Mój chłopak, Daniel, rok temu na wakacjach potrącił samochodem 8-letniego chłopca. Nie była to wina Daniela. Był trzeźwy, jechał z dozwoloną prędkością, nie było przejścia dla pieszych. Po prostu dziecko wbiegło za piłką na jezdnię. Skończyło się na kilku siniakach i strachu, jednak rodzice tego chłopczyka zrobili niezłą aferę. Stwierdzili, że to wina mojego chłopaka i musi ponieść za to karę. Daniel nachodził się trochę na komisariat, sprawa była w sądzie. Sędzia stwierdził, że nie było żadnej winy Daniela.
Myśleliśmy, że sprawa się na tym zakończy. Jednak nie. Matka tego chłopca za wszelką cenę próbowała uprzykrzyć nam życie, a mieszkamy w małym mieście. Zaczęło się od telefonów, później listy, a skończyło się na porysowanym samochodzie. Chłopak zgłosił to na policję. Tej kobiecie to nie przeszkadzało. Poszła z tym do lokalnej redakcji. W gazecie został zamieszczony artykuł o wypadku. Winą obarczono kierowcę samochodu... Nie wytrzymaliśmy. Doszło do konfrontacji. Podczas kłótni matka chłopca nazwała Daniela niedoszłym mordercą. Coś w nim pękło. Od tego czasu był bardzo przygnębiony.
Nie rozumiem, jak można komuś tak utrudniać życie. Daniel i tak miał ogromne wyrzuty sumienia, choć w żaden sposób nie zawinił. Na szczęście przeszedł leczenie psychiatryczne i teraz już jest lepiej.
PS Kobieta nie dawała nam spokoju jeszcze przez pewien czas, ale w końcu odpuściła.
Większość użytkowników tutaj „denerwuje się”, gdy czyta niedokończone wyznanie...
Co w takim razie powiecie na:
– Zawsze gdy chciałem...
– Nie, nie, Pumba. Nie przy dzieciach!
Mnie od kilku dobrych lat to męczy. To jest prawdziwe, niedokończone wyznanie.
Sytuacja z dziś...
Rybnik, jeden z MC paśnikow, stoimy w kolejce, a za nami 3 dziewczynki – wiek ok. 13-15 max, między dziewczynami toczy się rozmowa (nie licząc licznych przekleństw):
- A się wkur***, bo wiesz, gadałam z tym Jackiem...
- No, k**, fajny jest.
- Właśnie, k***, wk*** mnie! Ja się chciałam z nim lizać, a on pi***, że chce mnie bliżej poznać najpierw, i k*** trzy godziny z nim gadałam, masakra jakaś.
Co zostało zobaczone, już się nie odzobaczy, co usłyszane, już się nie odsłyszy...
Któregoś dnia siedziałam przed telewizorem, gdy naszła mnie wielka ochota na czekoladę. Wiedziałam, że babcia trzyma gdzieś parę tabliczek, ot tak, dla wnuków. Więc podprowadziłam jedną... Zadowolona usiadłam przed telewizorem i zjadłam prawie całą.
Na koniec zobaczyłam coś białego na czekoladzie. Hmm... wiórki kokosowe? Co to jest? Wstałam, podeszłam bliżej lampki i oto moim oczom ukazały się malutkie białe robaczki...
PS Łazienka była moja do rana, nigdy więcej nie ruszyłam czekolady od babci.
Mam 38 lat i mieszkam we Francji, jestem dublerem w filmach dla dorosłych. Tzn. dorabiam sobie tylko, nie bzykam się na ekranie. Moim zadaniem jest po prostu wytrysk we wskazane miejsce we wskazanym czasie, a że mam bardzo obfity, to ładnie wygląda na ekranie. Wygląda to tak, że dostaję telefon z datą, adresem i godziną. Kiedy wchodzę na plan, mam krótką chwilę na postawienie członka i czekanie w gotowości. Zazwyczaj reżyser daje sygnał, podchodzę i wytryskuję w miejsce, w które wskazują wskaźnikiem laserowym. Mój członek jest owinięty zieloną owijką, tak aby dało się go potem wyciąć z kadru i wkleić członka aktora.
