Miałam wtedy około 10-11 lat. Od dawna podkochiwałam się w pewnym chłopaku z mojej klasy. Możecie sobie wyobrazić, jaka byłam wniebowzięta, gdy oznajmił, że chce mi coś powiedzieć. Z motylkami w brzuchu udawałam, że niczego się nie domyślam, a on poprosił, żebyśmy spotkali się na przerwie... pod męską toaletą. Cóż, czar prysł, ale uznałam, że pójdę. W końcu to nadal miłość mojego życia! No więc poszłam. Spytałam, co chciał mi powiedzieć, a on jak gdyby nigdy nic wyciągnął pudełeczko na pierścionek! No wiecie, takie zaręczynowe. Pudełko było nieco tandetne, ale dla 10-letniej mnie to było spełnienie marzeń! Cała szczęśliwa, przypominałam sobie te wszystkie sceny romantycznych oświadczyn w TV i marzyłam, że mój luby zaraz uklęknie i poprosi mnie o rękę.
No cóż, nie. Otworzył pudełeczko. Moim oczom ukazała się 50-groszówka. Byłam okropnie zaskoczona, ale za to pomiędzy mną a moim wybrankiem (nazwijmy go Karol) wywiązał się taki dialog:
– To dla ciebie.
Jako że byłam dobrze wychowanym dzieckiem, postanowiłam nie tracić fasonu.
– Wow, Karol! Jaki wspaniały prezent!
Wzięłam pudełeczko i chciałam schować je do kieszeni, ale Karol mnie powstrzymał.
– Czekaj, no! Oddaj mi moje 50 groszy!
Jeszcze bardziej zaskoczona ja oddałam mu monetę, a on cały uśmiechnięty odszedł.
Długo tak stałam i zastanawiałam się, co właśnie się wydarzyło.
Tak skończyła się moja pierwsza miłość.
Zacznę od tego, że jestem najmłodsza w rodzinie, mam trójkę starszego rodzeństwa: dwóch braci i siostrę. Wiadomo, jako najmłodsza, beztroska i nieświadoma, często byłam obiektem żartów i kawałów ze strony rodzeństwa. Do rzeczy.
Nie wiem, ile miałam wtedy lat, cztery, pięć może. Pewnego dnia zostałam przez nich nauczona, że ten czas, kiedy muszę zrobić kupę, nazywa się... uwaga, uwaga... oKUPAcją. Logiczne, słowo pasuje, no to przyjęłam tę cenną naukę.
Niedługo potem poszliśmy do kościoła na mszę, a ja poczułam, że to TEN moment. Zaczepiałam mamę, jednak ona próbowała mnie zignorować, żebym jej nie przeszkadzała w słuchaniu. Byłam zmuszona podnieść głos, by zwróciła na mnie wreszcie uwagę, więc zawołałam na pół kościoła: „TO JEST OKUPACJA!!”.
Mogę tylko wyobrażać sobie minę mamy, ludzi wokół nas i radość mojego kochanego rodzeństwa z udanego kawału. Do dziś parskam śmiechem na samo wyobrażenie sytuacji.
Do mojej dość małej szkoły dołączyło paru nowych nauczycieli. Z jednym z nich jakiś czas temu mieliśmy lekcję.
Jeden z kolegów jak zawsze „popisywał” się i przeszkadzał panu w prowadzeniu lekcji. Wywiązał się u nich nieprzyjemny dialog:
- Przestań, bo wezwę twojego tatę.
- Niech pan wzywa, sam bym chciał to zrobić.
Nie, tata kolegi nie odszedł do innej, zmarł rok temu.
Kilka dni temu zdałem bezbłędnie egzamin na prawo jazdy, a boję się jechać po drodze samemu. Mam wrażenie, że we mnie jest jeszcze osoba, która nie jest na to gotowa, wydaje mi się to strasznie dziwne. Mimo wszystko świetnie prowadzę samochód, a pan z WORD-u mnie nawet pochwalił. Dziwne uczucie.
Mój tata „na starość” zrobił się bardzo upierdliwy. Nie w takim sensie, że np. nie ogarnia technologii i ciągle potrzebuje pomocy. Zamienił się w niecierpliwca i męczybułę. Dzwonił o coś zapytać. Drobiazg, nic pilnego. Byłam pod prysznicem, więc nie odebrałam. Dzwonił pięć razy, potem zaczął dobijać się do mojego męża, bo ja nie odbieram. W drugą stronę też tak działa. Mąż nie może odebrać? Po 4-5 próbach raz po raz zaczyna wydzwaniać do mnie. I tak za każdym razem. Tłumaczymy, że czasami nie możemy odebrać i niby rozumie, ale no... Inny przypadek. Poprosił mnie, żebym mu coś załatwiła. Powiedziałam z góry, że to chwilę zajmie. Tego samego dnia SMS „czy jak załatwione?”. I następnego dnia znów pyta, następnego znów... Tłumaczę mu, że jestem chora i nie mogę pojechać załatwić. I tak codzienne pytanie, czy już. Tak samo pisze mi wiadomości, że córeczka to już w ogóle go olała, w ogóle się nie odzywa, nie odwiedza... Ale halo? Ostatni raz gadaliśmy dzień wcześniej! Z mojej inicjatywy! A byłam u rodziców trzy dni wcześniej. I może się to wszystko wydawać pierdołami, ale powtarzalny charakter tych zachowań męczy. Staram się dbać o emocje mojej rodziny, ale to już przesada. Wiem, że może tata po prostu potrzebuje uwagi, ale ja naprawdę nie daję mu jej jakoś mało. Jestem dorosła, mam męża, dziecko. Nie mogę sobie pozwolić na codzienne widzenia z rodzicami. A prawdę mówiąc, nie mam nawet takiej potrzeby. Są mi bliscy, ale nie chcę spędzać każdej wolnej chwili z rodzicami. Ponadto tata z wiekiem robi się coraz bardziej zgryźliwą marudą i też mam swoją wytrzymałość na słuchanie cały czas, jacy ludzie w jego otoczeniu są głupi, męczący, irytujący itd. A mówi o tym zawsze, jak się widzimy, i prawie tylko o tym (powiedziałabym, że w jego rozmowach 80% to narzekanie na ludzi z otoczenia, 15% to prośby, pytania i dopiero 5% jego wypowiedzi to jakieś inne rzeczy). Męczące.
