#e1SYk
Wychowałam się w ogromnym syfie. Doszło do tego, że na ziemi leżały nawet zwierzęce odchody. Dom był ruiną i pomimo moich chęci i wiecznego sprzątania, to i tak na drugi dzień wyglądało tak samo jak zwykle. Mój pokój był jedynym czystym miejscem, bo w wieku 13 lat poprosiłam sąsiada, by założył mi tam zamek. Od najmłodszych lat sama musiałam prać i prasować. Pamiętam, jak w wieku 14 lat wybłagałam mamę, by na urodziny kupiła mi żelazko. Od tamtego czasu prasuję nawet bieliznę. Dzień, w którym wyrwałam się z tego brudu, był najszczęśliwszym dniem w moim życiu. Rodzice nie widzieli problemu, nie chciało im się zwyczajnie. Nie pili, nic z tych rzeczy, po prostu mieli w dupie.
Teraz też zmagam się z krytyką innych ludzi. Jakby czysty dom był czymś złym. Koleżanki, gdy przychodzą na kawę, złośliwie komentują, że u mnie tak czysto, że luster nie potrzebuję w domu. Teściowa co chwilę też mi dogryza, że mam sterylnie jak w szpitalu. Rodzice, jak mnie odwiedzą raz do roku, to śmieją się ze mnie, że z domu zrobiłam muzeum.
Kurde, nie rozumiem tego. Nie chodzę wiecznie ze szmatą, nie robię awantury, jak dzieci się bawią i leżą zabawki, o ile później je poukładają. Mam czas dla siebie i dla rodziny. W pieczeniu ciast i robieniu obiadów dzieciaki też mi pomagają. Mam czas na wszystko. Nie jest to jakiś karkołomny wyczyn. Kiedyś nasze babcie nie miały tak łatwo, a i tak dawały radę. Boli mnie, jak słyszę te głupie przytyki, bo nie widzę nic złego w swoim zachowaniu. W innych domach brud jest normalny?
Chodzi pewnie o delikatną nadmiarowość, bo prasowanie bielizny wydaje się już przesadne. Oczywiście to Twoje życie, czysty dom jest chlubą a nie powodem do wstydu, tylko czy pod tym co robisz nie kryje się stres i lęki z dzieciństwa?
To akurat ma sporo sensu, bo gorąca para dezynfekuje dobrze. Kiedyś się krochmaliło dlatego bieliznę i pościel. A teraz ludzie z prasowania bielizny i pościeli właśnie się śmieją 🥲 tak jakby liczyło się to jak nas widzą, a nie jak żyjemy naprawdę.
Mam czasem wrażenie, że ludzie dzielą się na dwie kategorie: jedni powielają wzorce rodziców, drudzy idą w przeciwne ekstremum. Wygląda na to, że Ty jesteś w drugiej grupie (też uważam, że prasowanie bielizny to przesada, ale jak masz ochotę to robić, to w sumie nic mi do tego) i że jest to dla Ciebie bardzo wrażliwy temat - i dlatego reagujesz emocjonalnie na komentarze rodziny i znajomych. Bardzo możliwe, że wiele z nich jest mówiona żartobliwie i nie doszukiwałabym się w tym krytyki. A jeśli nawet jest to krytyka, to trzeba się nauczyć z nią radzić.
Z moich doświadczeń wynika, że jak przychodzi się w gości do tak czystego domu, to raczej się chwali porządek, więc sądzę, że problem leży tu gdzie indziej.
Twoje wyznanie odbieram jako bardzo aroganckie. Taki przekaz płynie - "patrzcie, ja wszystko sama robię, wszystko u mnie błyszczy, a w INNYCH DOMACH?". Jeśli w stosunku do osób odwiedzających wykazujesz się podobnym podejściem, to niech Cię nie dziwi ich awersja. Każdy układa życie po swojemu, Ty zdecydowałaś się na taki model, ale jeśli komuś jest wygodnie zamówić obiad do domu zamiast stać przy garach to jego wybór. I nie ma tu opcji ani lepszej ani gorszej póki osobom żyjącym w takich czy innych warunkach jest z tym dobrze (pomijam skrajne przypadki, w których np. robale z jednego mieszkania przechodzą na inne).