Nikt o tym nie wie, nawet najlepszy kumpel, który ogląda filmy porno, w których to, co widzi na ekranie, to spust jego najlepszego kumpla. Moja rodzina też nic nie wie. Nie mam wyrzutów sumienia ¯\_(ツ)_/¯ a kasa nie śmierdzi.
Płacą sporo, bo takich jak ja jest tylko trzech, więc telefony mam czasami codziennie. A był taki okres jeszcze przed pandemią, że miałem dwa wyjazdy dziennie przez cały miesiąc. Dla mnie nie problem, bo zawsze dużo się masturbowałem.
Plusem tego, oprócz kasy, której mam 3-krotnie więcej niż na mojej posadzie w firmie, jest to, że jeszcze poznaję „gwiazdy” tej branży. Mam folder ze zdjęciami z nimi. Z reguły to spoko ludzie. A minusem, że nikomu nie mogę się pochwalić zdjęciami, bo wszystko się rypnie. Chyba zabiorę to do grobu.
Mój starszy brat od początku kiedy zaczęłam słuchać kpopu nie był do tego przekonany – „po co wydawać 300 zł na głupią płytę?”, „ogarnij dupę, za miesiąc ci się znudzi”. Teraz minęło już kilka lat, w czasie których zabierałam go (na początku troszkę wbrew jego woli) na różne imprezy kpopowe i tym podobne eventy, aż dzisiaj szok i niedowierzanie – sam z siebie przesłuchuje playlistę, którą mu wysłałam, a która (jak można się domyślić) zawiera sam kpop.
Dawno nie byłam z niego tak dumna...
I nie chodzi o to, że słucha tego co ja, ale że chociaż spróbował się do tego przekonać i jak widać, podoba mu się.
Kocham prowadzić dom. W niczym aż tak się nie spełniam jak w gotowaniu, sprzątaniu, szorowaniu i wychowywaniu dzieci. Mam trójkę pociech, w tym najmłodsze ma 4 lata, do tego pracuję na 3/4 etatu i jestem w stanie wszystko ogarnąć. Znajduję też czas, by dbać o siebie i o męża. Na obiady robię dwa dania i deser, wszystkie posiłki przygotowuję sama, robię przetwory, od niedawna nawet sery, mąż się zajmuje domowymi alkoholami. Wszystko w moim domu ma swoje miejsce, a i dzieci przestrzegają zasad sprzątania, bo razem bawimy się w sprzątanie, robiąc zawody czy konkurencje. Żyjemy bardzo czysto i schludnie. Gdyby jednak było idealnie, nie byłoby tego wyznania.
Wychowałam się w ogromnym syfie. Doszło do tego, że na ziemi leżały nawet zwierzęce odchody. Dom był ruiną i pomimo moich chęci i wiecznego sprzątania, to i tak na drugi dzień wyglądało tak samo jak zwykle. Mój pokój był jedynym czystym miejscem, bo w wieku 13 lat poprosiłam sąsiada, by założył mi tam zamek. Od najmłodszych lat sama musiałam prać i prasować. Pamiętam, jak w wieku 14 lat wybłagałam mamę, by na urodziny kupiła mi żelazko. Od tamtego czasu prasuję nawet bieliznę. Dzień, w którym wyrwałam się z tego brudu, był najszczęśliwszym dniem w moim życiu. Rodzice nie widzieli problemu, nie chciało im się zwyczajnie. Nie pili, nic z tych rzeczy, po prostu mieli w dupie.
Teraz też zmagam się z krytyką innych ludzi. Jakby czysty dom był czymś złym. Koleżanki, gdy przychodzą na kawę, złośliwie komentują, że u mnie tak czysto, że luster nie potrzebuję w domu. Teściowa co chwilę też mi dogryza, że mam sterylnie jak w szpitalu. Rodzice, jak mnie odwiedzą raz do roku, to śmieją się ze mnie, że z domu zrobiłam muzeum.
