeździe. I najzwyczajniej w świecie nie chce mi się zamykać bramy za każdym razem, gdy wrócę do domu. Często jeżdżę na myjnię, więc dostaję niezłego ataku złości, gdy na świeżo umyty samochód narobi mi jakiś ptak. Jednak ostatnio zauważyłam (również i poczułam), że coś bezczelnie obsikuje mi samochód. Każde koło jest regularnie obsikiwane, zderzaki, drzwi.
Stwierdziłam, no dobra – pora zamykać bramę.

Kiedyś zaparkowałam na chodniku przy mojej posesji, bo czegoś zapomniałam. Gdy już zabrałam z domu co trzeba, zauważyłam jakąś babkę z psem, który namiętnie obwąchiwał mój samochód, po czym jeszcze bardziej namiętnie go oznaczał. Zwróciłam pani delikatnie uwagę, a ta jeszcze na mnie naskoczyła, że miałam czelność powiedzieć złe słowo na jej burka. Co więcej, pies był bez kagańca i nie miał nawet smyczy, więc latał gdzie chciał. Nawet moje nogi próbował obsikać, ale w porę go zganiłam, a on w zamian za to pokazał mi swoje zęby. Właścicielka psa również.

Pewnego dnia moja cierpliwość została wyczerpana. Byłam u sąsiadki na pogaduchach. Wychodząc od niej zobaczyłam, że jakimś cudem połowa bramy się otworzyła i mój kolega pies znowu wszedł na moją posesję. Zostawił mi prezent w postaci kupy na podwórku, a właścicielka jak gdyby nigdy nic poszła dalej.
Tego już za wiele! Pobiegłam na podwórko i wzięłam gołą ręką tę kupę. Nawet nie czułam obrzydzenia, chyba adrenalina tak mi podskoczyła. Poszłam za tą panią i chciałam jej walnąć ową kupą w plecy. Ale nie, przecież to by było zbyt proste. Zatem idę za nią i mówię, że po swoim psie trzeba sprzątać, a ona się ze mnie śmieje jak głupia. A że nie lubię, gdy ktoś się ze mnie śmieje, to przywaliłam tą kupą prosto w nią, rozmazując tę pachnącą maź po niej całej.

Babce nie było już tak do śmiechu. Mnie w sumie też, bo zapach kupy dosyć długo utrzymywał się na mojej dłoni, ale chociaż mam spokój i nikt już nie sika na mój samochód ani też nie sra na podjeździe.
Było warto!

#nXVPv

Jeden z lokatorów mieszkających w tym samym bloku co ja jest Świadkiem Jehowy. To miły, uprzejmy i dość lubiany gość, dlatego kiedy zobaczyłem jego sympatyczną twarz przez wizjer w drzwiach mojego lokum, od razu otworzyłem wrota. Facet wpadł do mieszkania jak burza, zdejmując buty w przedpokoju od razu uświadomił mnie co jest grane:
- Dzień dobry, czy znajdzie pan godzinkę, aby porozmawiać ze mną... pff, te buty coś ciężko schodzą... o panie naszym, synu Bożym, Jezusie Chrystusie?

Zanim się zorientowałem, facet siedział już w salonie, trzymał w jednej ręce Pismo Święte, a drugą właśnie grzebał w swojej walizce, aby po chwili położyć na stole stos ulotek, broszurek i książeczek nakłaniających mnie do gorliwego uwierzenia w chodzącego po wodzie żyda-zombie.
Nie zrozumcie mnie źle - absolutnie mam w dupie, czy ktoś wierzy w Boga "trzy w cenie jednego", Latającego Potwora Spaghetti, czy w świętą Brzozę Smoleńską. Dopóki jest to czyjaś osobista sprawa, to nic mi do tego. Wkurza mnie natomiast, gdy ktoś na siłę próbuje mnie "nawrócić", czy zanudzać gadaniem o rzeczach, które w ogóle mnie nie interesują.

Ale co zrobić? Wszedłem do salonu, usiadłem na fotelu i przez godzinę słuchałem monologu o zmartwychwstaniu, dziewicach rodzących dzieci i trudnej sztuce spacerów po tafli wody. Nie wdawałem się w dyskusję, bo nie chciałem sprawiać mojemu gościowi przykrości. Skończył, pożegnał się i wyszedł.

