Jechałam wczoraj spokojnie trasą do domu, na jezdni dwupasmowej, dojeżdżając do ronda o ruchu spiralnym. Aby ustawić się do trzeciego zjazdu, musiałam zmienić pas jeszcze przed rondem, tak też zrobiłam. Za mną jechał czubek w Passacie, jakiś młody kierowca, który poruszał się slalomem między autami. Ja osiągnęłam już limit dozwolonej prędkości i nie miałam zamiaru go przekraczać, a obok mnie odrobinę wolniej poruszał się drugi pojazd. Ten czubek za nami próbował się wcisnąć między nami, ale zrównałam się z pojazdem obok. Kiedy pirat w Passacie wreszcie przejechał gapił się na mnie jakby chciał mnie zabić. Pokazałam mu, by walnął się w czoło, to zajechał mi drogę i przyhamował!
Dalej we mnie siedzi to, co ten typ odwalił. Nie obchodzi go jego własne bezpieczeństwo i innych. Pierwszy raz mi się zdarzyło, by ktoś celowo przede mną hamował, ale po tej sytuacji kupuję wideorejestrator.
Jestem kobietą blisko 30 i mam kontrowersyjne zdanie na pewien temat. Uważam, że osoby z niepełnosprawnością umysłową czy też z różnymi zaburzeniami nie powinny decydować się na dzieci. Zostałam kiedyś nawet przez to porównana do pana na H.
„Cierpię” na autyzm wysokofunkcjonujący i moje życie od samego początku było ciężkie (tym bardziej, że moi rodzice olewali temat). Po latach różnych terapii i pracy ze specjalistami nadal jestem dziwna :). Nie chcę sprezentować nikomu podobnych zaburzeń, więc nie zrobię sobie bombelka, pomimo ogromnej chęci posiadania dzieci.
Boli mnie to, że wielu ludzi nie podziela mojego zdania. Pomijając autyzm, są również o wiele gorsze zaburzenia. Jak można być takim egoistą? A najlepsze jest to, że najwięcej do gadania mają zawsze osoby neurotypowe. Zdaję sobie sprawę, że to okrutne zabronić komuś posiadania potomstwa, ale jeszcze bardziej okrutne jest sprowadzanie na świat niepełnosprawnych dzieci.
PS Ludzie po 35. roku życia również nie powinni zachodzić w ciążę.
Planujemy z narzeczoną ślub i wesele. Szukaliśmy ostatnio inspiracji. Natrafiliśmy na film, w którym wokalistka weselna opowiada, co je na tych przyjęciach. Padły słowa, że „na obiad zawsze wybiera rosół”. Zaciekawiło nas, dlaczego ona ma wybór, ponieważ na weselach w naszych regionach na pierwsze danie obiadowe podaje się „zupę” w wazach na stoły. Natomiast na drugie danie, prócz ziemniaków, jest kilka mięs i surówek. Więc grzecznie zapytałem „Skąd możliwość wyboru?”. I wtedy się zaczęło... Jazda po mnie w komentarzach:
- Zawsze kelnerki pytają, jaką zupę chcesz!
- Dziwne pytanie. Żyjesz pod kamieniem?
- Co ty, na weselu nigdy nie byłeś?
- Jak to skąd? Do Ciebie cywilizacja nie dotarła?
- Biedak nigdy na weselu nie był.
Czytając te „uprzejme” odpowiedzi, zastanawiałem się, czy warto o cokolwiek pytać w dzisiejszych czasach. Ludzie nadal nie rozumieją, że mamy wiele regionów w kraju, więc i wiele tradycji. Człowiek z ciekawości i zainteresowania zapyta, a może oczekiwać linczu albo zakopania żywcem.
Historia miała miejsce kilka lat temu w Łodzi, w okolicach dworca fabrycznego. Wysiedliśmy z mężem z autobusu i poszliśmy na przystanek tramwajowy. Było ciemno i nieprzyjemnie, w oddali słychać, jak jakieś łebki się kłócą, obok w parku kilku pijaczków zaczepia przechodzących ludzi, a my plus jakaś dziewczyna i starszy pan o lasce stoimy w lekkim napięciu oczekując na tramwaj. Na dworze zimno, a w głowie tylko jedno pragnienie „no niech już przyjedzie”. Wtedy podchodzi on, pasjonat taniego wina i zaczyna szukać naiwnego, żeby naciągnąć go na parę groszy. Spojrzał na nas, ale tylko przeszedł obok, wybierając łatwy cel – stojącą samotnie dziewczynę. Zaczął normalnie, ale gdy zauważył, że nie jest gotowa oddać mu ani złotówki, zrobiło się nieprzyjemnie. Napierał na nią, mąż rzucił mi pytające spojrzenie, czy to już czas się wtrącić i wtedy stało się... Starszy pan poderwał swoją laskę i energicznie zaczął nią okładać żula. Mało tego! Żul padł na ziemię i się skulił, a starszy pan tylko poprawił czapkę i spokojnie stanął jakby nigdy nic, mówiąc „Widzieliście państwo, że to w samoobronie było?”.