Kurde, nie rozumiem tego. Nie chodzę wiecznie ze szmatą, nie robię awantury, jak dzieci się bawią i leżą zabawki, o ile później je poukładają. Mam czas dla siebie i dla rodziny. W pieczeniu ciast i robieniu obiadów dzieciaki też mi pomagają. Mam czas na wszystko. Nie jest to jakiś karkołomny wyczyn. Kiedyś nasze babcie nie miały tak łatwo, a i tak dawały radę. Boli mnie, jak słyszę te głupie przytyki, bo nie widzę nic złego w swoim zachowaniu. W innych domach brud jest normalny?
Kiedy byłam mała i bawiłam się zimą na podwórku, przed powrotem do domu wkładałam sobie śnieg do butów i rękawów. Wyobrażałam sobie wtedy, że ledwo wymrożona, po długiej przeprawie przez dzicz, zdołałam wrócić. Kakałko smakowało wtedy najlepiej... Tylko mama zastanawiała się, jak to robię, że zawsze wszystko mam takie mokre ;)
Mam 25 lat i kilkanaście tysięcy długu w banku. Przez byłego już ukochanego.
Kiedy się poznaliśmy, żyłam na własny koszt. Pracowałam, wynajmowałam kawalerkę. Kasy czasem mi brakowało, ale nigdy nie pożyczyłam od nikogo nawet złotówki.
Kiedy zaczęliśmy wspólne życie, on miał pracę i stary samochód, który już się sypał. Zamieszkaliśmy razem, wszystko świetnie się układało, nasze mamy za sobą przepadały, istna sielanka. Korzystaliśmy głównie z mojego konta – on przelewał całą swoją wypłatę, bo twierdził, że ja lepiej ogarniam wszystkie wydatki. Robiłam przelewy za mieszkanie, rachunki, internet itd.
Miałam super zdolność kredytową, więc kiedy samochód odmówił posłuszeństwa, wzięłam mały kredyt. Później trzeba było ogarnąć troszkę samochód, a to ubezpieczenie, a to wymiana czegoś. Na to również poszły pieniądze z kredytu. Wszystko układało się super, raty kredytu nawet nie odczuwaliśmy.
Pewnego dnia przez przypadek dowiedziałam się, że on ma jakiś kredyt, którego nie spłacał. Musiał naraz spłacić kilka rat, żeby sprawa nie trafiła do komornika. Wzięłam na siebie kolejne zobowiązanie, bo przecież się kochamy i musimy wspólnie dać radę.
W ciągu dwóch lat wyszło kilka takich „kwiatków” finansowych. Nie wiem, co ja sobie wyobrażałam, kiedy chciałam mu pomagać.
Zostawił mnie, kiedy miał już czyste konto, a ja to wszystko spłacam. Skonsolidowałam wszystkie kredyty, obecna rata jest na tyle niska, że jakoś daję radę, ale myśl, że przez najbliższe 7 lat będę co miesiąc wywalać pieniądze przez moją głupotę, po prostu mnie dobija. Czuję się jak największa idiotka.
Moja teściowa jest świadkiem Jehowy... I nie będzie to wyznanie o złej teściowej, moja jest naprawdę w porządku. Ale sytuacja rozbija się o to, że za tydzień będzie przechodzić poważną operację i może być potrzebna transfuzja. Teściowa została wręcz zmuszona do podpisania oświadczenia, że jako członek tej religii nie chce przyjmować krwi, a pełnomocnikiem odnośnie spraw medycznych zrobiła dwóch obcych mężczyzn z tej wspólnoty...
Jak można kazać człowiekowi skazać się na śmierć? NIE ROZUMIEM!
Mam nadzieję, że wszystko będzie dobrze, trzymajcie kciuki...
Dodaj anonimowe wyznanie