W ostatnim czasie dość mocno przytyłem, równo rok temu ważyłem jakieś 80 kilo, a teraz zbliżam się do 120.
Nie czuję z tego powodu żadnych kompleksów, bo zawsze byłem "tym dużym", jednak mnie to nieco zaniepokoiło. Moja dziewczyna od kiedy razem mieszkamy dużo gotuje i co chwilę piecze jakieś ciasto lub coś podobnego i najczęściej to ja zjadam większość, bo "ona nie da rady" i "się zmarnuje".
Odnoszę wrażenie, że ona celowo mnie tuczy i podoba jej się moje ciało w obecnym kształcie.
Mam 14 lat i nie potrafię kochać swoich rodziców. Od 10 roku życia mam ten problem, że nie potrafię zrozumieć, jak to jest kochać swoich rodziców. Nie pamiętam, aby moja mama czy mój tata zrobili mi coś złego, po prostu nie potrafię ich kochać, tylko ich lubię. Nie wiem, czy to przychodzi z wiekiem, bo każdy by powiedział, że jestem nastolatką i to moje głupie wybryki, ale ja wcale nie chcę „nie kochać” swoich rodziców.
Mam również problem z czułością i dotykiem. Od 9 roku życia zaczęłam odczuwać niechęć do przytulania moich rodziców. Po prostu nie potrafię zrozumieć, jak to może być komfortowe.
Jeżeli macie podobny problem lub byliście u psychologa i wiecie jak na to zaradzić, proszę o odpowiedź.
Jestem najmłodsza w rodzinie liczącej pięciu członków i od paru lat też psa. Mam dwóch starszych braci, różnica wieku to 9 i 10 lat. Najstarszy już się wyprowadził, ożenił i założył rodzinę. Jakiś czas po jego ślubie jego żona zaszła w pierwszą ciążę, a ja zaczęłam studia w tym samym mieście, w którym zamieszkali. Przeprowadzka do akademika i zamieszkanie z obcymi ludźmi było dla mnie szokiem i w właściwie dopiero na drugim czy trzecim roku się przyzwyczaiłam i zrobiło mi się lżej. Jednak na początku było mi naprawdę ciężko. Dlatego zamiast jeździć do domu (kilka godzin autobusem w jedną stronę), jeździłam do brata. Czy to żeby pranie zrobić, czy zwyczajnie odpocząć i może pograć z nim w planszówki. Kiedy byłam w gimnazjum, bardzo często grałam z nim i jego kolegą.
Któregoś wieczora, kiedy odwiózł mnie do akademika i odprowadził pod budynek, powiedział mi: „Żona uważa, że za często u nas bywasz”, postawił moją torbę i poszedł. Stałam wtedy jak wryta i nie wiedziałam co robić. Wtedy chyba też zaczęły się moje problemy z okaleczaniem się. Ale jak tylko przyszła na świat ich córka, były telefony o pomoc, bo oprócz dziecka były też dwa psy, a brat jako internista pracował na dobowych dyżurach. Zawsze kiedy zadzwonił, byłam gotowa wszystko rzucić i jechać pomóc. Nawet z jego żoną się dogadywałam, zwłaszcza podczas pandemii, kiedy musiała zostać z nami w domu rodzinnym. Jednak od dłuższego czasu sytuacja między nami robi się coraz gorsza.
Kiedy przyjeżdżam im pomóc, muszę spać na brudnej kanapie pełnej jakichś okruchów czy innych resztek jedzenia, przy otwartym koszu na śmieci czy nieposprzątanym stole. Kuchnia jest połączona z salonem. Zanim mogę pójść spać, muszę posprzątać kanapę i stół, jeśli nie chcę w tym spać. Często też zanim się umyję, muszę posprzątać po dzieciach w wannie. Zanim to wszystko zrobię, jest już po północy. Około godziny piątej nad ranem zapalają światło nad moją głową i odpalają telewizor naprzeciwko kanapy oraz radio u dzieci w pokoju, „żeby dzieci się rozbudziły”. Dodatkowo mają bardzo hałasujący młynek do kawy i ekspres. Rozumiem, że trzeba się wyszykować do pracy i dzieci do przedszkola, jednak to wszystko nie jest do tego potrzebne. Pomijając traktowanie mnie jak trędowatą, kiedy u nich jestem – „Córeczko, pamiętaj, żeby tych lodów nie jeść, bo już ciocia je łyżeczką jadła”. Obrzydza go jedzenie tych samych lodów co ja, ale już całowanie żony, która daje sobie wylizać usta psu go nie obrzydza.
