#J9sat

Na wstępie powiem, że nazywam się Maja Mama. Mój mąż pochodzi z Filipin i tam naprawdę istnieje takie nazwisko. Razem z mężem mamy syna. Teraz czas na właściwe wyznanie.

Mój syn miał być zwolniony z ostatnich lekcji. Musiałam podpisać dokument swoim imieniem i nazwiskiem. Zrobiłam to i oddałam kartkę mojemu synowi. Po trzech godzinach dzwoni do mnie nauczyciel z informacją, że mój syn próbował podrobić nieudolnie mój podpis, pisząc „moja mama”. Nie wiedziałam o co chodzi, więc pojechałam do szkoły. Na miejscu okazało się, że nauczyciel moje imię i nazwisko przeczytał jako „moja mama”.

Nie wiem jakim idiotą trzeba być, żeby to pomylić. Ten nauczyciel dobrze wiedział, jak się nazywam, no i przecież imię i nazwisko było z dużych liter. Jednak na świecie istnieją tak mało inteligentne osoby.

#yj33q

Za dzieciaka miałem wadę wymowy i nosiłem ze sobą notesik i długopis, na wypadek gdyby ktoś nie mógł mnie zrozumieć. Tak mi się to spodobało, że w zasadzie w sklepach czy innych przypadkach w ogóle nic nie mówiłem, tylko pisałem na karteczkach.
Sytuacja właściwa: sklepik osiedlowy, do którego często chodziłem sam. Od niedawna pracowała tam jakaś nowa ekspedientka, która mnie już kilka razy obsłużyła.
Była w szoku, gdy wszedłem do sklepu z mamą i z nią rozmawiałem, bo dopiero wtedy sobie uświadomiła, że nie jestem niemową :)

#ywdtC

O tym, jak to mem pomógł mi ogarnąć żonę (na szczęście ona tu nie zagląda).
 
Jakiś czas temu widziałem mema z mechanikiem, kobietą i bulbalatorem. Otóż po dłuższym czasie odkładania na wymarzone auto udało się i kupiłem sobie ukochanego mustanga z lat 60. Moja żona stwierdziła, że też woli nim jeździć zamiast nudnego SUV-a i zgadzałem się na to – dopóki nie zobaczyłem, jak go katuje. Nie dość, że naprawdę robiła wszystko, by go zniszczyć przez swoje ego, które mówiło, że jest genialnym kierowcą, to jeszcze ile razy prosiłem, żeby tego nie robiła, to twierdziła, że za bardzo przeżywam, że się czepiam i się nie znam.

Każde z nas pracuje na etacie, ale jeszcze posiada swoją firmę. Ja odkładałem na samochód, ona na wymarzone wakacje na Karaibach. Kiedy pochwaliła się, że ma już całą sumę, wpadłem na plan jak utrzeć jej nosa, by zaczęła dbać o moja zabawkę. Po pewnej jeździe powiedziałem jej, jeszcze jak była za kierownicą, że coś stuka i na pewno to bulbalator. Oczywiście nie czekała, aż silnik się rozgrzeje z ostrą jazdą. A jeżeli to bulbalator się popsuł, to 10 tys. zł może nie starczyć na naprawę. Standardowo stwierdziła, że jestem przeczulony na punkcie autka. Założyliśmy się, że pojedzie sama do mechanika i jak ja miałem rację, to ona naprawia na swój koszt, a jeżeli się pomyliłem, ja stawiam nam wakacje.
No cóż tu dużo mówić... Mechanik to mój dobry kolega, więc potwierdził, że to bulbalator i tylko dzięki znajomości to będzie kosztować około 10 tys. złotych.

Zapłaciła. Nie chce już jeździć moim autem i nie wspomina już, że przeżywam. A co najważniejsze, za dwa miesiące lecimy na Dominikanę, bo mam dobre serduszko i opłaciłem ze „swoich” pieniędzy wyjazd.

#3hktd

Dlaczego odeszłam od kościoła.
Moje wyznanie nie ma na celu krytyki kościoła katolickiego – to chcę zaznaczyć, to tylko moja historia. A niestety nie mogę jej opowiedzieć rodzinie czy znajomym. Może wstyd mnie powstrzymuje, na wiem sama.

Od zawsze moja rodzina była głęboko wierząca, mszę święte co niedziela itd. Gdy wyjechałam na studia, to trochę zaniedbałam sferę duchową.