Przytaknęliśmy zgodnie i wszyscy wsiedliśmy do tramwaju, który właśnie podjechał.
Jestem zaręczona, jednak ten status niedługo ulegnie zmianie, bynajmniej nie z powodu wyjścia za mąż. Mój związek wisi na włosku i obawiam się, że nie ma już szans na uratowanie go. A to wszystko przez głupotę.
Kiedy 3 lata temu mój narzeczony oświadczył mi się, byłam szczęśliwa, ale też zaskoczona. Byliśmy wcześniej razem 9 lat i nie spodziewałam się, że Konrad to zrobi. Ani on, ani ja nigdy nie deklarowaliśmy, że ślubu nie chcemy, ale też nam na nim specjalnie nie zależało. Jednak wiedziałam, że jeżeli Konrad zechce kiedyś mi się oświadczyć, to oczywiście się zgodzę. Po dwóch latach narzeczeństwa zaczęliśmy przygotowania do ślubu i przyjęcia. Już na samym początku były zgrzyty, bo mimo że Konrad wiedział wcześniej jakie mam podejście do dużych wesel, to zaczął naciskać, żeby nasze było naprawdę duże. Argumentował to tym, że ma dużą rodzinę i nie chce, żeby ktoś czuł się pominięty. Zapomniał tylko o tym, że samych NAJBLIŻSZYCH kuzynów ma ponad 40. Dla mnie sprawa jest prosta – zapraszasz tych, którzy są dla ciebie naprawdę bliscy, z którymi faktycznie masz jakiś kontakt, a nie wszystkich, z którymi masz wspólnych dziadków. Ja sama najchętniej zrobiłabym obiad dla rodziców, braci (zarazem świadków) i dziadków. Żeby nikt nie czuł się pokrzywdzony, w końcu udało nam się pójść na kompromis – zaprosiliśmy ok. 30 osób. Kolejna kłótnia była o świadków – Konrad oburzył się, że chcę, aby moim świadkiem był mój brat. Kiedy powiedziałam mu, że przecież on też ma swojego brata za świadka, jego argumentem było „tak, bo to facet”. Uwierzcie mi, że długo nie mogłam zatrybić o co mu chodzi. Przyjęło się, że świadkami są mężczyzna i kobieta. I mojego narzeczonego nie interesowało to, że to jest tylko zwyczaj, a nie obowiązek. I nie interesowało go to, że chcę, aby mój jedyny brat był wtedy obok mnie. Ostatecznie musiał się zgodzić, bo nie miał wyjścia.
Ostatnia kwestia – nazwisko. Jeszcze długo przed zaręczynami mówiłam mu, że w razie ślubu chcę pozostać przy swoim. Nie komentował tego, ale 5 miesięcy przed ślubem zaczęło go to uwierać. Argumenty typu „co to za małżeństwo, kiedy ty nazywasz się inaczej, a ja inaczej”, „jak nasze przyszłe dzieci będą się z tym czuły” itp. Jego przytyki stały się tak częste, że zaczęłam się zastanawiać, czy to wszystko ma sens, skoro Konrad potrafi mi tak uprzykrzać życie. Jego nazwisko zwyczajnie mi się nie podoba i jest długie, za to moje krótkie, ładne i rzadkie. Prowadzę firmę i jestem kojarzona ze swoim nazwiskiem, naprawdę zależy mi na tym, żeby przy nim pozostać.
Atmosfera między moim narzeczonym a mną stała się do zniesienia. Jeżeli kwestia opisana wyżej sprawia, że on mnie tak traktuje, to ja tego dłużej nie widzę. Czas na poważną rozmowę...
W gimnazjum kilku kolesi mnie zastraszało i chcieli, żebym się wykupił, przynosząc im 100 zł. W domu opowiedziałem o wszystkim ojcu i powiedziałem, żeby im już dać te 100 zł, to dadzą mi spokój wreszcie.
Ojciec zrobił się czerwony, potem fioletowy, potem znowu czerwony, potem się troszkę uspokoił i powiedział mi... „Synek... nie możesz im dać tych pieniędzy, bo oni będą chcieli coraz więcej i więcej, więc masz tam pójść i...” – tutaj znów się zaczął robić czerwony – „... I IM POWIEDZIEĆ, ŻEBY SIĘ OD CIEBIE ODPIER***ILI, DO JASNEGO CH**A!!! JA NIE MOGĘ MIEĆ SYNA PIZDY, KU**A, CZAISZ???”.