Przez ostatni tydzień byli w domu rodziców na urlopie (wciąż mieszkam z rodzicami) i nie mogłam nawet poprosić o sprzątnięcie po sobie po śniadaniu – wybuchał złością. Wychodziłam na tę kłótliwą i czepialską. A kiedy poprosiłam, żeby zamykali drzwi, jak wychodzą na podwórko (bo mi cały czas się o to suszy głowę), byłam chamska.
Jako zapalona fanka Tolkiena postanowiłam nauczyć się jednego z wymyślonych przez niego alfabetów. Elficki trudno było mi zapamiętać, więc wybór padł na runy. Po jakimś czasie doszłam do takiej wprawy, że pisałam sobie ściągi za pomocą run.
Nigdy nie podejrzewałabym, że mój anglista także ubóstwia Tolkiena i bez problemu rozszyfruje ściągawkę...
Będąc 9-letnim chłopcem, lubiłem zabawy w miejscach publicznych, angażujące obcych ludzi. Jedną z nich był pojedynek na gapienie – kto pierwszy spuścił wzrok, ten przegrywał. No i jednego dnia poszedłem z rodzicami do kościoła. Tam podjąłem decyzję o rozpoczęciu zabawy. Po pokonaniu kilku moherowych beretów, obrałem nowy cel, mianowicie księdza (nie tego prowadzącego mszę, tylko gościa, co sobie siedzi z tyłu i nic nie robi). Załapałem z nim kontakt wzrokowy i trzymałem oczy wlepione w jego twarz. Ksiądz chyba załapał o co mi chodzi, bo jego wzrok także utkwił na mnie. Siedzieliśmy tak dobre 10 minut, co chwila robiąc dziwne miny i machając rękami, aby odwrócić uwagę przeciwnika.
Nie byłoby w tym nic nadzwyczajnego, ot, zabawna historia z dzieciństwa, gdyby nie to, że przez naszą grę ksiądz nie zauważył faktu, że ministrant wywrócił jedną z kościelnych świec prosto pod jego krzesło... W ten sposób ksiądz skończył z oparzeniami na nogach.
Ale przynajmniej wygrał, bo ja skupiłem się już na jego płonącej sutannie.
Dwa lata temu czekałem na autobus powrotny ze szkoły w pełnym deszczu, dosiadł się do mnie na ławce pewien pan. Zainicjował rozmowę, a że nie wyczułem od niego alkoholu, chętnie się do niego obróciłem. Opowiedział mi swoją historie życia, która się wydaje tak nieprawdopodobna, że chciałbym ją tu opisać.
Otóż pan we wcześniejszych latach uczył w jednym z lepszych liceum w dużym mieście. Pewnego roku do pierwszej klasy przyszły siostry bliźniaczki z bogatego domu, które pozwalały sobie na wszystko, jednocześnie każdy z nauczycieli im się podporządkowywał oprócz niego. Kiedy w pierwszej klasie przyszło do wystawiania ocen, ogłosił im, że mogą mieć poprawkę w sierpniu z jego przedmiotu. Ponoć dziewczyny zamiast się zmotywować, zaczęły grozić nauczycielowi, nie było im w głowie by poprawić oceny. Kiedy on nie reagował na groźby, postanowiły przejść do ostatniej deski ratunku, postanowiły ogłosić całemu światu, że ów nauczyciel je zgwałcił. Nauczyciel został z miejsca bez argumentów zawieszony, a ostatecznie zwolniony dyscyplinarnie, z zakazem wykonywania zawodu. Obyło się bez wyroku, ale to wystarczyło, aby odwróciła się od niego żona, córka, przez co został sam, wylądował na ulicy, bez środków do życia.
Wtedy coś mnie ruszyło, a że mam znajomą w opiece społecznej, po opowiedzeniu historii, już 3 miesiące później pan mógł się cieszyć z mieszkania komunalnego, w słabych warunkach, ale chociaż z dachem nad głową. Piszę o tym dlatego, że minęło od tego czasu dwa lata, a pan obecnie pracuje w bibliotece, a z tego co wiem jest bardzo przykładnym i dobrym pracownikiem. Nigdy nie przypuszczałbym, że jeden telefon może zrobić tak wiele, tak bardzo pomóc. To jest największe osiągnięcie mojego życia.