Pewnego dnia w mojej głowie zrodził się jednak pewien okrutny plan. Widzicie, jestem polonistą. wykładam na jednej z wyższych uczelni w moim mieście. Może tego nie wywnioskujecie po stylu mojego pisania, który tu jest dość kolokwialny, ale dla mnie język polski jest prawdziwą pasją, którą ciągle, nieprzerwanie już od dwóch dekad, poszerzam.
Widzę czasem, kiedy patrzę na moich studentów, że zagłębianie się w zasady fleksji i interpunkcji nudzi ich bardziej niż maraton "Mody na sukces". I właśnie podczas jednego z takich wykładów dostałem olśnienia.

Do drzwi mieszkania mojego "jehowego" sąsiada, ktoś zapukał. Facet, widząc przez wizjer znajomą, sympatyczną twarz, od razu otworzył wrota swego lokum...
Wpadłem do chaty, niczym burza, a w progu zdejmując buty rzekłem:

- Dzień dobry, czy znajdzie pan godzinkę, aby porozmawiać o archaicznych przyrostkach słowotwórczych i końcówkach fleksyjnych stosowanych w XIX-wiecznym etnolekcie śląskim?

Już po chwili siedziałem na wygodnym tapczanie w salonie dzierżąc w dłoniach Wielki Słownik Poprawnej Polszczyzny. Sąsiad stał przez chwilę jak wryty, a następnie wszedł za mną do pokoju i przycupnął sobie na taborecie w cieniu pawlacza.
Poprowadziłem cały, godzinny wykład na wyjątkowo nużący temat, starając się mówić monotonnym głosem. Po zakończeniu wywodu, uścisnąłem facetowi dłoń i powędrowałem do siebie z poczuciem prawidłowo wykonanej misji.

Gość do dziś patrzy na mnie, jak na wariata.:)

#9Qd4L

Kiedy byłam jeszcze w liceum, wybrałam się z koleżanką na wagary. To znaczy, taki był plan. Spotkałyśmy się w umówionym miejscu i miałyśmy wybrać się stopem do większego miasta na łażenie i jakieś zakupy, tak żeby zabić jakoś ten czas.

Łapiemy tego stopa, łapiemy... W końcu zatrzymuje się samochód. Uradowane biegniemy do niego, a za kierownicą moja ciotka... Wysiadłyśmy pod szkołą i grzecznie poszłyśmy na lekcje :D

#ItF1c

Mój szef to najlepszy człowiek, jakiego znam.

Pracuję przy biurku i mam widok – jak prawie każdy – na ulicę, gdzie pracowała biedna, starsza pani, sprzedawała bilety samochodowe. Codziennie pracowała, nawet  zimą, gdy były wysokie mrozy. Widziałem na przerwie, że któregoś mroźnego dnia szef chodzi tak i patrzy na tę starszą panią. W końcu poszedł po nią. Przyszedł z nią do biura i powiedział, że da jej tyle samo, ile zarabia tam, a jej obowiązkiem będzie robienie nam kawy... Tak, tylko kawy!

Pani, a raczej Tereska, jest najlepszą osobą do pogadania jaką znam odkąd pracuję w naszym biurze, a i kawę robi dobrą :)

#Hd1zz

Jestem z kobietą, która myśli, że pieniądze rosną na drzewie, a kiedy ich potrzebujemy, to idę i zrywam.

Moja luba pracuje w biurze, ja natomiast w handlu. Ona ma minimalną, ja w zależności od miesiąca pomiędzy 5-6 tys.(przed pandemią zawsze było nie mniej niż 9). Kiedy moje zarobki zaczęły się zmniejszać, inflacja zwiększać, koszt kredytu wzrastać, a auto psuć, zaczęły się między nami małżeńskie nieporozumienia. Wisienką na torcie był fakt poinformowania jej, że swoją wypłatę też musi wkładać do domowego budżetu. Jaki to był wtedy płacz, lament i pretensje, że ona ma tyle swoich wydatków... Wcześniej miała swoją wypłatę tylko dla siebie. Koniec końców po którymś zarzucie z jej strony, że źle zarządzam domowym budżetem, postanowiliśmy, że będę jej oddawał swoją wypłatę i ma zrobić tak, żeby nam starczało.

10 lutego zablokowałem na swoim koncie możliwość brania debetu, wyciągnąłem sobie 500 zł na drobne wydatki i oddałem jej swoją kartę płatniczą. Dostała takiego wiatru w żagle, że już 28 lutego terminal odrzucił kartę z powodu braku środków na koncie. Myślałem, że okaże skruchę, a ona okazała roszczenia i pretensje. Mówiła, że musimy wrócić do sklepu, bo nie kupiła tego czego potrzeba. Stwierdziłem, że nie mamy pieniędzy, bo wydała, ona na to, żebym sobie nie stroił żartów, że to trzeba kupić. Mam odłożone trochę pieniędzy, ale nie przyznałem się, że mam. Zapytałem się z czego będziemy teraz żyć, ona żebym nie zadawał głupich pytań, wziął pożyczkę albo wymyślił coś innego, mam coś zrobić i koniec. Nie uległem, wyśmiałem ją i wyciągnąłem z portfela niecałe 200 zł i do 10 lutego jedliśmy za to najtańsze produkty spożywcze. Wzięła nawet L4, bo nie zamierzała chodzić do pracy 6 km piechotą w jedną stronę, bo nie miała za co zatankować samochodu.