Możliwe, że to zaszłości po wydarzeniach z dzieciństwa i zostało Ci, że jakikolwiek nieporządek traktujesz jako z góry coś złego. Ale to co inne niż model przyjęty przez Ciebie za prawidłowy, wcale nie musi być gorsze.
Ja Ci mega zazdroszczę, bo jestem kurą domową, zajmuje się ogrodem, domem, dziećmi (edukacja domowa) i utrzymywanie porządku jest dla mnie bardzo frustrujące. Nie lubię sprzątać, nie mam żadnego skutecznego systemu, dom jeszcze jest niedokończony, więc brakuje mi miejsc do przechowywania, mimo, że maniakalnie pilnuję, żeby nie mieć za dużo rzeczy i bez litości pozbywam się wszystkiego, co zalega. Angażowanie dzieci w obowiązki też mnie ogromnie frustruje, bo wolałabym wszystko zrobić sama, ale one muszą się nauczyć.
Męczy mnie powtarzalność sprzątania i fakt, że porządek jest na chwilę. Pewnie fajnie byłoby sobie wieczorem chillować na żelazku, ale mam sporo rzeczy, które lubię robić a na które w ciągu dnia nie mam czasu (szydełkowanie, puzzle, książki) i jakbym te dwie godzinki wieczorem poświęcała na prasowanie albo składanie prania, pewnie moja radość życia by znacząco spadła.
Chociaż, hej, właśnie sobie coś uświadomiłam: mogę poświęcić CODZIENNIE ze dwie godziny na swoje pasje. Nie każdy ma ten luksus.
Dobra, muszę Ci podziękować za to wyznanie: jak piszę, to myślę. Pisząc ten komentarz nasunęło mi się kilka spostrzeżeń na temat mojej sytuacji porządkowej i dysponowania czasem i doszłam do wniosku, że mam niesamowite szczęście w życiu i warto to docenić.
Pytanie techniczne: dzieciaki chodzą do przedszkola/szkoły? Bo odnoszę wrażenie, że jak nas nie ma w domu od rana do wieczora, to o wiele łatwiej utrzymać porządek. A jak jesteśmy w domu, to właściwie bajzel jest obecny zawsze.
"właśnie sobie coś uświadomiłam: mogę poświęcić CODZIENNIE ze dwie godziny na swoje pasje. Nie każdy ma ten luksus."
Ale autorka ma ten luksus, przecież napisała: "W niczym aż tak się nie spełniam jak w gotowaniu, sprzątaniu, szorowaniu i wychowywaniu dzieci.". Czyli realizuje te swoje pasje od rana do wieczora. :)
A może jest tak, że trochę za bardzo starasz się utrzymać porządek w domu ze względu na to co się działo w domu rodzinnym? Jeśli pracujesz nawet bieliznę żelazkiem to daje takie wrażenie, że robisz trochę za bardzo. Nie ma sensu prasować bielizny, a nawet można ją zniszczyć prasując jeśli ma jakieś koronki czy gumki doszyte na zewnątrz.
Rzeczywiście, chyba nastąpiło tu "przechylenie wahadła" w drugą stronę pod wpływem przeżyć z dzieciństwa; swoją drogą - takiego dzieciństwa to tylko współczuć. Dopóki autorce to nie przeszkadza to nie ma problemu, przecież to nie jest jakaś nerwica natręctw.
Pomyślałem sobie natomiast czy za jakieś 15-20 lat jej dzieciaki nie napiszą tu na forum wyznania o dzieciństwie spędzonym w nadmiernie sprzątanym, czyszczonym i szorowanym domu, gdzie każda zabawa była dla mamy pretekstem do sprzątania...