Moje wyznanie jest nietypowe i pewnie oburzy bardzo wielu ludzi, ale jako że jest się tu anonimowym, to podzielę się tym. Potwornie brzydzi mnie widok... klapek, sandałów i kapci z odkrytą piętą. Wiem, pojebane. Zwłaszcza nie lubię, kiedy oddają odgłos przy chodzeniu. Klap klap, klap klap, jeszcze jak stopa jest spocona, to słychać, że ten odgłos jest taki lepki. Widząc stopy w odsłoniętym obuwiu, czuję jakbym za chwilę miała poczuć ich zapach, co mnie strasznie obrzydza, albo to kiedy widać, że taki but jest znoszony i widnieją na nim brudne, niekiedy czarne odciski pięt, palców itp. Klapek czy sandałów na stopie nie miałam od kilkunastu lat, pomijając chodzenie w nich na działce u rodziców. Latem, gdy gdzieś wychodzę, zakładam trampki, bo z bosą stopą czuję się prawie jak naga. Wiem, że ktoś mi napisze, że przecież stopa wtedy się jeszcze bardziej poci, ale po prostu nie zdzierżę tego, że miałabym pójść np. na miasto w klapkach, a jeszcze japonkach to w ogóle... Kiedy to obuwie jest zdjęte, musi zostać schowane z zasięgu mojego wzroku, bo nie chcę go oglądać, nie mogę patrzeć się na te buty, zwłaszcza na wgłębienia po piętach, bo cały czas wydaje mi się, że taki klapek musi śmierdzieć. W ogóle nie lubię stóp, już w przedszkolu na zajęciach rytmiki, gdy trzeba było zdjąć buty, nie mogłam się na nie patrzeć, zwłaszcza na stronę podeszwową. Stopy kojarzą mi się z potem, smrodem i brudem, nieważne jak bardzo zadbane by były... A już fetyszu stop nigdy nie zrozumiem, fuj :(
Chciałam podzielić się czymś, co ostatnio bardzo mnie dotknęło. Przypadkiem natrafiłam na nagranie moich narodzin w internecie skopiowane z bloga (ogólnie strona ze wspomnieniami) mojej rodziny, kiedy googlowałam imię i nazwisko mojej mamy. To był dla mnie szok. Nadal pamiętam ten moment, jak zrobiło mi się gorąco, zaczęło mi bić serce i nie byłam w stanie tego dnia nawet cokolwiek zrobić. To był mój pierwszy atak paniki. Wyobrażasz sobie, co to znaczy zobaczyć tak intymny moment swojego życia? Dostępny publicznie?! Na Google drive jakiegoś typa...
Oczywiście, od razu podjęłam próby usunięcia tego filmu. Chciałam chronić swoją prywatność i godność. Niestety, to okazało się o wiele trudniejsze, niż się spodziewałam. Napotkałam opór i trudności na każdym kroku. To poczucie bezsilności i wkurzenia jest przytłaczające. Nawet „przespanie się z tym” nic nie pomogło.
Próbowałam kontaktować się z administracją Google, nie mogą z tym dosłownie nic zrobić, bo to nie YT, a czyjś Google drive, więc może mieć tam co chce, tym bardziej że pobrał to z internetu pewnie googlując nagrania porodów czy coś (natykając się na bloga). Dodam, że w nazwie pliku jest imię i nazwisko mojej mamy i data z godziną... Nawet bezskutecznie próbowałam znaleźć jakikolwiek kontakt z uploadującym owo nagranie (nie jest to nawet aktywne konto od 5 lat. Jakiś fetyszysta, mający kolekcję tego typu ohydnych nagrań). To, że tak intymny moment mojego życia może być tak dostępny dla wszystkich wywołało we mnie potężny gniew i przewlekłe napięcie, które nie daje mi funkcjonować normalnie. Już pomijam, że jest to skojarzalne z tożsamością mojej mamy, do której mam niezmierne pretensje o to, że to upubliczniła na blogu pod nazwiskiem. Gdyby ona miała więcej rozumu, to nie doszłoby do tego. Co prawda usunęła bloga kilka lat temu, bo hosting coś tam, ale ja to znalazłam na czyimś dysku upublicznionym. Na początku filmu jest napis, gdzie jest napisane moje imię i data urodzenia [narodziny X , 11.11.11 coś takiego].
Więc teraz jestem w kropce, nadal walczę o usunięcie tego materiału. Chcę odzyskać choć trochę kontroli nad swoją prywatnością. Nie mogę nocą spać myśląc, co jeśli ktoś z moich znajomych to zobaczy. To nie jest łatwa walka, ale nie zamierzam się poddawać. Po skończeniu 18 lat spróbuję podjąć kroki prawne bez informowania kogokolwiek, jeśli będzie to możliwe.
Chciałam się z wami podzielić tym, bo naprawdę nie mam nikogo do wygadania się. Ledwo skończyłam 16 lat, a życie już pluje mi w twarz. Te wakacje były serio najgorsze w moim życiu. Nikomu jeszcze o tym nie powiedziałam. Obecnie gniew ze mnie zszedł, ale niepewność nie daje mi funkcjonować. Na szczęście ów film nie pojawia się po wyszukaniu mojego nazwiska (mamy).