Nasze relacje nigdy nie były tak złe, a za cały stan rzeczy i za to, że ona musi cierpieć, winny jestem ja. Zacząłem się zastanawiać, kogo ja sobie za żonę wziąłem. Ona nie potrafi nie mieć pieniędzy i uważa, że powinienem skądś je wziąć. Nie wiem, chyba wyczarować. Dużo dało mi to do myślenia i muszę zweryfikować, czy chcę iść przez życie z taką kobietą.

#wbBjC

Dziwne uczucie. Budzisz się, wokół ciebie rodzina, lekarz i jakaś nieznajoma dziewczyna. Szybko dochodzisz do wniosków - to szpital. Miałeś wypadek? Nie, niemożliwe, przecież wczoraj uczyłeś się na sesje, poszedłeś wcześniej spać. Jak to się stało? Rano potrącił cię samochód? Nic nie pamiętasz.

Dowiedziałeś się od rodziców, że to jednak był wypadek, leżysz w szpitalu od paru dni. Dziwne, dziura w pamięci, co się stało? Nagle dziewczyna coś do ciebie mówi, że masz odpoczywać, ona wszystko ogarnie. Co ona może ogarnąć? Kim jesteś? To twoja narzeczona. Co? Chwila, jak to "twoja narzeczona", przecież wczoraj uczyłeś się do sesji, nie miałeś dziewczyny od czasu liceum, a co dopiero narzeczoną. Nie rozumiesz, głowa boli jak cholera. Lekarz coś tłumaczy o tym, że prawdopodobnie zanikła ci pamięć. Co się dzieje? Cholera, odpływasz.
Budzisz się po raz kolejny, tym razem czujesz się lepiej, przypominasz sobie poprzednią sytuację. Obok ciebie siedzi siostra, cholera, czemu ona... ona jest starsza. Ciągłe pytanie, co się dzieje? Przecież jeszcze wczoraj miała 5 lat, nie pamiętasz nic.

Spróbujcie postawić się na moim miejscu, wczuć się, jakbyś się zachował/ła. Nie mogłem sobie przypomnieć, próbowałem, naprawdę. To dziwne uczucie, jakbyście coś zgubili, ale nie wiecie co. Jakaś dziewczyna mówi, że cię kocha i będzie wspierać. Nie, nie znam cię, zostaw mnie. Wychodzisz ze szpitala, dziewczyna mówi, że mieszkacie w centrum. Chwila, co? Zostawiasz wszystko pod pretekstem odpoczynku, wracasz do rodziców. Szybkie rozpakowanie, i nagle on, ten mały pendrive. Przecież to ten pendrive, ten mały skurczybyk, kupiłeś go niedawno, potrzebny był ci do pracy. No jasne, przecież ja pracuję i przecież Magda! Pakujesz się jeszcze raz, kur$#, szef cię zabije, zresztą Magda pewnie też.

Tak, dokładnie. Pendrive zwrócił mi pamięć w jakieś 10 sekund, chyba aż napiszę list do Kingstona.

#CHWgi

Raz w życiu, rok temu, byłam złodziejką. Spóźniała się wypłata męża, ja w domu z dzieckiem, bez urlopu macierzyńskiego, bo pracodawca mnie wydymał. Miałam ostatnie 30 zł i przy kasowaniu produktów zorientowałam się, że na wyświetlaczu jest już 28,30 zł, a ja pod wózkiem dziecięcym mam jeszcze dwa produkty. Nie wyjęłam ich, nikt mnie nie sprawdzał.
Trzy dni później wróciłam tam z opakowaniami i powiedziałam, że zapomniałam wyjąć kilka dni temu. Skasowali, zapłaciłam i... niby OK, prawda? Nie. Pracownicy sklepu zachwycali się, jaka jestem uczciwa, bo wróciłam, żeby zapłacić. Nie byłam w stanie podnieść na nich oczu.
Nie mówiłam o tym nawet mężowi. I do dziś mi wstyd.
Dodaj anonimowe wyznanie