Twoje wyznanie pokazuje, że do tego, żeby mieć porządek nie wystarczy jedna osoba która sprząta. Potrzeba też, żeby reszta domowników się stosowała do jakichś zasad. Pytanie tylko jak ci się udało namówić męża, żeby trzymał się tego? Czy on też od początku był porządny?
A nie krytykujesz przypadkiem innych, albo próbujesz narzucić im swoje standardy czystości?
Z tego co piszesz wnoszę, że u Ciebie są bardzo wysokie nie wszyscy takich potrzebują i niechętnie patrzą na ludzi którzy chcą ich poprawiać.
Twój dom, Twoje zasady, ale upominanie innych, czy wypominanie niedociągnięć może być irytujące.
Zdarzyło mi się kiedyś, że kumpel przyprowadził swoją nową dziewczynę, która po 10 minutach bytności u mnie zaczęła mi szorować szafki w kuchni twierdząc, że ona "musi u mnie posprzątać bo takie ładne mieszkanie mam, ale zaniedbane". No cóż kumpel usłyszał po wizycie, zeby już jej więcej nie przyprowadzał.
Zaznaczam, że nie jestem jakąś brudaską. Nie mam brudnych garów w zlewie, kibelek nie śmierdzi a podłogi się nie kleją ale nie odkurzam, ani nie szoruję łazienki czy kuchni codziennie.
Prasuję tylko "wyjściowe" ubrania, nie jeansy, koszulki czy bieliznę.
Taki standard mi wystarcza i innym nic do tego.
Gratuluje. Ja bym się cieszył z takiego ogarnięcia domu. Miałem dwie babcie w rodzinie. U jednej ciągle w kuchni bałagan i brud u drugiej porządek i czysto.
Obie miały w miarę czas. Jaka jest pierwotna przyczyną takiego stanu? Chyba to jakie kto ma standardy czystości i na ile jest zorganizowany.
A ja Ci zazdroszczę, tak pozytywnie :)
I podziwiam :)
O ile nie jest to usztywnienie i dzieci nie są terroryzowane sprzątaniem, to super, że od małego dbacie razem o wspólną przestrzeń i posiłki. Lubię czystość i porządek, fajniej mi się przebywa w takim pomieszczeniu i uważam, że dzieci też to doceniają, jeśli są nauczone od małego. I wcale nie trzeba do tego terroru. Uczę młodą odkąd chodzi pewnych zasad - nigdy nie miałam porysowanych ścian, odkłada swoje rzeczy na miejsce (pewnie, że czasem muszę przypomnieć), sama łapie za zabawkowy mop, gdy widzi rozlaną wodę itd.
W kulturach pierwotnych dzieci uczą się przez towarzyszenie w obowiązkach od małego, mają radość ze wspólnego tworzenia dobrej przestrzeni rodzinnej. I jest to stawiane przez antropologów, jako wzór budowania współodpowiedzialności w kontrze do zachodniego modelu: My odsyłamy dzieci od obowiązków do zabawy, gdy są małe i naturalnie chcą uczestniczyć. A później narzekamy na niepomagające nastolatki i oczekujemy, że będą uczestniczyć, chociaż zabiliśmy w nich tę tendencję, gdy byli mali ;)
Nie umiem gotować i nie spełniam się w kuchni, ale myślę, że to super fajne gotować z mamą w miłej, rodzinnej atmosferze. To może być dobry, wspólny czas, a dzieci uczą się samodzielności i ogarniania swoich potrzeb życiowych.
I tak, niektórzy mają bałagan w domu. Mogą mieć, mogą lubić, nie potrzebować czystości - ich dom, ich zasady. Ale Ci, który chcą pouczać Ciebie, jak masz mieć w swoim domu, chyba jednak chcą się trochę dowartościować ;)