Któregoś dnia siedziałam przed telewizorem, gdy naszła mnie wielka ochota na czekoladę. Wiedziałam, że babcia trzyma gdzieś parę tabliczek, ot tak, dla wnuków. Więc podprowadziłam jedną... Zadowolona usiadłam przed telewizorem i zjadłam prawie całą.
Na koniec zobaczyłam coś białego na czekoladzie. Hmm... wiórki kokosowe? Co to jest? Wstałam, podeszłam bliżej lampki i oto moim oczom ukazały się malutkie białe robaczki...
PS Łazienka była moja do rana, nigdy więcej nie ruszyłam czekolady od babci.
Dodaj anonimowe wyznanie
Mole spożywcze zdarzają się każdemu. Ze sklepu już można przynieść zarobaczone jedzenie. Nie życzę nikomu!
Fuj. Pomijając fakt, że to stare wyznanie (zwróćcie uwagę na to, że takie nie są w poczekalni, a raptem pojawiają się na głównej), ja miałam nie aż tak drastyczną, acz podobną sytuację. Czekolada była z białym nalotem, a nadzienie (truskawkowe) miało konsystencję betonu. Czekolada była przeterminowana o kilka lat.
Oczywiście skonstatowałam to mocno poniewczasie. Ale kto jedząc czekoladę w gościach, sprawdza jej datę przydatności do spożycia?
Ciekawe, czy to były żywe robaczki, czy już tylko zwłoki.
Miałam kiedyś podobną przygodę, z tłustymi larwami, które wylazły z opakowania niezwykle efektownej czekolady bakaliowej, przywiezionej przez współlokatorkę po świątecznej wizycie w domu.
Na szczęście zdążyłyśmy je zobaczyć przed konsumpcją ;)