Jak każdego roku dziś znów mam swoją rocznicę. Świętuję, wspominam, robię sobie jakiś fajny prezent.
Ludzie obchodzą rocznicę urodzin, imienin albo innego ważnego wydarzenia.
Ja świętuję odejście od byłej żony.
Nie było to łatwe, ale było warto.
Pracuję w jednym z większych sklepów sieci sprzedających sprzęt komputerowy, telewizory i AGD. Pełno klientów to fajni ludzie, rzadko się trafią czarne owce, ale z Ukraińcami jest ciekawie. Ogólnie bariera językowa jest problemem, ale jak któryś w miarę poprawnie posługuje się polskim językiem, to na luzie da się pogadać.
Ostatnio przyszli dwaj młodzi panowie z Ukrainy kupić monitor, ale ledwo radzili sobie z polskim językiem. Sprawdziłem dla nich listę monitorów w systemie, zaznaczyłem parametry, które ich interesowały i ogólnie nie znaleźli nic, co bym im odpowiadało. Spytałem, z której części miasta przyjechali. Okazało się, że całkiem spory kawał drogi przemierzyli do naszego sklepu. To pokazałem im mniejszy sklep, ale bliższy, do którego ja też raz na jakiś czas jeżdżę, a nawet sprawdziliśmy u nas na miejscu ich ofertę i wypatrzyli sobie u nich monitor pewnej firmy, na zamówienie. W telefonie zapisali ulicę, model monitora i pojechali tam.
To nie jest coś, co powinniśmy robić, ale priorytetem jest pomóc.
Po trzech dniach przyjechali do naszego sklepu i szukali mnie tylko po to, by mi podziękować za pomoc i cierpliwość. Mówili, że monitor jest świetny i beze mnie by nawet nie trafili na ten model. Ciepło na serduchu się zrobiło :)
Jestem zaje**ście silną kobietą.
Dwa lata wytrzymałam w bardzo toksycznym związku, gdzie partner mnie bił, szarpał, wyzywał, groził, że mnie zabije. Mieszkaliśmy w patologii z alkoholikami. Były interwencje policji.
Wiecie, co zrobiłam? Zadzwoniłam do przyjaciółki, spakowałam siebie i półtoraroczne dziecko i pojechałam ponad 300 km właśnie do niej. Jestem w trakcie przeprowadzki. Sprawa jest na policji, a także w sądzie. Wszyscy dookoła mnie znienawidzili, bo „przecież nic nie mówiłaś”. Co z tego, że półtora roku temu kazali mi wzywać policję na partnera, bo mnie poszarpał i wykręcił rękę.
Nareszcie czuję, że żyję. Oby wszyscy mieli tyle odwagi co ja w podobnej sytuacji i tak bliskich przyjaciół, żeby mogli się wyrwać. Zdrówka!
Mam dość tego, że coraz więcej świata jest pokryte betonową dżunglą. To dotknęło nawet wsie.
Mam męża i trójkę dzieci. Mieszkamy w jego rodzinnych stronach w bardzo konserwatywnym rejonie kraju. Sama pochodzę z dużego miasta, skończyłam studia, ale jego rodzina przyjęła mnie jak swoją. I nic dziwnego, bo stanowię – jak twierdzą teściowie – ideał żony w świecie, gdzie dziewuchy są zepsute. Zajmuję się domem na cały etat (mąż dobrze zarabia, tak że możemy na to pozwolić), chodzimy regularnie do kościoła, generalnie wszystko jak na prowincji być powinno.
Są tylko dwa „ale”. Jedna rzecz, to że jestem niewierząca. Mąż o tym wie, ale mu to nie przeszkadza, bo sam bardziej wierzy z powodu wychowania niż faktycznie głębokiej wiary. Ostatnio nawet skłania się ku agnostycyzmowi, choć oczywiście praktykujemy religię sumiennie ;). Taka postawa na prowincji to oczywiście nic nietypowego i gdyby nie druga rzecz, nawet nie wrzucałabym anonimowego.
O drugiej rzeczy nawet mąż nie wie. Otóż na studiach wcale nie dorabiałam jako hostessa, jak twierdziłam, tylko w klubie go-go. Tańczyłam na rurze w samych stringach, na prywatnych pokazach nawet bez nich. A najgorsze, że... ja to lubiłam. Nie zachęcam do tej pracy (choć pieniądze naprawdę niezłe), było wiele przykrych sytuacji, ale uwielbiałam te obłapujące mnie spojrzenia. I chyba to było najgorsze ;)
Dodaj anonimowe wyznanie