Nikomu o tym jeszcze nie powiedziałam.
Nienawidzę swojej córki coraz mocniej. Całe dzieciństwo wiele wsparcia, wspólne wyjazdy, rozmowy, książki, malowanie, W wieku od 13 r.ż. psychiatrzy, psycholodzy, godziny w pociągach, żeby codziennie dotrzeć do szpitala psychiatrycznego bo niby depresja i cięcie się.
A dziś 18 lat trawka piwsko, wyszydza innych na FB, czuje się lepsza, mądrzejsza, gardzi emocjonalnością i słabszymi.,. Zawsze uważałam, że każdy ma prawo ubierać się jak chce. Styl metalowy ok, ale nie tak syfiasty, że wygląda jak żul. Kilka miesięcy temu uznała, że jednak jest facetem i włóczy się z kolesiami i petem w pysku, Wybitnie inteligentna, mimo marnej frekwencji jakoś szkołę zalicza.
Nie cierpię jej, z jej poczuciem lepszości, wyższości, z tym głosem, który obniża do męskiego i bandażowaniem cycków. Brzydzi mnie i odrzuca. Mam już w nosie jej przyszłość, dążę do jak najszybszego tylko odseparowania się od patola, Zaczynam być okrutna w słowach, ale już jej nie chcę. Nie chcę ordynarnego chłopa, miałam córkę, ale ona umarła.
Natchniona kilkoma opowiadaniami o rodzicach i ślubach poczułam, że czas i na mnie.
Po trzech latach narzeczeństwa uznaliśmy z przyszłym mężem, że czas ustalić jakąś datę. Kiedy doszliśmy do porozumienia, zaczęliśmy wszystko sami organizować. Wszystko szło gładko aż do momentu, kiedy o dacie dowiedziała się moja mama. Nie wiem o co chodzi z tymi ślubami, ale mojej kompletnie odbiło. Do tej pory była zawsze miła, miałyśmy dobry kontakt, ale w ten feralny dzień, moja mama przeistoczyła się w ŚLUBNEGO MATKOZAURA. Jeśli kiedykolwiek oglądaliście filmiki o opętaniu i egzorcyzmach, to macie wgląd w moje życie. Moją matkę opętał diabeł.
Pierwszym problemem był termin. Mama stwierdziła, że nie będzie w stanie schudnąć trzydziestu kilogramów w trzy miesiące, a kamera dodaje kolejne pięć. Razem z narzeczonym staraliśmy się nie traktować tego poważnie, ale również nie śmialiśmy się w jej obecności, żeby jej nie urazić. Pewnego dnia drzwi do mojego domu otwarły się z takim impetem, że przez chwilę myślałam, że CBŚ pomyliło adresy. To była ona. Wtedy to właśnie zaczęła coś mówić nienaturalnie grubym głosem (co tylko potwierdziło moją hipotezę o opętaniu), a kiedy to nie pomogło, dosłownie wysyczała jak wąż, że jak to nie będzie jej koleżanek z pracy. Spokojnie wytłumaczyłam, że na ślubie chcemy widzieć najbliższą rodzinę i przyjaciół i że nie chcemy niczego wystawnego. Kiedy ukradkiem spojrzałam na mamę, ta już trzymała się za serce. Jak to takie skromne? Ja mam jedną córkę! Starałam się zmienić temat, żeby uniknąć zejścia rodzicielki, więc zaproponowałam, że pokażę jej suknię. Była ona dość prosta. Za prosta. To całkowicie przelało szalę goryczy i wtedy wreszcie to wykrzyczała: JAK TY BĘDZIESZ WYGLĄDAĆ NA TYM NASZYM WESELU? Na naszym? - odparłam. - A to ja wychodzę za ciebie?
Nie będzie zaskakującego zwrotu akcji, ale powiem wam tylko tyle, że mama bardzo źle to zniosła. W trakcie wesela przeprosiła wszystkich gości za średnie jedzenie, brak porządnej kapeli disco polo oraz welonu. Tak, jej wymarzonego. Teraz tak sobie siedzę i myślę, że niektóre mamy przechodzą dwa kryzysy w życiu. Pierwszy to odpieluszkowe zapalenie mózgu po urodzeniu dziecka, a drugi to odweselny zespół napięcia matczynego, który niejednej dziewczynie może zepsuć najważniejszy dzień w życiu. Na szczęście nam nie zepsuł, ale o ciąży jeszcze długo się nie dowie. Tak na wszelki wypadek.
Dodaj anonimowe wyznanie