Jestem jedynakiem i kiedyś spytałem rodziców, dlaczego nie mieli więcej dzieci. Trochę się obawiałem, że usłyszę jakąś tragiczną historię rodzinną (choroby, poronienia, wazektomia, kredyty we frankach...).
Mama spojrzała na mnie, na ojca, głośno westchnęła, znów popatrzyła na mnie i powiedziała ciężko „Widzisz, synuś, niektórzy mówią, że do trzech razy sztuka, inni, że następnym razem na pewno się uda, a my doszliśmy do wniosku, że jak drugie będzie równie nieudane co ty, to lepiej w ogóle nie ryzykować”.
Kocham tę kobietę, więc uśmiałem się z tego żartu. Bo to był żart. Prawda? „To był żart, prawda, mamo?”
Nic nie powiedziała. :(
Jestem samotnym facetem po trzydziestce. Stabilna praca, własne mieszkanie... Co tu może być nie tak?
Płaca nieco tylko powyżej najniższej krajowej. Na remont musiałem wziąć kredyt, którego rata wzrosła w ostatnich miesiącach o ponad 50%. Do tego większy czynsz, wzrost cen dosłownie wszystkiego. Do tego moja choroba, która kosztuje mnie 800 zł miesięcznie w postaci leków. Musiałem wziąć dodatkową pracę dorywczą, bo na nic nie starcza... Pracuję po 10-14 godzin dziennie (weekendy też) i ledwo mi to starcza.
Patologia dostaje wszystko – 500 plusy, ulgi, dofinansowania, jedzenie itp. itd., a mnie nie przysługuje NIC. Dochodzę powoli do wniosku, że samotny, uczciwie pracujący człowiek w tym kraju jest śmieciem.
Chciałem się tylko wyżalić, bo już nie mam siły... Rozważam wyjazd i sprzedaż mieszkania. Przy moim zdrowiu na dłuższą metę naprawdę nie dam rady żyć w ten sposób.
Leciałam z Rzymu do Krakowa. Wesoły chłopak, który usiadł na siedzeniu po drugiej stronie przejścia zerknął na mnie zaraz przed startem i zagadnął, że podoba mu się mój sweter (taki w norweskie wzorki, strasznie to lubię). Nic nie odpowiedziałam, tylko patrzyłam na niego przerażona, jakby mnie prąd poraził. Jego mina się zmieniła i pewnie pomyślał, że w jakiś sposób sprawił mi przykrość, ale po chwili go olśniło. "Ty się boisz latać, prawda?" - spytał, a ja tylko przytaknęłam, bo byłam sparaliżowana strachem, samolot właśnie rozpędzał się na pasie startowym. "Potrzymać cię za rękę?" - znów tylko przytaknęłam, zamknęłam oczy, złapałam go za rękę i po chwili samolot oderwał się od ziemi. Uśmiechnęliśmy się do siebie, ale ja w dalszym ciągu nie mogłam słowa powiedzieć, aż do momentu, kiedy wylądowaliśmy w Krakowie. Chciałam mu podziękować, ale na lotnisku gdzieś mi zniknął...
Tego samego dnia byłam wieczorem ze znajomymi w knajpie na Starym Mieście i zobaczyłam go, kiedy wychodził z pubu obok. Szłam w jego kierunku, ale mnie nie zobaczył, wsiadł w taksówkę i odjechał.
Parę godzin później stałam z koleżanką, opatulona jak bałwanek (czapka, szalik, gruba kurtka), przy pomniku Smoka Wawelskiego i usłyszałam za sobą znajomy głos, który powiedział po prostu "Hej, ładny sweter!" - potencjalnie najgłupsze słowa w tej sytuacji (dla ludzi z boku), które sprawiły mi jednak ogromną radość. Tak, to był on! Umówiliśmy się następnego dnia, i następnego, i następnego... Właśnie mija rok odkąd się poznaliśmy. Mieszkamy razem na Starym Mieście w Krakowie i latamy razem po świecie. Już nie boję się latać, jednak mimo to zawsze trzyma mnie za rękę.
Irytują mnie Ukraińcy. Nie zrozumcie mnie źle, mam wiele współczucia dla uchodźców i sytuacji na Ukrainie, pomagam, jak mogę, angażuję się w wolontariat itp.
Ale od początku inwazji zauważyłam drastyczny wzrost sytuacji, jak palenie na przystankach, dyskoteka w tramwaju czy krzyczące dzieci, rodzice bijący dzieci itp. Nawet uwagi nie idzie zwrócić, bo nie rozumieją lub udają, że nie rozumieją. No i oczywiście obrońcy „biednych uchodźców”, którzy robią co chcą i myślą, że jako uchodźcy mogą wszystko.
Może w ich kraju to normalne, ale u nas są inne zasady prawa i współżycia społecznego i powinni się dostosować, a jeśli komuś się nie podoba, to zawsze może ten kraj zmienić.
Dodaj anonimowe wyznanie