I tak przyszedł maj, moja siostrzeńca przystępowała do pierwszej komunii świętej. Wielka sprawa i związku z tym poszłam do spowiedzi. Spowiadał młody ksiądz, gdy doszło do formułki kiedy ostatnio się spowiadałam, a moja odpowiedź była, że ponad pół roku temu, czyli tuż przed Bożym Narodzeniem, to ksiądz do mnie rzucił, że sobie chyba żartuję. Czy chcę przystąpić do komunii świętej tylko dlatego, że rodzina patrzy itd. Płakać mi się chciało i bym wyszła, ale nie chciałam robić sceny, zwłaszcza w dniu siostrzenicy. Poczułam się jak jakaś morderczyni czy jeszcze gorzej. Dotrwałam do końca spowiedzi, nawet nie czekając na rozgrzeszenie, tylko marząc o odejściu od konfesjonału.
Po wszystkim nawet nie przystąpiłam do komunii i już od ośmiu lat nie poszłam do kościoła.

Zdaję sobie sprawę, że jeden ksiądz nie świadczy o całym kościele, ale gdy przypomnę sobie co wtedy czułam, cały ten wstyd, zażenowanie i strach... Nigdy nie chcę się już tak czuć.
Dlatego już nie chodzę do kościoła.

#5Y39F

Zacznę od tego, że pochodzę z normalnej, dobrej rodziny. Nigdy niczego nam nie brakowało, ale bogaci to my nie byliśmy. Historia będzie o marzeniach, pieniądzach i "przyjaciołach".

Po skończeniu technikum informatycznego, pracowałem w kilku firmach w swoim zawodzie za śmieszne pieniądze. Ot, nasza polska szara rzeczywistość pracy u prywaciarza. Nie chcę wrzucać wszystkich do jednego worka, ale ja akurat pracowałem u takich wyzyskiwaczy. I wtedy zrodziło się marzenie. Otóż moim marzeniem było założenie własnej firmy, gdzie pracownicy bez chwili namysłu będą mogli powiedzieć "Mój szef jest naprawdę w porządku". I mowa tu i o wynagrodzeniu jak i atmosferze. Miałem wtedy grono "przyjaciół", którzy narzekali razem ze mną na niskie zarobki i swoich szefów. Dodam dla jasności, że jestem samoukiem i odwalałem robotę często za profesjonalistów (konfiguracja domen, macierzy dyskowych itp), którzy dostawali za tę samą pracę czterokrotność mojej najniższej krajowej. Jako, że nie byłem rozrzutny, to często i gęsto zdarzało się, że postawiłem "przyjaciołom" piwo lub dwa. Jak któremuś się nie powodziło, to robiłem więcej obiadu i go zapraszałem. I takim sposobem przyszyłem sobie metkę świnki skarbonki.

Nastał wielki dla mnie moment. Zdecydowałem, że w tym roku otworzę firmę. Nie powiem, na początku nie było kolorowo. Praca na etacie plus własna firma, głównie serwis sprzętu. Bywały miesiące dobre gdzie zarobiłem 1000 zł (tak, dla mnie to był dobry wynik na początku), a bywały miesiące gdzie telefon i skrzynka pocztowa biły gołym echem. Po ok. pół roku dostałem pierwsze zlecenie na małą sieć w biurze. Klient był zadowolony, co zaowocowało poleceniem mnie jego znajomym. Zaczęły spływać zlecenia, czasem mniejsze, czasem trochę większe. I tu się zaczęło. "Przyjaciele" jak zauważyli, że zaczęło mi się dobrze powodzić, zaczęli próbować mnie doić jak krowę. Tu postaw flaszkę, tu "pożycz" na doładowanie i uwaga, "zapłacisz za mnie czynsz?" Chwila... pracujesz tak? To co ty ku*wa z pieniędzmi robisz? Powiedziałem co myślę na temat i podziękowałem za znajomość. Oczywiście zaczęły się teksty typu: "Hajs ci zawrócił w głowie", "Kiedyś byłeś inny" itd. Nie moi drodzy. Ja jestem cały czas taki sam i co więcej, potrafię rozróżnić wyzysk od prawdziwej potrzeby pomocy. To wam zachłanność i lenistwo oczy gó*nem zalepiły. Z tych wszystkich ludzi zostało dosłownie dwóch, z czego jednego przyuczam do pracy w mojej firmie.

No właśnie... Praca w mojej firmie. Otóż już nie pracuję na etacie. Biznes po dość długim i burzliwym czasie nawet dobrze się rozwija, a z moimi pracownikami/kumplami wychodzimy co piątek na piwko. Ot, tak dla rozluźnienia. Wydaje mi się, że jestem dobrym pracodawcą.
Dodaj anonimowe wyznanie